środa, 29 kwietnia 2015

BOK BOK

Po bardzo udanej amerykańskiej pszenicy i Foreign Extra Stoucie z Fabryki Piwa wziąłem się za przedpremierową degustację piwa, po którym obiecywałem sobie najwięcej. Zdaję sobie sprawę, że pewnie wśród craftopijców jestem w zdecydowanej mniejszości, ale ja po prostu bardzo miłuję koźlaki, a podwójne koźlaki miłuję podwójnie! Ale bez obaw – wszelakie nowofalowe wypusty także znajdują się w górnej połowie mojego menu.
Double Bock z Fabryki Piwa to już nie przelewki – osiem „voltów” i 19% ekstraktu to przecież parametry należące do lżejszych porterów bałtyckich.
Rzeczone piwo nie posiada w składzie żadnych odjechanych ingredientów ściągniętych z drugiego końca globu, nie zostało skalane nowofalowymi lupulinami, a papież nie udzielił mu żadnego błogosławieństwa – jest to po prostu zwykły, tradycyjny, dolno fermentacyjny podwójny koźlak i to jest piękne :)
Bok Bok dostał dość przewrotne nazewnictwo i zakładam, że to po prostu spolszczenie niemieckiej nazwy (bock), wymawianej dwukrotnie, bo w końcu to koźlak dubeltowy. Tak, czy siak wyrażenie Bok Bok poniekąd kojarzy mi się z horrorem pt. Babadook, który niedawno oglądałem.
Dość jednak tych dywagacji, bo przecież mam tu piwo do wypicia!


Jak na razie wszystkie trunki z tego browaru pienią się fantastycznie i nie inaczej jest tym razem. Nawet bez wysoce agresywnego nalewania piwo przykryła obfita, puszysta i drobno ziarnista czapa cudownej piany o barwie jasnego beżu, tudzież ecru. Oczywiście można na niej polegać jak na Zawiszy, opada bowiem naprawdę w żółwim tempie. Jedynie lacing mógłby być nieco większy, ale i tak jest nieźle.
Piana to jedno, ale kolor piwa jest równie uwodzicielski – prześliczna czerwona barwa typu rubinowego pod światło mieni się ciemno miedzianymi refleksami. Miodzio!
Tym razem zacznę od końca, czyli od smaku, który – znowu się rozpływam – jest bardzo przyjemny w odbiorze. Solidna podbudowa opiekanego słodu owinięta nienachalnym, lecz wyraźnym karmelem faktycznie robi robotę. Drugi plan został zdominowany przez tylko jednego aktora – subtelną tostowość, która także przywodzi na myśl przypieczoną skórkę od chleba. Tło natomiast to już tylko statyści w postaci estrów owocowych, jak np. subtelna suszona śliwka, czy ciemne winogrono (obiecanej na etykiecie maliny nie wyczułem). Co ważne piwo nie jest za słodkie, gdyż na finiszu pojawia się dość lekka, ale w zupełności wystarczająca goryczka. Nie wiem jak to zrobili, ale mimo sporego woltażu alkoholu kompletnie tu nie czuć. Szacun!

wtorek, 28 kwietnia 2015

DEEP SPACE

Drugim premierowym napitkiem z Fabryki Piwa, który wrzucam na ruszt jest Deep Space w brytyjskim stylu Foreign Extra Stout. Najogólniej można by powiedzieć, że jest to taki wzmocniony Dry Stout – bardziej palony, mocniej nachmielony, bardziej gorzki i bardziej ekstraktywny, ale nadal raczej wytrawny.
Zanim przejdę do meritum niniejszego wpisu, pochylę się nad opakowaniem, a konkretnie nad samą etykietą. Pewnie już wiecie, że ety z Fabryki Piwa są spójne stylowo i koncepcyjnie, a poszczególne obrazki korespondują z nazwą każdego piwa. Powszechnie wiadomo, że obrazkowe etykiety mają swoich zagorzałych zwolenników, jak i przeciwników, jakkolwiek myślę, że akurat tym rysunkom nie brakuje oryginalności. Nie ma tu mowy o nudzie, czy rutynie – całość niejedną osobę może zaintrygować, bowiem nie wszystkie składowe do siebie pasują, a skojarzenia z Monty Pythonem są jak najbardziej na miejscu.
Co prawda wszystkie cztery piwa z pierwszego rozlewu nie cechują się zbytnią estetyką (trochę krzywo naklejone ety, pęcherze powietrza, zmarszczenia, itp.), ale wynika to nie tyle z opanowywania nowej etykieciarki w Browarze Cystersów, co z  pewnych nieprawidłowości ze strony drukarni, która niezbyt fachowo wykonała swoją robotę. 


Deep Space to iście diabelsko czarne piwo, które powinno charakteryzować każdego rasowego stouta - zero jakichkolwiek przebłysków, zero refleksów! Dobre wrażenie potęguje piękna i stylowa piana o jasno brązowej barwie, drobnej strukturze i sporej objętości. Czapa opada w średnim tempie, nieznacznie brudząc przy tym szkło.
Wysycenie tego specjału jest raczej niskie, drobne i perliste. Doskonale pasuje do tego czarnego w charakterze trunku.
Nie przepadam zbytnio za stoutami, ale ten mi bardzo zasmakował, może dlatego, że w zasadzie jest on mało wytrawny, a bardziej słodki. Wychodzi więc na to, iż jest to tzw. wersja tropikalna Foreign Extra Stouta. Gładkość ciemnych, lekko palonych słodów doskonale koresponduje tutaj z bardzo wyraźną czekoladą i nienachalnymi śladami średnio mocnej kawy. W tle pobrzmiewają subtelne echa chmielu, kwaskowych wtrętów i nieznacznej ziemistości, a całość wieńczy zwiewna nutka palonego jęczmienia oraz łagodnej i krótkiej goryczki od niego pochodzącej. Bardzo fajnie to smakuje, choć balans jest wyraźnie przesunięty w stronę słodyczy.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

SUMMER MEMORIES


Fabryka Piwa to nowa inicjatywa kontraktowa, która mimo kilku małych problemów przy starcie, w końcu może pochwalić się swoimi czterema premierowymi piwami: AIPA, American Wheat, Doppelbock i Foreign Extra Stout. Nie jest to może szczyt craftowego piwowarstwa, ale widocznie nie chcieli od razu rzucać się na głęboką wodę.
Dla tych którzy nie czytali jeszcze mojego wywiadu z Fabryką Piwa przypomnę tylko, że za szyldem tym „schowany” jest Marcin Krzystanek i Wojciech Warzyszyński (wymarzone nazwisko w tej branży ;p ). Piwowarem jest Wojtek, który.... jest teściem Marcina i onegdaj był piwowarem w nieistniejącym już częstochowskim Browarze Kmicic oraz w piotrkowskim Kiperze. Co by dużo nie mówić – facet ma fach w ręku!
Wszystkie premierowe piwa zostały uwarzone w malutkim browarze restauracyjnym Marysia w Szczyrzycu (Małopolskie), ale już niebawem Fabryka Piwa przenosi się do odbudowanego, zabytkowego Browaru Cystersów, który także zlokalizowany jest w Szczyrzycu.
Co prawda oficjalna premiera Fabryki Piwa nastąpi dopiero 1 maja na Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa, jednak z racji naszej współpracy piwa mam nieco wcześniej ;) Tak więc niegdzie indziej niż u mnie nie znajdziecie póki co, recenzji piw z tego browaru!


Na pierwszy ogień wziąłem American Wheat, bo pogoda jest taka cudowna...
Przelewam, cykam fotkę i oglądam. Piwo wygląda świetnie – solidnie mętna, żółto-złota barwa, do tego obfita i śnieżno biała pierzynka (tego właśnie oczekuję od piwa pszenicznego). Piana jest drobna, puszysta, wysoka i przede wszystkim długotrwała. Opada powoli i niespiesznie, tworząc wzorzystą koronkę na ściankach. Naprawdę szata z pierwszej ligi.
Za amerykańskie akcenty w Summer Memories odpowiada chmiel Citra oraz Willamette, które w aromacie objawiają się głównie jako całkiem wyraźne cytrusowe klimaty, z niewielką domieszką owoców tropikalnych (mango, liczi, marakuja). Słodowe cienie są odsunięte na drugi plan, zaś samych niuansów typowo pszenicznych jest tu stosunkowo niewiele. W zamian odnajdziemy tu subtelną chlebowość oraz lekką trawiastość pełniącą rolę delikatnego tła. Zapach jest bardzo rześki, dosyć intensywny, cytrusowy, świeży i nader zachęcający.

niedziela, 26 kwietnia 2015

CARLSBERG STAWIA NA INTENSYWNE CHMIELENIE


Przyczynkiem do powstania tego artykułu były trzy nowe piwa z Carlsberg Polska (trzecia co do wielkości grupa piwna w Polsce), które łączy jeden spójny element – nacisk na zwiększone chmielenie na aromat, a przynajmniej tak głoszą slogany na tych piwach. Może to zabrzmieć trochę dziwnie w ustach tak dużego koncernu (ok. 20% rynku), ale chyba faktycznie coś jest na rzeczy, bowiem niemal w jednym czasie na sklepowych półkach pojawił się: Carlsberg Nox, Harnaś Wysokochmielowy oraz Niepasteryzowane Chmielone Na Zimno. W biznesie nic nie dzieje się bez powodu, więc nie wierzę tutaj w zwykły zbieg okoliczności.

Zanim przejdę do bardziej szczegółowej analizy każdego z nich, przybliżę nieco temat samego chmielenia na zimno, które jest jedną z metod uwypuklenia aromatu chmielu w piwie.
Chmiele najogólniej dzieli się na goryczkowe i aromatyczne (niekiedy też uniwersalne) – jakie spełniają one funkcję w wyrobie gotowym sama nazwa wskazuje.
W największym uproszczeniu mówiąc: gdy chcemy uzyskać pokaźną goryczkę takowy chmiel dajemy do kadzi w zasadzie już w połowie gotowania (warzenia) się brzeczki piwnej, nawet do godziny przed wyłączeniem źródła ciepła. Natomiast gdy chcemy wzmocnić sam aromat, chmiel dodaje się pod sam koniec gotowania (ostatnie 5-10 minut), tak aby olejki eteryczne zawarte w chmielu zbytnio nie odparowały.
Chmielenie na zimno to jeszcze coś innego – piwo, a w zasadzie brzeczkę chmieli się dopiero w końcowej fazie fermentacji (tzw. cichej), a niekiedy nawet także (lub wyłącznie) podczas dojrzewania piwa w tankach leżakowych. Co ciekawe, w metodzie tej można używać zarówno odmian aromatycznych jak i goryczkowych, które wbrew pozorom także co nieco wnoszą do aromatu gotowego piwa. Oczywiście piwowarzy domowi być może stosują jakieś jeszcze inne sztuczki związane z chmieleniem ich ulubionego napoju z pianką, ale te które wymieniłem są po prostu najpopularniejsze.

Carlsberg Nox


Piwo to stosunkowo niedawno pojawiło się w sklepach, ale zdążyło już co niektórym bardzo podnieść ciśnienie. Poszło o niefortunnie sformułowane wyrażenie „Intensywny aromat, bez zbędnej goryczki”. Zagorzali fanatycy i hop headzi wszelakiego piwowarstwa nowofalowego/craftowego natychmiast podnieśli larum, jakoby wielki i zły koncern uczy i wmawia piwnej gawiedzi (pijącej wyłącznie koncerniaki), że dobre piwo wcale nie musi być gorzkie, że goryczka w piwie jest zbędna, niemodna, mało nowoczesna, niepotrzebna, itepe, itede. Mnie tam takie akcje nie ruszają – niech sobie piszą co chcą, a piwnej rewolucji i tak nie zatrzymają. Rzemieślniczego piwowarstwa, mocno chmielonych i soczyście goryczkowych piw także. 


Wróćmy jednak do meritum tego tekstu, czyli do nowej wersji popularnego Carlsberga chmielonego na zimno niemiecką odmianą Polaris. Trzeba otwarcie powiedzieć, że nie jest to jeszcze żaden szczyt nowofalowgo hipsterstwa, ale od razu widać, że coś zaczynają kombinować, być może nawet zaczynają dostrzegać szybko idące zmiany na rodzimym piwnym podwórku. 
Samo piwo prezentuje się nieźle – bialutka piana jest obfita, drobna i puszysta. Opada w średnim tempie, ale na szkle nie zostawia żadnych śladów. Kolor trunku jest jasno złoty, idealnie klarowny.
A co z najważniejszym, czyli tak wysoko pozycjonowanym w tym piwie aromatem? No, muszę stwierdzić, że chmielenie na zimno chyba poniekąd przyniosło oczekiwane rezultaty – zapach jest dość intensywny, wyraźny i całkiem przyjemny, gdyby nie.... przykra dla nosa nuta rozpuszczalnikowa. Oprócz niej i tradycyjnego aromatu chmielowego mamy tu jeszcze trochę cytrusa, niewielkie akcenty trawy, ziół i bliżej nieokreślonych czerwonych owoców (chyba poziomki i truskawki). W tle skutecznie buszuje niezbyt silna, acz wyraźna woń słodu i delikatnego chlebka. Całość fajnie się wącha, tylko ten niewielki rozpuszczalnik troszkę przeszkadza.
W smaku piwo nie jest jakoś specjalnie odkrywcze, ale tragedii także nie ma – lekka, biszkoptowa słodowość owinięta została równie lekkim chmielowym płaszczem w postaci trawy, ziół oraz symbolicznego cytrusa. Czegokolwiek by się tutaj nie doszukiwać, piwo jest jak najbardziej zgodne z opisem: „bez zbędnej goryczki”. To tyle w temacie nowego Noxa.
OCENA: 6/10
CENA: 3-4ZŁ
ALK. 6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 29.11.2015

Niepasteryzowane Chmielone Na Zimno


Tu do końca nie można być pewnym, czy jest to nowe piwo, czy to tylko rebranding znanego już od jakiegoś czasu piwa Niepasteryzowane Wybornie Świeże, które też mogło być chmielone tą metodą, ale po prostu wcześniej się tym nie chwalili. Faktem jest, że Chmielone Na Zimno wyparło Wybornie Świeże.
Oba piwa mają identyczną etykietę i te same parametry (różni je tylko zmieniony dopisek na awersie etykiety i nieco zmodyfikowana ‘morska opowieść’ na kontrze). Wg mnie najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że faktycznie w Okocimiu pokusili się o chmielenie na zimno, a co za tym idzie zmieniono również nazwę piwa. Zakładam, że chmiele pozostały te same (z czterech odmian wymienili tylko jedną – Saaz). W związku z tym, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że mamy tu do czynienia z dwoma różnymi piwami. 

EDIT: napisałem maila do Carlsberga z pytaniem o to piwo i oto odpowiedź: "Wybornie Świeże zostało zastąpione sformułowaniem Chmielone na zimno. Receptura ani proces warzenia nie uległy zmianie, piwo niczym się nie różni. Zabieg ten ma na celu podkreślenie procesu, chmielenia na zimno, który stosowaliśmy i stosujemy przy warzeniu naszego Niepasteryzowanego z Browaru Okocim".
Tak więc, piwo już było wcześniej chmielone na zimno, a zmianie uległa tylko nazwa. 
 

Rzeczone piwo pieni się bardzo zachowawczo - piana jest śnieżnobiała, średnio wysoka, ale ogólnie nie za specjalnie wygląda ze względu na dość grube pęcherze. Do tego opada szybciej niż ustawa przewiduje.
Barwa tegoż trunku przypomina typowy odcień złota, ale wydaje mi się, że jest o jeden ton ciemniejsza niż u Carlsberga Noxa.

sobota, 25 kwietnia 2015

LAGER CIESZYŃSKI

Drugim piwem z nowego portfolio Browaru Zamkowego Cieszyn jest Lager Cieszyński, który jak sama nazwa wskazuje jest zwykłym, jasnym lagerem, a sądząc po parametrach od biedy mógłby być nawet pilsem.
Oczywiście osoby, które w każdej sprawie wietrzą tylko spisek i kłamstwo z miejsca zaczęły podejrzewać, że Lager Cieszyński jest po prostu znanym wszem i wobec Brackim. Niestety, a może właśnie stety, każdy kto sięga po to piwo jest zdania, że nie może tu być mowy o jakimkolwiek klonowaniu piw, czy innych machlojkach. To po prostu są dwa różne piwa.
Nowe piwa z Cieszyna oklejone zostały jednolitymi, spójnymi etykietami, które według mnie są mało skomplikowane i niezbyt wymyślne. Może nie grzeszą nadzwyczajną urodą, ale trzeba im przyznać, że są nader schludne, czytelne i przede wszystkim łatwo odróżniają jedno piwo od drugiego, gdy stoją razem na półce sklepowej. 


Cieszyńska nowość nalewa się z dość obfitą pierzynką śnieżnobiałej piany. Niestety nie jest ona zbyt urodziwa – pęcherze są grube, piana jest rzadka i szybko się dziurawi. Jednakże nie opada ona tak szybko jak mogłoby się z początku wydawać. Wystarczająco długo cieszy oko, przy okazji tworzy niewielką – ale zawsze – koronkę na szkle.
Idealnie klarowne piwo posiada jasno złotą barwę oraz średnio wysokie nasycenie, które pasuje tutaj jak ulał.
Przyznam otwarcie, że nie spodziewałem się nic nadzwyczajnego po tym trunku i w sumie nic takowego nie dostałem. Żadnego buta na twarz nie otrzymałem, kapcie są na miejscu, skarpetki nadal proste, a kamienia filozoficznego jak nie odkryłem, tak nie odkryłem.
Typowo piwny aromat nie wykracza tutaj w zasadzie poza dobrze wszystkim znany schemat – łagodna słodowość, delikatny chlebek oraz subtelny chmiel o trawiastym zabarwieniu. Nic dodać, nic ująć. Nader czysty, prosty i nieskomplikowany to zapaszek, ale trzeba mu przyznać, że żadnych wad w nim nie ma, a to już coś.

czwartek, 23 kwietnia 2015

ALE SIEKIERA!

Stouty są jednym z tych niewielu gatunków piwa, za którymi zbytnio nie przepadam (no chyba, że mam przed sobą genialnego RISa). Nie pomoże nawet fakt, że dosypano do nich kawy, laktozy, wanilii, papryczek chili, ketchupu, czy innego ustrojstwa. Oczywiście piłem w swoim marnym żywocie wiele różnych przedstawicieli tego stylu i potrafię je docenić, dając odpowiednią do klasy piwa notę. Wspomnę w tym miejscu chociażby o Coffee Stoucie z Kormorana, który jest klasą samą w sobie.
Ale Siekiera z Browaru Bednary jest właśnie ichnim stoutem kawowym, który wyróżnia się tylko tym, że brak mu jakiegokolwiek wyróżnika ;p
Nie będę tutaj zbytnio owijał w bawełnę, bo nie czytałem jeszcze żadnej recenzji tej kwietniowej nowości, którą zakupiłem u samego Rafała Łopusińskiego (pozdrawiam Rafał) na Targach Piwowary w Łodzi. Zatem mam niezmącony umysł i świeże podejście do tematu. 


Bednarowska świeżynka przywitała mnie średnio obfitą czapą jasnobrązowej piany. Jest ona dość gęsta i zbita, opada wolno i niespiesznie, solidnie brudząc przy tym szkło. Skubana, naprawdę długo cieszy oko!
Piwo jak na stouta przystało jest okrutnie czarne i nieprzejrzyste. Wysycenie również zostało w nim dostosowane do stylu jaki reprezentuje – jest niskie i kremowe.
W smaku Ale Siekiera jest bardzo wyrazista i bez problemu czuję tutaj te 16,5° Plato. Nie jest to piwo lekkie i sesyjne jak niektóre dry stouty, ale z drugiej też strony nie jest zbytnim ciężarem dla mojego żołądka. Pierwsze uderzenie to oczywiście kawa – średnio mocna, parzona typowo po polsku, bez mlecznych dodatków. W drugim akordzie pole do popisu ma wyraźna paloność, urozmaicona delikatnym i przyjemnym kwaskiem. W tle natomiast buszują dość wyraźne pokłady gorzkiej czekolady i palonego zboża, oblanych subtelną nutą kakao i posypanych szczyptą popiołu, który akurat w tym stylu nie jest niczym nadzwyczajnym. Finisz został zwieńczony średnio wyrazistą goryczką, która może nie jest jakaś powalająca, ale w zupełności wystarcza jak dla mnie.

środa, 22 kwietnia 2015

GRYBOWSKIE PEREGRYNACJE CZĘŚĆ II


Mimo, że mam sporo ciekawszych piw w zanadrzu, to znalazłem chwilę czasu, by zmusić się do eksploracji drugiej połowy paczki, którą dostałem od Browaru Pilsweiser z Grybowa.
W pierwszej odsłonie wziąłem na warsztat 5 jasnych, niczym nie wyróżniających się lagerów, po czym okazało się, że zamiast pięciu różnych piw dostajemy w zasadzie tylko dwa, bo reszta to ich klony tyle, że pod innymi markami (a przynajmniej mi się tak wydaje). Na szczęście dzisiejsza piątka to już na bank inne piwa. Zobaczcie sami.

Pilsweizer Trzcinowe zapewne wg browaru miało być wabikiem na wszelkiej maści piwnych odkrywców, co to dopiero przerzucają się z koncernowych siuśków na to-ciekawsze-piwo. Intencje mieli może i dobre, ale gorzej z wykonaniem.
Tajemnym składnikiem, który miał to piwo wyróżnić pośród szarej masy eurolagerów jest syrop z cukru trzcinowego. Bez wątpienia wpłynął on na kolor, bowiem piwo jest sakrucko mętne, a jego brązowa barwa przypomina wodę z dopiero co rozjechanej przez auto kałuży. Ów cukier nie wpłynął pozytywnie także na pianę, która co prawda jest drobna, ale przy tym niewysoka i strasznie nietrwała. Lacing prawie, że zerowy.
Sam aromat natomiast nie jest taki zły, poza tym, że bardzo dużo w nim klimatów opalanego cukru i karmelu. Dominuje w nim solidna słodowość, jednak tuż za nią czają się cienie suszonych owoców (figi, rodzynki, morele) oraz nieco alkoholu! Czaicie? Przy tym woltażu alkohol?!
W smaku jest już tylko gorzej – dosyć niskie wysycenie, sporo cukru, słodu, biszkoptów, mnóstwo karmelu oraz nieco toffi czynią z tego piwa bardzo jednowymiarową mieszankę. Słodycz jest chwilami wręcz zalepiająca, co skutkuje olbrzymią treściwością, niezłą pełnią, ale także nikłą pijalnością. Piwo po prostu męczy.
ALK.4,5%, pasteryzowane, niefiltrowane
OCENA: 4/10
CENA: paczka od producenta
TERMIN WAŻNOŚCI: 27.08.2015

Najnowsze dzieło grybowskiego browaru jest dla odmiany całkiem niezłym napitkiem. Pilsweizer Femme Fatale to w założeniu coś na kształt dark lagera.
Piwo pieni się dość obficie, jasno beżowa piana jest drobna, zbita, w miarę gęsta i przede wszystkim trwała. Kolor tegoż trunku to bardzo ciemny brąz, wpadający w mahoń, a pod światło mieniący się niewielkimi rubinowymi refleksami.
Zapachem rządzi lekko prażony słód, subtelna czekolada oraz wyraźny karmel. Nieco z boku wtóruje mu skórka od chleba, doprawiona cukrem kandyzowanym (w niewielkiej ilości) i odrobiną ciemnych owoców (winogrona, czarna porzeczka).
O dziwo w smak Femme Fatale jest mało słodkie. Prym wiodą tutaj tosty, lekko opiekany słód i ciemne herbatniki. W tle majaczy odrobina kawy zbożowej, subtelny chmiel oraz goryczka od niego pochodząca, która jest krótka i nader szlachetna. Wysycenie jest średnie – jak dla mnie optymalne.
Piwo jest średnio treściwe i odpowiednio pełne w smaku. Cechuje go nadzwyczajna lekkość, niezły balans oraz co najmniej średnia pijalność (a to już coś). Smaczne, ale tyłek pozostał na swoim miejscu.
ALK.6%, 13° Blg, pasteryzowane
OCENA: 7/10
CENA: paczka od producenta
TERMIN WAŻNOŚCI: 13.12.2015

Przedziwnym wynalazkiem okazuje się Pilsweizer Aloes & Curacao, gdzie w składzie wylądował sok z aloesu (1%), aromat gorzkich pomarańczy Curacao oraz miód wielokwiatowy (1%). Jakby komuś mało było jeszcze udziwnień, to dla koloru (jak sądzę) dolany został błękit brylantowy FCF! Najdziwniejsze jest jednak to, że piwo wcale nie jest niebieskie, lecz okrutnie zielone! Normalnie jakby ktoś tu Ludwika nalał. Nawet piana (drobna, średnio wysoka, szybko opada) zyskała delikatny odcień zieleni.
Wyraźnie owocowy aromat przywodzi na myśl dojrzałe pomarańcze, brzoskwinie, morele i nieco ananasa. Na drugim planie prym wiedzie spodziewany aloes, który znamy np. z różnej maści kosmetyków. Miodu natomiast nie czuje tu wcale, co mnie oczywiście w najmniejszym nawet stopniu nie smuci. Całość pachnie rześko, świeżo i nawet naturalnie bym rzekł (!).
Wyraźnie owocowy smak jest w zasadzie odzwierciedleniem wrażeń zapachowych, czyli ponownie kolaż cytrusów, brzoskwiń i zielonego aloesu. Sumarycznie smak jest w miarę naturalny (nie czuję żadnej chemii), a ponadto cechuje go bardzo oszczędna słodycz. Kurczę dziwnie to smakuje, poniekąd kojarzy mi się z Tymbarkiem Kaktusowym! Tak, czy siak powszechnie znanego smaku piwa tu nie uświadczymy.
Jeśli jesteś miłośnikiem aloesu, lubisz kolor zielony, a od piwa nie wymagasz jakiegokolwiek smaku piwa, to ten trunek jest dla Ciebie. Ja odpuszczam, bo to nie moje klimaty, choć myślę, że w swojej kategorii piwo jest nawet niezłe.
ALK.4,5%, pasteryzowane, niefiltrowane
OCENA: 6/10
CENA: paczka od producenta
TERMIN WAŻNOŚCI: 26.11.2015

Następny jegomość, czyli Pilsweizer Góralskie to jedno z dwu najlepszych z całej dziesiątki podesłanej mi przez Browar Grybów. Od zawsze narzekaliśmy, że czeskich desitek jest u nas mało, więc oto proszę – lekka „dziesiątka” z Grybowa.
Piwo to generuje niezbyt wysoką czapę białej, średnio ziarnistej piany, która szybko się dziurawi i w efekcie po kilku chwilach jest już wspomnieniem. Lacing jest zaznaczony, ale na dość niskim poziomie.
Tuż po przelaniu do pokala (czy innego ustrojstwa) naszym oczom ukazuje się jasno złote i bardzo klarowne piwo, z którego wydobywa się przyjemny zapach świeżego słodu, okraszonego odrobiną biszkopta, chlebka oraz szczypty trawiastego chmielu. Jest to czysty aromat lekkiego, nie narzucającego się jasnego lagera.
Piwo jest dość wysoko wysycone, ale na szczęście nie ma w tym jakiejś przesady. Drobne i nader wysokie nasycenie dodaje mu sporo świeżości, której należy przecież oczekiwać, po tak lekkim napitku.
W smaku dominuje delikatna słodowość typu chlebowego, otoczona po bokach przez subtelne nuty chmielu w najczystszej postaci. Goryczka praktycznie nieobecna, a szkoda bo lekka kontra, by się tu przydała. Mimo swojej prostej jak cep budowy i nieskomplikowanej natury, piwo to może się podobać. Jest lekkie, gładkie, wysoce pijalne i dość przyjemne w odbiorze. Pełnia oraz treściwość są na średnim poziomie, ale przecież to zrozumiałe przy tak niskim ekstrakcie. Chwilami jest trochę płytkie, ale nie ma co marudzić. Jest good.
ALK.4,7%, 10° Blg, pasteryzowane, filtrowane
OCENA: 7/10
CENA: paczka od producenta
TERIMN WAŻNOŚCI: 24.11.2015

Ostatni na tapecie wylądował Pilsweizer Krzepkie. Jest to po prostu zwykły strong lager, który już z definicji ma jedno proste zadanie - zryć nam beret, tudzież dać w palnik.
Tuż po przelaniu piwo okryło się średnio obfitą, białą pianą o średniej ziarnistości i raczej nikłej trwałości. Lacing również znikomy.
Krzepkie zostało poddane procesowi filtracji, stąd idealna klarowność, mieniąca się kolorami ciemnego złota. W aromacie jest nieco słodko, rzekłbym nawet, że chwilami wręcz cukrowo. Dominantą jest tutaj mocna słodowość, której akompaniuje lekki chlebek oraz zwiewna i całkiem nienajgorsza zbożowość. Niestety w tle przewijają się niezbyt mocne, acz obecne akcenty miodowe, bez wątpienia świadcząc o utlenieniu. Sporym plusem jest natomiast kompletny brak niuansów alkoholowych, co przy takim woltażu jest raczej rzadkością.
W smaku piwo jest trochę słodkawe, typowo słodowe z wyraźnymi wtrętami biszkoptowymi oraz chlebowymi. Monotonie doznań słodowych co jakiś czas przerywa subtelna nuta chmielowa, która jednak nie przekłada się na goryczkę.
Aż dziw bierze, że przy takich parametrach piwo w ogóle nie męczy, nie jest ciężkie, ani alkoholowe. Jest natomiast dość treściwe, pełne w smaku, a także nawet nieźle pijalne.
Szału nie robi, ale jestem do niego w miarę pozytywnie nastawiony.
ALK.7,6%, 15,1° Blg, pasteryzowane, filtrowane
OCENA: 6/10
CENA: paczka od producenta
TERMIN WAŻNOŚCI: 03.11.2015

wtorek, 21 kwietnia 2015

DOUBLE IPA CIESZYŃSKIE

Bracki Browar Zamkowy w Cieszynie od stycznia tego roku zowie się Browar Zamkowy Cieszyn. Mimo, że nadal należy do wicelidera rynku piwnego (Grupy Żywiec) to został z niej formalnie i strukturalnie wydzielony, aby móc skuteczniej konkurować ze stale rosnącymi w siłę browarami regionalnymi, rzemieślniczymi i kontraktowymi. Niezależny finansowo browar w Cieszynie ze zmienioną nazwą, Zarządem, dyrektorem i przede wszystkim strategią, próbuje podjąć rękawicę rzuconą koncerniakom przez cieszące się coraz większą popularnością nowofalowe inicjatywy.
Jedną z sześciu nowości z Cieszyna jest właśnie Double IPA Cieszyńskie, które niemal od razu skojarzyło się wszystkim z Grand Championem Festiwalu Birofilia 2013, czyli Brackim Imperial IPA, które też przecież było uwarzone w tym browarze. Pojawiły się nawet spekulacje, że może to być to samo piwo! Osobiście bardzo wątpię w tą teorię, świadczą o tym choćby inne parametry (Brackie Imperial IPA 18,5°Blg, Double IPA 18°Blg), aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że Grand Champion 2013 mógł w jakiś sposób zainspirować nowe władze Browaru Zamkowego Cieszyn. Dość powiedzieć, że Brackie Imperial IPA było takim hitem sprzedażowym, że pierwszy raz w historii GCH uwarzono je dwukrotnie!


Cieszyńska świeżynka generuje sporych rozmiarów pianę o barwie przybrudzonej bieli. Szkoda tylko, że ta puchowa kołderka nie jest pierwszego sortu – okropnie się dziurawi i sumarycznie szybko idzie ku dołowi, nieznacznie tylko oblepiając szkło.
Piwo jest wyraźnie mętne, a jego kolor niejednemu może się spodobać – soczyście bursztynowo-miodowa barwa wydaje się do nas krzyczeć „napij się mnie”.
Zanim ulegnę tym namowom muszę jednak powąchać. Mój doświadczony kinol mówi mi, że mamy tu całkiem niezły okaz, porządnie „zainfekowany” jankeskimi lupulinami. Chmiel zza oceanu wprowadził tu cichaczem miłe dla powonienia kwaskowe cytrusy (limonka, grejpfrut) wspomagane z lekka przez akcenty tropikalne w postaci mango i liczi, a także bardziej europejskie owoce jak na przykład brzoskwinia, czy morela. Przy drugim akordzie wyczuwam natomiast subtelną woń nader przyjemnego słodu typu herbatnikowego, polanego z góry niewielką ilością karmelu. Dopiero przy zupełnym ociepleniu się piwa można wyczuć delikatne, wręcz autosugestywne cienie alkoholowe, które i tak w żaden sposób tu nie szkodzą.

niedziela, 19 kwietnia 2015

FABRYKA PIWA OD KUCHNI - WYWIAD

Już od jakiegoś czasu w sieci pojawiały się przecieki o debiucie nowego browaru kontraktowego o nazwie Fabryka Piwa. Specjalnie dla Was przygotowałem wywiad z Marcinem Krzystankiem, w którym po raz pierwszy podana została data i miejsce oficjalnej premiery browaru oraz wiele innych ciekawostek i faktów związanych z początkiem działalności Fabryki Piwa. Zapraszam do lektury!


Marcin może na początek dowiedzmy się ile osób stoi za projektem Fabryka Piwa i kto jest za co odpowiedzialny?

Marcin Krzystanek - Początkowo dwie osoby - ja oraz Wojtek Warzyszyński (mój teść). Jasnym jest, że biorą w tym udział w większym lub mniejszym stopniu także nasze żony. Myślę, że za jakiś czas będziemy potrzebowali kogoś dodatkowego, ale na razie chcemy po prostu wystartować. Wojtek odpowiada za warzenie i fizyczne doprowadzenie naszych planów do skutku. Ja za PR, kontakt z mediami i sprowadzanie składników niedostępnych w Polsce. Razem staramy się wypracować receptury, strategię, etykiety, … jest tego dużo.


Powiedz mi zatem kiedy i w jakich okolicznościach zrodził się pomysł, by założyć własny browar?

MK - Wiosną 2013 roku w Stanach moi teściowie odwiedzili nas podczas mojego pobytu w Bostonie. Omawialiśmy sytuację na rynku i padł taki pomysł. Niestety z różnych względów zaczynamy dopiero teraz.


A skąd się wzięła nazwa Fabryka Piwa? Czy była to żmudna droga ewolucji różnych koncepcji, czy ktoś po prostu rzucił hasło i tak zostało?

MK - Jeżeli chodzi o samą nazwę, to wymyśliłem ją ja. Wymyśliłem też wiele innych, może bardziej tradycyjnych. Pytaliśmy znajomych (również anglojęzycznych) co o tym sądzą, bo kiedyś w przyszłości chcielibyśmy sprzedawać też poza Polską, ale wszystkim podobała się niezmiennie "Fabryka Piwa”. Okazuje się, że wyraz “piwo” przywołuje skojarzenia nawet osobom anglojęzycznym, więc postanowiliśmy, że tak zostanie.

Wiem, że Wasza działalność nie polega tylko na warzeniu piwa. Czym jeszcze zajmuje się Wasza firma?

MK – Konsultingiem i dostarczaniem sprzętu browarniczego dla minibrowarów. W tej chwili pomagamy w browarze w Szczyrzycu, są też nowe propozycje, ale nie mogę nic ujawniać.

Rozumiem. Warzenie zaczynacie w malutkim browarze restauracyjnym Marysia, ale nie jest tajemnicą, że będziecie przenosić się do nowego Browaru Cystersów w Szczyrzycu. Kiedy to nastąpi?

MK - Oby jak najszybciej, mamy nadzieję, że już pod koniec kwietnia 2015 roku browar ruszy, a pierwsze próbne warzenia odbędą się zapewne jeszcze wcześniej.

Czyli już niedługo, a dlaczego akurat tam się ulokowaliście?

MK - Ciężko jest w tej chwili o browar, warzący dla kontraktowców w dobrych warunkach i rozsądnej cenie. Takie miejsca są już najczęściej pozajmowane. Szukaliśmy browaru do produkcji od dłuższego czasu i właśnie w Szczyrzycu znaleźliśmy browar o wielkości odpowiadającej naszym potrzebom, który będzie spełniał wysokie standardy jakości.

Czy w dalekich planach jest budowa własnego browaru?

MK - Oczywiście, tak było od początku, ale rynek zmienia się tak szybko, że nie wiadomo co przyniesie przyszłość. Pozostaje chyba tylko robić swoje, czyli dobre piwo :), a czas pokaże.


Kiedy zatem możemy spodziewać się premiery pierwszych piw i co to będą za piwa?

MK - Pierwsze trzy piwa tak naprawdę miały już swoją prapremierę w kilku pubach w Polsce, ale tylko w kegach. Są to: Deep Space (Foreign Extra Stout), Summer Memories (American Wheat) oraz Hoppy Hours (AIPA). Nasza zupełna nowość Bok Bok (Doppelbock) będzie miała premierę wraz z oficjalną premierą browaru na Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa 1 maja 2015. Bok Bok oraz butelkowe wersje pozostałych trzech piw będą  już wtedy dostępne również w innych miejscach w kraju.



Planowaliście wystartować w drugiej połowie marca. Dlaczego debiut przeciągnął się aż do maja?

sobota, 18 kwietnia 2015

HOP ARTIFACT

Dzisiaj miałem wielką ochotę napić się jakiegoś dobrego piwka, koniecznie czegoś z nowości. Wybór mógł być tylko jeden – Hop Artifact w stylu Cascadian Dark Ale z Browaru Bednary. Nie dość, że CDA/Black IPA to jeden z moich najulubieńszych rodzajów piwa, to z pewnością mało kto je jeszcze pił – jego premiera odbyła się tydzień temu podczas Targów Piwowary w Łodzi. I ja tam byłem, jadłem, piłem i.....
W Łodzi bodajże trzykrotnie częstowałem się próbką (125ml) tego piwa, tak bardzo mi smakowało. Zresztą mało było innych ciekawych piw, ale to już inna kwestia. Faktem jest, że Targi trwały trzy dni, a piwa tego zabrakło już drugiego dnia. Sam widziałem dość długie kolejki Homo Sapiens spragnionych nowalijki z Browaru Bednary.
Hop Artifact jest tradycyjnym Black IPA, próżno szukać w nim jakichś odjechanych dodatków typu pył księżycowy, sproszkowany róg jednorożca, odchody diabła tasmańskiego, czy krew smoka wawelskiego. Jedyną rzeczą o której mógłbym tu wspomnieć, to wywodząca się z Japonii odmiana chmielu Sorachi Ace, która może nie jest u nas zbyt popularna, ale już kilka piw się pojawiło z tym chmielem. 


Świeżynka z Bednar ma iście królewską prezencję. Piwo pieni się bardzo obficie – piana jest okrutnie trwała i puszysta, zbudowana z mieszanej wielkości pęcherzy, a jej barwa przypomina kawę z mlekiem (taki ciemny beż). Do tego w przepiękny sposób oblepia ścianki – krążkowanie pierwsza klasa!


Kolor piwa jest w zasadzie idealnie czarny i nieprzejrzysty. Nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najciemniejszych CDA jakie piłem, w zasadzie jego barwa niczym nie różni się od stoutu.
W smaku trunek jest bardzo kremowy, dość gęstawy i nadspodziewanie gładki – piwo wolno i łagodnie sunie po języku. W pierwszym akordzie dopada nas jednoczesne uderzenie sporej dawki cytrusów i średnio mocnej kawy, wpieranej przez wyraźną paloność oraz niemałe pokłady ciemnych słodów. Dopiero po chwili w to wszystko włącza się ciemna i gorzka czekolada oraz nader wyrazista chmielowość typu ziołowego (zapewne to efekt Marynki). W tle majaczą niewyraźne i szybko przemijające akcenty owoców tropikalnych. Finisz natomiast obfituje w solidną i mocną, ale chyba trochę zbyt długo zalegającą goryczkę, która jest wypadkową palonego słodu i chmielu. Z biegiem czasu owa gorycz coraz bardziej przykrywa pozostałe niuanse i staje się przez to lekko męcząca (hop headzi powinni być zadowoleni).

czwartek, 16 kwietnia 2015

SZYBKI WYPAD DO ŁODZI


W minioną sobotę ruszyłem swój szanowny tyłek i za pomocą środka lokomocji zwanego carpoolingiem znalazłem się w Łodzi. Aż dziw bierze, że pomimo stosunkowo niedużej odległości (140 km) dzielącej moje domostwo od tego zabytkowego miasta, byłem w nim dopiero po raz drugi (nie licząc przesiadek na dworcu kolejowym).
Powodem tego wypadu były w sumie dwa wydarzenia związane z piwem rzecz jasna. Pierwsze to Targi Piw Regionalnych PIWOWARY, a drugie to Gala Bractwa Piwnego.

 

Targi Piw Regionalnych PIWOWARY


Druga edycja łódzkich Targów piwa pokazuje, że nawet w dobie piwnej rewolucji są jeszcze imprezy, gdzie prawdziwy beer geek, piwny fetyszysta, czy hop head nie ma czego szukać. Ale po kolei.
Na Targi (Hala Expo w centrum Łodzi) dotarłem równiutko o 16, po ponad półgodzinnym sprincie (szybkim marszu) przez niemal pół miasta. A że pogoda była zdecydowanie bardziej czerwcowa, niźli kwietniowa, to pić mi się chciało niemiłosiernie. Zdyszany i nieco spocony zakupiłem szybko wejściówkę za kwotę 13 PeeLeNów. W cenie biletu dawali trzy żetony, które można było wymienić na każdym stoisku na trzy dowolne próbki piwa (tylko z nalewaka) o pojemności 125ml. Pomyślałem sobie, że jak na „piwny festiwal” przystało, nie wypada mi pić piwa z plastiku, toteż przy wejściu dokupiłem sobie „szkło festiwalowe” za 7 zeta – mini kufelek o ww. pojemności, identyczny jak na Birofilii 2011 w Żywcu, który mogłem przecież wziąć z domu (siódemkę bym był do przodu ;p). 


Jeśli miałbym opisać w kilku słowach moje odczucia po wejściu na Piwowary, to byłyby to słowa: bieda, zażenowanie, rozczarowanie, konsternacja, niezadowolenie, zmieszanie. Oczywiście wiedziałem już wcześniej jakie tu będę browary i poniekąd znałem też program, ale czytane literki na komputerze chyba do mnie nie dotarły w wystarczającym stopniu. Żebyście dokładnie znali skalę tej imprezy wymienię teraz piwne przybytki według nieprzypadkowej kolejności: Bednary, Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy, Kormoran, Fortuna, Cornelius, Bierhalle Manufaktura Łódź, Perła, Witnica, Browar Koreb, Velkopopovicky Kozel (KP), JAKO, Browar Czarny Kot (Dionizos) oraz słynny już EDI.
Targi były na tyle małe, że można było obejść wszystkie „stoiska” dosłownie w pięć minut. Nie wiem, czy jest to efekt nieudolności organizatorów, braku zainteresowania ze strony browarów, czy też może zbyt małej powierzchni wynajętego pomieszczenia, bo sama hala z zewnątrz wyglądała na bardzo duży obiekt. Moim zdaniem jednak nawet na tym metrażu, który był wygrodzony spokojnie zmieściłoby się jeszcze kilku wystawienników. 


Każdy wie, że również w sobotę odbywała się we Wrocławiu druga edycja Beer Geek Madness, toteż siłą rzeczy niektóre browary nie mogły się rozdwoić (chociaż chyba i tak by nie chciały). Na BGM swoje wyroby prezentowało 12 polskich karftowców, a przecież liczba ta stanowi mniej niż połowę wszystkich godnych uwagi browarów rzemieślniczych i kontraktowych w Polsce. Więc teoretycznie pozostali mogli przyjechać do Łodzi, ale jakoś nie przyjechali. Może nie chcieli, a może nie dostali zaproszenia, a może jedno i drugie – ciężko powiedzieć. Tak, czy siak odczuwałem bardzo duży niedosyt w tym aspekcie.

Wiem, że zgodnie z nazwą są to Targi Piw Regionalnych (nie rzemieślniczych), ale skoro zaproszenie dostali tacy rzemieślnicy jak Browar Bednary i Jan Olbracht z Piotrkowa Trybunalskiego, to znaczy że organizator (firma Interservis) sam do końca nie wie, na czym się skupić. Wróćmy jednak do faktów.
Po obejściu wszystkich stoisk i zakumaniu całej tej nieciekawej dla mnie sytuacji, moje nogi jak na automatycznym pilocie skierowały mnie do Browaru Bednary, gdzie uraczyłem się premierowym Black IPA o nazwie Hop Artifact. Musiałem szybko uzupełnić elektrolity, więc nawet za bardzo się na nim nie skupiłem, ale wiem, że było dobre. Za kolejne żetony kosztowałem próbki specjalności z Jana Olbrachta – bardzo duże wrażenie zrobił na mnie np. Weizenbock. Całkiem przez przypadek udało też mi się skosztować premierowego Double Weizenbocka z restauracyjnego Bierhalle z Łodzi (też dobry, ale nieco gorszy niż ten z Olbrachta). Z ciekawości i nudów podszedłem też do Corneliusa (nie mieli nic, co bym nie pił), Fortuny (tutaj podobnie) i Kormorana, bo liczyłem na Rosanke niestety nie ma go jeszcze w sprzedaży. Jednorazowo udałem się też w stronę Koreba, żeby zakupić do domu (na bloga) ichnią ajpę, co też uczyniłem.
Tak więc w sumie moje kursowanie ograniczało się tylko do trasy Bednary-Jan Olbracht. Niestety - ku mojej dezaprobacie - właśnie do tych dwóch przybytków kolejki były największe (i jeszcze do Kormorana). Co ciekawe, również sporo ludzi ustawiało się do EDIego i Czarnego Kota z Radomia! Biedni ludzie, chyba nie wiedzieli co ich czeka. Najbardziej szkoda mi było jednak Perły, która świeciła pustkami, zarówno jeśli chodzi o klientelę jak i asortyment (a w sumie to dobrze im tak ;p).

Poza piwną ofertą w sobotę na Targach były prowadzone dwie piwne prelekcje. Niestety w języku angielskim, bo prowadzący je byli członkami EBCU, którzy przyjechali na Galę Bractwa Piwnego, ale o tym poniżej. Jeden wykład charakteryzował piwa belgijskich Trapistów, a drugi nowofalowe piwa irlandzkie. Był też Kurs Kiperski prowadzony przez Maćka Chołdrycha, ale tu były już zapisy (przez internet), gdzie decydował refleks oraz zapewne łut szczęścia. Tylko osiemnastu szczęśliwców mogło w ramach wejściówki skorzystać z tego kursu. Ja jakoś specjalnie nie żałowałem mojej absencji w tym wydarzeniu, bowiem już dwa razy uczestniczyłem w podobnym evencie. Aha, był jeszcze warsztat otwarty odnośnie warzenia piwa w domu oraz gotowanie piwnych potraw przez Roberta Makłowicza.

wtorek, 14 kwietnia 2015

SO FAR, SO DARK

Piwne współprace, zwane w branży kooperacjami zdają się być na topie. Nasi krajowi rzemieślnicy w myśl zasady „razem raźniej”, coraz częściej zapraszają się do wspólnego warzenia i odważnie eksperymentują. Zresztą nadmieniałem o tym niedawno w tekście pt. ”Trendy w polskim piwowarstwie”.
So Far, So Dark to efekt zamysłu dwóch z trzech najstarszych polskich kraftowców, które de facto powstały w tym samym roku (2012) – Atrezana i AleBrowaru. Piwo zostało uwarzone w Gościszewie i wlane do przepięknie malowanej butelki, z której zapewne kolekcjonerzy etykiet nie będę zadowoleni (może zaczną kolekcjonować butelki?). Wszystkie piwa kooperacyjne AleBrowaru mają występować w takich butlach, a motywem przewodnim serii Hop Heads & Friends jest tematyka morskich głębin, co mogliśmy już zaobserwować przy debiucie piwa Deep Love.
Co ciekawego oprócz hipsterskiego i odlotowego opakowania ma do zaoferowania ten wzmocniony porter angielski? Otóż z niestandardowych dodatków mamy tu kawę oraz lukrecję. Aha i jeszcze hamerykański chmielowy pocisk zwany Tomahawk, który rzecz jasna jest oponentem do brytyjskiego stylu Robust Porter


Piwo pieni się niemiłosiernie i to przy względnie niewysokim wysyceniu. Musiałem sporo odczekać, by napełnić szklankę po brzegi. Średnio pęcherzykowa piana jest bardzo ładna, beżowa, puszysta i niebywale trwała – skubana utrzymuje się dłużej na powierzchni niż niejeden zawodowy pływak. Całkiem nieźle czepia się też szkła, za co dostaje ode mnie kolejne propsy.
Kolor piwa jest nieprzejrzyście czarny i bardzo przypomina w tym temacie irlandzkie stouty.
Biorę pierwszy łyk i już wiem, że będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Moje podniebienie zostaje obmyte cudowną mieszanką łagodnej kawy połączonej z lekko gorzką czekoladą, posypaną z góry niewielką ilością wiórków lukrecjowych. Po chwili do głosu dochodzi także nieco palonych słodów, okraszonych lekką nutką popiołu i akcentów kwaskowych dla kontrastu. Finisz został zwieńczony dość lekką, bardzo szlachetną i nader przyjemną goryczką o kawowo-palonym rodowodzie. Całość z początku wydaje się być nieco słodkawa, jednak po dłuższym obcowaniu z piwem staje się idealnie słodko-gorzka. Super się to pije!

niedziela, 12 kwietnia 2015

GRYBOWSKIE PEREGRYNACJE CZĘŚĆ I


Takiego prezentu na Święta Wielkanocne od Browaru Grybów (przepraszam – od Browaru Pilsweiser) to się nie spodziewałem. Nie tak dawno temu dotarła do mnie zupełnie niespodziewana, dość sporych rozmiarów paczuszka wypełniona po brzegi dziesięcioma różnymi piwami z wyżej wymienionego przybytku. W sumie piw było dwanaście, ale dwa się powtarzały.
Co prawda grubo ponad pół roku temu podawałem (zatrudnionej przez Grybów) agencji pijarowskiej ŁubuDubu (nazwa w dechę!) swój adres w celu jak to określono „otrzymywania piwnej korespondencji”, ale myślałem, że temat już dawno odszedł do lamusa.
Tak, czy siak – dzięki wielkie. Nie żebym był jakimś fanem browaru z Grybowa, ale wiadomo, że każdy człek na tym padole lubi dostawać gifty, więc chcąc, nie chcąc cieszę się.

Warto w tym miejscu nadmienić, że w ostatnim czasie Browar Pilsweiser w końcu (po 9 latach) wyszedł na prostą i osiągnął zysk netto, poza tym zmienił nieco swój image, zatrudnił ŁubuDubu (!!!) i coraz śmielej zaczyna robić wokół siebie szum, o czym świadczą chociażby relacje z piwnymi blogerami.
„W 2014 r. Browar Pilsweiser przeprowadził proces całościowego rebrandingu. Złożyły się na niego m.in. nowy całościowy system identyfikacji wizualnej browaru, nowe logotypy, zmiana i ujednolicenie nazw poszczególnych piw i ich etykiet, wprowadzenie jednej marki parasolowej PILSWEIZER, oraz stworzenie kilku głównych linii produktowych, wyróżnionych dodatkowo kolorystyką butelek. Uruchomiona została także nowa strona korporacyjna browaru: www.pilsweiser.com”.

Powiem tak – w całym swoim dotychczasowym życiu tylko trzy razy piłem wyroby tego browaru, w tym walnąłem jedną „reckę” na bloga (Wujek Sam AIPA). Mając na uwadze powszechnie panującą opinię o produktach tego małopolskiego producenta, był to wybór jak najbardziej świadomy i przemyślany. Cóż mam jednak począć, gdy trunki wraz ze świątecznymi życzeniami podsyła mi sam współwłaściciel browaru, Dyrektor Marketingu, Członek Zarządu – Andrej Chovanec?

Pierwsze na co należy zwrócić uwagę w całej tej sprawie, to duża odwaga Pana Andreja i całej ekipy browaru. Wiem, że paczki zostały rozesłane do wielu piwnych ‘blogierów’, a znając cięty język, zgryźliwość i prostolinijność niektórych z nich, myślę że mogą posypać się sowite gromy odnośnie zawartości rzeczonych podarków (bloger to cwana bestia i na da się go wziąć na litość).
Nie jest tajemnicą, że oprócz Wujka Sama, który de facto jest już historią, Browar Grybów z piwną rewolucją i nowofalowym piwowarstwem w zasadzie nie ma nic wspólnego.
W moim zawiniątku znalazło się prawie, że całe obecne portfolio tego producenta, z czego poszczególne piwa już na pierwszy rzut oka wydawały się do siebie bardzo podobne. Postanowiłem więc to sprawdzić.

Pilsweizer Grybów to klasyczne jasne piwo dolnej fermentacji, niczym nie wyróżniające się na tle innych trunków tego kalibru. Ładny złocisty i klarowny kolor, niezbyt oszałamiająca piana o białej barwie, średniej ziarnistości i szybkim tempie opadania.
W aromacie prym wiedzie dość przyjemna nuta słodowa oraz słodkie biszkopty, wspomagane przez cienie ulotnego chmielu i trawy. W tle egzystuje stonowana zbożowość oraz niuanse chlebowe. Jestem miło zaskoczony intensywnością doznań zapachowych, jak i poziomem ich zróżnicowania.
W smaku piwo jest nieco wodniste, typowo słodowe i słodkie. Jego lekka i prosta konstrukcja jest na wskroś jednowymiarowa, i to nawet pomimo dość licznych niuansów chlebowych. Tłem płynie bardzo delikatny mokry karton, a finisz zakończony jest szczątkową goryczką, która w sumie nic tutaj nie wnosi.
Całość jest półpełna w smaku i w miarę treściwa, dzięki dużej dawce słodkawego słodu. Pijalność natomiast jest całkiem niezła – bez problemu można wypić do samego końca.
ALK.5,7%, 12° Blg, pasteryzowane, filtrowane
OCENA: 6/10
CENA: paczka od producenta
                                                       TERMIN WAŻNOŚCI: 15.06.2015

Od początku wietrzyłem spisek w kwestii piwa Pilsweizer Exclusive – identyczne parametry i kolor co Pilsweizer Grybów nie mogły być tylko zwykłym zbiegiem okoliczności. Mimo, że piwo to pochodzi z serii ekskluzywnej i jest wlane do białej butelki, to smakuje identycznie jak trunek powyżej!
Exclusive jest piwem dość mętnym, więc zakładam, że jest niefiltrowane, choć oficjalnie nie ma na ten temat żadnej informacji. Drugim czynnikiem, który je nieco dywersyfikuje od P.Grybów jest wyraźne utlenienie – mokry karton dużo bardziej daje tu się we znaki, poza tym pojawiają się też intensywne nuty miodowe. Reszta niuansów zapachowych pozostaje bez zmian. Różnice w aromacie zapewne wynikają z tego, że oba piwa pochodzą z różnych warek (jak wiadomo warka warce nie równa) i to drugie akurat było bardziej utlenione.
Fakt – piwo ma wadę, ale akurat utlenienie (zależy jeszcze jakie) zazwyczaj jest tego typu wadą, która mi nie przeszkadza zbytnio w opróżnieniu kufla.
ALK.5,7%, 12° Blg, pasteryzowane
OCENA: 5/10
CENA: paczka od producenta
                                                       TERMIN WAŻNOŚCI: 20.10.2015

Pilsweizer Svejkove to niefiltrowany strong lager, który cechuje się wyraźną mętnością oraz złotawym kolorem. Tuż po przelaniu piwo okryło się średnio wysoką kołderką białej i drobno ziarnistej piany, która zaczęła bardzo szybko opadać. Kilka minut i ślad zupełnie po niej zaginął. O jakimkolwiek lacingu można było tylko pomarzyć.
Średnio intensywny aromat w zasadzie nie ma nam nic do zaoferowania oprócz wyraźnych cech słodowych, delikatnych nut chlebowych, zbożowych i bardzo słabych niuansów chmielowych w tle. Co jakiś czas pałętał się tutaj także delikatny mokry karton. Całość w sumie nie jest najgorsza, ale uczciwie trzeba też powiedzieć, że chwilami zapach wydawał mi się nieco stęchły i zleżały.
W smaku Svejkowe jest średnio wysycone, okropnie jednowymiarowe, typowo słodowe i przez to dość słodkie. Słód w tym przypadku ma towarzysza w postaci cieni chlebowych, herbatników i biszkoptów, które to de facto pochodzą od słodu właśnie. Chmielu brak, podobnie jak goryczki.
Piwo posiada średnią pełnię, a dzięki wyraźnej słodyczy jest nader treściwe. Z pijalnością nie jest jednak tak źle, jak mogłoby się wydawać. Mimo prostej jak cep konstrukcji, piwo zbytnio nie męczy i nie jest ciężkie w odbiorze. Spokojnie da się wypić, a co najważniejsze nie ma wad typu diacetyl, czy DMS.
ALK.6,8%, 14° Blg, pasteryzowane, niefiltrowane
OCENA: 6/10
CENA: paczka od producenta
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.12.2015

piątek, 10 kwietnia 2015

WRĘŻEL DIPA

Na obecną chwilę przedostatnim piwem z Browaru Wrężel jest DIPA (Double India Pale Ale). Wbrew powszechnie panującym trendom nie jest to jednak podwójna American IPA, lecz podwójna New Zealand IPA, gdzie role pierwszoplanowe  powinien grać chmiel Rakau i Waimea oraz niemiecki Magnum. Nie są one może taką petardą cytrusów i tropików jak ich amerykańscy kuzyni, lecz kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nowa fala to tylko Stany Zjednoczone Ameryki.
Browar Wrężel jak do tej pory to bardzo mocny zawodnik na polskiej scenie rzemieślniczej. Każde ich piwo to górna półka polskiego craftu, na której nigdy się nie zawiodłem.
Stali czytelniczy wiedzą, jak bardzo lubię wszelakie objawy APA, AIPA, BIPA, czy IIPA/DIPA. Ludzi kochani przecie każdy przedszkolak od dawna już wie, że nowofalowe odmiany chmielu robią robotę!
Bez ogródek więc powiem, że DIPA od Wrężela, mająca goryczkę na poziomie 92 IBU to nielichy zawodnik, mogący powykręcać gębę niejednemu fanatykowi sowitej goryczki. Czy ze mną tak właśnie się stanie?


Niemal wszystkie trunki od Wrężela mają iście królewską pianę i nie inaczej jest z DIPA. Kremowej barwy czapa rośnie do bardzo okazałych rozmiarów i skubana w ogóle nie chce opadać. Sporo trzeba było czekać na możliwość dolewki. Jej struktura jest średnio ziarnista, a konsystencja puszysta i trwała. Do tego w przepiękny sposób zdobi ścianki – naprawdę rewelacja.
Piwo jest lekko mętne, a jego kolor to połączenie miedzi i bursztynu. Wysycenie optymalne, czyli na średnim poziomie intensywności.
Na, a jak tam zapaszek? No z przykrością muszę stwierdzić, że tym razem szału nie ma. Dominantą jest tutaj potężna dawka słodu, wspierana po bokach przez biszkopty i dość solidny karmel. Co gorsza przypałętał się tu ten nieszczęsny diacetyl (masełko jest nader wyraźne). Spodziewanej Nowej Zelandii natomiast jest raczej niewiele, gdzie niegdzie tylko spośród morza słodu, karmelu i masła wynurza się jakiś cytrus, czy tropik w postaci mango i liczi. O jakiejkolwiek żywicy, czy iglakach można tylko pomarzyć. Nie mrzonką, lecz rzeczywistością jest za to alkohol, który na swój sposób drażni moje górne drogi oddechowe. Nie jest to jakaś wielka tragedia, ale trzeba otwarcie przyznać, że jest słabo.

środa, 8 kwietnia 2015

POJEDYNEK MISTRZÓW - "COLA FIGHT"


Wydawać by się mogło, że temat radlerów został już dawno wyczerpany, bo przeróżnych wersji napojów typu shandy jest u nas od cholery. Jak się jednak okazuje – nic bardziej mylnego. Koncerny widząc, że ten segment rynku piwnego nadal rozwija się najszybciej i w dwóch ostatnich latach jest główną siłą napędową największych w kraju ‘korpobrowarów’, w grze o tron postanowiły wprowadzić do gry nowego zawodnika – piwo z colą. Oczywiście zgodnie nomenklaturą, którą wymyślił Franz Xaver Kugler w 1922 roku radler to połączenie piwa i lemoniady (zazwyczaj cytrynowej). Mogę co prawda machnąć ręką na radlery np. jabłkowe, czy limonkowe, ale żeby miks piwa i coli nazywać radlerem, to chyba lekkie nadużycie. Oczywiście tyczy się to tylko napoju z Okocimia, bowiem nowy „leszek” został nazwany jak najbardziej poprawnie.
Czemu więc diesel? Zapewne kolor tej nieszczęsnej mieszaniny skojarzył się komuś z ciemnym płynem napędzającym nasze rechoczące „powozy” i tak już zostało. Dolewanie coli do piwa kilkanaście lat temu wymyślili nasi zachodzi sąsiedzi, skąd moda to powolutku rozlała się również na inne piwne podwórka. Kilka tygodni temu dotarła również nad Wisłę.


Powiem szczerze, że z początku nie miałem w planach kalać moich kubków smakowych (nawet w celach blogowych) tymi wynalazkami, ale gdy dowiedziałem się, że na rynku niemal jednocześnie pojawiły się dwa diesle, postanowiłem zrobić bezpośrednią konfrontację i sprawdzić dla Was i za Was, czy w ogóle sprawa jest warta jakiegokolwiek zachodu. No i przede wszystkim rozstrzygnąć, które z nich jest lepsze. Tak więc do dzieła!

Lech Ice Diesel

(piwo 50%, napój o smaku cola 50%). Wynalazek z Kompanii Piwowarskiej ma miedziano-brązową barwę z nielicznymi rubinowymi refleksami. Piana o barwi ecru jest średnio obfita i drobna, lecz jej żywot kończy się nader szybko. Nie ubolewam jednak nad tym zanadto, bo piana bynajmniej nie jest tym, czego bym najbardziej oczekiwał po miksie piwa z colą.
W aromacie zapachu piwa nie uświadczymy – mamy za to dość intensywny zapaszek znany z każdego napoju typu cola, za który odpowiadają przede wszystkim orzeszki (nasiona) drzewa kola i liście koki. Na drugim planie z łatwością można wychwycić nuty karmelu, ulotnego toffi i cukru kandyzowanego. W ślepym teście twierdziłbym, że to lekko rozwodniona Coca-Cola, czy inna Pepsi.
Lech Diesel jest co najwyżej średnio nasycony CO2, a jego smak jest lustrzanym odbiciem wrażeń zapachowych – smak coli, karmelu i cukru brązowego. Gdzieś tam daleko w głębi, na granicy autosugestii majaczy subtelna słodowość. Całość jest słodka, chwilami nawet zalepiająca i zadziwiająco mało rześka, bowiem piwo nad wyraz szybko się wygazowało.
OCENA: 3/10
CENA: 3,49ZŁ (Carrefour)
ALK.2,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 25.08.2015
KOMPANIA PIWOWARSKA

Okocim Radler Cola z Limonką

(piwo 45%, napój o smaku cola 55%). Kolor tej mieszaniny jest w zasadzie identyczny jak tej powyżej, czyli jest to kolaż brązu, miedzi i rubinu. Natomiast sama piana jest już wyraźnie jaśniejsza i przypomina przybrudzoną biel lub lekką szarość. Jej struktura jak i żywotność jest bardzo podobna jak u kolegi z konkurencji (nie ma się nad czym rozwodzić).
Aromat jest chyba trochę lepszy niż w Lechu. Jego intensywność jest nieco większa, co jest zrozumiałe, bo tu jest więcej coli. W sumie jednak nie o samą wyrazistość chodzi – tutaj silniej objawiają się brązowe klimaty, czyli karmel i cukier kandyzowany, przez co całość jeszcze bardziej oddala się od jakichkolwiek typowo piwnych niuansów, a zbliża do Pepsi Twist, ponieważ w tle machają do nas delikatne cytrusy z cytryną i limonką na czele.
Na korzyść dla Okocimia jest również dużo większe wysycenie, dzięki czemu specyfik ten jest zdecydowanie bardziej rześki i orzeźwiający niż trunek z KP.
W smaku także nie ma zaskoczenia – coca-cola wdzięcznie pieści moje podniebienie, skutecznie oszukując moje zmysły, które już zapomniały, że 45% tego wywaru to jasne piwo. Na szczęście tutaj cola została zaprawiona niewielką domieszką limonki, którą co ważne wyczuwam (choć nie ma jej dużo). Jej obecność wnosi fajną kwaskowość i dodatkową świeżość, której Lech Diesel jest niemal pozbawiony. Poza tym piwo nie jest tak słodkie i mdłe jak kamrat powyżej.
OCENA: 6/10
CENA: 3.10 (spożywczak)
ALK.2%
TERMIN WAŻNOŚCI: 13.08.2015
CARLSBERG POLSKA


Czarno na białym widać, że bezpośredni pojedynek zdecydowanie wygrał Okocim Radler Cola z Limonką. Moim zdaniem powodem tego była przede wszystkim sama limonka, jak również ogólnie większa rześkość, lepsze nasycenie oraz mniej słodki, cukrowy posmak.
Lepsze okazało się zatem piwo, w którym de facto jest mniej piwa. Może o to w tym wszystkim zatem chodzi? Żeby radlery organoleptycznie nie miały nic wspólnego z piwem.

Ps. Nadmieniam, że nie jestem i nigdy nie byłem fanem tego typu wynalazków. Nadal można nazywać mnie hop headem i beer geekiem. Oczywiście nie wypiłem całej zawartości tych dwu butelek, z czego bardzo była zadowolona moja lepsza połowa ;p

piątek, 3 kwietnia 2015

PIWNA KRONIKA - MARZEC 2015


Kurde jak ten czas zapindala! Trzeci miesiąc 2015 roku mamy już z głowy, a zatem najwyższa pora, by przybliżyć Wam garść najważniejszych informacji związanych z naszym krajowym piwnym podwórkiem.
Marzec jak zobaczycie poniżej, dość sowicie obfitował w piwne premiery, którymi bezustannie torpedują nas nasi kochani rzemieślnicy i nie tylko oni zresztą.
Nie można również zapominać o nowo powstałych browarach, które rodzą się chyba nawet szybciej myszy w środku lata ;p

 

Premiery

  • Browar Gościszewo powiększył swój dorobek o dwie pozycję – Drwal (lager chmielony Galaxy) oraz 55 Porter Bałtycki Wędzony, które jest piwem urodzinowym tego browaru.
  • Tyle samo dołożył od siebie Birbant. Mowa tu o Imperial Citra India Pale Ale (podwójna IPA single hop Citra) oraz Miss Big Foot w stylu Smoked Foreign Extra Stout.
  • Niedawno otwarty kontraktowy Browar Brodacz również zaliczył podwójną premierę. Na rynku pojawił się Pinki w stylu American Wheat i Americano w stylu American Rye.
  • Rudobrody Mag (APA single hop Simoce) to kolejny trunek z Chmielogrodu. Tym razem piwo zostało uwarzone jednocześnie w Browarze Piwna, jak i w Browarze Witnica!
  • Raduga natomiast wypuściła następne piwo inspirowane filmem – Naked City w stylu określanym jako Belgian IPA.
  • Warzący w Wąsoszu Browar Olimp dorobił się kolejnego bóstwa w swoim panteonie. Na świat przyszedł bowiem Apollo – AIPA single hop Amarillo.
  • W marcu aż trzy nowości zaprezentował Browar Bednary: 1) Sweet Boy (Milk Stout z wanilią), 2) Orange Machine (APA), 3) Kostamera (Oatmeal Stout leżakowany z opiekanymi płatkami dębowymi macerowanymi 6-letnim burbonem).
  • Pracownia Piwa natomiast przygotowała dla nas czteropak: 1) Smoky Deer (Smoked Red Ale), 2) Franca (Cascadian Dark Ale), 3) Rejbel (English IPA), 4) Andrus (Nelson Rye IPA).
  • Goldi Basset – tak brzmi nazwa drugiego piwa z kontraktowego Browaru Centralnego. Rzeczone piwo to Extra Special Bitter.
  • Perun w marcu zapodał kolejną nowinkę. Piwo zwie się Złoty Strzał, a uwarzono go w stylu Imperial IPA. Piwo ma goryczkę o wartości 100 IBU!
  • Browar Artezan wydał na świat dwie nowości. Jedną w kooperacji z AleBrowarem (So Far, So Dark w stylu Robust Porter z lukrecją i kawą) oraz drugą o nazwie Ostatni Projekt (żytni porter z płatkami z beczki po burbonie).
  • Warzący w Zarzeczu Browar Wrężel także dodał coś od siebie. Mam tu na myśli piwo Wrężęl DIPA (New Zealand Double IPA).
  • Marzec to miesiąc, aż czterech premier z Browaru Kraftwerk. Pierwsza to Heksa (Brown Porter), druga to Południca (Polish Black Saison z przyprawami), trzecia to Zabobon w kooperacji z Browarem Reden (wędzone Imperial India Brown Ale), czwartą zaś jest M16 (IPA z trawą cytrynową).
  • Browar Twigg z Krakowa wypuścił takie oto cuda: Red Bricks 51 w kooperacji ze sklepem Świat Piwa (Amber Ale), Młodości (APA) oraz Craft Beerweek Summer Ale.
  • Bazyliszek także nie próżnował w marcu, czego efektem jest Ulica Miodowa (Miodowe Ale), Cherryniaków (wiśniowe kwaśne Ale) i Lemingrad (European Pale Ale).
  • AleBrowar w końcu rozlał swoje amerykańskie Barley Wine. Piwo nosi nazwę Hard Bride.
  • Pinta natomiast wypuściła na rynek drugie piwo z serii Pinta Miesiąca – Raj z Rajs (podwójne ryżowe IPA single hop Galaxy).