sobota, 31 sierpnia 2019

Dożynki po raz drugi. Czy Bourbon zdziałał cuda?


Po ostatnim niedosycie, który wywołany był stosunkowo słabą formą brażota od Pinty, postanowiłem jak najszybciej zmazać tą niewielką, ale jednak plamę z honoru ojców polskiego piwowarstwa rzemieślniczego.
Na warsztat biorę dziś Dożynki BA, czyli słynne Multigrain Wine, które degustowałem na blogu pod koniec marca tego roku. Z tą różnicą, że jest to wersja leżakowana w dębowych beczkach po amerykańskim Bourbonie. I to ponoć ma robić różnicę. Bo jak wieść gminna niesie i prawie wszyscy blogerzy (i nie tylko), Dożynki w wersji podstawowej niczego nie urywały mówiąc delikatnie. Mam zatem nadzieję, że podrasowana wersja zrobi mi z dupy jesień średniowiecza. W tym pozytywnym sensie ma się rozumieć ;)


Dożynki BA wyglądają cudnie! Piwo jest co prawda lekko zamglone, ale ten miedziano-rubinowy kolorek naprawdę świetnie się prezentuje (fotka tego nie oddaje). Zwłaszcza pod słońce. Iście krwista barwa :) Piana też niczego sobie, zwłaszcza jak na trunek leżakowany w drewnie. Jest średnio pęcherzykowa, w miarę zwarta i puszysta. Dość długo cieszy narząd wzroku.
Piję. Nooo, jest o niebo lepiej. Piwo jest niebywale gładkie, aksamitne i odpowiednio gęste jak przystało na ten ekstrakt. Słody robiom robotę. Co ciekawe, czuć wyraźnie żyto i jego charakterystyczną kwaskowatość. Całość jest mocno słodowa w typie opiekanej skórki chleba i ciastek polanych karmelem. Dalej mamy cukier kandyzowany, suszone owoce i garść rozpuszczalnego kakao. Nuty Bourbonu czają się głęboko w tle, ale nie sposób ich nie zauważyć. Tuż obok pobrzmiewa subtelna wanilia, akcenty migdałowe oraz nuty dębowej beczki. Alkohol trochę czuć, ale nie jest on agresywny, czy natarczywy. Jak na 12 voltów to piwo jest całkiem dobrze ułożone. Bardzo mi to smakuje. O to właśnie chodziło! :D

wtorek, 27 sierpnia 2019

OKO W OKO - Łomża Jasne vs Łomża 0,0%


Dziś przygotowałem dla Was kolejną porcję piwnych porównań. Na fali wielkiej popularności piw bezalkoholowych postanowiłem sprawdzić jak bardzo różni się regularna Łomża od wersji bez procentów. Myślę, że marka ta ma swoich fanów, więc to będzie ukłon w ich stronę :)
Ufff… zwykłej Łomży nie piłem już od wieków. Zresztą nie pamiętam kiedy ostatnio jakąkolwiek piłem. W początkach działalności bloga chlapnąłem kiedyś Łomżę Export i wydaje mi się, że to właśnie z tego piwa wywodzi się obecna Łomża Jasne. Być może nawet wciąż jest to to samo piwo.
Łomża 0,0% to z pewnością piwo nowe. Podejrzewam, że bazuje na tym pierwszym piwie, więc grzechem byłoby ich nie porównać ze sobą. Zobaczmy czy i tym razem wersja bezalkoholowa będzie wyraźnie gorsza niż jej regularny odpowiednik.



Łomża Jasne

Nie ma co, piwko ładnie się prezentuje. Jest idealnie klarowne i intensywnie złociste. Takie z iskrą. Piana średnio obfita, ale wystarczająca. Jest śnieżnobiała, puszysta i dosyć drobna, jednak szybko się redukuje.
Smakowo szału nie ma. Ameryki po raz drugi nikt tu nie odkryje. Wyraźna, ale nie męcząca słodowość przywodzi na myśl wilgotny chlebek, tudzież zboże. Towarzyszy jej namiastka chmielowych doznań pod postacią samego chmielu, jak również trawy oraz ziół. I na tym koniec. Piwo jest wysoko nasycone dwutlenkiem węgla. Na finiszu pojawia się delikatna chmielowa goryczka. Poziom wyższa niż ta koncernowa, więc tragedii jakiejś nie ma.
Zapach jest chyba nieco fajniejszy. Przede wszystkim bardzo rześki oraz intensywny. Chmielowych naleciałości jest tu więcej niż w smaku. Chmiel, soczysta zielona trawka i zioła przykrywają nawet słodową podbudowę (chlebek, zboża). Skunks też się tu czai, ale akurat jego jest najmniej z całej stawki. Piwo pachnie naprawdę nieźle.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Mors IPA. Czy warto się skusić?


Sesyjny Mors IPA jest piwem, które pierwszy raz ujrzałem w oszołomie. Obok niego stał jeszcze Mors APA. Wziąłem flaszkę do ręki i poczytałem sobie etykietę. Inne Beczki – okej mówię. Pewnie jakaś niskobudżetowa seria dla marketów. Sam nie wiem czemu, ale temat jakoś olałem. Nie zakupiłem, mimo atrakcyjnej ceny, bodajże pięć ziko bez grosza. Minęło ponad pół roku, a ja tego samego Morsa widzę w moim osiedlowym Lewiatanie. Cena rewelacyjna – 4,29zł!!! Co jest – se myślę? Pewnie data wychodzi. Ale nieeeee! Data ważności jest wporzo. No to biere. Wypiłem w zakamarkach moich czterech kątów i weszło dobrze. Fakt, że był upał jak cholera, to i pić się chciało.
Na drugi dzień poszedłem i nabyłem kolejną sztukę, aby podzielić się z Wami opinią. W moim mniemaniu piwko z butów nie wyrywa, ale w tej cenie można brać na kartony. To znaczy obecnie w lewku Mors kosztuje już 6 goldów, ale za piątkę też pewnie gdzieś da się kupić. Oto moje wrażenia z degustacji :)


Piwo jest oczywiście prawilnie złote i wyraźnie zamglone. Piana może nie jest szczególnie wysoka, ale przyjemnie drobna, puszysta i dosyć żywotna. Długo cieszy gałki oczne, do tego porządnie „brudzi” szkło.
W smaku od razu czuć, że to wersja sesyjna, choć jeśli mam być szczery to bliżej temu do apki niż sesyjnej ipy. Ciała nie ma zbyt dużo, ale wodniste nie jest. Całość jest delikatnie kwaskowa, ale tylko przez chwilę. Pojawiają się rześkie cytrusy, które szybko ustępują miejsca owocom tropikalnym z papają i marakują na czele. Jest też sporo kwiatów i zwykłego zielonego chmielu. W drugim rzucie zjawia się zbożowa-chlebowa słodowość oraz pewna doza subtelnej żywicy, ziół i kwiatów. Grejpfrutowo-ziołowa goryczka początkowo wydaje się być bardzo delikatna, jednak z każdym łykiem się rozkręca. Koniec końców osiąga przeciętne rozmiary, przynajmniej dla mnie. Ale nie można odmówić jej gracji, polotu i szlachetnego pochodzenia. Piwo jest naprawdę smaczne, rześkie i dobrze pijalne.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Potężny Braggot Bourbon Barrel Aged od Pinty


Pinta, Pinta, wszędzie ta Pinta! Otwieram lodówkę, a tam Pinta. Otwieram barek, a tam Pinta. Idę do sklepu – Pinta. Wchodzę na stację benzynową – znowu Pinta. Schodzę do piwnicy – to samo. I jak tu nie zwariować? Nie no, żartuję. Spoko jest. Browar Pinta rules! :)
Dzisiaj na ten przykład biorę się za Oh, Honey…! Nazwa może i dziwnie brzmi, ale koniec końców wszystko się zgadza, bo pod tym szyldem kryje się Braggot. Co ciekawe z dodatkiem miodu wrzosowego. Nie mam bladego pojęcia czym on się wyróżnia, bo nie dane mi było nigdy takowego próbować. Piwa z miodem wrzosowym również sobie nie przypominam. Poza tym Oh, Honey…! było leżakowane w beczkach po Bourbonie Woodford Reserve i powstało w kooperacji z amerykańską miodosytnią rzemieślniczą
Ten brażocik to naprawdę solidny skurczybyk. Ponad 13% alko i potężne 27,5 ballinga czyni go prawdziwym zabójcą wśród piw. Pora chwycić diabła za rogi ;) 


O dziwo piwo jest klarowne, a jego kolor chyba nikogo nie zdziwi – jest miodowy. Piany niemalże brak. Bywa i tak.
Przyznam, że po takim ballingu spodziewałem się większej gęstości. Tymczasem jakoś bardzo gęste to ono nie jest. Gładkie i owszem. W Braggotach zawsze obawiam się zalepiającej słodyczy, ale tutaj na szczęście poziom słodkości nie jest wielki, choć wciąż stosunkowo spory. Miód jest dobrze wyczuwalny, kojarzy mi się z łąką i kwiatami. Na dalszym planie egzystuje sobie karmel, cukier kandyzowany oraz lekko opiekana słodowość. Są też herbatniki, ciastka Pieguski, wanilia i bardzo subtelna nuta Bourbonu wraz z  odrobiną dębiną. Po jakimś czasie w posmaku odzywa się nuta suszonych owoców. Alkohol owszem, jest obecny, ale w żaden sposób nie drażniący. Nie ma skojarzeń z bimbrem, czy ruskim spirytem przewożonym przez białoruską granicę w baku po benzynie. Piwo jest naprawdę niezłe. Wchodzi dobrze, choć szybko załącza śmigło w główce ;p

środa, 14 sierpnia 2019

Strong Ale z malinami leżakowany w beczce po Whisky


Dzisiaj otwieram jedno z tych piw, które w kolejce już swoje odstały. Ale od razu zaznaczę, że moje działanie było w pełni świadome. Bo cóż może się stać z tak mocnym napitkiem raptem w kilka miesięcy? Może być tylko lepsze (zazwyczaj).
Rage Madness to wymysł Browaru Birbant. Przy okazji sprawdzę formę tego weterana, bo wydaje mi się, że już dosyć dawno nie degustowałem nic od Birbantów. Jak sama nazwa wskazuje jest to piwo specjalnie uwarzone na Beer Geek Madness. Wiadomo – jak BGM, to piwo musi być odjechane. Czy tak jest w rzeczywistości? Tego jeszcze nie wiem, ale pomysł, by do Strong Ale dodać malin, a potem całość leżakować w beczce po Whisky wydaje się mieć swój sens. A czy to wszystko ma ręce i nogi przekonam się już za chwilę. Niech no tylko znajdę ten otwieracz i coś do pstrykania fotek…


Z wyglądu Rage Madness nie zaskakuje. Ciecz jest ciemno brunatna, w sumie to nawet błotnista bym rzekł. Pianka bez szału – niska i raczej nietrwała.
Pierwszy łyk sprawił mi sporo radości. Piwo jest przyjemnie kwaskowe od malin. Widać, że ich nie pożałowano. Kwaskowość jest wysoka, można ją nawet porównać do niektórych piw typu Sour. Na drugim planie pojawia się lekko opiekana słodowość, jakieś herbatniki oraz spód od ciasta. Z tła natomiast wyłania się ociupinka karmelu, suszonej śliwki, Whisky i… kefiru malinowego (są takie smakowe). Drewna niestety nie zanotowałem. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony. Nic nie piecze, nie pali, nie drażni. W ciemno nie idzie odgadnąć jaki jest tu woltaż. Bardzo przyjemnie to smakuje. Piwo wchodzi lekko, gładko i bez oporów. Przez ułamek sekundy jest słodkawo, ale później to już tylko kwasek i wytrawność pozostaje na języku. Jestem zdecydowanie na tak!

niedziela, 11 sierpnia 2019

DDH DIPA leżakowane w drewnie!


Kochani oto najnowsze piwo z serii Projekt Barrel Aged od Maryensztadtu! W końcu jestem na bieżąco. Dogoniłem peleton :)
Pod czarno-żółtą etykietą kryje się Double Dry Hopped New Zealand IPA White Wine BA. Tak, wiem – brzmi groźnie. Język sobie można połamać, ale już wszystko wyjaśniam. Mamy tu modną ostatnio DDH ipkę na nowozelandzkich chmielach, dodatkowo leżakowaną w beczce po białym winie. Tak, to nie pomyłka. Jasne piwo (IPA) starzone w drewnie. Jak widać nasi piwowarzy są nader kreatywni. Zresztą to przecież nie pierwsze tego typu piwo, więc nie ma co, aż tak się jarać.
18º Plato świadczy o tym, że jest to w zasadzie Imperial IPA. No naprawdę bardzo jestem ciekawy jak zagrały akcenty białego wina oraz drewna w tak obficie chmielonym piwie.
Koniec pierdół, pora przejść do konkretów. 


Otwieram piwo, a tu gushing! Szok. Nie jakiś ekstremalny, no ale jednak piwo wylata ;) Bardzo dawno mi się to nie przytrafiło. Przy okazji z dna poderwało cały ten osad, który w konsekwencji znalazł się w szkle. Dzięki temu piwo wygląda nieapetycznie. Pływają w nim sporych rozmiarów farfocle. Sam kolor trunku jest taki lekko pomarańczowy, może nawet nieco miodowy. Piany jest ogrom. Bez komentarza.
Smakowo na szczęście jest dobrze. Czuć sporą dawkę owoców, głównie białych i żółtych, ale zwyczajowe tropiki też się tu znajdzie. A więc białe winogrono, morela, agrest, melon, mirabelka, brzoskwinia, mango oraz papaja. Z cytrusów wyróżnia się głównie różowy grejpfrut i nieco limonki w formie skórek. Jest rześko, bardzo owocowo, lekko kwaskowo i soczyście. Ma się wrażenie, że do piwa dodano tych wszystkich owoców, jednak nie jest to prawda. Zbożowa słodowość jest raczej wycofana do defensywy, choć wciąż obecna. Po jakimś czasie pojawiają się nuty kwiatowe, delikatnie żywiczne oraz winne. Generalnie czuć alkohol, ale nie stanowi on jakiegoś problemu. Lekko grzeje w gardziel, ale nic ponadto. Zastanawia mnie natomiast ta niespotykana kwaskowość. Czyżby to wpływ wina, czy może tego, że piwo po prostu się nieco zakaziło (stąd gushing). W każdym razie nawet jeśli nie jest to cecha pożądana, to efekt jest całkiem niezły. Goryczka też jest tu bardzo przyjemna. Dosyć wyraźna, dla niektórych może i mocna, ale zarazem krótka, szlachetna i niezalegająca. Jej grejpfrutowo-żywiczny charakter bardzo tu pasuje. Naprawdę smacznie wyszło :)

czwartek, 8 sierpnia 2019

OKO W OKO - Żywiec Białe vs Żywiec Białe 0,0%


Mam wrażenie, że obecny wysyp piw bezalkoholowych jest jakimś szaleństwem. Mam tu na myśli głównie koncernowy wyścig szczurów, choć nie tylko. Niemal wszystkie browary dwoją się i troją, by tylko wypluć z siebie nowego bezalkusa. Toż to prawie bezprocentowa wojna!
Grupa Żywiec zdaje się być tu liderem.  Z racji tego porównam sobie dzisiaj dwa Żywce Białe, które rzekomo mają uchodzić za Witbiera. Jeden klasyczny, obecny z nami już od 2014 roku. Drugi to tegoroczna nowość – w teorii to to samo piwo, tyle że pozbawione procentów. Kompletne 0,0%. Skład jest identyczny, więc podobieństwo powinno być duże.
Żywiec Białe był już oceniany na blogu i przyznam, że przez jakiś czas do niego wracałem. Nawet mi smakował. Obecnie jednak już po niego nie sięgam. Sam nie wiem dlaczego.



Żywiec Białe

Zaczynamy od wersji regularnej. Piwo jest bardzo mętne i nieprzejrzyste. Jego kolor to mieszanka żółtego z pomarańczowym. Piana dosyć wysoka, drobna i puszysta. Niestety szybko zanika. Lacing niemal zerowy.
Piję. Trochę się bałem, ale przez te wszystkie lata piwo się nie zmieniło na gorsze. W sumie jest takie, jakie je zapamiętałem. Wyraźna kolendra mocno daje o sobie znać, fajnie współgrając ze słodyczą i puszystością słodu pszenicznego. Na deser dostajemy delikatne chlebowe nutki, nieco gumy balonowej, namiastkę skórki pomarańczy (aromat) oraz szczyptę drożdżowego posmaku. W miarę dobre, bardzo świeże, mocno wysycone CO2, choć nieco trąca sztucznością. Poza tym piwo jest słodkie i po większej ilości może trochę zamulać, mimo stosunkowo niedużego ciała.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

SatrAPA. Apka jak się patrzy :)


Browar Inne Beczki stale się rozwija. Zaczynał od warzenia za granicą, później tułał się po Polsce, następnie poszedł w crowdfunding, by w zeszłym roku otworzyć własny browar. W między czasie inwestował też w firmowe multitapy. Browar wciąż szuka nowych kanałów dystrybucji, bez problemu ich piwa znajdziemy w wielu sieciach handlowych i stacjach benzynowych.
Duży Ben to jedna z takich sieci, tyle że jest to w zasadzie sieć marketów monopolowych (obecna tylko w zachodniej Polsce). I to właśnie specjalnie dla nich Browar Inne Beczki uwarzył dwa piwa, które nie są dostępne nigdzie indziej. Przy czym nazwy tych piw wybrali fani na fejsbuku. Taka sytuacja. Jednym z nich jest właśnie SatrAPA. Zwykła, klasyczna apka, której formę zamierzam właśnie sprawdzić.
Trochę martwi mnie brak pełnego składu na etykiecie, bo przecież szanujący się beergeek chce wiedzieć na przykład jakich chmieli użyto. Jakoś będę musiał z tym żyć niestety.


Leję do szkła. To znaczy piwo przelewam, żeby nie było ;) Ciecz nosi znamiona jasnego złota i jest lekko zamglona. Piana nie jest jakaś bardzo obfita, czy trwała, ale do najgorszych też nie należy. Pojawia się i znika – jak w tej piosence.
W smaku od razu czuć, że piwo jest lekkie. W końcu to APA o 12-stu prawilnych ballingach. Jest przyjemnie gładka na podniebieniu, rześka i fajnie owocowa. Jankesi się tu wykazali jak trzeba. Są tropiki (mango, marakuja, liczi, papaja), sporo nut kwiatowych oraz trochę cytrusów zarówno w formie skórek, jak i miąższu. Z pewnością spośród nich wyróżnia się różowy grejpfrut. Do tego dochodzą też białe owoce. Z tła natomiast można wyłuskać bardzo subtelną żywicę, akcenty perfumowe, a nawet nieśmiałe iglaki. Jak na APA to sporo się tu dzieje. Grejpfrutowo-żywiczna goryczka jest idealnie dobrana. Nie za mocna, nie za słaba, taka w sam raz. Jest krótka i szlachetna, a zarazem bardzo skuteczna. Bez problemu równoważy delikatnie zaznaczoną słodowość. Smaczne piwo, nawet bardzo :)