niedziela, 29 lipca 2018

BORYS KULOODPORNY z Browaru Dziki Wschód


Dziś na blogu dzień wyjątkowy. Nie, nie zmieniam formuły, nie piję piwa z gównem, a team Piwa Naszego Powszedniego wciąż pozostaje jednoosobowy. Chodzi o bardziej prozaiczną rzecz, jaką jest debiut Browaru Dziki Wschód :)
Mój dzisiejszy gość to kontraktowiec z Lublina. Wiadomo – Lublin bliski memu sercu. W końcu to siedziba mojego dawnego województwa. Łączą mnie z nim także cudowne lata studiów, gdy człek miał 20 złoty w kieszeni i musiał za to przeżyć cały tydzień i jeszcze obskoczyć ze dwie imprezy (alkoholowe ma się rozumieć). Trza było se jakoś radzić…
Ale, nie o tym miało być. Borys Kuloodporny jest przecież tematem tegoż wpisu. Mamy tu RISa chmielonego nową falą. Z 24º Blg wyciśnięto tylko 9% alko, czyli dość nisko odfermentowało. W zasadzie o samym piwie nie ma co więcej nawijać, bo to taki mega zwyczajny imperialny stałt. Warzony w Browarze Beer Bros, ale nie wiem, czy Dziki Wschód robi tam wszystkie swoje piwa.
Sama etykieta nie wywołuje u mnie większych emocji. Tragedii nie ma, ale jakiegoś szału również. Po bokach mamy podane wszystkie niezbędne informacje, więc nie jest źle. Rzetelność przede wszystkim :)


Już podczas przelewania zapachniało mi prześlicznie amerykańcami, bowiem Borys Kuloodporny kusi niemiłosiernie swoim uwodzącym aromatem. Jeśli lubisz czarne jak smoła RISy, a do tego nowofalowe chmiele, no to będziesz ukontentowany.
W smaku piwo jest niezmiernie gładkie, takie wręcz puszyste, aksamitne i misiowate (płatki owsiane nigdy nie zawodzą). Pełno tu słodko-gorzkiej czekolady, różnej maści pralinek i gorzkiego kakao, które kojarzy mi się z jakimś ciastem czekoladowym. W drugim akordzie do stawki dołącza dość wyraźna kawa bez cukru oraz przyjemnie palony słód. O tak, paloność jest naprawdę duża. Borys to piwo tęgie i charakterne. Kawowo-palona goryczka wjeżdża z buta i bez żadnego ostrzeżenia walcuje nam kubki smakowe. Jest naprawdę duża, sroga i bezkompromisowa. Utrzymuje się długo, ale nie jest alkoholowa. Z łatwością, a może nawet i z pewną nadwyżką równoważy słodową podstawę. Hopheadzi pewnie już mają mokro w gaciach ;> Amerykańskie chmiele robią tutaj co najwyżej za statystów. Gdzieś tam w oddali majaczy niby subtelny cytrus i żywica, ale jak dla mnie te doznania są trochę za słabe. Finisz jest cholernie długi, palony, z pewną dozą popiołu na podniebieniu. Alkohol został tutaj świetnie schowany. Pojawia się tylko na chwilę i to w naprawdę niewielkim stężeniu. Jest szlachetny i solidnie ułożony. Nie można mu nic zarzucić, a wręcz trzeba pochwalić. Sumarycznie smakuje to niezwykle zadziornie. Dawno nie piłem tak wyrazistego, a jednocześnie prostego w konstrukcji RISa.

piątek, 27 lipca 2018

SHORT TEST: Amber Pils na polskich chmielach



Prolog: Nastały prawdziwe upały, więc raczenie się mocarzami byłoby obecnie nie na miejscu. W związku z tym dziś piwo lekkie i przystępne dla zwykłego zjadacza zupy cebulowej oraz bigosu.
O co kaman: Chmielony na zimno Amber Pils to tegoroczna nowość. Na pochwałę zasługuje nowoczesna stylistyka opakowania, a także wyłącznie polskie chmiele w składzie (w tym wskrzeszony Puławski) :)
Wdzianko: Piękne, złociste, idealnie klarowne. Piana apetyczna, bujna, średnio pęcherzykowa, przeciętnie trwała, ale fajnie brudzi szkło.
Kichawa mówi: Pachnie to ponadprzeciętnie dobrze, wręcz świetnie. W ciemno rzekłbym nawet, że to jakiś Pale Ale. Sporo tu żółtych owoców, chmielu oraz trawy z domieszką ziół. Nieco dalej mamy świeżutką nutę słodowości ze szczyptą białego pieczywa. W oddali majaczy też subtelny cytrusik, podszyty lekkim żywiczno-kwiatowym echem. Świeży, rozbudowany i bardzo rześki to aromat. W to mi graj! :D
Jadaczka mówi: Piwo ma dokładnie 11,3º Plato i faktycznie czuć tą lekkość. Idealnie dobrane wysycenie sprawia, że ciecz jest przyjemnie rześka na podniebieniu. Słodowo-chlebkowa baza dobrze dogaduje się tutaj z dość wyraźnymi nutami ziemistego chmielu i trawy na drugim planie. W tle nieśmiałe nuty żywicy, białych owoców, kwiatów oraz świeżych liści tytoniu. Goryczka lekka i krótka, niebywale szlachetna. Smaczne to jak diabli.
Komu mogę polecić: Wszystkim amatorom Żubra w puszce i tym podobnych koncernowych sikaczy. Niech w końcu przejrzą na oczy i zobaczą, że za parę groszy więcej można napić się naprawdę fajnego piwka.
Epilog: Piwo bardzo przemyślane i dobrze wykonane. Szalenie intensywne zarówno w zapachu, jak i smaku. Polskie chmiele odwaliły tutaj kawał dobrej roboty. Tylko ta goryczka mogłaby być trochę mocniejsza… Tak, czy siak piwo jest bardzo smaczne, cholernie rześkie, dobrze nachmielone i genialnie pijalne. I to wszystko za jakie piniondze :)

OCENA: 8/10
CENA: 2.99ZŁ (Auchan)
ALK. 5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 18.10.2018
BROWAR AMBER

środa, 25 lipca 2018

OKTAVIO 500 Days of Contemplation. Czy czas zrobił swoje?


Stosunkowo dawno nie gościło u mnie piwo z kartonika, więc dziś taki mały surprajs :>
Oktavio 500 Days of Contemplation z zawierciańskiego Browaru Jana. Czy będzie sztos, czy nie, okaże się na końcu tego wpisu. Póki co przytoczę kilka faktów. Oktavio to Quadrupel – jeden z moich ulubionych stylów piwa, niestety niezmiernie rzadko eksploatowany przez polskich rzemieślników, nad czym bardzo ubolewam. Piwo było już kiedyś degustowane na blogu, ale w późniejszym czasie zmieniła się receptura, a co za tym idzie i parametry. Ekstrakt urósł dość wyraźnie (z 20,5 do 24ºBlg), woltaż natomiast symbolicznie zmalał. Oczywiście sugeruje to dużo niższy stopień odfermentowania, co przekłada się na więcej cukrów resztkowych w piwie. Witaj #teamslodyczka. IBU było 40, teraz jest tylko 30. Czy muszę dodawać coś więcej?
Tak się akurat składa, że miałem już kiedyś okazję próbować tego piwa o podniesionym ekstrakcie, a było to podczas odwiedzin browaru. Muszę przyznać, że zwalało z nóg, a słodycz nie była jakaś dojmująca. Kartonik jednak to jeszcze inna para kaloszy. No w sumie nie zupełnie inna, ale na pewno nieco odmienna. Otóż jest to Oktavio leżakowany w browarze przez 500 dni. W stalowym tanku ma się rozumieć. Żaden tam barrel aged. Niecodzienna to zagrywka, ale w sumie kto bogatemu zabroni? Nie do końca rozumiem ten zamysł, bo co innego starzenie piwa w dębowych beczkach, a co innego w tanku leżakowym. No, ale kartonik to zajefajny wymyślili! Naprawdę się postarali :D


Otwieram i piwko hyc do szkła. Fajnie, że to quadzik, to mam chociaż okazję skorzystać z gobletu. Piwo nie pieni się praktycznie wcale, a barwą przypomina intensywny brąz.
Wysycenie jest niskie, a więc prawilne. Spodziewana słodyczka objawia się już przy pierwszym łyku, ale naprawdę powiadam Wam, że nie jest wielce przesadzona. Od groma tu karmelu, biszkoptów, cukru kandyzowanego, opiekanego słodu, przypieczonego spodu od ciasta, a także herbatników i innych ciastek i ciasteczek. Słodko i słodowo – to atrybuty Skody... tfu! Oktavia. Gdzieś tam w oddali majaczą suszone daktyle, figi i rodzynki, co bardzo fajnie łączy się ze słodową podstawką. Na finiszu pojawią się natomiast subtelna nutka rozpuszczalnego kakao (fajna sprawa). Piwo jest bardzo gładkie i dość gęstawe, dzięki czemu długo i w nader przyjemny sposób sunie w dół przełyku. Skłamałbym pisząc, że nie czuć tu alkoholu. Ale fakt stwierdzić należy, iż trunek jest cholernie dobrze ułożony. Alko delikatnie rozgrzewa od środka, zaś w jamie ustnej jest ledwo zauważalny. Bardzo smaczne to jest, ale pod warunkiem, że lubisz słodkie piwa. Ja lubię w umiarkowany sposób.

poniedziałek, 23 lipca 2018

SHORT TEST: Rzutkowe 2.0 z Browaru Spółdzielczego



Prolog: Lubię Browar Spółdzielczy. Naprawdę. Nie tylko dlatego, że przysyłają mi piwa. Bardziej chyba za świadomość, że jest w tym kraju chociaż jeden browar nienastawiony na zyski. Który po prostu nie patrzy, by się tylko nachapać. I to jest fajne :)
O co kaman: W zeszłym roku pojawił się Berliner Weisse o nazwie Rzutkowe, najeżony różnymi cytrusami. Teraz ekipa z Pucka wypuściła Rzutkowe 2.0 z owocami czarnej porzeczki.
Wdzianko: Takie jakieś czerwonawe, mętne. W sumie to wygląda to, jak babciny kompot. Piana potężna, drobniutka, zbita, dziarska i nieśmiertelna. Lacing książkowy.
Kichawa mówi: Czuć, że to kwach. Od razu idzie poznać, że bakterie Lacto zrobiły co trzeba. Mamy tu przyjemne, acz umiarkowanie intensywne owoce o czerwonej barwie (ciężko wskazać konkretnie). Tłem sunie lekka podbudowa słodowa, zmieszana z syropem malinowym. Autentycznie takie mam skojarzenia. Dobrze to pachnie. Podoba mi się.
Jadaczka mówi: Wyraźnie kwaśne piwo. Bardzo lekkie, sesyjne, niebywale pijalne. Kefirowy kwasek dominuje, ale towarzyszy mu bardzo przyjemna owocowa nuta. W ciemno co prawda nie zgadłbym, że chodzi tu o czarną porzeczkę. Bardziej stawiałbym na czerwoną porzeczkę lub wiśnię. Smaczne piwo, w stylu.
Komu mogę polecić: Mojej kochanej mamie, bo ona lubi takie owocowe frykasy :)
Epilog: Chyba wiecie, że nie przepadam za tymi wszystkimi cienkuszami typu Berliner, Gose, czy Grodziskie. Umiem jednak docenić dobre piwo w tym stylu. Browar Spółdzielczy ponownie udowodnił swoją klasę. Tak trzymać! :D

OCENA: 7/10
CENA: nieznana
ALK. 3,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 31.12.2018
BROWAR SPÓŁDZIELCZY

sobota, 21 lipca 2018

OKO W OKO - Imperial Porter vs Imperial Stout od Jana Olbrachta


Dziś kolejna odsłona jakże popularnego cyklu „Oko w Oko”. Pomysłów mam na pęczki, więc dość często dochodzi u mnie do piwnych pojedynków. Najczęściej są to piwa powszechnie znane, dostępne w niemal każdym sklepie i pochodzące, bądź to od koncernów, bądź browarów regionalnych. Ale dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj dojdzie do bitwy pomiędzy piwami z browaru craftowego!
Mowa tu o dwóch mocarzach, wypuszczonych jednocześnie przez Jana Olbrachta z Piotrkowa Trybunalskiego. Jeden to Imperial Porter, drugi to Imperial Stout. Piwa ewidentnie tworzą serię, złożoną póki co z tych dwóch egzemplarzy. Porównanie ich zatem było najbardziej naturalną i rozsądną rzeczą, którą mogłem zrobić. Zwłaszcza, że obydwa mają identyczne parametry!
W składzie tychże cymesów nie znajdziemy żadnych odbiegających od standardów dodatków, z wyjątkiem lasek wanilii w RISie. No bo przecież jęczmień palony to rzecz zupełnie normalna. I tu i tu użyto polskich chmieli, za co szacun. Na uwagę zasługuję też stylowe opakowanie. Zafoliowane szyjki butelek plus czarna, schludna, wręcz oszczędna etykieta z pewnością dodają piwom splendoru i poczucia obcowania z czymś niezwykłym i wyjątkowym. Zobaczmy zatem, czy tak jest w rzeczywistości.



Imperial Porter

Piwo koloru czarnego, wręcz stoutowego. Pieni się przeciętnie, tworząc na powierzchni beżową kołderkę drobnej i puszystej piany o średnio długim żywocie. Lacing znikomy, więc podniecać się tym raczej nie sposób.
W smaku mamy gładkiego, łagodnego i dobrze ułożonego portera bałtyckiego z dominantą mlecznej czekolady, pralinek (tanich niestety) i kawy zbożowej. W drugim rzucie podano na tacy prażone słody, tosty, pieczywo razowe, suszone owoce, a także ciastka Oreo posypane cukrem kandyzowanym. W oddali natomiast majaczą nieśmiałe echa lukrecji i kakałka. Porter ten stoi rzecz jasna po słodszej stronie mocy, ale w żaden sposób nie jest mdły, czy mulący. Spory plus także za mega złożony charakter oraz bardzo dobrze ukryty alkohol. W zasadzie to zapomina się z jakim woltażem mamy tu do czynienia. Brawo! :)
Pora zapuścić kinola do szkła. Zapach jest naprawdę szalenie przyjemny i intensywny, co było już czuć tuż po przelaniu do szkła. Sporo tu mlecznej czekolady w asyście słodkich pralinek, a także suszonych śliwek, rodzynek, daktyli oraz fig. To naprawdę mi się podoba! Suszone owoce w porterze bałtyckim to super sprawa. Idźmy dalej – pojawia się przyjemna i zwiewna nuta kakao, opiekanego słodu, tostów i chleba razowego. Alkohol co jedynie wdzięcznie przygrywa do tego, jakże przyjemnego mariażu aromatów. Jest bardzo dobrze ułożony i zgrany z resztą składowych. Całość nieźle bucha ze szkła, dając dużo radości mym nozdrzom. Genialny to zapaszek muszę przyznać :D
Ów Imperial Porter jest piwem dobrze zbalansowanym, przyjemnie gładkim i odpowiednio pełnym w smaku. Szczególnie ujmujące są dla mnie bardzo wyraźnie zaznaczone suszone owoce, dające pewien powiew rześkości i owocowej słodyczy. Kolejny plus należy się za złożoność i doskonale ukryty alkohol, który jest bardzo szlachetny i nie ingeruje w całość.

czwartek, 19 lipca 2018

MIŁOSŁAW AMERICAN WITBIER. Kooperacyjne piwo z jaśminem!


Ho, ho! Co też ta Fortuna wyrabia? Nowościami sypie jak z rękawa. Ciężko za tym nadążyć, a co najważniejsze – te piwa są naprawdę ciekawe. Dopiero co był Miłosław Bezalkoholowe IPA, nieco później nowa Fortuna Pigwa, a teraz to :)
Dzisiaj biorę w łapki najnowszego Miłosława i to ze „śmiałej serii”. Największe jednak zdziwienie wywołuje kooperacja z…. AleBrowarem! Tak, to nie pomyłka. Piwo to stanowi dopiero drugą w historii polską kooperację browaru typowo rzemieślniczego z browarem regionalnym. Taka kurde sytuacja.
Gdy do warzenia piwa przystępuje Michał Saks wespół z jednym z najlepiej rokujących i odważnych browarów regionalnych, no to możemy niemal mieć pewność, że będzie to ciekawy twór. Miłosław American Witbier zwie się to cudo. W teorii niby prosta sprawa – belgijski witek na jankeskich chmielach. Ale…. kwiat jaśminu to przecież nie jest typowy składnik Witbiera prawda? Dziwić może też obecność w składzie zestu z grejpfruta, a także brak skórki pomarańczy. Kolendra oczywiście jest. Parametry też niezbyt Witbierowe. Że nie wspomnę o goryczce rzędu 40 IBU, ale nawet ekstrakt i alkohol są tutaj lekko podwyższone.
Piwo oczywiście uwarzono w Miłosławiu. Otwieram już, bo strasznie jestem ciekaw efektu.


Wygląd to zdecydowanie najmniej interesująca część recenzji, więc dzisiaj ją sobie podarujemy. Wspomnę tylko, że wszystko wygląda bardzo prawilnie.
Biorę od razu do dzioba. Na pierwszy rzut oka (jakkolwiek to nie zabrzmi) brakuje mi tu trochę bąbelków. Witek ma być rześki i mocno wysycony, a to piwo jest raczej oszczędnie potraktowane dwutlenkiem węgla. Smakuje jednak dobrze, tyle że praktycznie nie przypomina to belgijskiego klasyka. Jaśmin jest mocno wyczuwalny, ale to chyba akurat dobrze. Lubię, gdy dodatku nie trzeba się doszukiwać. W końcu po to został dodany, by piwo wyróżnić. Mamy tu lekką podbudowę słodową z delikatnie zaznaczoną pszenicą oraz białym pieczywem. Z amerykańskich chmieli mogę wyróżnić bardzo subtelne cytrusy oraz nieśmiałe owoce tropikalne. Wszystko to jednak jest dosyć stonowane. Jeśli ktoś oczekiwał, że będzie to coś w stylu Wit IPA, to się pomylił. Jedźmy dalej – drugi plan to dość wyraźna nutka kolendry i ogólnie kwiatów (prócz jaśminu, bo on był na początku wymieniony). Stawkę zamykają akcenty grejpfruta, choć to można podciągnąć pod cytrusy. Goryczka jest dosyć niska jak na deklarowane 40 IBU. W ciemno powiedziałbym, że max 30. Nie mniej jednak jest dobrze ułożona, bardzo krótka i szlachetna. Dosyć smaczny to trunek, jednakże w żaden sposób nie oszałamiający.