wtorek, 27 lutego 2018

CERTAIN DEATH - Dymiony RIS od Brokreacji



Z pewną dozą optymizmu w głosie można rzec, że Browar Brokreacja słynie z „kartoników”. To znaczy z piw pakowanych do takich ładnych tekturowych opakowań ;) No bo naprawdę nie przypominam sobie, żeby jakiś browar robił to tak często jak ów małopolski kontraktowiec.
W zeszłym roku w sklepach pojawiły się dwa niesamowicie przykuwające uwagę kartoniki od Brokreacji – Certain Death i Buried Alive. Cholernie mi się podobają te pudełeczka! Są takie upiorne, straszne, bardzo klimatyczne, a tym samym szalenie oryginalne i z pewnością niespotykane. Któż to widział, by na piwie umieszczać trupią czachę?! No dobra, pół trupiej czachy… Niebywały pomysł i równie dobre wykonanie. Jestem pod wielkim wrażeniem. Obydwa to dymione RISy z takimi samymi parametrami, ale różniące się typem wędzenia oraz dodatkami. O trunkach jakoś bardzo głośno nie było. Nie sądzę, by ktoś samozwańczo nazwał je sztosami (choć mogę się mylić). Jako że miałem taką możliwość, no to zakupiłem te cudeńka. Długo czekały na swoją kolej, ale się w końcu doczekały. To znaczy póki co, do dzioba powędruje jedno z nich.
Certain Death to jak mówiłem ruski stałt wędzony bukiem, leżakowany z płatkami drewna wiśniowego. 40 IBU (trochę mało jak na RISa), 24 ballingi oraz 9,5% alko. Jedziem :)


Piwo totalnie czarne, tak jak lubię. Piana beżowa, niezbyt wysoka, ale dość apetyczna, puszysta i drobna. Opada niestety szybko. Smuteczek…
Piję. Jest tutaj fajna gęstość i odpowiednia do ekstraktu pełnia. Piwo jest dosyć śliskie i gładko sunie po podniebieniu. Jest cholernie wyraziste, takie charakterne, niezbyt słodkie, ale też nie przesadnie gorzkie. Mamy tu sporo łagodnej kawy, sporo paloności, ciemnych słodów, gorzkiej czekolady, gorzkiego kakao. Nieco z boku czają się owocowe estry spod znaku rodzynek, wiśni, suszonych daktyli oraz fig. No całkiem spoko to smakuje! Z tła natomiast możemy jeszcze wyłuskać nieco popiołu, chmielu i bardzo subtelne nuty starego, mokrego drewna oraz ciemnego razowego pieczywa. Niestety żadnej wędzonki, czy dymu to ja tu nie czuję, a szkoda, bo jestem wielkim amatorem tego typu klimatów. Kawowo-chmielowa goryczka całkiem dobrze wywiązuje się ze swej roli. Jest wyrazista, konkretna, w punkt wymierzona, ale nie jakaś strasznie ordynarna, czy szarpiąca. Bije z niej szlachetność i ułożenie. Alkohol również świetnie się tutaj ułożył i wkomponował. Oczywiście coś tam z boku delikatnie pobrzmiewa, ale sprawia to całkiem miłe wrażenie. Jak to mówią – gra gitara! :D

sobota, 24 lutego 2018

MOJA PIWNICZKA: PONAD 4-LETNI IMPERATOR BAŁTYCKI



"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.

Póki zima to trzeba jechać z ciemnymi mocarzami. Tym bardziej trzeba eksplorować cykl „Moja Piwniczka”, bo wychodzi na to, że jest to już przedostatni wpis z tej serii w tym sezonie. Ale spójrzcie, co dzisiaj dla Was przygotowałem! Słynny porter bałtycki na sterydach od równie słynnej Pinty :)
Imperator Bałtycki, gdy pojawił się na rynku pod koniec 2013 roku z miejsca stał się piwem kultowym i wysoce pożądanym. Z perspektywy czasu można go chyba porównać do Imperium Prunum, choć cechował go zupełnie inny poziom cenowy (wtedy w ogóle kraft był jeszcze stosunkowo tani, a 10zł za piwo było psychologiczną barierą, ciężką do zaakceptowania dla niemal każdego beergeeka). Mimo to na piwo był hype jak na nowe filmiki Sashy Grey ;) Nigdy wcześniej piwna gawiedź niczego takiego nie piła, bo trzeba pamiętać, że wówczas były to początki piwnej rewolucji w Polsce. Imperialny porter bałtycki na amerykańskich chmielach wywołał sporą burzę na piwnych portalach oraz blogach. Przyjął się jednak znakomicie, bo to naprawdę było znakomite piwo! Zresztą wciąż jest, bo Pinta co jakiś czas go powtarza. Ciężko jednak powiedzieć, czy smakuje to równie nieziemsko jak pierwsza i druga warka, które tak wszyscy chwalili.
Gdy je piłem kilka lat temu piwo wydarło mnie z butów doszczętnie, a szczeny przez pół godziny nie mogłem pozbierać do kupy. 10/10 zdarza mi się dać niezwykle rzadko, ale Imperator Bałtycki z pewnością zasłużył na maksymalną notę! Dziś naprawdę może być ciekawie, bo mam przed sobą ponad czteroletni egzemplarz z drugiej warki. I to może być sytuacja kuriozalna, bo generalnie większość piw wraz z leżakowaniem zyskuje, a przynajmniej tak głosi teoria. Ale powiedzcie mi, skoro już świeża wersja była ideałem, była piwem kompletnym i rozpierdalającym system na strzępy, to leżakowanie może takiemu delikwentowi wyjść tylko na niekorzyść. Bo skoro nie może być już lepsze (nie mogę dać wyższej oceny), to może być tylko gorsze… Ewentualnie jego nota pozostanie bez zmian. Oczywiście nie ma szans, by jego smak i aromat się nie zmienił. Trzeba pamiętać o nowofalowym chmieleniu, któremu czas jak wiecie nie służy.
Jak widzicie moje rozkminy się tylko mnożą, ale po to właśnie powstał cały ten cykl – żeby zbadać merytorycznie, doświadczalnie, czy całe to leżakowanie mocnych piw ma sens. Aby się dowiedzieć ile procent i jakie piwa zyskują, a jakie tracą na długim pobycie w odmętach ciemnej i chłodnej piwnicy. W końcu, by samemu stwierdzić jak mocno i pod jakim kątem się zmieniają.

Producent
Browar Pinta
Termin ważności
20.11.2014
Wiek (miesiące)
51
Zawartość alkoholu (%)
9,1
Ekstrakt (°Blg)
24,7

Czteroletnie piwko w TeKu wygląda elegancko i wytwornie. Jest bardzo ciemne, niemal czarne i klarowne, a wieńczy je olbrzymich rozmiarów czapa o beżowej barwie, zbitej, drobnej i zwartej strukturze. Piana jest cholernie długowieczna i ładnie lepi się do szkła. Coś pięknego! :D


No to siup w ten głupi dziób! Czuję amerykańców! Dacie wiarę? Po tylu latach. To jest naprawdę niesamowite odkrycie. Oczywiście nie jest to pierwszy plan, ani nawet drugi, ale z pewnością moje zmysły doszukały się zwiewnej cytrusowości oraz mega przyjemnej żywicy w posmaku. Generalnie całe piwo jest wciąż cholernie gorzkie (przypominam – 109 IBU!). Goryczka jest wypadkową skórki grejpfruta, żywicy i palonego słodu o wyraźnym kawowym zacięciu. Jest bardzo wyrazista, ale dosyć szlachetna mimo delikatnego zalegania. Piwo jest szalenie gładkie, śliskie, aksamitne, wyraźnie gęste i lepkie. Długo i powoli spływa w dół przełyku osadzając na ściankach akcenty mocnej kawy bez cukru, palonego słodu, gorzkiej czekolady, pumperniklu i przypalonego karmelu. Tłem sunie lekka doza spalenizny i popiołu. Wszystko to świetnie ze sobą koresponduje, współgra niczym małżeństwo z dwudziestoletnim stażem (czy aby na pewno?). Każdy aspekt czuć bardzo wyraźnie, żadna składowa nie walczy o swoją pozycję, lecz wszystkie się nawzajem uzupełniają. Ilość bąbelków też jest odpowiednia. Alkohol bardzo delikatnie rozgrzewa wnętrzności, ale sumarycznie jest dobrze ułożony. Nic nas tu nie piecze, nie pali i nie gryzie. W sumie to zajebiste piwo właśnie konsumuję! Czas obwąchać to cudo.

środa, 21 lutego 2018

The Best of The Best. Jakie jest moje ulubione piwo?



Jako, że jestem piwnym blogierem, zajmuję się piwną tematyką i ponoć znam się trochę na tym, to niejednokrotnie spotkałem się z pytaniem: „jakie jest twoje ulubione piwo?”. Moją odpowiedzią jest zawsze ta sama, krótka i cięta riposta: nie mam ulubionego piwa.
I to jest prawda – nie mam jednego piwa, które darzę największą sympatią (zwłaszcza biorąc pod uwagę nierówność warek). Oczywiście można by to pytanie trochę doprecyzować, uściślić, np. jakie piwo najczęściej pijesz latem, a jakie zimą? Jaki styl piwa jest twoim ulubionym? Itepe, itede.
Ostatnio zacząłem się trochę nad tym zastanawiać. W jaki sposób mogę określić to jedno jedyne piwo, które najbardziej mi smakuje? Które najmocniej wydarło mnie z moich Kubotów? Które zrobiło mi remont generalny na poddaszu…? Otóż jednego nie sposób mi wskazać, ale mogę wskazać tych kilka The Best of The Best! Do tego celu właśnie służy mi ten blog, który prowadzę już od prawie sześciu lat. Te zapiski, te oceny tak naprawdę nie są dla Was, tylko dla mnie. Każdy przecież ma inny gust. Jeden lubi gówno na surowo, drugi lubi, gdy jest zapieczone w piekarniku. Tak to już jest.
W związku z powyższym postanowiłem zrobić krótkie zestawienie piw, które dostały na blogu maksymalną notę (10/10). W pewnym sensie będzie to moja odpowiedź na pytanie z początku tekstu. Zaczynamy :)

Ehhhh… Zupełne początki działalności bloga, nieumyta szklanka, fatalne zdjęcie. Początki zawsze są trudne, ale do tej pory nie mogę uwierzyć, że to piwo tak niebywale mną zawładnęło. Pierwsza ‘dyszka’ na blogu, doświadczenie w porównaniu z obecnym raczej niewielkie. No, ale trudno. Nie żebym się wstydził tej oceny. To piwo naprawdę mi bardzo smakuje, nawet do tej pory. Pijam je co jakiś czas, ale naprawdę się dziwię, że dałem aż tyle… Chociaż tu trzeba zauważyć, że wraz ze zmianą wizerunku (butelki i etykiety) zmieniła się też chyba receptura tego piwa. Nie mówię, czy na lepsze, czy na gorsze, ale z pewnością to już nie to samo, co było w starych półlitrowych butelkach. Tak, czy siak piwo jest bardzo dobre. Szczerze polecam, mimo że teraz nie dałbym tak wysokiej oceny.




Noooo!!! To już zupełnie inna para gumowców. Pity przeze mnie egzemplarz w marcu 2016 odcisnął na mnie takie piętno, że do dziś pamiętam doskonale jak to cudo smakowało. Zaledwie 21ºBlg, ale z powodzeniem piwo zamiotło pod dywan 99% trunków z wyższym ekstraktem. Cholernie rzadko można spotkać się w piwie z taką gładkością, taką czernią, złożonością, kompleksowością i aksamitnością w ustach. Do tego dochodzą te delikatne nuty torfowo-asfaltowe, które wprost uwielbiam! Poważnie, długo musiałem zbierać szczękę z podłogi po wypiciu Elixiru. Spójrzcie jeszcze na idealnie dobraną nazwę. No jak w mordę strzelił eliksir! :D Nie wiem, czy to piwo wciąż jest jeszcze warzone, ale jeśli tak, to kupujcie na hektolitry, bo warto!!!




Piwo legenda, o którym powinni uczyć w szkole. Gdyby nastąpiła kiedyś w historii ludzkości zagłada naszej cywilizacji, to o Hadesie pamięć nigdy nie powinna zaginąć. W nieistniejącym jeszcze Muzeum Polskiego Piwowarstwa powinno stać na półce obok Dziadka Mroza, Chateau i Samca Alfa z Artezana. Obok Imperium Prunum z Kormorana, wymrażanek ze Spółdzielczego, Ataku Chmielu od Pinty i trzech wersji Buba Extreme od SzałuPiw. Swego czasu było to najmocniejsze i najbardziej ekstraktywne polskie piwo. Russian Imperial Stout, w którego składzie znalazło się sześć odmian papryczek chili, mleko w proszku oraz ziarna kakaowca. Czyż to nie brzmi wspaniale? Całość jest nieziemsko harmonijna, wielowątkowa, bogata, gładka, pełna w smaku, genialnie zbalansowana. Dla mnie to piwo na ówczesne czasy było ideałem. Ciekaw jestem jak oceniłbym je teraz?


No jakby się uprzeć to też jest jedna z legend polskiego piwowarstwa nowofalowego. Co ciekawe dosyć szeroko dostępna, wielokrotnie powtarzana i co najważniejsze nie rujnująca zbytnio naszego portfela. W końcu to legendarna Pinta, która nie powstała tylko po to, by się nachapać (chyba).
Połączenie imperialnego porteru bałtyckiego z amerykańskim, nowofalowym chmieleniem to był istny strzał w dziesiątkę! Piwo urzeka cytrusowymi wstawkami, jak i typowo porterowymi klimatami. Do tego dochodzi niebagatelna pełnia smaku, gęstość, aksamitność, głębia oraz treściwość. Piwo idealne w każdym calu. Można się nim cieszyć bez końca. Zupełnie jak dziecko z piątego lizaka tego samego dnia. Jeśli gdzieś będziecie widzieć, to śmiało kupować. Ja mam zachomikowaną butelkę z drugiej warki. Niedługo będzie odszpuntowana. Bardzo jestem ciekaw, jak to piwo zmienił tak znaczny upływ czasu.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Cała prawda o GRODZISKIM PORTERZE



Porter Grodziski z przytupem wszedł na salony jesienią zeszłego roku, wprawiając w niemałe osłupienie większość krajowych piwoszy. No i rozpętało się piekło, czy jak mawia dzisiejsza młodzież – shitstorm. No bo jak to, porter bałtycki na drożdżach górnej fermentacji?! Dżizysss… Kto to słyszał? Jak tak można profanować ‘czarne złoto polskiego piwowarstwa’?
Ano można. Browar w Grodzisku Wielkopolskim wcale nie jest pierwszy w tej kwestii i na pewno nie ostatni, ale ja nie o tym chciałem Wam dzisiaj prawić.
W Grodzisku bardzo słusznie wykoncypowali, żeby uwarzyć „unikalne połączenie dwóch legend polskiego piwowarstwa – piwa grodziskiego i portera bałtyckiego”. Tak więc mamy tu prawilne porterowe ciało 19ºBlg i słód pszeniczny wędzony dymem dębowym, który jak wiemy jest nieodzownym słodem przy produkcji Grodzisza. Oczywiście brzeczkę zaszczepiono oryginalnymi drożdżami „grodziskimi”. Dokładnie tymi samymi, które stosuje się przy produkcji piwa grodziskiego. Jako, że jest to porter dodano również słód jęczmienny prażony. Tadaam! No i tym sposobem mamy górnofermentacyjnego wędzonego portera bałtyckiego. Łot i cała historyja… Aha, bym zapomniał – na dokładkę wrażeń w składzie mamy amerykański chmiel! :o


Otwieram i przelewam. Całkiem sympatycznie wygląda to w szkle. Czarne i nieprzejrzyste to jak rasowy Stout. A pieni się jak głupie! Apetyczna i szalenie obfita beżowa czapa sprawia przemiłe wrażenie. Jest mega puszysta, a jednocześnie zbita, niebywale trwała i sztywna niczym koci ogon po najechaniu na niego tylnym kołem naszego SUVa ;>
W smaku pychotka! Ciała może nie ma tu jakoś strasznie dużo, ale trzeba pamiętać, że to waga lekka portera bałtyckiego. Jest lekka paloność, jest także niewielka, acz zauważalna wędzonka typu dymnego. Są ciemne słody, jest czekolada deserowa, kawa zbożowa, ciemne pieczywo, a w oddali majaczy szczypta melasy, suszonej śliwki, lukrecji i orzechów laskowych. Cóż za złożoność! Mniam, mniam. Naprawdę mi to bardzo smakuje. Wysycenie jest stosunkowo wysokie, jak na ten styl, ale przymykam na to oko, a nawet dwoje oczu (dwa oka?). Wiecie co jeszcze? Naprawdę czuję tu również lekkie muśnięcie jankeskimi lupulinami. Daleko w tle pobrzmiewa taka bardzo subtelna cytrusowość, która wnosi tu pewien powiew świeżości i kwaskowatości. Palono-chmielowa goryczka jest raczej niezbyt mocna, ale za to bardzo szlachetna, krótka i ułożona. W odpowiedni sposób równoważy słodowy kręgosłup, sprawiając że piwo nie jest  nazbyt słodkie. Alkohol został tak świetnie tutaj wkomponowany, że dopiero po opróżnieniu połowy butelki przypomniałem sobie ile to ma procent. Naprawdę praktycznie nic nie czuć. Brawo!

piątek, 16 lutego 2018

Owsiana EXPRESS IPA od Pinty. Jest szał, czy nie ma szału?



„Pinta Express IPA Beer Geek Madness Edition – chmielimy owies po bandzie! Falconer’s Flight to blend najbardziej aromatycznych odmian amerykańskiego chmielu opracowany w Yakima Volley specjalnie do dobrze napakowanych IPA. Dodatkowo do tanku wsypaliśmy CRYO Hops – to czysta lupulina naturalnie wymrożona ze świeżo zebranych szyszek Citry. Ciało zbudowane na angielskim owsie i niemieckim słodzie jasnym. Pinta Express IPA – naprzód!”
No! To wstęp mamy już z głowy ;> Ekipa Pinty wystarczająco dobrze wszystko wyjaśniła, prawda? A co mogę dodać od siebie odnośnie tego napitku? Jak już wiecie mamy tu ipę zbudowaną głównie na owsie – jest zarówno słód owsiany jak i płatki owsiane. Prócz tego jeszcze laktoza, co razem daje…. owsiankę! Hy hy hy… ;p
Piwo przeszło przez 2017 rok bez większego echa. No, bo ileż można się jarać tymi ipami-sripami? Powiedzą zaprawieni w bojach birgicy. Pinta jak widać chwyta się różnych sztuczek, by zaskarbić sobie kolejnych wyznawców nowofalowego chmielenia. Cały ten blend Falconer’s Flight i to słynne CRYO faktycznie robią taką zajebistą robotę? Przekonajmy się. 


Tym razem oszczędzę Wam smętnego ględzenia na temat wyglądu. Od razu przejdę do rzeczy.
Express IPA to faktycznie owsiane piwo. Takie smukłe, takie gładkie, bardzo śliskie w odczuciu. Ma odpowiednią pełnię, niezłe ciało, bardzo dobry balans, a kończy się lekko wytrawnym finiszem. Są oczywiście amerykańskie chmiele, ale raczej w ich tradycyjnym wydaniu. Naprawdę nie widzę tu, ani krzty oryginalności, czy jakiejkolwiek „inności”. Ot, smakuje to jak każda dobrze nachmielona IPA. Są przyjemne cytrusy, są jakieś owoce tropikalne, nieco lasu, igliwia i kapki żywicy w posmaku. Wszystko to rzecz jasna osadzone na bardzo fajnej i nienarzucającej się podbudowie słodowej. W skrócie – ślisko, bardzo gładko, owocowo i przyjemnie. Goryczkę też zaliczam do grona tych zacnych jegomości. Piwo nie jest szalenie gorzkie, ale jest na tyle goryczkowe, by w pełni zrównoważyć słodową bazę. Ziołowo-cytrusowa goryczka jest dość wyrazista, krótka i cholernie szlachetna. Robi co do niej należy i szybciutko spierdziela z pola widzenia. Wery najs! :D Spaprano natomiast wysycenie, które wg mnie jest trochę za niskie. Dzięki temu piwo wydaje się nieco płaskie, jakby brakowało mu pełni, choć to oczywiście tylko złudzenie. Receptory robią nas w bambuko ;) Ale ogólnie rzecz ujmując jest bardzo dobrze. Smaczne to jest, niczym niedzielny rosołek u naszych mam.

wtorek, 13 lutego 2018

SHORT TEST: Łódź i Młyn Bowmore Whisky Barrel Aged




Prolog: Mam tu znanego już RISa z jarzębiną od Piwoteki i holenderskiego De Molena. Czynnikiem sztosotwórczym mają być tutaj zabójcze dla zwykłego śmiertelnika parametry oraz leżakowanie w beczce po szkockiej whisky Bowmore.
O co kaman: Jest to druga wersja specjalna tego piwa. Inne wcielenie to Łódź i Młyn starzone w beczce po Sherry.
Wdzianko: Piwo czarne jak dupa nietoperza nie myta od ponad sześciu miesięcy. Pianka niezbyt wysoka, ale bardzo drobna, trwała i puszysta. Beżowa w barwie. Tworzy śliczny zwarty lacing na ściankach.
Kichawa mówi: Średnio mocny zapach przywodzi na myśl tęgą kawę bez cukru, gorzką czekoladę, nuty dymne, torfowe, palonych słodów i likieru czekoladowego. Sam alkohol mimo, że obecny jakoś zbytnio nie przeszkadza. W oddali pobrzmiewają echa starego drewna, łychy oraz dębiny. W to mi graj! :D
Jadaczka mówi: Bardzo wyrazisty napitek. Cholernie gęsty, syropowaty, lepki i nad wyraz charakterny. Mnóstwo kawy, gorzkiej czekolady, palonych słodów i ogólnie spalenizny. Goryczka srogo smaga moje szlachetne podniebienie. Alko przyjemnie grzeje od środka, ale nie piecze jakoś specjalnie. W tle pojawia się lekka torfowość, orzechy włoskie oraz mokre drewno podsycone nutkami whisky. Piwo ciężkie w odbiorze, typowo degustacyjne. Nie każdemu zasmakuje.
Komu mogę polecić: Zagorzałym amatorom RISów barrel aged. Łycha swoje zrobiła i o to właśnie chodziło. Możecie się masturbować do woli ;p
Epilog: Bardzo fajne piwo z wyraźnymi akcentami beczki po whisky. Niebywale pełne w smaku, świetnie zbalansowane, nieco treściwe, a zarazem nieco wytrawne. Alko jest całkiem fajnie ułożone, zwłaszcza że to taki mocarny skurczybyk.

OCENA: 8/10
CENA: nieznana
ALK. 13,8%
TERMIN WAŻNOŚCI: 16.10.2028
BROWAR PIWOTEKA & BROUWERIJ DE MOLEN

niedziela, 11 lutego 2018

WIELKI TEST PIW TYPU DESPERADOS



Wielki Test Piw Typu Desperados, Wielki Test Piw Aromatyzowanych Tequilą, Wielki Test Piw o Smaku Tequili. To chyba wystarczające zajawki, by każdy piwny Janusz się pokapował o co mi chodzi. Wspólną ich cechą jest dodany aromat tequili, a przy okazji cały szereg różnych substancji chemicznych. Bazą jak sądzę jest tu zwykły jasny lager, który i tak finalnie nie odgrywa praktycznie żadnej roli.
Tequila to słynna meksykańska wódka produkowana ze sfermentowanego soku agawy niebieskiej. Istnieje wiele jej odmian, a niektóre z nich są nawet przez kilka lat leżakowane w dębowych beczkach po bourbonie, whisky, sherry, czy koniaku.
Przymierzałem się do tego tematu jak pies do jeża, czy saper do bomby. Plan był prosty, ale z wykonaniem jak zwykle spore problemy. Główny problem jak zwykle tkwił w zapewnieniu sobie odpowiedniego materiału do testu. Zebranie wszystkich tego typu piw jakie przyszły mi do głowy, okazało się oczywiście niewykonalne z bardzo prostego powodu – niektóre po prostu przestały być produkowane. Mam tu na myśli na przykład takie wynalazki jak Sombreros, czy Pedritos. Z aktualnie dostępnych natomiast nie udało mi się zdobyć Salitosa. No, ale rzecz jasna co jakiś czas pojawia się na rynku kolejna podróbka Desperadosa, więc pustka zawsze jest wypełniania czymś innym. To zupełnie jak w życiu, można by rzec. 


Drugim moim dylematem było pytanie, jak mam te piwa w ogóle oceniać? Bo jak większość z Was wie, nie jestem smakoszem piw aromatyzowanych. Tym bardziej, że czytając skład takiego Desperadosa odniosłem wrażenie, że przy jego produkcji zatrudniono nie piwowara, lecz chemika. Kolejna kwestia to dosyć jednowątkowy smak, który sprawia, że poszczególne piwa różnią się od siebie bardzo nieznacznie, co oczywiście utrudnia ocenę. Finalnie skupiałem się głównie na pijalności i jako takim balansie. Starałem się doceniać piwa, które są mniej słodkie, bardziej kwaskowe i jak najmniej zdominowane przez aromaty tequili, czy jakiekolwiek inne dodatki. Bo jak wiecie, typowych smaków piwnych w tych napitkach bardzo ciężko się doszukać. W zasadzie to one nie smakują wcale jak piwo, które znamy na co dzień. Bardziej przypominają jakiś napój, czy soczek cytrusowy. Co też jest rzeczą mogącą budzić zdziwienie, bowiem przecież słynny meksykański destylat wcale nie smakuje cytrynowo. Oczywiście istnieje powszechnie znany rytuał spożywania tequili, w którym pojawia się plasterek limonki, czy cytryny i to zapewne do tego nawiązuje smak wszystkich piw o smaku tequili.
Zwykłego Desperadosa i jego dwa kolejne wcielenia znają chyba wszyscy. Od wszelakiej gimbazy i piwnych hipsterów poczynając, na stałych bywalcach osiedlowej monopolki kończąc. To od niego wszystko się zaczęło, już dość dawno temu, bo w 2004 roku. Tak więc określenie, że wszystkie inne piwa o smaku tequili są podróbkami Desperadosa, jest jak najbardziej zasadne. Jego historia sięga 1995 roku i francuskiego Browaru Fischer, należącego podobnie jak Grupa Żywiec do Heinekena. Warto tutaj podkreślić, że jest to pierwsze na świecie piwo o smaku tequili! Oczywiście to, co kupujemy w polskich sklepach jest warzone nigdzie indziej jak w Żywcu. Ciekawostką jest, że obok francuskiego Fischera to jedyne obecnie miejsce, gdzie warzony jest Desperados.
To tyle tytułem wstępu. Pora zakasać rękawy i przejść do meritum :)

DESPERADOS


Zaczniemy od klasyka, co by wyrobić sobie kubki smakowe i mieć jakiś wzorzec do ich kalibracji.
Zwykły Desperados operuje rześkim, słodkim i cytrynowym aromatem ze skórką pomarańczy, tequili i bergamotki w tle. Skojarzyło mi się to bardzo z herbatą Earl Grey, co w sumie nie jest takie złe. Pachnie nader intensywnie, ale jak dla mnie zbyt sztucznie.
Jest to raczej słodkie w smaku piwo, zaledwie minimalnie słodowe, mocno wysycone CO2. Cytrusów jest tutaj bardzo dużo, a na finiszu pojawia się też lekka cytrusowa goryczka o cechach skórkowego albedo. Gdzieś pomiędzy to wszystko sprytnie został wpleciony dosyć przyjemny kwasek, który poniekąd balansuje ów napitek.
Sumarycznie jest tak sobie, choć nie powiem, bo pijalności nie można temu odmówić.

OCENA: 4/10
CENA: ok 4ZŁ
ALK. 6%
GRUPA ŻYWIEC


TEQUILER


Tequiler kojarzy mi się trochę ze słowem killer i w sumie być może jest to nawet zabieg celowy. Jest to piwo warzone specjalnie dla sieci sklepów Żabka przez grupę Sulimar.
W aromacie jest bardzo podobne do Desperadosa, a więc jest cytrynowo, rześko, kwaskowato. W tle homeopatyczne ilości bergamotki, herbaty oraz tequili.
Smakuje trochę inaczej niż pierwowzór, ale niestety wcale nie lepiej. Są oczywiście cytrusy, kwasek cytrynowy, czuć też sztuczne słodziki oraz cukier. Całość mniej kwaskowa niż oryginał, ale też nieco mniej sztuczna. W posmaku na wierzch wychodzi bardzo delikatna goryczka, która jednak nie ratuje piwa od wyraźnej słodyczy.

OCENA: 4/10
CENA: 2.79ZŁ (Żabka)
ALK. 6%
BROWAR CORNELIUS/SULIMAR


DESPERADOS NOCTURNO


Czym różni się od wersji klasycznej? Dodatkiem aromatu ciemnego rumu, a reszta w zasadzie pozostaje bez. Aha – podniesiono tutaj woltaż o jedno oczko ;)
Czy Nocturno jest lepsze niż zwykły Desperados ciężko jest mi powiedzieć. Piwo jest z lekka ciemniejsze, ale pachnie wciąż jebitnie cytrusowo, kwaskowo z subtelnym tłem w postaci lekkiej słodowości, tequili oraz rumu. No chyba, że to tylko moja autosugestia… Zapaszek jest bardzo wyrazisty i sprawia takie delikatnie opiekane wrażenie.
W smaku atakuje nas wysokie wysycenie, ale też i przyjemny kwasek, skórka pomarańczy, nuty tequili i bergamotki. Na horyzoncie majaczy lekka słodowość, a w tle pojawia się niewielka doza skórkowej goryczki. Całość rześka, ale niestety wciąż wyraźnie sztuczna.

OCENA: 5/10
CENA: ok 4ZŁ
ALK. 7%
GRUPA ŻYWIEC

piątek, 9 lutego 2018

D-TONACJA. Kunsztowny RIS od Nepomucena



Kurczaki, nazbierało mi się ostatnio dość sporo tęgich mocarzy typu RISy, barli łajny, czy portery bałtyckie. Wiadomo – zima w pełni, więc trzeba se jakoś radzić. W sumie to zima tylko na papierze, bo częściej jest na plusie niż na minusie, a kilka dni temu to niemal poczułem się jak w tropikach, bo moje delikatne lico smyrało aż 8 stopni Celsjusza! :D
No dobra, dziś na tapecie jak sami widzicie RIS od Nepomucena. D-Tonacja się zwie na cześć Milickiej Orkiestry Dętej o takiej właśnie nazwie. Z pewnych względów piwko zamiast w mojej piwnicy, przeleżało okrągły rok w Krotoszynie u mojego sympatycznego i dobrodusznego kolegi Pawła (pozdro). Tym samym jest już lekko po terminie, ale przy takich parametrach to nawet lepiej.
Już myślałem, że to taki zwykły, prawilny risik bez udziwnień, ale moja wrodzona ciekawość kazała przeczytać mi każdą literkę na tej, jakże cudnej etykiecie. Okazało się, że piwo było leżakowane z dębowymi płatkami po beczce cherry. Yyyyy…. O beczce po hiszpańskim winie Sherry to ja żem słyszał, ale po cherry? Naprawdę? :o
Nim zacznę się konkretnie spuszczać nad niuansami smakowo-zapachowymi, dosłownie dwa zdania o etykiecie. Jest piękna, jest śliczna, jest bogata, jest ekskluzywna, szarmancka, no jednym słowem – zajebista! Do tego dochodzi jeszcze zalakowany kapsel. Nepomucen idźcie tą drogą :) Wiele razy mówiłem, że czerń i srebrne wstawki genialnie do siebie pasują. 


Przypominam, że D-Tonacja jest RISem wagi lekkiej jak na obecne czasy. Wszyscy prześcigają się w ilości ballingów, dochodząc do lub nawet przekraczając psychologiczną barierę 30ºBlg, a tu jest ich tylko 22. Niby też można, ale od razu powiem, że czuć różnicę. Pełnia smaku jest fajna, ale trochę jakby brakowało ciała i gęstości. Jest za to niebywała gładkość, aksamitność, taka krągłość i puszystość na podniebieniu. To jest naprawdę fajne uczucie. Nepomucenowy Russian Imperial Stout jest piwem dosyć zadziornym, mocno palonym i charakternym. Mocna, tęga kawa bez cukru do spółki z solidnie palonym słodem, nieźle kopią mi dupsko. Dalej mamy trochę popiołu, drogich pralinek, nieco ziołowego chmielu i całkiem sporo gorzkiej czekolady, takiej minimum 75% cacao. Głęboko w tle pałęta się odrobina starego drewna, podbita subtelnym kwaskowym, lekko winnym akcentem. Alko jest nieźle ukryte i tylko delikutaśnie daje o sobie znać, piekąc nas w gardziołku. Ale w zasadzie mi to nie przeszkadza. Finisz jest długi, wyraźnie wytrawny, goryczkowy, z kawą, spalenizną i popiołem pozostającym między naszymi spróchniałymi zębami. Sama goryczka jest bardzo wyrazista, kawowo-ziołowa, ale zarazem krótka i nader szlachetna. Doskonale kontruje słodową podbudowę. Zadziorny skurczybyk, ale dobrze się go pije. Pychotka!
Z tego wszystkiego najwięcej po przełknięciu to zostaje mi w gębie tej gorzkiej czekolady oraz kawy.