wtorek, 29 listopada 2016

RĘCE I CYCKI OPADAJĄ


Nie wiem co się dzieje, ale jest źle. Jest bardzo źle. Nie wiem, czy to wina moja, Wasza, czy po prostu otaczającego nas świata.
Staram się jak mogę, ale mi nie wychodzi. Prowadzenie bloga mi nie wychodzi. Naprawdę się staram, poświęcam na pisanie sporo czasu, ale na nic się to zdaje. Przyrost polubień fanpejdża bloga systematycznie spada. Z miesiąca na miesiąc przybywa Was coraz mniej, co budzi we mnie spory niepokój oraz smutek. Liczba wyświetleń bloga też ostatnio spadła, choć na szczęście nie jakoś drastycznie.
Nie będę tu nikogo owijał w bawełnę – dla każdego, kto pisze w sieci liczą się przede wszystkim statystyki. Dla jednego mniej, dla drugiego bardziej, ale się kuźwa liczą! Już nie wspomnę o zarobkowym blogowaniu, bo to zupełnie inna para kaloszy. Pitolenie, że ktoś pisze dla siebie, prowadzi bloga nie pod publikę, to zwykłe bajeczki, które można włożyć między Śpiącą Królewnę, a Kopciuszka. Bo prawda jest taka, że to te pierdolone „słupeczki” decydują o poziomie naszego samozadowolenia, a co za tym idzie też samopoczucia.

Piwa Naszego Powszedniego prowadzę od czerwca 2012 roku (choć recenzje piw zacząłem pisać już w listopadzie 2011). Łącznie już 4,5 roku. Całkiem sporo. Oczywiście nie byłem pierwszy w tej materii, ani nawet drugi, czy trzeci. Mój blog powstał w drugim rzucie „wysypu blogów” piwnych. Wydaje mi się, że pod względem wieku załapałbym się do początku drugiej dziesiątki. Teraz blogów o piwie jest pewnie ze sto albo i więcej.
Od dawna zdaję sobie sprawę, że przyrost lubisiów na fejsie mojego bloga jest jednym z najniższych w branży. Niecały tysiąc lajkujących w 4,5 roku! Żenada, ale już się do tego przyzwyczaiłem. Nigdy nawet przez ułamek pierdolonej sekundy nie marzyłem i nie próbowałem konkurować z takimi tuzami jak Kopyr, Docent, czy Kopik. Znam swoje miejsce w szeregu i zarazem doceniam ich wiedzę oraz popularność, na którą sami rzecz jasna sobie zapracowali.
Do tej pory przeciętnie co miesiąc ‘klikało mnie’ jakieś 15-20 osób. Mało, ale nie ma się co dziwić. Mój blog przecież nie jest jakiś super, mega wyczesany. Zdaje sobie z tego sprawę, ale tak źle jak ostatnio to jeszcze kuźwa nie było! W październiku tylko dziewięć polubień netto, w listopadzie zaledwie pięć!!! WTF?! 


Schodzę na psy i to bardzo dużymi krokami. Coraz mniej osób daje też zwykłego lajka pod postem, będącym linkiem do bloga. Kiedyś tak nie było. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego? Why, kurwa. Why?! Przecież blog bardzo się zmienił od początku swego istnienia i w sumie bez przerwy przechodzi jakieś przeobrażenia. Oczywiście wiem, że bez własnej domeny i na szablonie Bloggera cudów nie zdziałam, ale przecież nieraz widuję dużo brzydsze wizualnie i mniej profesjonalne stronki, które radzą sobie całkiem nieźle. Jak to możliwe? Przecież w ostatnim czasie zadbałem o takie rzeczy jak:
·        - nowy szablon – to oczywiście wciąż Blogspot, ale usunąłem najmniej potrzebne gadżety, a niektóre przeniosłem na sam dół, by blog stał się bardziej przejrzysty. Stronka jest „żywa i kolorowa”, a nie tylko białe tło i czarne litery jak u niektórych.
·         - coraz mniej typowych recenzji piwa na rzecz bardziej ambitnych tekstów (Wielkie Testy, Polskie Browary, Wycieczki, tematy związane z Bractwem Piwnym, Piwo Miesiąca, Różne Różności, czy najnowszy cykl Moja Piwniczka)
·         - jakość zdjęć oraz ich wygląd – plener, ciekawsze tła i takie tam. Rozdzielczość i ostrość mimo poprawy, wciąż jest daleka od ideału, ale niebawem będę miał dostęp do duuużo lepszego sprzętu niż obecnie

poniedziałek, 28 listopada 2016

WRCLW SCHÖPS



Ach, cóż to jest za piwo! Co za przedziwny wynalazek zgotował nam niedawno Browar Stu Mostów. Nazwa jest tak trudna, że nawet nie ma sensu próbować jej wymówić - WRCLW  Schöps. Nie chcecie chyba mieć języka w złamanego w trzech miejscach?
Jest to pradawny wrocławski styl piwa, warzony co najmniej od połowy XVI stulecia! Przez niemal dwa wieki było to mocno cenione piwo również poza granicami Śląska. W tamtych czasach uznawane było za jedno z czołowych piw ówczesnej Europy. Taka sytuacja. Piwo przedziwne. Przepiwo!
Jak czytamy na stronie browaru: „Zapomniana receptura powraca, dzięki zaangażowaniu historyków, piwowarów i browarników z całego świata. Jest to projekt odtworzenia piwa które zniknęło z dolnośląskich karczm na ponad 2 stulecia”.
Ponad 80% zasypu stanowią tu słody pszeniczne. Ciecz została nachmielona starą polska odmianą chmielu Lomik, będącą bezpośrednią spuścizną po chmielu Nowotomyskim. Goryczka jednak - jak i same akcenty chmielowe - mają być tutaj niemal doszczętnie ukryte, a słodową słodycz kontrować ma kwaśność pochodząca od bakterii kwasu mlekowego. Do piwa dodano, aż czterech rodzajów szczepów tych malutkich żyjątek. No co dzień można ich spotkać w kefirach, czy jogurtach!
Oczywiście w XVI wieku ludzie byli ciemni jak dwunasta w nocy, toteż nie wiedzieli jeszcze o istnieniu tak małych organizmów. Lekkie zakwaszenie nieświadomie pochodziło od dębowych beczek, w których piwo to fermentowało i leżakowało, czekając do wyszynku. Pory w tych drewnianych beczkach były naturalnym siedliskiem wspomnianych bakterii.


Schöps w rzeczy samej smakuje dość zaskakująco. Pierwsze co, to rzuca się w oczy (czy może raczej w język) nader wysokie wysycenie. Wysokie, ale niezwykle przyjemne, drobne i orzeźwiające. W to mi graj! Piwo jest słodkawe, mocno słodowe. Akcenty pszeniczne dominują, wyczuje je nawet kompletny laik ze stwierdzoną chorobą dwubiegunową. Poza słodką pszenicą mamy tu jeszcze sympatyczne niuanse chlebowe, sporo ciastek, biszkoptów i herbatników. Głęboko z tła wyłaniają się lekkie nuty drożdży, karmelu oraz miodu. Goryczka w zasadzie jest nieobecna, a w posmaku przewija się bardzo, ale to bardzo subtelna kwaskowatość oraz szczątkowa ilość chmielowych aspektów. Od razu powiem, że jak na tak bogatą florę bakteryjną, to piwo jest zaledwie minimalne kwaskowe. W zasadzie niczym pod tym względem nie różni się od dobrego Weizena, gdzie niewielką dozę kwasku wnosi sam słód pszeniczny. Tak, czy siak bardzo smaczne jest to piwo. Treściwe, pełne w smaku, słodkie, ale na pewno nie mulące.
Wygląd też jest niczego sobie. Wrocławski Schöps jest okrutnie mętnym napitkiem o barwie ciemnego złota, tudzież jasnego bursztynu. A pieni się ten skurczybyk jak jasna cholera! Piwo spowija mega, giga obfita czapa drobnej i sztywnej jak koci ogon piany. Rzeczona czapa długo się utrzymuje ciesząc oko pijącego. Co dziwne, lacing nie jest za specjalny.

sobota, 26 listopada 2016

DRY COOLA


W Polsce powstaje coraz więcej browarów. Obecnie jest ich tyle, że jeszcze kilka lat temu „fizjologom się nawet nie śniło”, że może ich być tak dużo ;) Jednym z nich jest na przykład Browars z Limanowej, który powstał zaledwie kilka miesięcy temu. Inicjatorem oraz piwowarem tego przedsięwzięcia jest Mariusz Marek (nie pytajcie mnie, które jest imieniem).
Tak się składa, że będąc niedawno w Krakowie wpadło mi w łapska piwko z Browarsu, choć chyba bardziej pasuje tu określenie: przytuliłem z wielką ochotą. Może i bym go nie kupił, gdyby nie ekstra promocja w jednym ze sklepów. Z natury jestem łowcą okazji, no to żem się skusił.
Piwo to zwie się Dry Coola i jest to American Dry Stout. Gry słowne w nazwie to ewidentnie coś, co mnie rajcuje, więc propsa mają już na wstępie. Druga rzecz to świetna obrazkowa/komiksowa etykieta, z tytułowym i przezabawnym draculą. Śliski, najwyższej jakości papier, dopracowane szczegóły oraz estetyczne wykonanie – widać, że nie śmierdzi to amatorszczyzną. Kolejny plusik na koncie Browarsu :)


Wygląd to jedna sprawa, ale tak naprawdę człek cieszy michę dopiero jak się piwa napije. Dry Coola na szczęście szybko udowadnia, że Mariusz Marek, czy też Marek Mariusz zna się na rzeczy. Piwo jest konkret - wyraziste, ułożone, dopracowane i przemyślane. Każdy element zna swoje miejsce i wie, po co Pan Bóg go stworzył. Wyraźna świeżo parzona kawa, mocna i nie mniej wyrazista gorzka czekolada oraz całe morze sowicie palonych słodów. Mniam! W tle i na finiszu moje zmysły pieści dość mocna i wytrawna goryczka o cudownym kawowo-grejpfrutowym zacięciu. Tak jak nie przepadam za wytrawnymi Stoutami, tak ten mi bardzo podszedł. Ale to jeszcze nie wszystko. Tuż za ciemną stroną mocy podąża bowiem amerykańska rewolucja – rześkie cytrusy, grejpfrut, szczypta słodszych tropików, akcenty leśne i żywica. Wszystkiego jest tu napchane po same pachy. Wszystkiego w bród, od cholery i jeszcze trochę. Jedno z najlepszych piw w tym stylu, jakie piłem! :D

czwartek, 24 listopada 2016

WOJAŻE PO SZCZYRZYCU I KRAKOWIE Z PIWEM W TLE



O Bractwie Piwnym pisałem wiele razy, ale o wycieczkach z Bractwem chyba jeszcze nie. Czas to zmienić.
Ludzie z Bractwa to wielcy sympatycy piwnego rzemiosła. Zrobimy wiele, by napić się dobrego piwa, pojechać na piwny festiwal, czy odwiedzić browar. Skrzykujemy wówczas ekipę, robimy zrzutę, wynajmujemy busa i heejaah! Parafrazując słynną piosenkę, można powiedzieć, że jesteśmy „skazani na busa” ;)
Nie o busie jednak miało być, a o wyjeździe. Wycieczce do Browaru Cysterskiego „Gryf” w Szczyrzycu w Beskidzie Wyspowym.
Wypad do małopolskiego Szczyrzyca mieliśmy w planach już od dłuższego czasu, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. W końcu w połowie listopada udało się wszystko pospinać i oto byliśmy w drodze. Ja plus trzynastu innych ‘piwnych braci’ (w tym dwie kobiety, żeby nie było). Już od samej Częstochowy siąpił nieprzyjemny deszczyk, który nam akurat latał koło…, no wiecie czego. Kierowca jednak miał zapewne trochę odmiennie zdanie na ten temat, choć nie dawał tego po sobie poznać.
Do Szczyrzyca dojechaliśmy szczęśliwie o planowanej godzinie, czyli gdzieś koło 10.30 rano. To co zastaliśmy wprawiło nas jednak w niemałe osłupienie – piękna, słoneczna i ciepła pogoda! Ani śladu deszczu. Chyba oni w tym Szczyrzycu mają jakieś układy z Panem Bogiem. Ku naszej uciesze kurteczki poszły zatem w odstawkę.  Co niektórzy nawet tak się rozochocili, że przebywali na zewnątrz w krótkim rękawku! 


Zatrzymaliśmy się tuż przed browarem. Nie powiem, ładnie to wszystko wygląda. Zgrabny i raczej niewielki biały budynek z charakterystycznym wysokim kominem z czerwonej cegły, będącym spuścizną po ruinach niegdysiejszego browaru. Wokół kostka (niezbyt porządnie ułożona) i sąsiedni budynek, który kiedyś pełnił funkcję słodowni.



Drewniany browar Cystersów w Szczyrzycu wzmiankowany jest już w 1628 roku, choć nie jest znana dokładna data jego budowy. W latach 1772-1774 przy szczególnym zainteresowaniu szczyrzyckiej społeczności wybudowano na terenie opactwa pierwszy murowany browar. Jednakże w obecnym miejscu browar stoi od 1824 roku. Mając na uwadze wstrzemięźliwi tryb życia zakonników do tegoż właśnie roku wyrabiane piwo, a raczej podpiwek nie przekraczał 1% zawartości alkoholu!
Największą sławę browarowi przyniosło piwo Złoty Zdrój, które w latach 1925-1945 cieszyło się dużym uznaniem w tamtejszej okolicy. Po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej zakład należał do katolickiego zgromadzenia zakonnego. Jednakże w 1951 browar został znacjonalizowany i przekształcony w PGR.. Najwięcej piwa w swej długiej historii browar warzył w 1983 roku – 22 tys. hektolitrów. Dziesięć lat później po ciężkich bataliach Cystersi odzyskali swoją własność i ponownie sami zaczęli warzyć piwa. Nie szło im jednak najlepiej, co doprowadziło w roku 1997 do całkowitego zamknięcia browaru, który szybko popadał w ruinę. Ratunek przyszedł dopiero 2007 roku, kiedy to w ramach współpracy z zakonnikami, miejscowy przedsiębiorca rozpoczął powolny i długotrwały remont browaru. Pierwsze piwo w nowym, odbudowanym browarze zostało uwarzone w roku 2015.


Tak się składa, że naszym przewodnikiem był nie kto inny, jak Adam Czepiel - inwestor i współwłaściciel całego przedsiębiorstwa. Początkowo po browarze miał nas oprowadzać Wojtek Warzyszyński (główny technolog, instalator całego oprzyrządowania, piwowar Fabryki Piwa), ale dwa dni wcześniej pilnie musiał wracać do domu do rodzinnej Czewy.
Jak nam Pan Adam wyjaśnił on i Cystersi tworzą spółkę, jednak fundusze na remont browaru pochodziły z jego kieszeni (facet spore musi mieć te kieszenie). Opactwo jest także właścicielem gruntów na których leży browar i dawny budynek słodowni.
Zwiedzanie zaczęliśmy od warzelni o wybiciu ok 18-20 hl. Znaczna część kotłów i instalacji znajduje się na antresoli wokół niewielkiego pomieszczenia. Całkiem ładnie i zgrabnie to wygląda muszę przyznać. Właściciel jednak nie za wiele wiedział o szczegółach tejże instalacji oraz samych tajnikach warzenia piwa o czym już na wstępie nas poinformował. Wyjaśnił nam, że projektem tym głównie zajmuje się jego syn, który oczywiście gdzieś wyjechał. Miny nam trochę zrzedły, ale nie mieliśmy wyjścia. Pan Adam starał się jak mógł i opowiadał nam po prostu wszystko co wiedział o historii browaru, jego odbudowie i stanie obecnym. Oprowadzał nas po zawiłych pomieszczeniach całego budynku. Od warzelni, poprzez fermentownię, do leżakowni i do niewielkiej pakamery, w której odbywa się rozlew do butelek. Naprawdę nie sądziłem, że mieści się tam, aż tyle leżaków, gdzie dojrzewają sobie piwa. W browarze tym jako w jednym z nielicznych w Polsce wykorzystuje się system odzysku ciepła ze schładzanej brzeczki. Ciepło to zostaje ponownie wykorzystywane do celów technologicznych i gospodarczych. Właściciel zaprowadził nas także do piwnicy, która swego czasu była zasypana, a obecnie jest w trakcie kończenia prac remontowych. W środku panuje niezwykły klimat – wszystkie ściany i sufit zbudowane są z kamienia, który zachował się w oryginalnym stanie od początku istnienia budynku! Piwnica ta będzie zaadoptowana na salkę dla VIPów, gdzie wstęp będą mieli tylko specjalni goście browaru ;) Już widzę, co tam się będzie wyprawiać…






Generalnie cały browar sprawia wrażenie bardzo przemyślanego. Wszystko jest tu czyste, schludne i uporządkowane. Jak to się mówi „pachnie nowością”, mimo tego iż część zainstalowanego sprzętu została odkupiona od nieczynnego Browaru Relakspol. Pozostałe „garnki” dostarczyła dobrze znana w branży firma Minibrowary.pl.

wtorek, 22 listopada 2016

DOCTOR BREW - RIS


Doctorzy Brew jacy są każdy widzi. Chmielą na potęgę, wypuszczając pińcet rodzajów AIPA na minutę. Jakieś single hopy, SMASHe i inne obco brzmiące nazwy. Testują coraz to nowsze i nikomu nieznane odmiany chmielu, sprawiając hop headom orgazm za orgazmem.
Tak było kiedyś, bo od jakiegoś czasu Doctorki mają nowe hobby – mocarne i tęgie trunki, które nie biorą jeńców. Popularne RISy i inne barli łajna. Często, gęsto leżakowane w drewnianych beczkach po czym tylko się da (do kompletu brakuje tylko beczki po kiszonej kapuście i po ogórkach małosolnych). Ja już się w tym naprawdę pogubiłem. W pytę tego było w ostatnim roku. Wątpię, czy nawet Docent to jeszcze ogarnia.
Drogie te piwa mają jak jasna cholera, ale raz postanowiłem się zabawić. Szarpnąłem się na któregoś tam z rzędu RISa, który uprawiał łomżing… znaczy się leżakował w beczce po brandy. Parametry miał spoko, więc biere – powiedziałem. Portfel stawiał spory opór, ale w końcu go przekonałem ;) Niech wie, kto tu rządzi.


Teraz już wiem, że źle nie zrobiłem. Piwo jest czarne jak cień nietoperza. Pieniste jak Weizen jakiś. Zazwyczaj mocne piwa pienią się słabo, ale nie to. Beżowa piana tworzy tutaj zwartą i drobną pierzynę, która praktycznie wcale nie opada! Całe wieki musiałem czekać na możliwość jakiejkolwiek dolewki. Panie, a jaki tu jest lacing. Szkoda w ogóle gadać. Ciecz wygląda po prostu obłędnie.
No, ale przecie od patrzenia procenty nie wejdą. Od wąchania też niby nie, ale grzechem byłoby wypić ten cymes na hejnał. Nos też potrzebuje uciechy, a jest co wąchać. Aromat jest bogaty jak właściciel pola naftowego. Ułożony jak stuletnia whisky. Jest intensywnie i wielowątkowo. Nie brakuje tu gorzkiej czekolady, świeżo palonej kawy i konkretnie palonych słodów. Wszystko w najdroższym wydaniu rzecz jasna. Dalej mamy akcenty winne, likierowe i sporo suszonych owoców (rodzynki, wiśnie i śliwka węgierka). Z tła natomiast kłaniają się subtelne cienie drewna i jakiegoś mocnego alkoholu, chyba brandy. Alko nieco wierci dziury w nozdrzach i przyznam, że mógłby być troszkę bardziej ułożony. Nie mniej jednak wciąż bardzo ładnie to wszystko pachnie. Można wąchać bez końca.

niedziela, 20 listopada 2016

PSZENICZNE KOSMICZNE



Dzisiaj przerwa w craftach, risach-srisach, porterach i innych barli łajnach (nie to, żebym jadł gówno, to takie piwo jest po prostu). Czasem przychodzi taki czas, gdy trzeba się zresetować. Czas, kiedy trzeba dać odpocząć kubkom smakowym, co by nie sfiksowały.
Idealnie do tego nadaje się jakiś niezobowiązujący pilsik, czy inny jasny lagerek. Ja niestety obszukałem piwnicę wzdłuż i wszerz, ale nic takiego nie znalazłem. Znalazłem za to coś innego. Znalazłem piwo od Waszczuków!
To bracia są, co to sobie browar założyli. Kontraktowy, ale to zawsze coś. Piwa warzą w różnych browarach, sam dokładnie nie wiem gdzie. Mateusz Waszczuk i Karol Waszczuk. Widziałem ich piwo w „oszołomie”, więc wziąłem. Pszeniczne Kosmiczne się zwie. Zwykły, poczciwy Hefe-weizen bez udziwnień i specjalnych dodatków. Piwo to jednak ma szansę stać się moim ulubionym pszeniczniakiem, bowiem nie tak dawno wygrało naszą (czyli Bractwa Piwnego) XII Degustację Piw, rozpierdalając w drobny mak, aż szesnastu konkurentów! Taka sytuacja. 


Kosmiczne nalewa się z diabelnie obfitą czapą białej piany. Czapa jest drobna i sztywna jak piana, co to czasem nasze żony biją z białek. Opada w ślimaczym tempie, tworząc ładny lejsing. Piwo jest słomkowo blade i okrutnie mętne! Jak woda z kałuży po burzy (rym zamierzony). Swoim kolorem bardzo przypomina zblendowane banany. Powaga.
Zblendowane banany to zresztą całkiem trafne określenie jeśli chodzi o smak. Bananów po bliskim spotkaniu z blenderem jest tu bowiem w pytę. Z pół tony, albo i więcej. Nie mam pojęcia jak oni zmieścili to w tej jednej butelce, skurkowańce jedne ;) Prócz całej masy słodkich bananów nie brakuje tu także słodu, chlebka i pszenicy. Też słodkiej, ale jednocześnie lekko kwaskowej. Mimo tej słodyczy piwko nie jest za słodkie. Wręcz przeciwnie – rześkość bije z niego na kilometr, również za sprawą sporego wysycenia. Bąbelki mile łechcą moje kubki smakowe, dając uczucie świeżości. W tle majaczy jeszcze sympatyczna drożdżowa nuta, dodająca pełni. Wszystko jak książka pisze, wszystko wzorowo. No, może poza goździkiem, którego tu nie odnotowałem.
Napitek jest spoczko, ale wiecie, co mi się najbardziej podoba w piwach od Waszczuków? Etykiety! Są po prostu rewelacyjne, luzackie, odjechane i z tak zwanym jajem. Komiksowy styl, to zdecydowanie moje klimaty. Na tej na przykład jest namalowany jakiś obłąkany gościu w stroju astronauty. Ciekawe, czy to Karol, czy Mateusz? ;p

czwartek, 17 listopada 2016

MOJA PIWNICZKA: 4-LETNI ŻYWIEC PORTER



Nadeszła wiekopomna chwila. Lejdis end dżentelmens to już dziś! Niniejszym wpisem otwieram nowy dział na blogu – Moja Piwniczka. Stali czytelnicy zapewne już wiedzą o co kaman, ale dla formalności przypomnę. W dziale tym będę zajmował się porządnie wyleżakowanymi piwami, głównie porterami bałtyckimi i RISami, choć nie tylko. Będę je spożywał z największym skupieniem, będę mlaskał na prawo i lewo, wąchał z intensywnością nie mniejszą niż Wasz czworonożny przyjaciel. Wpisy będą pojawiać się głównie w miesiącach jesienno-zimowych, mniej więcej raz na miesiąc :)
Przyjąłem sobie, że będą to piwa minimum czteroletnie! Dawno po terminie, którym wbrew pozorom czas zupełnie nie szkodzi. Wręcz odwrotnie - zegarki są ich sprzymierzeńcem! Jednakże cztery wiosenki to tylko początek, bo z biegiem miesięcy i lat zamierzam raczyć się coraz starszymi trunkami. Pięcio-, dziesięcio-, piętnastoletnimi and more. Nie wyznaczam sobie tutaj górnej granicy. Czas pokaże jak to się rozwinie. A po co to robię? Bo mogę! ;)
Prologiem tego nowego cyklu był tekst „Wszystko co powinieneś wiedzieć o leżakowaniu piwa”. Zawarłem tam wszystkie niezbędne informacje odnośnie tego zagadnienia. Dowiecie się tam między innymi po kiego grzyba piję przeterminowane piwa i jeszcze się z tego jaram jak znicz we Wszystkich Świętych. Naprawdę polecam przeczytać ten artykuł.
Początkiem mojej przygody z porządnie wyleżakowanymi piwami jest wszem i wobec znany Żywiec Porter. Klasyka klasyk można rzec. Butelka jeszcze ze starą etykietą i 22% ekstraktu. Po zmianie szaty graficznej zmieniono recepturę na 21% i wydłużono termin ważności z 12 do 18 miesięcy. Osobiście twierdzę, że od tamtej pory Żywiec Porter zmienił się na gorsze.

Producent
Grupa Żywiec
Termin ważności
27.07.2013
Wiek (miesiące)
52
Zawartość alkoholu (%)
9,5
Ekstrakt (°Blg)
22

Czas generalnie nie wpływa za bardzo na wygląd, tak więc rzeczony napitek to wciąż czarne piwo z piękną, bujną i zwartą czapę beżowej piany o drobnej teksturze. Lacing jest także na posterunku ;) Piana jest trwała, opada wolno i niespiesznie.


Nie ulega wątpliwości, że piwo jest lepsze niż świeża wersja. Ciecz gładko sunie po przełyku, jest aksamitna i gęstawa. Po podniebieniu rozlewa mi się przyjemna czekolada w odmianie gorzkiej i deserowej. Broń Boże nie żaden wyrób czekoladopodobny, tylko prawdziwa i droga czekolada. Wtóruje jej wyraźna kawa. Świeżo parzona, dość mocna i bez mleka. Dalej mamy sporo suszonych owoców, głównie rodzynek i śliwek. W to wszystko próbuje się wplątać palona słodowość i trzeba przyznać, że się jej to udaje. Ciemne, lekko palone słody robią to jednak z wielką gracją i zwinnością. Stanowią one łącznik pomiędzy poszczególnymi składowymi, nie przykrywając ich. W tle można odnaleźć odrobinę opiekanego karmelu i szczyptę lukrecji. Finisz natomiast został obstawiony przez umiarkowaną goryczkę o kawowo-czekoladowym spojrzeniu. Goryczka jest cholernie szlachetna, krótka i ułożona. A co z alkoholem? Przepraszam, jakim kuźwa alkoholem? Piwo jest gładkie jak murawa na Narodowym. Nie ma tu mowy o żadnym gryzącym etanolu :D Bardzo to wszystko smaczne i bogate w doznania! O to właśnie chodziło.

wtorek, 15 listopada 2016

PO GODZINACH - APPLE WHEAT



Browar Amber jaki jest każdy widzi. Mają w ofercie kilka niezłych piw, choć do typowego craftu im jeszcze daleko. Ja szczególnie wielbię ichniego porterka, pszenicę i koźlaka. Limitowana seria Po Godzinach także na propsie. Może nie jest to jakiś totalny odlot, ale szanuję ten zamysł. Zazwyczaj piwa z tej serii są dopracowane i w miarę ciekawe. 
O ile dobrze liczę było ich już w sumie osiem! Mi jak na razie udało się chapnąć ledwie cztery. Marcowe oraz India Pale Lager ominąłem w sumie celowo, uznając je za typowych nudziarzy. Natomiast wyłem po nocach jak wilk z powodu braku możliwości skosztowania Red IPA. Jakimś cudem nigdy nie widziałem go w sklepach. Szkoda.
No, ale nic to, bo oto mam przed sobą najnowszy wywar z całej serii – Apple Wheat. Już sama nazwa zdradza nam tyle, że w zasadzie jakiekolwiek wyjaśnienia są tu zbędne. Chyba tylko totalny kretyn nie wie, że chodzi tutaj o lekkie pszeniczne piwo z sokiem jabolowym na pokładzie ;)



Tym razem odstawiam szablon na bok i zacznę od końca. Dzięki temu już na początku dowiecie, że to bardzo dobre piwo. Świeże, orzeźwiające, lekkie i przyjemnie pachnące. W smaku wyraźnie czuć pszeniczną słodowość, poprzeplataną w tym wypadku chlebkiem i słodkawym biszkoptem. W tle obecne są sympatyczne nutki bananów i jabłek, choć powiem szczerze, że tych ostatnich spodziewałem się więcej. Chwilami do głosu dochodzi subtelny kwasek, który wnosi tu dodatkową porcję świeżości. Piwo jest bardzo mocno nagazowane. Bąbelki aż szczypią w język. Ma to swoich zwolenników, ale ja do nich niespecjalnie należę. Tak, czy owak smaczny i cholernie rześki to napitek. Jestem na tak :D
Po Godzinach Apple Wheat oferuje obfitą czapę bielutkiej i mieszano ziarnistej piany, która głośno syczy niczym pyton jakiś. Piana szybko się dziurawi i rozrzedza, choć nie opada jakoś diabelnie prędko. Ciecz jest obłędnie mętna i nosi blado złote, wręcz słomkowe wdzianko.

niedziela, 13 listopada 2016

POLSKIE BROWARY - Browar Fortuna


Minął niemal rok od mojego ostatniego wpisu z serii Browary Polskie, ale możecie spać spokojnie – nie zarzuciłem tematu. Nadal chcę promować i pisać o polskim piwowarstwie. Zgodnie jednak z moimi wcześniejszymi założeniami, aby móc w sensownym zakresie wyrobić sobie opinię o danym browarze, to siłą rzeczy muszę trochę wypić jego piw. Trzy, czy pięć pozycji nie załatwią tutaj sprawy. Ja przyjąłem sobie liczbę recenzji na poziomie równym 25. Uważam, że to dobra strategia.

Browar Fortuna

Rok założenia
1889
Właściciel
IBG DWA Sp.z o.o.
Moce produkcyjne
35 tys. hl/rok
Lokalizacja
Miłosław
Prezes
Krzysztof Panek
Motto/hasło Warzymy specjalności
Logo


Krótka lekcja historii



Może nie każdy wie, ale przybytek z Miłosławia to zabytkowy browar, który powstał pod koniec XIX wieku, dokładnie w 1889 roku pod nazwą Parowy Browar Eksportowy w Miłosławiu „FORTUNA”. Szybko, bo już dziesięć lat później zakład zmienił właściciela. Ponownie stało się tak w 1904 roku i w 1939, kiedy to z wiadomej przyczyny trafił w niemieckie ręce. Późniejsze lata to oczywiście nacjonalizacja przez komunistów w powojennej Polsce, która stopniowo doprowadzała do pogorszenia się jakości piwa i tym samym do spadku wizerunku w oczach nabywców.
Spadkobiercy przedwojennych właścicieli odzyskali browar dopiero w 1995 roku i po dwuletnim remoncie wyraźnie tchnęli w niego nowe życie. Rok 2011 to jednak znowu rok dużych zmian w browarze, który kupiła polsko-belgijska spółka IBG DWA, mająca oczywiście typowo browarnicze korzenie. Zmianie uległo w zasadzie wszystko – od akcjonariuszy, prezesa i zarządu, po strategię, portfolio, logo i etykiety.


Browar Fortuna dziś


Po kilku latach rządów nowego właściciela mogę powiedzieć, że zmiana ta wyszła Fortunie na dobre. Ciężko mi się co prawda wypowiedzieć na temat jakości piw obecnych i tych wcześniejszych, bo po prostu nie miałem sposobności obcowania z nimi. Ale nie ulega wątpliwości, że browar znacznie zwiększył ilość oferowanego piwa, zarówno pod względem ilości marek jak i stylów. Szeroka dystrybucja sprawia natomiast, że praktycznie nie ma żadnego problemu z kupnem miłosławskich trunków, które nie są jakoś szczególnie drogie.
Browar Fortuna należy do segmentu tzw. browarów regionalnych o raczej niewielkich mocach produkcyjnych wynoszących 35 tys. hl rocznie. Obecnie posiada trzy marki własne – Komes, Miłosław i Fortuna. Choć wciąż nie możemy go nazwać typowo rzemieślniczym przybytkiem, to widać, że starają się w tym Miłosławiu. W tym roku na przykład pojawiło się pierwsze nowofalowe piwo z Fortuny, co dodatkowo podkreśla ich szybki rozwój. W ogóle w ostatnich miesiącach można zaobserwować z ich strony duże „parcie na szkło”. Sypią nowościami jak z rękawa. W ciągu 10-ciu pierwszych miesięcy tego roku wypuścili na rynek imponującą liczbę, aż 9 piw!!! Oczywiście nie każde z nich jest warte uwagi z punktu widzenia typowego beer geeka, ale ilość ta z pewnością może zawstydzić niejednego krajowego rzemieślnika.


Z jakże bogatej oferty Browaru Fortuna na uwagę zasługuję na przykład Miłosław Pilzner – chyba najbardziej znany i rozpowszechniony ze wszystkich Miłosławów. Oferuje rześki i wyraźny chmielowo-trawiasty aromat, podbity miłą i sympatyczną goryczką. Niby zwykłe i niezobowiązujące piwo, ale nie umywa się do niego żaden z koncernowych jasnych lagerów. W ostatnich 2-3 latach ponoć jego warki bywają nierówne, ale mi na szczęście jeszcze się nie trafiła żadna perfidna sztuka.
Miłosławski producent znany jest z zamiłowania do piw smakowych/owocowych. Ja rzecz jasna od zawsze podkreślam, że nie jestem ich wielkim fanem. Mimo to z mojej strony mogę polecić Wam Fortunę Śliwkową, cechującą się nad wyraz rześkim i naturalnym smakiem śliwek i rodzynek.

piątek, 11 listopada 2016

ŻYWOT BARLEY'A



Kolejny smutny dzień chyli się ku końcowi. Jest szaro, buro, zimno i mokro. Deszcz, plucha i szaruga to znaki szczególne tegorocznej jesieni. Dlatego nie ma co owijać w sreberka - przysłowiowa złota polska jesień dała w tym roku dupy. Olała nas ciepłym moczem franca jedna.
Ale to nic. Najważniejsze to się nie załamywać. Zawsze trzeba szukać tych pozytywnych stron. Ja na przykład je znalazłem – dzięki takiej pogodzie sezon na tęgie, rozgrzewające napitki zaczął się w tym roku wyjątkowo wcześnie ;D W zasadzie już od połowy września możesz bez żenady, w pełni legalnie, na tzw. lajcie popijać mocarne i wysoce ekstraktywne trunki, pokazując środkowy palec piwnym purystom. No bo wiecie, latem to tak trochę nie przystoi. Może nie wypada, bo wstyd, bo obciach, może nawet strach… No, chyba że jesteś taki ziom jak ja, który środkowy palec piwnym purystom pokazuje cały rok ;p
Jak widzicie na fotce poniżej dziś na tapecie ląduje Żywot Barley’a z Browaru Maryensztadt. Tęgi, mocny i bezkompromisowy Barley Wine idealnie wpisuje się w panującą za oknem aurę. 


Osobiście wolę amerykańską interpretację tego stylu, ale tradycyjna angielska wersja z Maryensztadtu robi nad wyraz dobrą robotę. Piwo jest mocne, dość gęste i solidne. 22° Plato to już nie przelewki. Z jednej strony atakuje nas olbrzymia słodowa podbudowa o przyjemnym karmelowo-opiekanym charakterze. Na drugim końcu kija natomiast została osadzona dość rześka chmielowa strona, zahaczająca chwilami o lekką ziołowo-korzenną nutkę. Bardzo fajnie to smakuje, zwłaszcza że w tle czai się prażone ziarno, tosty i suszone owoce polane tu i ówdzie słodkim miodkiem. Takie coś to ja rozumiem! :D Mordka sama układa się w kształt banana. Całość nie jest jakoś mocno słodka, czy zalepiająca, a alkohol jest świetnie ukryty, co jedynie lekko rozgrzewa nas od środka. Wysycenie jest niskie, a finisz został zaakcentowany sympatyczną, krótką i szlachetną goryczką o przyjemnym ziołowo-chmielowym rodowodzie. Mniam!
Mętne, brunatno-miedziane piwo nalało mi się z umiarkowanie obfitą pianką. Kołderka jednak głównie będzie się podobać za sprawą drobnej i puszystej faktury oraz ładnej kremowej barwy. Piana długo i dzielnie trzyma się przy życiu, tworząc niewielki, ale zauważalny lacing.

środa, 9 listopada 2016

STEAM TIME



Ponownie śląski Kraftwerk w akcji. Why not? Nie za dużo piłem ich wyrobów, ale wiem, że piwa mają raczej dobre i można na nich liczyć. Są płodni jak stado szarańczy w środku sezonu, kreatywni niczym Leonardo da Vinci i sprytni jak stary doświadczony lis.
Tym razem na tapecie ląduje Steam Time. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się AIPA, ale nie taka zwyczajna ajpa. Takich to jest u nas na pęczki, na wiadra. Wiadrami mógłbyś je nosić, a i tak wszystkich nie uniesiesz. Mój dzisiejszy gość to chmielona po amerykańsku IPA z herbatą Earl Grey na pokładzie. Wiecie, pomarańcza bergamotka – takie klimaty. Ale to jeszcze nie wszystko, bo do piwa dorzucono także kwiaty hibiskusa, co to również niekiedy możemy w herbatkach owocowych znaleźć (że też im się chciało latać po łąkach i rwać płatki...).
Brzmi to wszystko niezwykle interesująco. Na tyle interesująco, że kończę już to ględzenie i przechodzę do rzeczy, bo chce mi się piwa jak wielbłądowi wody po tygodniu marszu przez Saharę ;p


Rzeczone piwo jest wyraźnie mętne, ciemno bursztynowe i pływają w nim niewielkie farfocle, ale to akurat może być moja wina, bo chyba nieco osadu z dna przez moją nieostrożność powędrowało sobie do szkła. Na powierzchni uformowała się całkiem zgrabna czapa o barwie przybrudzonej bieli. Piana jest drobna, sztywna i dosyć trwała. Wspaniale krążkuje, tworząc niezwykły spektakl na ściankach naczynia.
W smaku też nie jest źle, ale przyznam się bez bicia, że oczekiwałem nieco większych fajerwerków. Jeśli miałbym wskazywać z którego wybrzeża pochodzi ta IPA, to bez wątpienia palec powędrowałby w kierunku East Coast. Bardzo dużo tu słodowej pełni, sporo karmelu, ciasteczek, słodkich biszkoptów i herbatników. Oczywiście jankesi też dają o sobie znać, ale nie jest to jakaś chmielowa bomba. Jest trochę rześkiego cytrusa (limonka, grejpfrut) i odrobina dojrzałych tropików (mango, liczi). Nieco dalej błąka się niewielka, acz sympatyczna doza żywicy i szczypty olejku z bergamotki, znanej z wspomnianej herbaty. Kwiatowości jest tyle, co kot napłakał, a samego hibiskusa naprawdę ciężko mi tu wyodrębnić, choć znam go bardzo dobrze. Finisz wieńczy umiarkowanej mocy goryczka o grejpfrutowo-ziołowym profilu. Jest w miarę szlachetna i gładka, choć odrobinę zalega. Dość dobrze to smakuje, ale do piwnego orgazmu daleka droga.

poniedziałek, 7 listopada 2016

KOTWICZNE



Z reguły nie lubię poniedziałków, ale ostatni dzień października Anno Domini 2016 był dla mnie pięknym dniem. Kurier przywiózł mi paczkę. W środku piwo i kultowe szkło do piwa (Teku). Wiadomo – dary lasu każdy lubi i z chęcią przygarnie. Nadawcy, czyli Browarowi Spółdzielczemu z Pucka bardzo dziękuję za tą miłą niespodziankę. Agnieszko Dejna i Januszu Golisowicz niech Pan Bóg Wam to w dzieciach wynagrodzi, bo ja nie jestem w stanie ;)
Wróćmy jednak do zawartości rzeczonej butelki. Kotwiczne się zwie i jest dziełem współpracy słynnych ‘Doctorków’ i Browaru Spółdzielczego. Nie wiem kto kogo namówił do tej kooperacji, ale cudo wyszło z tego nieliche: alkohol 12%, ekstrakt 30°Blg!!! Mój mały, aż podskoczył z wrażenia. Święty Janie w śmietanie! Toż to prawdziwy potwór jest, nie piwo. Ponoć warzenie trwało aż 72 godziny! Biedny piwowar koczował przy kadzi w namiocie i spał na karimacie przez całe pieprzone trzy dni, a żywił się tylko zupkami chińskimi! Seriously ;p Chwała mu za to, bo gdyby nie jego samozaparcie nie byłoby tego piwa.
Nie znałem dotąd takiej bestii. Znałem tylko Barley Wine, a tu jest napisane Wheat Wine. Wheat, bo jest na słodzie pszenicznym. Wine, bo jest mocne jak wino, w sumie to nawet mocniejsze niż większość win. Na tą chwilę jest to jedno z trzech najmocniejszych polskich piw na rynku i wyłączając wymrażaną Buba Extreme (32°Blg) nie ma sobie równych pod względem zawartości ekstraktu! (Jopejskie z Olimpu jeszcze nie miało oficjalnej premiery). Na samą myśl „cenka opada” ;> 


Drżącą ręką przelewam ten wyjątkowy specjał. Beżowa piana jest drobna i niewysoka, ale kto by się przejmował pianą, przy takim piwie? Jego barwa jest za to niebywale urocza – miedziano-bursztynowa z cudnymi rubinowymi refleksami. Całość jest tylko nieznacznie mętna, wręcz opalizująca.
Czas na pierwszy kontakt. Piwo jest tylko delikatnie schłodzone, więc wpierw będzie wąchanko. Aromat jest umiarkowanie intensywny, ale za to bardzo bogaty. Jest słodko, syropowato i mega przyjemnie. Jest sporo karmelu, miodu, słodu, słodkich biszkoptów i spodu od ciasta, ale nie przypieczonego. Wszystko podszytą jest garścią chmielu i suszonych owoców, z których prym wiedzie rodzynka i wiśnia. Tłem suną łagodne cienie pszenicy, skórki od chleba i likieru owocowego, który to w gustowny i bardzo grzeczny sposób informuje nas o zabójczej dawce alkoholu w tym piwie. Po całkowitym ogrzaniu pojawiają się iluzoryczne nuty drewna i whisky! Matko Boska Częstochowska, tego to się tu nie spodziewałem. Całość jest bardzo zgrabna i ułożona. Może nie jakaś odkrywcza, ale z pewnością będzie się podobać.

sobota, 5 listopada 2016

ZŁOTY DENAR CHMIELOWY



Dawno już nie było na blogu nic z Namysłowa. Oj, bardzo dawno. W ciągu tych ponad trzech lat wiele wody w Wiśle upłynęło, wiele dziewic straciło cnotę i wiele łapówek przyjęli polscy politycy. Ale czas to zmienić. Mam w zanadrzu dwa piwka do obalenia z namysłowskiej warzelni. Na pierwszy ogień idzie budżetowy Złoty Denar Chmielowy.
Jak zapewne wiecie Browar Namysłów w żadnym stopniu nie jest mokrym snem prawdziwego hop heada. Nie jest to może poziom koncernowych sikaczy, ale faktem jest, że nowa fala jeszcze do Namysłowa nie zawitała, a ich pseudo witek trzyma poziom co najwyżej Żywca Białego.
Jedynym piwem z tego browaru, które pijam w miarę regularnie (tj. od czasu do czasu) jest Namysłów Pils. Piwo absolutnie niczego nie urywające, ale bardzo powtarzalne, rześkie, chmielowe i stosunkowo goryczkowe. Na głowę bije koncernowe ojrolagery. Złotego Denara piłem bodajże dwa razy i też nie był najgorszy. Dlatego właśnie postanowiłem go prześwietlić w blogowym realiach. Zobaczmy na co go stać.


Piwo ładnie wygląda w szkle. Jest klarowne i typowo złociste. Ani nie za jasne, ani nie za ciemne, ucelowane w sam środek. Wieńczy je wysoka czapa białej piany, niestety niezbyt drobno ziarnistej. Piana opada w średnim tempie, zostawiając niewielkie zacieki na ściankach.
W smaku przez pierwsze minuty było nawet nieźle. Świeżo, rześko i umiarkowanie chmielowo. Niestety z każdą upływającą minutą piwo stawało się coraz gorsze. Początkowe wysokie wysycenie bardzo szybko odeszło do lamusa. Złoty Denar odgazowuje się w zastraszającym tempie. W sukurs temu zjawisku przychodzi silne uwypuklenie słodowej strony. Obszerna słodka słodowość przywodzi na myśl mokre zboże, chleb i biszkopty. Głęboko w tle czai się lekka stęchła piwniczna nuta, przez co całość sprawia nieciekawe i mdłe wrażenie. Goryczka jest znikoma jak moja wiedza o budowie akceleratora cząstek, czyli niemal zerowa.

czwartek, 3 listopada 2016

THE GRAVEDIGGER



Czemu ja zawsze muszę być w plecy, mieć pod górkę, do tyłu? Zawsze jestem drugi, trzeci, piąty, dziesiąty, ale nigdy pierwszy. Może brakuje mi trochę refleksu, może poczucia czasu, a może po prostu szczęścia? A może luzu, tak jak polskim chłopakom? ;) A może to przez to, że lewe jądro mam niżej niż prawe? Sam już nie wiem.
Mimo to nie poddaje się, walczę, staram się i kroczę przez świat z podniesionym czołem. Dziś tak wysoko podniosłem czoło, że zaryłem łbem o żyrandol! Dlatego, że za chwilę będę pić The Gravediggera z Brokreacji :D Wspaniały sobie zrobiłem prezent z okazji dzisiejszego International Stout Day. Piwo nie jest nowe, ale mimo to jaram się jak wiązka słomy. To nic, że o jego premierze można przeczytać już tylko w książkach do historii. To nic, że Brokreacja wypuściła już ze cztery nowe wersje tego piwa. Leżakowane w drewnie! To nic. Dla mnie i tak jest dzisiaj święto, bo piję jedno z bardziej pożądanych przeze mnie piw. Russian Imperial Stout The Gravedigger – wg Anglosasów kopacz grobów, wg Polaków grabarz. Anglicy są po prostu bardziej dosłowni. 


Kopacz… tfu, przepraszam Grabarz prezentuje się cudnie. Niemal tak samo cudnie co Dżoana Krupa, tylko że brakuje mu fajnych cycków. Piwo jest okrutnie czarne, totalnie czarne. Jak świeża smoła, podczas bezksiężycowej i pochmurnej nocy. Nalewając je przez chwilę myślałem, że to przepalony olej z mojej beemki. Aż zerknąłem na etykietę,  czy to aby na pewno jest piwo. Na szczęście tak, bo pokrywa je piana. Drobna, zbita i puszysta o jasno brązowym odcieniu. Nie jakiś tam blady jak dupa beż, tylko konkretny i wyrazisty brąz. To lubię!
Jedźmy dalej. Biorę łyka i nie wierzę. Jakież to gęste, jakie lepkie! Jeszcze jeden rzut oka na butelkę – to nie 5W40, a piwo. 24 Ballingi. Dużo, ale piłem większe pociski i nie czułem tego, co tutaj. Totalna gęstość, zawiesista konsystencja, olbrzymia pełnia i ten wybitnie czarny kolor mącą mi w głownie, dając wrażenie picia co najmniej 28 Ballingów. Świetna sprawa, świetny dobór słodów. Jest mocna kawa, świeżo parzona i solidna. Tuż za nią stoi prawdziwa gorzka czekolada z zawartością kakao minimum 90%. Jest też sowita dawka palonych słodów i popiołu, które płynnie przechodzą w paloną goryczkę. Mocną i zdecydowaną jak sierpowy Kliczki! Goryczka jest naprawdę silna, ściska gardło jak Pudzian na gali KSW, poza tym w punkt kontruje czekoladową pełnię. 100 IBU nie urwało się przecież z choinki. Daleko w tle majaczą suszone owoce i coś jeszcze, jakby zioła, jakby chmiel jakiś, może nawet szczypta żywicy. To może być słuszny trop, bo przecież na pokładzie mamy amerykańca. Piwo lekko grzeje od środka, ale w żadnym wypadku nie jest alkoholowe.

środa, 2 listopada 2016

PIWO MIESIĄCA - PAŹDZIERNIK 2016




Czas leci jak popieprzony. Dopiero było lato, a jest już zaawansowana jesień. Dopiero człek miał dwadzieścia lat, a już jest po trzydziestce. Niestety nic na to nie można poradzić, co jedynie trzeba czerpać z życia ile się da, pełnymi garściami jak mawia powiedzenie. Trzeba pić tylko te dobre piwa, szkoda czasu na mizerne i bezsmakowe siuśki. Życie jest za krótkie, aby truć się kiepskim piwem.

Jeśli nie potraficie odróżnić kiepskiego piwa od bardzo dobrego, to dobrze trafiliście. Ten blog jest właśnie dla Was i szczególnie dla Was powstał cykl Piwo Miesiąca, gdzie jak na tacy wskazuję czytaczom najlepszy wywar, jaki pojawił się na blogu w danym miesiącu.
Właśnie dziś przyszła pora podsumować październik. Sporo dobrych i bardzo dobrych piw wypiłem w tamtym miesiącu, ale wybrać muszę najlepsze. To, które najbardziej zorało mi czachę i wbiło w ziemię po same jaja.

Werdykt jest już przesądzony. Po szybkiej weryfikacji tytuł PIWO MIESIĄCA – PAŹDZIERNIK 2016 zgarnia Uitu Pitu z PiwoWarowni!!! :D


Dawno nie piłem tak złożonej i bogatej w doznania ipy. W zasadzie jest to Wheat IPA, ale prawdziwą robotę nie robi tu pszenica, lecz nowofalowe chmiele z ju-es-ej. Bardzo rześkie i super pachnące piwo! Mega owocowe, mega pijalne, mega wyraziste, mega świeże, kwiatowe, żywiczne, nieco leśne, idealnie zbalansowane. Klasa sama w sobie. Rozpierducha na całego. Takich piw to ja poproszę w hektolitrach ;)

Ekipie PiwoWarowni gratuluję tak znakomitego i wyjątkowego trunku, a Wam czytaczom życzę tylko samych dobrych piw na swej drodze. Takich jak to na przykład. Stay tuned and drink good beer only!