czwartek, 31 marca 2016

PIWO MIESIĄCA – MARZEC 2016




Zgodnie z moim najnowszym postanowieniem (poza nie upijaniem się koncernowym syfem), co miesiąc wyróżniam jedno piwo, które wbiło mnie w fotel i zrobiło z mózgu jajecznicę. Wszystko po to, by jeszcze dobitniej docenić pracę danego browaru oraz by ciemny lud miał pojęcie jak zajebiste i nietuzinkowe potrafią być niektóre piwne specjały. I to nasze polskie, a nie jakieś tam ‘zagramaniczne’ za pisiont złociszy.

W marcu na blogu panował istny róg obfitości. Po pierwsze wypiłem dość sporo, jak na moje możliwości piw. Po drugie zdecydowana większość była dobra lub bardzo dobra. Bardzo wiele trunków uzyskało jakże wysoką notę 8 pkt. Było nawet ze dwie „dziewiątki”! Mimo nader wysokiego poziomu marcowych degustacji jedno piwo wyróżniało się bardziej niż inne. Zmiotło pod dywan pozostałych rywali jednym pierdnięciem. Jednym małym bączkiem zepchnęło konkurentów na drugi plan, dzięki czemu już wtedy niemal wiedziałem, który trunek zostanie Piwem Miesiąca. I nie pomyliłem się. Intuicja mnie nie zawiodła, tak samo jak wtedy, gdy podejrzewałem, że Mętne Niefiltrowane z Browaru Edi najlepiej nada się do zapchania odpływu w zlewie.

Wy już wiecie, ja też to wiem, zatem nie przedłużając, wszem i wobec oświadczam iż tytuł PIWO MIESIĄCA – MARZEC 2016 zdobywa ELIXIR z Browaru Baba Jaga!!! :D


Ten wędzony słodem whisky RIS urzekł mnie w zasadzie każdym swoim aspektem! Rozłożył mnie na łopatki, po czym chłostał po gołej klacie najeżonym żyletkami pejczem. Kosmicznie czarna barwa, brązowa, obfita i gęsta piana, nader wyrazisty i złożony torfowo-wędzony aromat, a przede wszystkim mega gładki, oleisty i niezwykle rozbudowany smak. Tego się nie da opisać słowami, tego piwa trzeba po prostu spróbować! Ponad 600 piw na blogu, a dopiero czwarta maksymalna ocena – 10/10! Do tej pory dostaję piwnego orgazmu, gdy cofam się w czasie i przypominam sobie ten smak i aromat... ;p

W tym miejscu Browarowi Baba Jaga składam serdeczne gratulacje i podziękowania za olbrzymią dawkę wrażeń podczas degustacji. Naprawdę świetna robota!
Jeśli gdzieś jeszcze możecie kupić ten niezwykły trunek to naprawdę polecam. Jak nie macie 16 zeta na to piwo, to weźcie pożyczkę w Providencie, zabierzcie teściowej, oddajcie tv do lombardu lub obrabujcie bank, bo naprawdę warto ;D

środa, 30 marca 2016

OKTAVIO

Pokaźny ekstrakt, zabójcza moc. Nie, nie, to nie kolejny bałtycki mocarz, ani żaden RIS, czy Barley Wine. Tym razem to Quadrupel. Nie kurdupel, tylko Quadrupel durniu!
Ostatnimi czasy zaroiło nam się jak w ulu od mocarnych, ciężkich piw, jednak wśród nich ze świecą szukać belgijskiego poczwórnego klasztornego kolosa, jakim jest Quadrupel. Wiadomo, nowa fala, to nowa fala, ale klasyczne, a zwłaszcza belgijskie style mają u mnie uznaną renomę. Szkoda, że krajowi rzemieślnicy tak rzadko mierzą się ze starą belgijską szkołą.
Rzemieślniczy Browar Jana z Zawiercia należy właśnie do tych wyjątków, którym nie straszne są mocarne, klasztorne klimaty. Nie wiem dokładnie ile do tej pory polskie browarnictwo spłodziło tego typu piw, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że nie więcej jak pinć. Co przy tysiącach różnego rodzajów ajp stanowi zaledwie ułamek procenta.
A propos Browaru Jana, to debiutuje on właśnie na blogu. Dopiero. Wstyd i żenada. Do Zawiercia mam jakieś trzydzieści pięć kilosów (helikopterem sześć i pół minuty), więc można rzec, że to mój lokalny browar. By the way od dawna już zamierzam się umówić na zwiedzanie, jakiś mały wywiadzik i fotoreportaż na bloga, ale ciągle to odkładam... Biję się mocno w pierś i obiecuję szybką poprawę!


Tytan z Zawiercia to nader udana interpretacja stylu. Piwo jest pełne w smaku i wyraźnie likierowe. Dosyć słodkawe, choć pojawia się też i lekki kwasek. Dominuje w nim przyjemny karmel, podszyty solidną ciasteczkowością i z lekka opiekanym słodem. Na drugim końcu kija udzielają się owocowe estry, głównie suszone morele, figi, rodzynki oraz subtelne śliwki. Całość spięta jest likierowym, wyczuwalnym, ale nie przegiętym etanolem o przyjemnie rozgrzewającym działaniu (jeśli piłeś kiedyś czysty spiryt bez popity, to będziesz w siódmym niebie). Goryczka stosunkowo nieduża, choć odwala swoją robotę całkiem dobrze. Podoba mi się to cacko :)

sobota, 26 marca 2016

FADE TO BLACK

Niedawno w me skromne progi zawitało zupełnie nieoczekiwane piwo – porter bałtycki z Browaru Trzy Korony w Puławach! Nie mylić z Browarem Trzy Korony z Nowego Sącza. Swoją drogą, co za poroniony pomysł używania dwóch identycznych nazw!? Nie wiem, który browar był pierwszy, ale zawsze myślałem, że język polski to dość bogaty słowotwórczo język. Widocznie od lat żyłem w błędzie...
Tak, czy siak „Fade to Black” to porterek z Puław. Może i lichy, bo tylko 19°Blg, ale przecież na rynku jest kilka lżejszych ‘bałtyków’, które urywają cztery litery (no może nie cztery, ale co najmniej dwie). Swoją drogą Baltic Porter z browaru restauracyjnego to bardzo rzadkie zjawisko na miarę ujrzenia Yeti, czy innej Wielkiej Stopy. Nie wiem ile tego typu browarów do tej pory zmierzyło się z ‘piwowarskim skarbem Polski’, ale na pewno niewiele.
Specjał z Trzech Koron jak widzicie został zabutelkowany z myślą o dłuższym leżakowaniu, co mnie bardzo cieszy, bo druga buteleczka grzecznie zeszła po schodach do mojej ciemnej i zimnej piwnicy, skąd nie wypuszczę jej przez najbliższe kilka lat. BTW nigdy nie wiem, czy kapsel został zawoskowany, czy zalakowany – jak odróżnić wosk od laku nie zajadając się nim? Ktoś pomoże? (ciemny człek musi się dokształcać). 


Fade to Black powitał mnie piękną, nieprzejrzystą, kruczo czarną barwą. Mało który porter bałtycki jest aż tak czarny. Zupełnie, jakbym gapił się na jakąś czarną dziurę, czy inne kosmiczne cholerstwo. Piana także niczego sobie – średnio pęcherzykowa, bardzo obfita i trwała. Opadając zostawia wyraźne zacieki na szkle.
Piwo zostało średnio intensywnie potraktowane dwutlenkiem węgla, co jednak przy tym stylu wydaje się być rozsądnym posunięciem. Ciecz nie jest tak gęsta i wyklejająca, jak przy cięższych bałtykach, ale to przecież zrozumiałe. Moim zdaniem jest jak najbardziej adekwatna do wysokości ekstraktu, więc luz :) W smaku porter z Puław nie jest jakoś szczególnie złożonym napitkiem. Dominuje w nim łagodna, posłodzona kawa oraz ciemne, lekko palone słody. W posmaku pojawia się odrobina karmelowej słodyczy, która po chwili ustępuje miejsca gorzkiej czekoladzie polanej odrobiną lukrecji. Finisz zakończony jest niezbyt mocną i niezalegającą, paloną goryczką, która jednak jest na tyle duża, by zrównoważyć słodową pełnię. Z początku piwo wydaje się dosyć słodkawe, jednak każdy łyk zakończony jest długim, wytrawnym i palonym finiszem. Niezłe, choć brakuje mi tu trochę suszonych owoców.

piątek, 25 marca 2016

PREPARAT

Rzadko pojawiają się tutaj trunki z Artezana i to nawet pomimo ich przenosin do Błonia, a co za tym idzie regularnego butelkowania piw i podwojenia mocy produkcyjnych. Pytacie why? Sam chciałbym wiedzieć. Może dlatego, że czas nie jest z gumy, piniondze nie mnożą mi się w portfelu jak jakieś muszki owocowe, a wątrobę mam tylko jedną.
Mimo owych ograniczeń, takiego specjału jak Preparat nie mogłem sobie odpuścić. Zapewne miałbym wyrzuty sumienia do końca życia, trzy osoby odlajkowałyby przez to bloga, ja wpadłbym w ciężką depresję, a pół wieczności spędziłbym w Czyśćcu, miast w Niebie.
Po prostu jest to piwo z serii ‘must have’. Musisz się go napić i już. Koniecznie musisz spróbować, bo jak nie, to czeka cię ekskomunika z piwnego półświatka. No i ja właśnie dlatego próbuję :)
A przy okazji, Preparat to nie jakaś tam nowinka, ale ponoć jest to jedno z najbardziej udanych piw od Artezana, pożądane i mocno docenianie przez rozmaitej maści beer geeków.
Czas zerwać kapsel i zobaczyć jak miewa się porządnie wyleżakowane wędzone Barley Wine!


Rzeczony napitek powitał mnie ładną i dość obfita pianą o drobnej teksturze i barwie zwanej ecru (heh, ale ze mnie poliglota nie? ;). Pienista kołderka opada w średnim tempie, zostawiając umiarkowanie liczne zacieki na szkle. Samo piwo jest wyraźnie mętne, przy czym jego kolor oscyluje gdzieś pomiędzy brązem, a burgundem.
W smaku spodziewałem się prawdziwej petardy, ale niestety chyba mnie trochę wyobraźnia poniosła. Pierwszy łyk to solidne uderzenie prażonego słodu i karmelowej słodyczy. Towarzyszą jej melanoidy spod znaku przypieczonej skórki chleba i tostów. W drugim akordzie do gry włącza się niewielka chmielowość, zioła oraz opiekane toffi, podszyte lekko żywicznym muśnięciem. W tle cichutko siedzi sobie bardzo subtelny alkohol, który objawia się tylko i wyłącznie grzaniem w przełyku. Oooo tak, faktycznie nieźle grzeje, choć łyk czystej zdecydowanie bardziej daje się we znaki. Jest też i goryczka – niezbyt mocna, ale wyraźna. Chmielowo-ziołowa gorycz minimalnie zalega, ale nie robiłbym z tego wielkiej afery. Ciecz jest gęsta i nieco lepka. Czuć, że ciało ma nieliche. No, ale gdzie do cholery są nuty wędzone? Kto zgasił ogień się pytam?!

środa, 23 marca 2016

CZORNY MIŚ

Swego czasu (ongiś, drzewiej, onegdaj) w Browarze Widawa na świat przyszedł Miś. Była to pierwsza w kraju PIPA. Jak wiecie bycie pipą to dość nieciekawa sprawa, toteż Miś szybko czmychnął z Widawy i osiedlił się na Górnym Śląsku. Zmienił totalnie wizerunek, by nikt nie mógł go rozpoznać. Od tamtej pory Miś robi za hajera i zowie się Czorny Miś. Codziennie dyra jak wół na grubie, a po swojej szychcie wlewa w siebie hektolitry ‘lechotyskaczożubrów’ ;)
Bajkopisarz ze mnie żaden, więc teraz będzie na poważnie.
Mój rzeczony gość nosi przydomek Silesian Black Ale. Byłem na paru lekcjach angielskiego, więc rozumiem znaczenie tych słów. Zastanawia mnie tylko dlaczego ten czarny ejl nie został po prostu nazwany Polish Black Ale? Miś był pipą, bo miał polskie chmiele, podobnie jest przecież z Czornym Misiem. Po jaką cholerę zatem konotacje ze Śląskiem? Bo piwo jest czarne? Równie czarny jest Stout, czy niektóre portery bałtyckie.
Dobra, zostawmy to. Skupmy się na tym, co czyha w tej małej, jakże poręcznej buteleczce. Gdyby nie jeden bardzo ważny i ciekawy składnik, byłby to zwykły i pospolity (często nudny) Black Ale. Gdyby nie słód wędzony torfem Czorny Miś zapewne byłby równie interesujący jak hałdy na Śląsku, czy pół tony węgla w mojej kotłowni. W tym piwie robotę robić ma torfowa wędzonka! Kropka. 


Miś górnik zdecydowanie lepiej wygląda w szkle niż na etykiecie. Czarna, nieprzejrzysta, ale klarowna barwa pięknie się prezentuje na tle bardzo wysokiej, drobnej i pierzastej czapy. Beżowa piana jest zwarta jak szeregi Wehrmachtu i sztywna jak koci ogon. Jej żywotność jest wprost proporcjonalna do objętości – skubana prawie wcale nie chce opadać! Lacing także zdaje egzamin na piątkę.
Wędzone torfem słody czuć już z daleka. Aromat jest nader intensywny i wyraźny. Bakelit, rozgrzany asfalt i spalone kable faktycznie robią tutaj kawał dobrej roboty! Nie trzeba się ich doszukiwać ze świecą jak w niektórych piwach. Tutaj torfowe klimaty są aż nadto wyraźne. Tuż za nimi podąża ogniskowy dym oraz palone słody. Nieco z boku udziela się także prażone ziarno kawy i gorzka czekolada. Z biegiem czasu z tła wyłania się niewielka popiołowość, szczypta chleba razowego i palonego jęczmienia. Jakże zacny i wspaniały to aromat! Mógłbym go wąchać bez końca :D

niedziela, 20 marca 2016

BEHEMOTH BAFOMET

Kolejny Russian Imperial Stout na blogu! Który to już? Piąty, dziesiąty, dwudziesty? Ciągle tylko te ‘risy-srisy’. Gdzie nie pójdziesz tam RIS, gdzie się nie obejrzysz tam RIS. Idziesz do kibla się odlać, a tam RIS. Idziesz do pracy, a tam RIS, do kościoła – też RIS. Idziesz do lasu na spacer – znowu RIS. Nie Żubr, tylko RIS!
Kto przewidział, że imperialne ruskie Stouty w tak krótkim czasie zaleją Polskę od morza, aż do Tatr. No kto?! Nikt, nobody, никто, żodyn. Nie mówię, że to źle. Wręcz przeciwnie! Uwielbiam tego rodzaju piwa, a jak wiadomo od przybytku głowa nie boli ;D
Browar Perun też ma w dorobku swojego RISa, a nawet dwa RISy. Zapewne pamiętacie grudniową gówno-burzę o Krainę Welesa? Niemal wszyscy birgicy zarzucali wówczas Perunowi, że tego nie da się pić, że 19° Blg, to jakiś session RIS, bieda RIS, że bliżej mu do FESa, itp., itd., et cetera. Tak nie można, to nie przystoi, to oszustwo, matactwo, robienie ludzi w balona... Zarzutów było wiele, ale Perun zlewał to wszystko ciepłym moczem, bo w tankach leżakował sobie Bafomet! RIS pełną gębą. Jego parametry z łatwością mogą wybić jedynki każdemu innowiercy, plującemu w twarz niemrawej Krainie Welesa.
Żarty się skończyły. Czas chwycić diabła za jaja i się z nim zmierzyć! ;p 


Behemoth Bafomet jak łatwo zauważyć jest kolejnym piwem Peruna powstałym we współpracy ze słynnym zespołem Adama „Nergala” Darskiego. Co do ich twórczości, to mam ją głęboko w dupie, tak samo jak oni szeroko pojęte Chrześcijaństwo (nie moje klimaty i już). Chodzi mi natomiast o samą etykietę, która jest tak świetna, że zapiera dech w piersiach i odejmuje mowę! Jak dla mnie mistrzostwo świata.
Ja tu pierdu, pierdu, a przecież piwo mam do wypicia. Zrzucam kapsel i zbliżam nos do butelki. Bodajże trzeci raz w życiu po powąchaniu piwa głośno zakląłem (dobrze, że nie było mamy w pobliżu, bo by mi gazetą przez łeb strzeliła). Ciecz pachnie bardzo słodko, deserowo i czekoladowo. Mleczna i deserowa czekolada chwyta mnie za nozdrza i za cholerę nie chce puścić. Pomaga jej w tym pokaźna dawka wanilii i wyrazistego kakao. Z biegiem czasu z tła wyłania się bardzo subtelny i w niczym nie przeszkadzający alkoholowy likier oraz delikatna opiekana słodowość, przy czym samej paloności praktycznie tu nie ma. Może ociupinka kawy zbożowej, ale nic więcej ponadto.
Piwo w szkle wygląda elegancko i dystyngowanie. Beżowa piana jest drobna i puszysta, rośnie do sporych rozmiarów i opada w żółwim tempie, niczym mój sprint na setkę. Lejsing także bez zarzutu. Bafomet jest bardzo ciemnym i nieprzejrzystym napitkiem. Czarnym niczym ślepia Belzebuba! Muszę przyznać, że bardzo urodziwie to wszystko razem wygląda.

piątek, 18 marca 2016

BASIOR



Na zakończenie „Tygodnia z...” zostawiłem sobie moim zdaniem jedno z najciekawszych piw jakie powstały ludzką ręką (nie wiem, może kosmici warzą coś jeszcze dużo ciekawszego). Oczywiście Barley Wine nie stawiam ponad porter bałtycki, czy RIS, no ale ze względu na zabójcze parametry trunki te zazwyczaj leżą w kręgu moich zainteresowań.
Nie inaczej jest z Basiorem z Browaru Pałacyk Łąkomin. Jedenaście procent alko może powalić średniej wielkości konia, a 25 Plato z pewnością może doprowadzić do orgazmu nawet najbardziej zagorzałego beer geeka. Nieliche parametry to jeden wabik na kraftopijców, drugim zaś są amerykańskie chmiele.
Tak więc mamy tu do czynienia z American Barley Wine w dodatku porządnie wyleżakowanym. Trunek ten spędził w butelce, aż 11 miesięcy!
Nie wiem, czy tylko ja jestem taki przygłupi i niedorobiony, ale zastanawiała mnie trochę nazwa tego mocarza. Na jakiegoś wielkiego i postawnego faceta nieraz mawia się: „pa, jaki bysior idzie!”. Ale cóż u licha znaczy basior? Z pomocą jak zawsze posłużył mi niezawodny wujek gógl. Otóż basior to dorosły, zwykle stary samiec wilka. Skąd tak prosty człek jak ja miał to wiedzieć? Niby z ‘bioli’ byłem dobry, ale żaden tam ze mnie zoolog. 


Basior jak wszystkie trunki (prócz Bocka) z Łąkomina prezentuje się bardzo zacnie i elegancko (z pewnością lepiej niż moje siedemnastoletnie auto, mimo podobieństwa do rudej barwy). Piękna rubinowo-miedziana barwa świetnie komponuje się z jak zawsze obfitą, zwartą i niebywale drobną pianą o barwie przybrudzonej bieli. Jej żywot jest nieziemsko długi – spora część tej wspaniałej czapy została ze mną do końca degustacji! Zgrzeszyłbym, gdybym nie wspomniał tu o wzorcowym wręcz lacingu. Pierwszy spory plus ląduje na koncie Basiora.
Teraz będzie ŻŻP (żenujący żart prowadzącego). Jak nazywa się bajka o czasie? – Cza się napić! ;p Już widzę te roześmiane mordy...
Pijąc tego mocarza nie sposób zwrócić uwagi na optymalne wysycenie oraz doskonały balans. Piwo nie jest ani za słodkie, ani za gorzkie. Słodowa pełnia przypomina opiekane pieczywo, zmieszane z dobrze wypieczonym biszkoptem. Po chwili do gry włącza się całkiem pokaźna doza karmelu oraz odrobina herbatnika. Po typowo słodowych klimatach przychodzi dość lekki, ale zauważalny powiew chmielowych naleciałości. Nie trzeba używać lupy, ani lornetki, by dostrzec dosyć wyraźny owocowy sznyt. Co prawda nie ma tu cytrusowego kopnięcia jak w jakiejś dojebanej ajpie, acz tropików nie sposób tu nie zauważyć. Może i są one zdominowane przez słodową bazę wielkości TIRa, lecz trzeba mieć na uwadze, że piwo jest swoje już przeleżało. Poza przyjemnymi estrami pojawia się tu również nader smaczna żywica oraz ociupinka iglastych klimatów. W posmaku nieco piecze mnie odrobina alkoholu, ale przy tym woltażu jestem w stanie to zrozumieć. 11 voltów to nie som żarty. Na finiszu do głosu dochodzi natomiast krótka i niezwykle skuteczna chmielowa goryczka. Nie jest jakoś przesadnie mocna, nie robi z kubków smakowych miazgi, ale skutecznie kontruje słodową bazę.

czwartek, 17 marca 2016

LEŚNY KRECIK



Szczerze to nie przepadam za Stoutami, szczególnie tymi wytrawnymi i z niskimi cyferkami. No chyba, że to jakiś dobry FES lub urywający dupę RIS, za którego dam się pokroić maczanymi w kwasie żyletkami. Ostatnio piłem ginesa z azotem z puchy – kompletna padaka! Pianka fajna nie powiem (kremowa na maksa, gładka i puszysta), ale sama ciecz praktycznie nie miała smaku, a o jakimkolwiek aromacie można było tylko pomarzyć. Wodniste, ciemne badziewie. Jeśli ktoś mi powie, że to piwo mu smakuje, to lepiej niech od razu kupi sobie tanto i popełni seppuku.
A dlaczego o tym wspominam? Bo dzisiaj też na warsztat biorę Stouta. W ramach cyklu „Tydzień z... Pałacykiem Łąkomin” trafił mi się Foreign Extra Stout – mocniejsza, bardziej wyrazista i wg mnie o niebo ciekawsza wersja zazwyczaj nudnego Dry Stoutu.
Piwo zowie się Leśny Krecik, a swoimi parametrami wstrzeliwuje się gdzieś w połowę widełek przewidzianych dla tego stylu. A propos parametrów, browar z Łąkomina nie podaje IBU, ani nawet pełnego składu na etykiecie, a szkoda, bo birgiki lubiom cyferki. Lubiom czytać wymienione w składzie dwadzieścia osiem rodzajów słodu, osiemdziesiąt jeden odmian chmielu i ze cztery rodzaje drożdży ;)


Po wcześniejszych trzech piwach tego producenta już się przekonałem, że wygląd jest ich niesamowicie mocną stroną. Nie inaczej jest tym razem. Ze szkła spogląda na mnie czarna i klarowna ciecz, zwieńczona jak zawsze bardzo okazałą i bujną, niczym broda beer geeka  pianą. Obfita pierzynka o beżowej barwie jest niezwykle drobna i puszysta, opada wolno, zostawiając niewielki, ale wyraźny lacing na ściankach. Pięknie to wygląda, aż mi ślina z dzioba wyciekła...
Otarłszy wary przystępuję do konsumpcji. Wąchanko zostawię sobie na później, bo chyba Krecik jest jeszcze za zimny (dopiero co wygrzebał się z ziemi). Intensywny i wyrazisty smak oferuje całkiem pokaźną paletę doznań. Ciemne, prażone słody zgrabnie koegzystują tu z łagodną czekoladą o słodko-gorzkim rodowodzie i nieco stonowaną kawą. Paloność nie jest zbyt duża, bo jej miejsce godnie zastępują dosyć wyraźne suszone owoce. Rodzynki i śliwka węgierka harcują aż miło, wywołując pewne konotacje z królem wszystkim Stoutów - RISem! W tle natomiast cichutko siedzi sobie niewielki kwasek oraz bardzo subtelna popiołowość, wspierana przez lekkie orzechowo-ziemiste nuty. Posmak kończy się niezbyt mocną, ale wystarczającą goryczką o delikatnie palonym profilu. Alkoholu jako takiego nie czuć, co jedynie absolutnie nie przeszkadzające i bardzo lekkie grzanie w przełyku. Ciecz jest odpowiednio gęsta i lepka jak na 16°Blg. Smakuje naprawdę wybornie.

środa, 16 marca 2016

KOZIOŁEK



Wczoraj degustowałem Schwarzbiera z Łąkomina. Wydaje mi się, że trochę odbiegał od kanonów stylu, ale w sumie guzik mnie to obchodzi, bo piwo nader mi smakowało. Nawiasem mówiąc to nie miałem zbytnio punktu odniesienia, bo ilość wszystkich szwarcen-coś-tam, które w życiu wypiłem bez problemu mógłby na palcach jednej ręki zliczyć emerytowany pracownik tartaku, który w pracy stracił trzy palce.
Dziś jednak na wokandę trafia niemiecki Bock, kozioł, koziołek... Styl, który przed epoką piwnej rewolucji należał do moich ulubionych. Piłem ich dziesiątki, jeśli nie setki. Wciąż z uśmiechem psychopaty często sięgam po jakiegoś kozła, szczególnie gdy chcę się w miarę bezboleśnie nawalić, podczas pierwszego wiosennego grilla u znajomych.
Koziołek z Łąkomina w sam raz nadaje się do tego, jakże zbożnego celu. Jak na polskie warunki to piwo ląduje w górnych granicach stylu, choć absolutnie mi to nie przeszkadza (żaden ze mnie BJCP nazi). 18° Plato i prawie 8 voltów – nawet Wiesław Wszywka by nie pogardził. 


W szkle trunek wygląda raczej mało apetycznie, przypomina bardziej wodę z kałuży niż piwo. Ciemno brunatna, nieco błotnista barwa oraz okropna mętność niezbyt zachęcają do konsumpcji. Z doświadczenia jednak wiem, że wygląd ma mało wspólnego z walorami organoleptycznymi (trudne słowo), w końcu z niejednej warzelni się piwo piło ;)
Piana natomiast już robi robotę – jest bardzo obfita, średnio ziarnista, opada bardzo powoli, zostawiając dość liczne zacieki na szkle.
Aromat jest nieprzyzwoicie intensywny, a zarazem nieco intrygujący. Króluje w nim głównie karmel oraz wyraźna słodowość typu ciasteczkowego. Nie powiem, jest słodko, ale przyjemnie. Na drugim planie objawia się skórka od chleba, a także niespotykane w zwykłym koźlaku bananowe estry (czyżbym miał przed sobą koźlaka pszenicznego?). Nie sposób tu również pominąć lekkich tonów rodzynek i suszonych śliwek. Co mnie natomiast najbardziej zaskoczyło, to szczypta mlecznej czekolady w tle! Szaleństwo. Zupełnie w głębi czuć subtelny alkohol, który jednak przy tym woltażu stanowi akceptowalny dla mnie poziom. Pięknie i bogato to pachnie!

wtorek, 15 marca 2016

CZARNY ZAJĄC



Jedziemy z drugim piwem cyklu „Tydzień z...”. A gdzie jedziemy? Oczywiście do Łąkomina, który to jest bohaterem niniejszego tygodnia. Po drodze lasy, góry, jeziora, rzeki, pola i doliny, ale szczególnie to lasy. Właśnie pośród tych lasów z wdziękiem stoi sobie Pałacyk Łąkomin, który został wybudowany pod koniec XIX wieku przez berlińskiego przemysłowca, właściciela wytwórni kawy i sieci kawiarni w całych Niemczech. Gościu zapewne miał kasy więcej jak lodu, toteż w okolicznych lasach urządzał sobie polowania na dziką zwierzynę. Wieczorami zaś do suto zastawionego stołu zapraszał na libacje alkoholowe ówczesnych niemieckich oligarchów i arystokratów. Też bym tak chciał... Ale nie o tym, nie o tym.
Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Czarny Zając – piwo w rzadko u nas spotykanych stylu Schwarzbier. Jak wiecie nie jest to żadna nowofalowa ipa-sripa, tylko niemieckie czarne piwo dolnej fermentacji o delikatnie palonym profilu, ciemniejszej barwie i wytrawniejszym charakterze niż zazwyczaj słodkawy Dunkel. Niektórym kojarzy się on z czeskim Tmave, a innym z angielskim stoutem. Mi na przykład kojarzy się ze Schwarzeneggerem i co z tego?


Otwieram i przelewam. Tym razem butelka się nie przewróciła, więc obyło się bez niespodzianek. Piwo ma ciemny, w zasadzie to czarny kolor. Może nie tak cholernie czarny jak sumienie komornika (bo pod światło widać brązowe refleksy), ale prawie, że czarny.
Schwarzbier pieni się jakby go ktoś azotem potraktował. Niezwykle drobna czapa o barwie ecru rośnie do bardzo okazałych rozmiarów. Nie ma szans by za jednym zamachem nalać choćby pół piwa! Piana redukuje się naprawdę wolno, odsłaniając powoli przepiękne i przeobfite firany na szkle. Takie cuś to ja rozumiem :D
W smaku piwo nie jest jakoś szalenie złożone, ale przecież nie jest to żaden ruski imperialny stout, czy jakiś inny mega wyrazisty mocarz. Ekstrakt na poziomie 12,5Blg powinien tylko zapewnić jako takie ciało, a nie oferować smakową bombę. Czarny Zając spełnia te wymogi bez najmniejszego problemu (z gwoździem w dupie jak to się mówi). Pierwsze skrzypce gra tutaj słodko-gorzka czekolada. Nie jakaś szczególnie gęsta i ulepkowata, po prostu zwykła czekolada. Przy drugim akordzie do gry wchodzą ciemne, lekko prażone słody, przy czym samej paloności jest tu naprawdę niewiele. Gdy orkiestra się już trochę rozkręci to z tła dolatują do mnie nutki opiekanego pieczywa, łagodnej kawy oraz bardzo subtelnego chmielu. Akompaniuje im lekka, zwiewna i bardzo sympatyczna goryczka o niezwykle szlachetnym i łagodnym usposobieniu. Choć nic tu nie urywa czterech liter, to naprawdę świetnie się to pije.

poniedziałek, 14 marca 2016

DZIKI DZIK


Dzisiaj rozpoczynam nowy cykl na blogu – „Tydzień z...” Idea jest prosta jak puszczanie bąków po grochówce. Mianowicie przez pięć kolejnych dni będą pojawiać się recenzje piw tylko jednego browaru!




Na początek od razu petarda – na tapecie ląduje Pałacyk Łąkomin. Pod tą tajemniczo brzmiącą nazwą kryje się najmniejszy komercyjny browar w Polsce o wybiciu warzelni zaledwie 90 litrów! Browar Rzemieślniczy Pałacyk Łąkomin stanowi integralną część sporego obiektu hotelowo-gastronomicznego. Oprócz pokoi do kimania mają tam również SPA, sale konferencyjne i to co nas najbardziej interesuje, czyli browar. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie dokładnie mieści się ta wioska, ale jeśli liczbę mieszkańców danej pipidówy można zliczyć na palcach jednej ręki (wg Wikipedii 4 osoby!!!), to z pewnością obecność browaru jest ewenementem na skalę globu, a może i wszechświata. Nie dziwi więc fakt braku trunków z Łąkomina na naszym krajowym podwórku. W rzeczy samej bowiem piwa sprzedawane są tylko na miejscu. Na szczęście jeszcze w tym miesiącu ma się to zmienić! Niebawem zostanie uruchomiona sprzedaż internetowa, co zapewne ucieszy wielu rodzimych kraftopijców.
Wielkość warzelni oraz jej współrzędne geograficzne to jedna osobliwość, ale drugą są produkowane tam piwa. Żaden browar w Polsce nastawiony na wyszynk na miejscu, nie ma bowiem w swojej ofercie tylu odważnych i bezkompromisowych piw - Barley Wine, Porter Bałtycki, Tripel, RIS... Kopara opada prawda?


Porter Bałtycki o nazwie Dziki Dzik zrobił mi psikusa – postawiłem na trawie (czy raczej na pozostałościach trawy) butelkę, a ona ni stąd ni zowąd się przewróciła, franca jedna! Jakieś dwie minuty później zerwałem kapsel... no i musiałem spijać ‘czarne złoto’ prosto z gwinta, jak jakiś żul pod monopolką. Gdyby to był Żubr, czy jakiś Harnaś to nawet bym się ucieszył, ale takiego piwa to ja marnować nie zamierzam! W dodatku etykieta się upaćkała, ale tego akurat nie żałowałem, bo za piękna to ona nie jest. Krzywo przyklejona, pomarszczona, fragmentami zawiera nieostre napisy (widać, że to hand made). Wszystkie ety z Łąkomina są takie same, różni je tylko nazwa piwa oraz te mniejsze literki pod spodem. Nawet laik się zorientuje, że urodą to one nie grzeszą (nie wiem, czy je tosterem robili, czy mikrofalówką?). Rozumiem, że to maciupki browarek, że budżet niewysoki, że wyszynk tylko na miejscu, no ale odrobina fantazji nigdy nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
Ciecz jest nad wyraz miła dla oka. Kolor czarny jak czarna dziura, albo jakieś inne kosmiczne cholerstwo. Piana beżowa, obfita, niemiłosiernie drobna i puszysta. Dziarsko się trzyma i opada naprawdę długo, chyba nawet dłużej niż sprzęt słynnego Rona Jeremy za jego najlepszych czasów... Opadając (piana ma się rozumieć) tworzy umiarkowanie liczne zacieki na szkle. Ładnie i estetycznie to wygląda. Kupuję to!
Czas skosztować to cudo. Piwo jest stosunkowo nisko wysycone, przez co wydaje się nadnaturalnie aksamitne i gładkie w smaku. Czyżby użyto tu słodu żytniego? Z lewej strony atakuje mnie całkiem wyraźna czekolada, zarówno ta mleczna, jak i prawdziwa, gorzka. Z prawej zaś nadciągają ciemne, lekko opiekane słody, zatopione w świeżo parzonej kawie. Sama kawa nie jest szalenie intensywna, ale sprawia fajne delikatnie kwaskowe wrażenie. W posmaku na wierzch wypływają subtelne suszone owoce, zmieszane z odrobiną lukrecji i likierem owocowym. Tłem natomiast z wdziękiem i krasą sunie niewielka paloność, szczypta popiołu, opiekanego ziarna oraz karmelu. Jest też i goryczka. Niezbyt mocna, ale wyraźna i z pewnością szlachetna. Nie zalega ani sekundy! Jej lekko palony charakter świetnie kontruje słodową podbudowę. Wszystko jest tu pięknie ułożone i zgrane, niczym gra Bayernu Monachium. Każdy zna swoje miejsce i robi, co do niego należy. Robert strzela gole, a Philipp Lahm skutecznie broni dostępu do bramki. Alkohol praktycznie nieobecny, co jedynie minimalnie grzeje w przełyku. Gdyby to był Big Mac, to rzekłbym „I’m lovin it”!

niedziela, 13 marca 2016

MAORI KISS SINGLE HOP DR RUDI

Podjarany jak Rzym za Nerona, sięgam dzisiaj po drugą nowinkę z Fabryki Piwa – Maori Kiss Single Hop Dr Rudi w stylu New Zealand India Pale Ale. Dużo obco brzmiących wyrazów prawda? Byłem na dwóch lekcjach angielskiego no to Wam tera co nieco wyjaśnie. Maori Kiss (Maoryski Pocałunek) to piwo uwarzone z jedną nowozelandzką odmianą chmielu, co się zowie Dr Rudi. Co to jest IPA to już powinniście wiedzieć, a jeśli nie wiecie, to macie poważne zaległości w piwnym świecie (sto lat za murzynami jak nic).
Mój dzisiejszy gość to już trzeci nowozelandzki ‘jednochmiel’ tego producenta, w którym podstawowe parametry są takie same, a poszczególne piwa różnią się tylko rodzajem użytej przyprawy, zwanej u nas chmielem. Tu warto również nadmienić, że jeden z poprzednich single hopów z Fabryki Piwa miał taką samą nazwę i niemalże identyczną etykietę, ale tam użyto odmiany Waimea. Naprawdę łatwo się pomylić. Jeśli masz ksywę Stępień, a Twoje bryle przypominają denka od słoików po ogórkach kiszonych, to masz poważny problem. Albo zrób sobie przeszczep gałki ocznej, albo zainwestuj w mikroskop. Tylko tyle Ci pozostało ;)


Rzeczona nowość wyglądem przypomina standardowe piwo, które lekko opalizuje, a jego barwa zawieszona jest gdzieś pomiędzy ciemnym złotem, a jasnym bursztynem. Wieńczy je wysoka, średnio ziarnista piana o żywocie, którego mogą pozazdrości nawet Żółwie Olbrzymie. Aby było jeszcze ciekawiej na szkle możemy podziwiać całkiem okazały lejsing.
Piwo jest nisko wysycone -  nic nie szczypie, nic nie łechce, nic nie smyra, a szkoda. Lubię, gdy lekkie trunki mają dużo bąbelków. W smaku w roli głównej występują białe owoce (winogrono, morela, brzoskwinia, gruszka, agrest) oraz wyraźna słodowość typu herbatnikowego. Kwaskowych cytrusów bardzo niewiele, słodkich tropików także. W tle natomiast pojawia się karmel oraz odrobina przypieczonego pieczywa oraz zioła. Finisz zakończony umiarkowanie mocną goryczką o chmielowo-trawiastym profilu. Gorycz nie jest przesadnie silna, nie zrobi Ci z ozora wycieraczki, a mimo to delikatnie zalega. Nieźle się to pije, ale trochę brakuje tu rześkości, szczypty jakiegoś wiaterku, bryzy. Mam wrażenie, że dzisiaj pite piwo zostało otwarte dwa dni temu.

piątek, 11 marca 2016

ELIXIR

Elixir to niemal klasyczny Russian Imperial Stout. Prawie że beż żadnych udziwnień, marsjańskich przypraw, drożdży wydobytych z wraku Titanica, bez sproszkowanych kości Jednorożca, czy dojrzewania w beczce po destylacie mojego pradziadka. Jedyną jego osobliwością jest dodatek płatków wiśni na etapie leżakowania (nie płatków z kwiatów baranie, tylko drewnianych płatków drzewa wiśni!). Gdyby pominąć ten mały szczegół, byłby to zwykły, tradycyjny RIS, choć nie tak mocarny jak chciałaby większość rodzimych beer geeków. Oni nie uznają 'Ryśków' poniżej 30° Blg, a woltaż najlepiej żeby przekraczał 15%, co by im lepiej zryło beret. Elixir wg nich to jakiś bieda-RIS, podróbka ruskiego imperialnego stoutu. Żenujące 21 ballingów to po prostu śmiech na sali, a alko mniejsze niż w porterze z Żywca to jakieś kompletne nieporozumienie!
Dobra, skupmy się może na producencie tego napitku, bowiem debiutuje on dzisiaj na mym blogu (ostatnio stało się to normą). Elixir to jedno z wielu już piw browaru kontraktowego Baba Jaga (oho, ktoś tu chyba naoglądał się „Blair Witch Project”). Za sterami Baby Jagi siedzą trzy osoby: Jarosław Danielak, Grzegorz Jóźwiak oraz piwowar i video bloger Tomasz Schutz. Z tego co wiem piwa warzone są w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht w Piotrkowie, ale akurat to powstało w mniejszym Olbrachcie, czyli w Toruniu.
Babcia Jaga ma świetnie zaprojektowane i wykonane etykiety, które bardzo mi się podobają, są spójne graficznie, przemyślane, bardzo profesjonalne i bez wątpienia są ozdobą piw tego producenta. Za szatę graficzną oba kciuki w górę! :)


Otwieram i przelewam. Aż zakląłem z wrażenia. Pamiętacie jak nieraz pisałem o tych wszystkich ciemnych piwach, że są czarne jak smoła, czarne jak noc, czy jakiś tam górnik? No to w porównaniu z Elixirem tamte kolory to blade dupy! RIS od Baby Jagi jest tak gęsty i tak intensywnie czarny, że brakuje mi słów, by to opisać (przepalony olej silnikowy?). Czerń jest niezwykle błyszcząca i wygląda jakby zaraz chciała Cię pochłonąć! Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Piana również jakby z innej planety. Po przelaniu w szkle aż się zagotowało, a ku górze powędrowała olbrzymia ilość drobnej i kosmicznie puszystej piany. Zupełnie jakby ją ktoś potraktował azotem! Jej mocno brązowy odcień także jest ewenementem, jakiego moje gałki oczne nigdy nie widziały. Powaga. Do tego dochodzi jej niebagatelna żywotność oraz wzorowy wręcz lacing. Jeśli za etykietę podnosiłem dwa kciuki w górę, to teraz podnoszę nie tylko kciuki, ale wszystkie palce. Te u nóg również ;D
Teraz dopiero się zacznie. Biorę pierwszy łyk, biorę drugi, za chwilę trzeci i.... odlatuję. Co tu się do cholery wyrabia? Czy to aby na pewno jest piwo? Jakim cudem z 21° Plato udało się uzyskać taką gęstość, taką pełnię, aksamitność i złożoność? Ciecz jest nisko wysycona i gładko sunie po języku niczym bobslej po torze lodowym, co chwilę uwalniając wyraziste smaczki gorzkiej czekolady, lekko palonej kawy, prażonego zboża, intensywnego kakao oraz przyjemnych suszonych owoców (śliwki, rodzynki, wiśnie). Owocowe estry są nader wyraźne i nie trzeba się ich prosić o udział w zabawie. Z tła natomiast wyłaniają się delikatnie opiekane słody, okraszone szczyptą dymu, przypieczonej skórki chleba i tostów. Chyba czuję tu także bardzo subtelne torfowo-asfaltowe klimaty niewiadomego pochodzenia – nice! Posmak początkowo lekko kwaskowy, dość szybko ustępuje miejsca długiemu finiszowi pod postacią niezwykle urodziwej, łagodnej i zaokrąglonej kawowo-czekoladowej goryczki. Nie jest ona jakoś szczególnie mocna, bo i baza słodowa zbytnio nie pcha się tutaj na piedestał. Wg mnie jej moc jest idealnie dobrana i tworzy z całą resztą zgrabnie zestrojoną całość. Dżizys... to piwo to ideał! Dajcie mi chwilkę, bo muszę pozbierać szczękę z podłogi...
Dobrze, że nos jeszcze cały, to mogę powąchać to cudo.

czwartek, 10 marca 2016

IBUSAURUS AMERICANUS

Słowo się rzekło. Jak powiedziałem A, to muszę powiedzieć B. Tak jak niedawno obiecałem dziś ‘recka’ jednego z dwóch nowych wypustów z Fabryki Piwa. Kilka dni temu byłem na ich oficjalnej premierze w częstochowskiej Piwiarni, tak więc z grubsza ogarniam już jak smakuje to piwo. Jednak jak wiecie typowo barowe klimaty nieszczególnie sprzyjają wnikliwej analizie degustowanych trunków (ktoś tam głośno krzyknie, ktoś podkręci muzykę, ktoś cię szturchnie, ktoś zgasi światło, ktoś obok beknie lub co gorsza puści bąka). Generalnie ciężko jest skupić się na samym piwie. W domu natomiast to co innego – zamykasz się sam w pokoju, żonie dajesz wychodne z koleżankami, dzieciom włączasz disnej czanel, teściową zamykasz w piwnicy i jedziesz z koksem ;p
Ibusaurus Americanus (dość trudna nazwa przyznam) to dojebana chmielem Imperial AIPA o stężeniu alfakwasów na poziomie +100 IBU. Robotę mają tu robić jankeskie ziomale o przydomkach: Warrior, Chinook, Columbus, Simcoe i Centennial. Znam gości dość dobrze, więc powinno być wporzo. 


Nowość z Fabryki Piwa prezentuje się nader poczciwie. Piwo ma bardzo ładną, typowo bursztynową barwę, przy czym jest idealnie klarowne. Wieńczy je wysoka, mieszano ziarnista piana o odcieniu przybrudzonej bieli. Jej żywotność nie jest jakaś wybitnie ekstremalna, ale z drugiej strony żadnej tragedii to ja tu nie widzę. Piana opadając zostawia wyraźne zacieki na szkle, tworząc urodziwy lacing.
Wysycenie oscyluje na stosunkowo niewysokim poziomie i wg mnie mogło być nieco wyższe. Mogę jednak przymknąć oko na ten drobny mankament, bo smak nie pozostawia złudzeń, że mam przed sobą całkiem smaczny kąsek. Już od pierwszego łyku w ustach rozlewa mi się przyjemna, opiekana słodowość otoczona po bokach dość intensywnym karmelem, zahaczającym chwilami o rejony toffi. W drugim akordzie z cienia wychodzą owocowe estry, głównie słodkawe tropiki (mango, marakuja, liczi, granat), zakończone miłym grejpfrutowym zacięciem. Fruktom depcze po piętach leśna żywica, która płynnie przechodzi w wytrawny goryczkowy finisz. Grejpfrutowo-żywiczna goryczka jest naprawdę spora, choć nie dałbym jej +100 IBU (80 max, ale pewnie się nie znam). Tak, czy siak chmielowa gorycz doskonale kontruje słodową pełnię, przy czym jest dość krótka i szlachetna. Naprawdę zdaje egzamin :)

wtorek, 8 marca 2016

PREMIERA DWÓCH NOWOŚCI Z FABRYKI PIWA


W zeszłą niedzielę 6 marca w częstochowskiej Piwiarni miała miejsce oficjalna premiera dwóch nowych trunków z Fabryki Piwa. Piwiarnia to póki co jedyny sensowny lokal w „świętym mieście”, gdzie lokalni hop headzi mogą ukoić swoją nowofalową duszę i napić się prawdziwego craftu z kranu. Jako, że do Czewy mam dwa rzuty gumowcem, a z Fabryką Piwa poniekąd współpracuję, to i mnie nie mogło tam zabraknąć.
Zazwyczaj browary rzemieślnicze na miejsce swoich premier wybierają naszą hipsterską stolicę lub gród Kraka (czasem też Wrocław). Tutaj było inaczej, bowiem Fabryka Piwa to lokalni patrioci, toteż wybór miasta był oczywisty.


Dla tych, którzy ostatni rok przespali pod kamieniem i nie słyszeli nigdy o Fabryce Piwa polecam wpierw przeczytać mój wywiad z jednym z założycieli. Dla leniuchów natomiast szybko przypomnę, że jest to kontraktowy browar z Częstochowy, który zadebiutował w zeszłym roku na Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. Piwowarem jest tam Wojciech Warzyszyński, a całą otoczką zajmuje się Marcin Krzystanek, który jest jego zięciem! Teść z zięciem - układ raczej rzadko spotykany jak sądzę ;)
Fabryka Piwa z pewnością nie jest inicjatywą, która cierpi na tzw. biegunkę nowości. Bo w zasadzie od swojego debiutu (wystartowali z czterema piwami) zaprezentowali tylko cztery nowości. Łącznie osiem piw jak do tej pory. Oczywiście nie jest to jakaś strasznie niska liczba, ale jak dobrze wiecie, co niektóre inicjatywy wypuszczają piwa z częstotliwością dobrze rozgrzanego CKMu. Ja nie jestem zwolennikiem tej strategii, wolę jak browar nie strzela świeżynkami na lewo i prawo, a do każdej nowości przystępuje z wielką rozwagą i dobrze przemyślaną recepturą.

Wracając do premiery to z kranów Piwiarni lały się tego wieczoru dwie nowości – IBUSAURUS AMERICANUS oraz MAORI KISS Dr Rudi Single Hop. Ibusaurus to Imperial AIPA o ekstrakcie 19° Plato, goryczce 100 IBU i woltażu na poziomie 7,8%. Nowofalowy charakter gwarantuje nam tu Warrior, Chinook, Columbus, Simcoe oraz Centennial. Maori Kiss natomiast pochodzi z serii single hopów i jest to lekka nowozelandzka IPA o ekstrakcie 12,5%, goryczce 60 IBU i mocy 5,2%. Chmiel jest tylko jeden – Dr Rudi rzecz jasna. Fabryka Piwa ma w swojej ofercie także drugie piwo o tej samej nazwie, tyle że na chmielu Waimea. Pomylić się więc jest naprawdę łatwo.


Co do samych piw to bardziej podeszła mi imperialna IPA, która cechuje się bardzo dobrym balansem, wyraźnie owocowym aromatem oraz bogatym i złożonym smakiem. Goryczkę też ma fajną, ale szczerze to nie czułem tych 100 IBU. Jak dla mnie jest to typowe East Coast, gdzie karmel i wyraźna słodowość są dobrze uwydatnione. Tego wieczoru wychyliłem dwie szklanki Ibusaurusa, więc faktycznie musiał mi smakować. Drugiego premierowego piwa skosztowałem tylko w niewielkiej ilości, więc mam nadzieję, że nie pomyliłem się co do jego charakteru. Występuje w nim nieco intrygującą lekko przyprawowa nutka, a poza tym to klasyczna nowozelandzka IPA, która niczym szczególnym się nie wyróżnia, bo i nie takie było jej założenie. W nazwie stylu przedrostek India można było sobie darować. Poza nieco mocniejszą goryczką jest to po prostu lekkie i niezobowiązujące NZ Pale Ale (bez India). Nie będę się tutaj szczegółowo rozpisywał na temat tych dwu nowości, bo oczywiście niebawem ich recenzje pojawią się na blogu w pełnowymiarowym wydaniu.

poniedziałek, 7 marca 2016

DOUBLE TROUBLE

Możecie mi łaskawie powiedzieć, co to do cholery jest Imperial Milk Stout? RIS z dodatkiem laktozy, czy może raczej imperialny stout mleczny? Gdzie jest granica między nimi i czy w ogóle one się czymś różnią?
Niedawno Piwoteka skumała się z Kraftwerkiem (oba browary cenię i szanuję), by we współpracy w Wąsoszu uwarzyć właśnie taką oto hybrydę. Parametry jak wyśniony RIS, lecz w składzie mamy laktozę oraz cukier kandyzowany, które z tym zacnym stylem raczej mają niewiele wspólnego. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko krzyżowaniu ze sobą różnych piw, ale jeśli RIS ma być zanadto słodki, to nie ma co liczyć na mojego lajka na fejsie. Słodki i to bez nadmiernej przesady może być co najwyżej porter bałtycki, RIS zaś cenię, gdy ma doskonały balans i wyrazistą goryczkę.
Jak na kanwie moich rozważań wypada Double Trouble możecie przekonać się poniżej.


Kooperacyjny Imperial Milk Stout ma całkiem poczciwe lico. I nie mam na myśli etykiety, tylko samo piwo. Obrazkowa eta w sumie też spoko, trochę straszna, trochę śmieszna i przynajmniej wyróżnia się na sklepowej półce. Wracając do piwa jest ono nieprzejrzyście czarne, choć pod światło mieni się z deka brązowymi cieniami.
Piany nie trzeba było wymuszać, oj nie. Przeciwnie, lałem tylko po ściance (w WC też tak robię ;p), a i tak czapa urosła do pokaźnych rozmiarów. Jasno beżowa kołderka składa się z mieszanej wielkości pęcherzy, jest puszysta i wyjątkowo trwała. Niespiesznie opadając zostawia na szkle liczne i frywolne wzorki, w języku fachowym zwane lejsingiem.
Piwo jest konkret, ma 25% ekstraktu. Szacun, ale ponoć aż 5% pochodzi z laktozy. W dodatku mamy tu jeszcze cukier kandyzowany, który też (chyba) podbija balling. Powinno być zatem słodko i faktycznie kurna jest. Może nie jest to Miodowe Mocne (tak, piłem) w czystej postaci, ale w rzeczy samej słodkości nieźle dają po nosie. Ciecz sama w sobie jest dość gładka i gęstawa. Pierwszy akord to wspomniana słodycz – laktoza, wpierana przez delikatnie miodowe klimaty. Tuż zza niej wyłania się nieposkromiona czekolada deserowa oraz słodowa baza, której też jest nie mało. Słód także jest dosyć słodkawy, lecz w posmaku można tu również dostrzec jego lekko prażone cechy, przywodzące na myśl skórkę od chleba i tosty. Nieco dalej w końcu spotykamy na swojej drodze coś innego niż ‘ciuciaki’. Mianowicie z głębi odzywa się odrobina łagodnej kawy, rzecz jasna z odrobiną mleka i cukru! (nie jest to żaden Coffee Stout, więc wybaczam jej wątły i żenujący wizerunek). W tle natomiast drzemkę ucięły sobie głęboko schowane suszone owoce, oblane wyrazistym kakao (kakałem?). O dziwo pojawia się też i chmiel, ale tylko w postaci chmielowej goryczki, która mimo dość umiarkowanej mocy trochę zalega. Jej łodygowo-ziołowy profil i nieco mdły charakter wywołują u mnie niezbyt przyjemny grymas na twarzy.

sobota, 5 marca 2016

ALCATRAZ

Jeśli wierzyć ćwierkającym wokół ptaszkom i pierwszym bocianom, to zima powoli się kończy, a ja wciąż mam od groma ciężkich i mocarnych, typowo zimowych piw w piwnicy. Nie żebym się smucił z tego powodu, wszak ja uwielbiam wyraziste i bezkompromisowe trunki, ale w miarę możliwości staram się dostosowywać pite piwa do pory roku. Nie jestem pod tym względem jakimś sztywnym konserwatystą – po prostu zimą ekstraktywne piwa lepiej mi smakują, choć czasem i w lecie wychylę szklankę jakiegoś mocarza. Drugą kwestią natomiast jest ich mnogość na rynku. Co rusz jakiś RIS, porter bałtycki lub Barley Wine. Nie żebym się smucił...
Jednym z tych właśnie ‘barli łajnów’ jest Alcatraz z Faktorii (Alcatraz, co to z którego w 1979 roku uciekał słynny Clint Eastwood). Wywar ten nie jest jednak klasycznym angielskim wydaniem tego stylu, lecz stanowi jego nowofalowe wcielenie. Nie poskąpiono tu jankeskich lupulin, a równe 100 IBU jak sądzę nie jest dziełem przypadku. 


Świeżynka z Faktorii prezentuje się jak pudel na psim konkursie piękności – praktycznie nie ma dla niej konkurencji. Generuje ona niesamowicie obfitą, gęstą i zwartą, a zarazem puszystą czapę piany kolory ecru. W dodatku rzeczona pierzynka jest niemalże nieśmiertelna! Jej czas opadania jest chyba dłuższy niż okres ostatniego zlodowacenia ;) Całe wieki musiałem czekać, aż zrobi się miejsce na dolewkę. Taka sytuacja.
Piwo jest bardzo nisko wysycone, a jego barwa jest dość miła dla oka. Ze szkła bowiem spogląda na mnie miedziano-brązowa ciecz, pod światło mieniąca się ładnymi burgundowymi refleksami (mimo, że jestem facetem nieźle znam się na kolorach ;).
W smaku także panuje bizancjum, jak mawia mój kolega Tomek. Pierwszy akord to solidny but na twarz od hamerykańskich chmielin, dzięki którym nie za bardzo wiem, czy to amerykańskie Barley Wine, czy Imperial IPA. Tropikalne, lekko słodkie owoce wydają się dominować nad nieco przygniecionymi cytrusami z grejpfrutem i pomarańczą na czele. W drugim akcie dostaję z kolanka w wątrobę od konkretnej, ale z deka przyciężkawej słodowej podbudowy, której pomaga z pozoru niewinna żywica. Słodowość jest dość silna, wyraźnie opiekana i po części karmelowa. Chwilami zahacza o rejony toffi i przypieczonej skórki chleba. W między czasie, a także na samym końcu dostaję z sierpowego od mocarnej chmielowej goryczki, która przewija się przez cały profil smakowy. Ziołowo-pestkowa gorycz mimo, że jest gładka to nieźle mnie masakruje, zwłaszcza że wyraźnie zalega na podniebieniu (100 IBU to nie som żarty). Pomimo tej niezbyt przyjemnej goryczki sumarycznie całkiem nieźle to smakuje. Odczucia są bogate, wyraziste i dosyć urozmaicone. Jak widzicie dostałem wpierdal i jeszcze się z tego cieszę! ;p Alkoholu choćbyś ze święcą szukał, to chłopie nie znajdziesz. Brawo!

czwartek, 3 marca 2016

HEADBANGER

Lubię APA, lubię IPA, lubię Black IPA, lubię Rye IPA, lubię Session IPA, lubię Wheat IPA, shit IPA, no to jak mam nie lubić Double  IPA?
Jeden z wielu moich ulubionych stylów piwa wypuścił niedawno Browar Kingpin, którego nie trzeba jakoś specjalnie przedstawiać, czy reklamować. Dla mnie to czołówka polskiego craftu, w zasadzie każde ich piwo jakie piłem nie schodziło z poziomu „bardzo dobre/gorąco polecam”.
Ostatnio na tapetę wzięli wywar opatrzony szyldem „Imperial IPA z Testerem Gier”. Tester Gier tym razem nie jest żadną magiczną i obco brzmiącą nazwą jakiejś orientalnej przyprawy, bowiem jest to kapela muzyczna, zespół, band, orkiestra, formacja, grupa (więcej synonimów wujek Google nie wyświetlił). Puściłem ich kilka kawałów na ju tube i zauważyłem pewną prawidłowość – oprócz tego, że bit nigdy nie schodzi z poziomu ponad 200 uderzeń na minutę, to teledyski są tym popularniejsze, im większe jest w nich darcie mordy głównego wokalisty. Muzykę tą opisuje dobrze jedno słowo: wpierdol!


Headbanger w szkle brzmi zachęcająco, niczym mecz 'ligi miszczów' razem z Twoim ulubionym ziomem i piwem ma się rozumieć. Mamy tu lekko mętną, bursztynową ciecz, zwieńczoną pokaźną, bardzo drobną, zwartą i sztywną pianą o białawej barwie. Piana jest dość trwała i długowieczna, niespiesznie opadając zostawia liczne zacieki na ściankach. No, takie coś to ja rozumiem. Aż mi ślina z gęby wyciekła... Wytarłem wary i działam dalej ;p
Tuż po zrzuceniu kapsla dostałem po łapach od mocarnej cytrusowo-tropikalnej bomby. Natomiast po przelaniu do pokala poczułem się jak obalony na ziemię, związany i porządnie wychłostany przez ww. duet! Gdy z pleneru wróciłem do domu, owoce jakby nieco przygasły i dały pole do popisu przyjemnej słodowości, podsyconej wyraźnym karmelem i delikatnie opiekanym pieczywem. Tuż za nimi kroczy nie mniej wyraźna żywica, która z kolei wywołuje subtelne konotacje ze świeżo ściętym drzewem, bodajże sosną lub świerkiem. Na szarym końcu tego pochodu z podniesioną głową maszerują europejskie owoce, powiedziałbym nawet, że polskie – jabłko, brzoskwinia, gruszka i morela. Bardzo przyjemny to zapaszek. Niby klasyka, ale w porządnym wydaniu. Daje łapkę w górę :)

wtorek, 1 marca 2016

SUSKA Z BROWARU PIWOJAD

Kolejny piwowarski debiut na blogu. Tym razem premierowe piwo niedawno co debiutującego Browaru Piwojad! Przysłali mi nawet maila z info o swoim starcie, niestety żadnej paczuszki od nich nie dostałem, z czego bardzo ubolewam ;)
Za projektem tym stoi dwóch Pawłów – Świdniewicz & Teodorczyk. Chłopaki swoje pierwsze piwo uwarzyli w Browarze Cystersów Gryf w Szczyrzycu, który dość szybko stał się istnym zagłębiem produkcyjnym dla rodzimych kontraktowców (obecnie warzy tam chyba więcej inicjatyw niż w Zarzeczu). Ścisk niemiłosierny, trwa walka o każdą kadź, o każdy wolny tank, a poszczególne ekipy grają ze sobą w „papier, kamień, nożyce”. Taka sytuacja, poważnie ;p
Suska to Robust Brown Porter, czyli taki angielski porter na sterydach, którymi to się swego czasu Pudzian szprycował... żartowałem. Ogólnie można by rzec, że nuda jak cholera. Żadnego odjechanego dodatku w stylu drożdży odsianych specjalnym przetakiem (takie sito) z pyłu księżycowego pobranego z dna krateru po ciemnej stronie Księżyca. W składzie znalazły się tylko płatki owsiane, palony jęczmień oraz jakaś siuśka... śuśka... siuśki... aha, suska! Suska sechlońska – śliwka węgierka suszona dymem bukowym w okolicach Sechna. Ta sama, która zrobiła tak znakomitą robotę w Imperium Prunum z Kormorana (dzięki temu trunek ten został wybrany Piwem Miesiąca – Luty 2016).
No to jedziemy z koksem.... Hardcorowym Koksem, a może z Pudzianem? Nevermind.


Słowo Piwojad, to jak widzicie na załączonym obrazku mrówkojad żłopiący piwo ze szklanki. Spoko to nawet wygląda w przeciwieństwie do samej zawartości butelki, która jest tak mętna, że przypomina wodę z kałuży! Kolor nijaki, coś jakby brunatny, ziemisty, ciemno brązowy, błotnisty (moja gleba w ogródku wygląda lepiej). Nie za bardzo mam ochotę się tego napić, ale co zrobić? Takie hobby. Jeszcze tylko słowo o pianie. Na powierzchni pojawiła się niezbyt wysoka, ale drobna i puszysta czapeczka jasno beżowej piany. Niestety jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Nawet na szkle jej nie uświadczysz. Jak na razie słabiutko.
Zamykam oczy i zapominam o wyglądzie. Piwo jest nisko wysycone (klasyka), ale smak jest dosyć intensywny i bogaty. Rzeczoną śliwkę czuć z nawiązką, głównie dlatego, że samego ciała piwo ma stosunkowo niewiele, zwłaszcza bacząc na 16° Plato. Naprawdę piwo aż huczy od suszonej śliwki! Wędzoność też jest obecna – delikatny posmak dymu świetnie koresponduje z całą resztą, czyli prażonym słodem, rodzynkami, odrobiną kakao i czekolady deserowej. Kawy natomiast jest tu naprawdę niewiele, a jeśli już to jakaś kiepska zbożówka pałęta się tu i ówdzie. Na szarym końcu, totalnie w tle majaczy opiekane pieczywo, chlebek razowy oraz orzechy Goryczka jest niska, lekka i przyjemna. Sumarycznie niewiele wznosi, bo piwo jest bardziej słodkie, aniżeli gorzkie. Śliwka daje też niewielki kwasek, ale to nawet lepiej, bo całość nie jest zamulająca.