niedziela, 18 grudnia 2016

BLACK GOLD od KRAFTWERKA



Mój niedzielny poranek – ledwo, ledwo podnoszę się z wyra odrobinę po 9 rano (późno, ale jak się poszło spać o 3.30, no to sorry). Nie, kaca nie mam. W sobotni wieczór o dziwo nie było żadnych melanżów. Praca była, ale to raczej temat na oddzielny wpis. Jak już wstałem, to na szybko ogarniam siebie, a potem Nastkę (niecałe dwa i pół roku ma szkrab jeden). Poranne mleko (nie dla mnie, dla niej), zmiana pieluszki, odświętne ubranko i heyah…. jestem wolny. Lukam na cyferblat – już prawie dziesiąta. Ostatnia chwila, by na szybko napić się piwa, napisać reckę, potem chwilę odsapnąć i coś przekąsić, by ksiądz nie wyczuł alko ;)
Piwko odpowiednio schłodzone czeka już na mnie za kanapą (zimą w kącie pokoju panuje idealna temperatura 14-16°C). Aha, zaraz po porannym szczaniu umyłem szkło, by chociaż troszkę obeschło. Ciepła woda, miękka gąbeczka i kropelka Fairy od Bieleninika zdają egzamin.
Wychodzę na dwór lub na pole jak kto woli. Piździ jak diabli, pewnie jest koło zera. Przez pół godziny szukam odpowiedniego miejsca, kadru. Wszędzie już byłem, całe podwórko już obstrykałem. Podwórka dwóch sąsiadów też. Cholera. Ręce grabieją, czas ucieka, więc wybieram pierwsze lepsze krzaki. Cykam kilka tragicznych fotek i biegusiem czmycham na chatę.
Po drodze zauważyłem, że piwo jest czarne. Tak przynajmniej myślałem – szkło zrobiło mnie w konia. Niedobry tulip. Patrzę pod światło i widzę, że to bardzo ciemny brąz. Ty głupku, przecież to nie Stout, nie może być czarne! Jest też  i piana. Dość wysoka, drobna i puszysta. Opada wolno, a jej część zostaje ze mną już do końca. Beżowa pianka opadając zostawia tak gęste i śliczne firany na szkle, że mógłbym je zawiesić w oknie zamiast tych co są, a moja stara  kochana żona na bank, by się nie pokapowała ;p


Dobra, wróciłem. Żona już od progu śle mi soczystą wiązankę widząc mnie z piwem w ręce. Jak zwykle zlewam to ciepłym moczem i idę do dużego pokoju. Otwieram Worda i piszę, to co teraz czytacie, co chwila popijając Black Golda – CDA od Kraftwerka. No dobra, może są tu też mniej kumaci, więc wyjaśniam. CDA, to nie jest kolejny państwowy urząd powołany do zwalczania korupcji, terroryzmu, czy mobbingu w wielkich korpo. To skrót od Cascadian Dark Ale - inaczej Black IPA. A ta czarna, tudzież brunatna IPA od Kraftwerka to naprawdę jest dobre piwo. Gęste, gładkie, pełne w smaku i aksamitne jak pupa niemowlęcia. Po każdym łyku w ustach zostaje mi wyraźny posmak mocnej kawy, palonych słodów i gorzkiej czekolady. Mniam! Chmiel też tu jest, a jakże. Prócz tego panoszy się tu sporo nut żywicznych i sosnowych (wiem, bo las mam po drugiej stronie ulicy). Na etykiecie piszą też coś o cytrusach, ale ich to jest akurat najmniej w tym piwie. Miast nich dostajemy jeszcze ociupinkę prażonego słonecznika i popiołu, który płynnie przechodzi w szlachetną goryczkę o przyjemnym ziołowo-kawowo-palonym rodowodzie. Skubana mocna jest ta goryczka. Mocna, ale zarazem dość krótka i ułożona. Świetnie równoważy słodową bazę.

Po kilku(nastu) głębszych łyczkach już miałem skupić się na wąchaniu, gdy wtem moja druga połówka zaczyna mi tu psikać lakierem włosy córce (tej starszej, bo ta dwu-i-pół letnia ma jeszcze za małe kędziorki). A kysz mi stąd! Zgiń, przepadnij zarazo nieczysta! Ja tu piwo wącham. Black ipę rozkładam na czynniki pierwsze, a ty mi tu tą chemią napierdzielasz pod nosem? Wygoniłem obydwie płcie piękne do sąsiedniego pokoju. W końcu mogę się skupić na tej czekoladzie deserowej, palonym słodzie, kawie zbożowej i prażonym słoneczniku, którego jest tu od cholery. Z tła wyłapałem jeszcze przypieczoną skórkę chleba, niewielkie pokłady żywicy i owoców tropikalnych. Samych kwaskowych cytrusów raczej tu niewiele, ale czerwone tropikalne frukty też są wporzo. Wszystko byłoby dobrze, gitara by grała, gdyby ten zapach był trochę silniejszy. Tymczasem ze szkła nic mi tu nie bucha, nosa nie urywa ani przez moment. Jakiś taki przygaszony i stonowany to aromat, a zwłaszcza jego odchmielowe naleciałości.
Black Gold generalnie to nawet dobry i smaczny napitek. Pije się go dość żwawo, bo smak naprawdę jest fajny i wielowątkowy. Co prawda brakuje mu trochę pazura w aromacie, ale da się z tym żyć.
Godzina 11.30 właśnie wybiła (mam jeszcze niecałą godzinę, by zdążyć na mszę o 12.30). Piwko wypite, post prawie napisany, spodnie oblane… Rzadko mi się to zdarza, ale akurat dzisiaj zdarzyć się musiało! Jak teraz się księdzu pokaże? Dobra, zmienię gacie, umyję zęby i się nie kapnie, że coś chlapnąłem ;>
⃰ Przedstawione wydarzenia są prawdziwe w 90-ciu procentach.
OCENA: 7/10
CENA: 7ZŁ (CZĘSTOCHOWSKI FESTIWAL PIWA)
ALK. 6,4%
TERMIN WAŻNOŚCI: 25.01.2017
BROWAR KRAFTWERK//BROWARY REGIONALNE WĄSOSZ

6 komentarzy:

  1. Noo i od razu lepiej ale przychamuj z tymi brzydkim słowami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził ;)

      Usuń
  2. Tylko,że Pan dogadza tym,którzy na 4 słowa mówią 3 niecenzuralne.Czy to zamierzone,czy taki styl?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli ktoś z Was nigdy nie zaklął niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem. Jacyś chętni? ;p

      Usuń
  3. Ten wpis to osobistej, prywatnej małżonce muszę pokazać. Ja to, jak po całodziennej orce chcę małe piwo wypić wieczorem to zaczyna się armagedon. A tu proszę! Superman! W niedzielę rano wlewać na oficjalu piwko w siebie :) Jesteś moim idolem :)

    Co do zarzutów ze strony purystów językowych to chciałbym zauważyć że, też nie jestem fanem. Wspominałem o tym wcześniej. Autor ma czasami język zbyt sugestywny i obrazowy. Ostatni wpis jedna wyraźnie dowodzi zmiany. W porównaniu z wcześniejszymi to jest naprawdę ugrzeczniony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na taką długą reckę tylko trzy wrzuty - to raczej niewiele.
      Łaciny używam po to, by nadać nieco ekspresji wydarzeniom/sytuacjom o których piszę, a także dla rozluźnienia czytelnika. Nic więcej :)
      Poza tym jak pisałem 90% tego tekstu to wydarzenia autentyczne, podczas których też kląłem, więc jak niby mogłoby ich zabraknąć w tekście??
      Wincyj luzu ludziska ;)

      Usuń