sobota, 31 grudnia 2016

YAM YAM z BROWARU DEER BEAR



Dziś na blogu ląduje piwo, które w czeluściach mojej piwnicy trochę już postało. Od września tam pokutuje z myszami, pająkami wielkości mojej pięści i szczurami wokół. Postanowiłem zatem się nad nim w końcu zlitować. Zanim więc udacie się na sylwestrowe szaleństwa, chlanie do upadłego i takie tam - to przeczytajcie ten tekst, bo piwo jest dość niezwykłe.
Yam Yam od Deer Bear to White IPA jest. Białe IPA znaczy się. Białe, bo zawiera w składzie słód pszeniczny. Generalnie styl ten to hybryda, łącząca w sobie cechy belgijskiego Witbiera i hamerykańskiego IPA. Z witka, to tu raczej jest niewiele, bo nie ma kolendry, ani nawet skórek pomarańczy. Ale zostawmy to, bo piwo zadziwia czymś zupełnie innym – płatkami ryżowymi oraz liśćmi bambusa! Zaczynam się teraz zastanawiać, czy to piwo jest dla ludzi, czy może bardziej dla pandy wielkiej, co to łypie na mnie z etykiety. Swoje drogą bardzo pięknej i urodziwej etykiety. Już od samego patrzenia robi mi się dobrze, a co dopiero mówić jak będzie mi dobrze, gdy się napiję tego wynalazku. 


Właśnie wróciłem z „pleneru”. Jak zwykle łapy zmarzły mi na kość, ale takie hobby panie. Nic nie poradzisz. White IPA od jelenio-niedźwiedzia prezentuje się całkiem nieźle i to mimo słabej piany. W szkle można zaobserwować bardzo mętne piwo o cudnej pomarańczowej barwie. Piany jak mówiłem nie jest zbyt dużo, ale dzisiaj daruje sobie znęcanie się nad tym elementem.
Przejdźmy może od razu do smaku, bo ciecz naprawdę smakuje świetnie. Tak jak panda robiła mi dobrze, gdy się na nią gapiłem, tak teraz piwo robi mi dobrze w gardziołku, gdy je sobie popijam. Ciecz jest bardzo rześka, świeża, soczysta i owocowa. Słodkie owoce tropikalne – to one głównie robią tutaj robotę. Jest też wyraźna gęstość i słodycz pochodząca od słodu pszenicznego jak sądzę. Gdzieś tam w tle pojawia się też lekki cytrusik, ale sumarycznie nie ma go zbyt wiele. Mistrzem drugiego planu jest natomiast obszerna słodowa nuta. Naprawdę jej tu nie brakuje. Słód ma delikatnie opiekany charakter, poza tym majaczy mi tu też trochę karmelu, chlebka i biszkoptów. Dopełnieniem są łagodne echa żywicy oraz ziół. Całość została spięta miłą i sympatyczną goryczką o ziołowo-grejpfrutowym zacięciu. Goryczka jest średnio intensywna, krótka i szlachetna. Też robi mi dobrze ;)

piątek, 30 grudnia 2016

MIŁOSŁAW KLONOWY MILK STOUT



Browar Fortuna jaki jest każdy widzi. Głosy będą zapewne różne, ale moim zdaniem jest to jeden z najbardziej kreatywnych przybytków, jeśli o chodzi o tzw. segment browarów regionalnych. Oczywiście nie wszystko im zawsze wychodzi, ale przynajmniej coś próbują. Nie tak dawno pisałem nawet o nich artykuł z cyklu „Polskie Browary”, w którym to chwaliłem niektóre wyroby z Miłosławia.
Ich najnowszym nabytkiem jest Miłosław Klonowy Milk Stout, który to jest drugim piwem opatrzonym szyldem „Miłosław warzy śmiało”. Śmiałym składnikiem jest tutaj oczywiście syrop klonowy, tak więc sama nazwa w zasadzie mówi nam już wszystko. Nawet nie trzeba czytać składu, by wiedzieć z czym mamy do czynienia.
Miłosław Sosnowe APA nawet mi podeszło, a jak będzie z mlecznym stałtem?


Pisząc te słowa właśnie sobie popijam rzeczonego Milk Stouta. Piwo jest bardzo gładkie w smaku, aksamitne i dość słodkie. Ma trochę ciała, chociaż nie powiedziałbym, że jest tu aż 17,3 ballingi. Przeważa w nim mleczna czekolada wspierana przez kakao rozpuszczalne i tanie pralinki. Na dalszym planie mamy nuty łagodnej kawy ze śmietanką, trochę karmelu, nieco cukru kandyzowanego i akcenty prażonych słodów. Samej paloności jednak jest tu bardzo mało. Wysycenie jest bardzo niskie, co skutecznie podbija pijalność oraz gładkość. Piwo całościowo sprawia wrażenie ułożonego i wygładzonego. Coś jak facjata Ibisza po licznych zabiegach „kosmetycznych”. Wszystko jest tu takie grzeczniutkie, by nie powiedzieć stonowane.
Nowy Miłosław w szkle prezentuje się bardzo zacnie. Na czarnym jak noc piwie rośnie olbrzymich rozmiarów beżowa piana, przy czym opada ona naprawdę w ślimaczym tempie. Pierzynka jest drobna, zwarta i sztywna niczym bita śmietana na torcie urodzinowym Lady Gagi. Lacing jest obecny, ale nie jakoś strasznie okazały.

czwartek, 29 grudnia 2016

KONSTANCIN PORTER



Znacie mnie. Wiecie, że jestem zdrowo pieprznięty na punkcie porterów bałtyckich i ruskich stałtów. Ostatnio stanąłem dosłownie na głowie, aby być w posiadaniu nowości z Browaru Czarnków, tudzież Kamionki. Chodzi o piwo Konstancin Porter. O piwie napiszę za chwilę, bo wpierw muszę wyjaśnić zawiłości związane w producentem (zakładam, że nie każdy kuma tutaj czaczę). Otóż Browar Czarnków powstał w XIX wieku w miejscowości o wiadomej nazwie. W 2011 roku jego właścicielem została spółka „Browar Gontyniec”, która rozpoczęła też budowę własnego browaru w Kamionce. W między czasie firma ta zakupiła podwarszawski Browar Konstancin, w sumie tylko po to, by sprzęt tam zainstalowany wywieźć do Kamionki i tam zamontować w nowo wybudowanym browarze. Jakiś rok lub dwa lata temu firma ta zmieniła nazwę na „Browar Czarnków S.A.” (z siedzibą w Kamionce). Tak to w skrócie wyglądało. Obecnie z tego co mi wiadomo marki piwa Gniewosz oraz Noteckie powstają w Czarnkowie, a piwa Konstancin w Kamionce.
Wracając do rzeczonej nowości, napaliłem się na tego portera jak szczerbaty na sucharka. Trzymając już piwo w dłoni, z bananem na gębie zacząłem uważnie studiować etykietę. 24°Blg - bardzo dużo jak na ten styl, nawet więcej niż ustawa BJCP przewiduje. 8,3% alko – przy takim ekstrakcie niezbyt wiele, więc pewnie będzie słodko, bardzo słodko! W składzie prócz tradycyjnych słodów mamy takie cymesy jak: słód wędzony (szacun), suszona śliwka (podwójny szacun), słód carared (nice), jęczmień prażony (gitara), słód barwiący (a na cholerę mi to badziewie?) oraz uwaga…. drożdże górnej fermentacji!!! OMG! Cóż oni uczynili?! Jak oni mogli mi to zrobić?! Teraz przez co najmniej tydzień nie będę mógł zasnąć. 


Z technicznego punktu widzenia nie jest to porter bałtycki, choć wszystkie znaki na niebie, ziemi i etykiecie na to wskazywały. Oczywiście do sądu nie pójdę, bo zgodnie z prawem nigdzie na butelce nie ma słowa „bałtycki”, ale mieszkając nad Wisłą i patrząc na tak wysokie parametry, każdy kumaty beer geek dałby się pociąć w talarki, że to nasz piwowarski skarb Polski. A tu taki zonk :/

Mam pomysł – udam, że nie wiem nic o drożdżach i traktuję to piwo jak tradycyjnego baltic portera. Zaczynam je smakować. Pierwszy łyk, potem drugi. Kurde mocne jest. Tęgie jest. Gęste jak syrop jakiś. Bardzo gładkie, oleiste i aksamitne jak kozaki mojej żony. Czarne jak smoła, totalnie nieprzejrzyste jak rasowy RIS (słód barwiący się kłania). W ustach mam sporo słodyczy, a jednocześnie dużo bardzo mocnej kawy, palonych słodów i cholernie gorzkiej czekolady. Uff… dużo tego. Jest ostro, wyraziście i bezkompromisowo. Nieco w głębi spotykam na swej drodze gorzkie kakao, opiekany karmel, akcenty czekolady deserowej, niuanse suszonych owoców, a także nuty ciasta tiramisu oraz brownie. Wszystko jednak niknie pod naporem solidnej - jak japońskie samochody - goryczki, która naprawdę nieźle daje popalić. Goryczka o ziołowo-kawowo-palonym profilu jest niebywale mocna, ale zarazem dość krótka i szlachetna. Robi co trzeba i spiernicza w krzaki. Nasycenie jest średnie, optymalne. Alkohol jest nawet nieźle ukryty - coś tam łaskocze w przełyku, ale głównie to grzeje w kiszkach. W ustach natomiast prawie go nie czuć. Bardzo charakterne piwo, które nie bierze jeńców. Wow!

środa, 28 grudnia 2016

ZAWIERCIE TRIP cz.II - BROWAR NA JURZE



Jak już wiecie 14 grudnia byłem w gościach w Browarze Jana w Zawierciu. Pooglądałem, zdjęć napstrykałem, piwa popiłem. Jednak to nie koniec atrakcji, które czekały na mnie tamtego dnia. Tak się składa, że dzięki uprzejmości pani Anny Bugała udało mi upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Bowiem prosto z Browaru Jana udałem się do Browaru Na Jurze :)
Rzutem na taśmę, dosłownie dzień przed wyjazdem dogadałem się mailowo z panią Anną, która od wielu lat pełni tam rolę głównego technologa/piwowara.

Zwiedzanie zaczęliśmy od długiej rozmowy przy gorącej herbatce. Nasza pogawędka miała oczywiście miejsce w firmowej „Karczmie u Stacha”, na której skupię się jednak na koniec wpisu, bo na pewno warto temu lokalowi poświęcić kilka zdań. 


Na początek krótki łyk historii. Browar Na Jurze to rodzinne przedsiębiorstwo Ewy i Stanisława Piątek, które powstało w 1997 roku na bazie dawnej mleczarni. Browar szczyci się własnym, głębinowym ujęciem wody oraz używaniem do produkcji tylko naturalnych składników. Moce produkcyjne wynoszą ok 20 tys. hl rocznie, więc jest to raczej niewielki browar. Pani Ania wielokrotnie powtarzała mi, że jest to firma typowo rodzinna. Prócz właścicielki, która obecnie zajmuje się głównie papierologią, pracują tu także jej dzieci – Monika, Joanna oraz syn (imienia nie znam). Za warzenie piwa odpowiedzialna jest głównie Asia oraz oczywiście pani Ania. Bardzo byłem ciekaw czyim dziełem są piwa z tymi różnymi dziwnymi dodatkami. Otóż jak mi powiedziano poszczególne piwa są efektem kreatywności różnych osób, ale szczególnie Moniki. Jak komuś wpadnie do głowy jakiś szalony pomysł, to jest on wówczas konsultowany z resztą załogi, a po akceptacji przez wszystkich następuje jego realizacja. Wspomniany syn o nieznanych mi personaliach, bodajże wykonuje jakieś prace biurowe. 




Główna technolog w zasadzie mówiła mi to, co sam mogłem sobie wygooglować z neta, więc postanowiłem zadać jej kilka niewygodnych pytań ;) Poruszyłem na przykład kwestię warzenia kwachów, z których przecież browar ten słynie. Większość browarów nie chce nawet słyszeć o bakteriach Lacto w swojej instalacji, natomiast moja rozmówczyni otwarcie powiedziała, że nie boją się zakażeń. W miarę możliwości starają się oczywiście fermentować i leżakować kwaśne piwa w tych samych tankach, ale jeśli trzeba to kwachy zajmują też inne zbiorniki. Źródłem sukcesu jest tutaj odpowiednia sztuka mycia i wyjaławiania tych zbiorników (węże, złączki i zawory do kwachów są oddzielne). Polega ona na starej szkole dezynfekcji za pomocą dymu siarkowego, który w przeciwieństwie do jakiejkolwiek cieczy dotrze do każdego zakamarka. Ot i cała historyja. Nie zmienia to jednak faktu, iż mimo sprawdzonej formy sterylizacji, załoga Browaru Na Jurze to odważni ludzie. Pani Ania przyznała, że nie zawsze piwo wychodzi zgodnie z ich założeniami, ale nie wiem, czy ma to związek z warzeniem kwachów w różnych tankach, czy może raczej z tym, że nie każda nowość jest w celach testowych wpierw warzona w warunkach domowych (Sic!)




Po ponad półgodzinnej pogawędce w końcu udaliśmy się do browaru sensu stricto. Bardzo cieszę się i dziękują pani Ani za poświęcony mi czas, bo widać było wyraźnie, że nie miała ona go zbyt dużo. Dosłownie musiałem za nią biegać między tankami, by nie zgubić jej z oczu. Dzięki czemu w zasadzie nie miałem chwili, by w spokoju zrobić jakieś sensowne zdjęcie. Nie zdążyłem się nawet dobrze rozejrzeć, a już było po zwiedzaniu :( Na szczęście browar w tym czasie pracował pełną parą (w przeciwieństwie do Jana), więc cudem udało mi się chociaż zajrzeć do kadzi zacierno-warzelnej, do której wartkim strumieniem sypał się słód. Zapach zacieranego słodu, zawsze wprawia mnie w błogi nastrój. Uprosiłem jeszcze mojego „przewodnika”, by choć na chwilę zajrzeć do leżakowni.

wtorek, 27 grudnia 2016

YGGDRASIL z BROWARU WASZCZUKOWE



Ale se dziś piwo walnąłem. Przedziwne, cudaczne, fikuśne, pokręcone jak moje włosy na jajach, albo nawet włosy na jajach murzyna (oni mają jeszcze bardziej pokręcone). Jest to piwo z serii „nawet nie próbuj poprawnie wymówić jego nazwy, bo sobie jęzor połamiesz”. Gips murowany. Ja nawet nie próbowałem tego powiedzieć. Zapewne zabrzmiało by to, jak bełkot urżniętego w trupa obszczymurka albo jeszcze gorzej.
Yggdrasil wg Browaru Waszczukowe to Malt Øl – takie wiejskie, norweskie piwo, poniekąd trochę spokrewnione z fińskim Sahti, co to Pinta ma w swojej ofercie. A dlaczego jest takie wyjątkowe? Co najmniej z kilku powodów. Poza groźnym wikingiem na etykiecie, który wygląda jakby za chwilę miał komuś spuścić łomot, piwo to zawiera w składzie jagody jałowca oraz ziele krwawnika. Nie pytajcie mnie co to jest ten krwawnik, zapytajcie wujka gugla, bo ja nie wiem. Prócz tego piwo było filtrowane przez te same gałązki jałowca, z których pochodziły jagody wrzucone do kadzi (ta sama metoda, co w Sahti). No i na koniec gwóźdź programu – drożdże górnej fermentacji typu Kveik (nie mylić z tym Kwejkiem). Słowo „górnej” nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia, bowiem piwo fermentowało sobie w granicach 40-45°C!!! Zapewne większości z Was nic to nie mówi, ale piwowarom domowym w tym momencie na bank gałka mocno zbielała. To dwukrotnie wyższa temperatura niż tradycyjnie stosowana przy górnej fermentacji! Taka kurde sytuacja. 


Yggdrasil to naprawdę kuriozalny trunek. Z jednej strony nieco słodkawy, z drugiej delikatnie gorzki, a z trzeciej lekko kwaskowy! Piwo jest dość gęstawe, lekko zawiesiste i bardzo mętne. Dominuje w nim oczywiście słodowość, ale nie jakaś nachalna, czy uporczywa. Powiedziałbym nawet, że ciecz jest dosyć rześka w smaku, jak na 16,5° Blg. Są tu ciasteczka, chlebek, miodek oraz biszkopty. Po chwili pojawia się też wyraźny jałowiec, jakieś zioła, (pewnie ten krwawnik), chmiel, trawa, a całość zwieńczona jest lekkim kwaskiem i niezwykle przyjemnym owocowym sznytem. Są to czerwone owoce o ile mnie kubki smakowe nie robią w konia. Finisz natomiast został okraszony bardzo niewielką goryczką o chmielowo-ziołowym nastawieniu. Wysycenie jest niskie i nieinwazyjne. Całość sprawia bardzo dobre wrażenie. Oba kciuki w górę :)
Piwo ładnie wygląda w szkle. Może nie tak ładnie jak golutka Selena Gomez na Twoim kompie, ale też jest na co popatrzeć. Jego barwa to mariaż koloru typowego miodu oraz soku z pomarańczy. Wieńczy je umiarkowanie wysoka czapa kremowej i drobnej piany, która jest dość trwała i tworzy przepiękne firany na ściankach.

niedziela, 25 grudnia 2016

MOJA PIWNICZKA: 4,5-LETNI PORTER WARMIŃSKI



Witam Was w Mojej Piwniczce – prawdopodobnie jedynym w Polsce regularnie ukazującym się cyklu, poświęconym długo leżakowanym piwom. Są to piwa minimum czteroletnie, a wpisy z tej serii ukazują się mniej więcej raz w miesiącu w okresach jesienno-zimowych.
To tak gwoli przypomnienia. Teraz czas na konkrety. Po Żywieckim Porterze przyszedł czas na niemal równie znanego i jeszcze bardziej poważanego polskiego portera bałtyckiego. Porter Warmiński jest bardzo popularnym i względnie dostępnym piwem. Przez smakoszy jest uważany za jeden z lepszych przedstawicieli tego stylu. Od wielu lat święci triumfy na polskich, a także zagranicznych konkursach piwnych (złoto oraz brąz na European Beer Star).
Mój egzemplarz pochodzi z 2012 roku i jest jeszcze odziany w stare szaty, a nawet podwójnie stare można rzec. Między tym co widzicie na zdjęciu, a najnowszą wersją, przez pewien czas funkcjonowała jeszcze jedna etykieta.
Dla mnie jest to jeden z najrzadziej pitych porterów, więc znam go bardzo słabo. Głównie dlatego, że jest jednym z najdroższych. Przy zakupie trzeba się liczyć z wydatkiem co najmniej 7 złociszy. To dość sporo, bo równie smacznego porterka możemy nabyć na przykład za 4.5zł :)
Ząb czasu trochę już nadgryzł kontretykietę oraz kapsel, na którym ruda tańczy już jak szalona. Data ważności jest nieczytelna, czy może raczej niekompletna, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że był tam rok 2013. Jestem pewny na 110%! Mam bardzo dużą wilgotność w piwnicy, z którą nie radzi sobie niskiej jakości papier. Etykiety niektórych piw z biegiem lat po prostu rozpadają się przy najmniejszym dotknięciu. Wystarczy potrzeć je przez przypadek palcem, a papier się rozpada jak babka z piasku. Taka kurde sytuacja.

Producent
Browar Kormoran
Termin ważności
01.06.2013
Wiek (miesiące)
57
Zawartość alkoholu (%)
9
Ekstrakt (°Blg)
21

Ponad czteroletni Porter Warmiński prezentuje się naprawdę zacnie. Jest totalnie czarny jak RIS jakiś! Wyraźnie beżowa piana jest drobna, zwarta, niebywale puszysta i trwała jak niemieckie samochody, a na szkle zostawia liczne i wzorzyste firany. Naprawdę pięknie się na to patrzy. 


Smak to nektar i ambrozja w jednym. Piwo jest niesamowicie aksamitne, ułożone, gładkie i zaokrąglone jak pupa Kim Kardashian. Umiarkowanie palone słody łączą się tutaj z najwyższej klasy czekoladą deserową, wspieraną przez łagodną, świeżo parzoną kawę. Mniam! Jakież to gęste, jakie bogate, jakie pyszne! :D Drugi plan to popis słodkich pralinek i suszonych owoców spod znaku śliwek, rodzynek, fig oraz czarnych porzeczek. Totalny odlot. W tle dumnie pręży pierś lekka kawowo-czekoladowa goryczka. Pojawiają się także echa lukrecji, karmelu i cukru kandyzowanego. Jest raczej słodko, ale okrutnie przyjemnie. Super się to pije.
Aromat bucha ze szkła niczym para z lokomotywy parowej. Tu jest równie pięknie, a może nawet piękniej! Ludzie przecież to pachnie jak rasowy ruski stałt (przynajmniej jeśli chodzi i estry owocowe). Suszonych owoców jest tu w pytę, od cholery i ciut jeszcze. Wszędzie walają się suszone śliwki, wiśnie, porzeczki i rodzynki. Dalej mamy masę czekolady, przeważnie mlecznej, choć i tabliczka gorzkiej się znajdzie. Jest też sporo ciemnych palonych słodów oraz kawy. Paloność jednak jest dość lekka i zwiewna, w żadnym razie się nie narzuca. Kawka też jest dobrze posłodzona, może nie totalna lura, ale do typowej „siekiery” jej daleko. Tłem suną cienie cukru trzcinowego, karmelu i łagodnej melasy. Słodko to pachnie, słodko i mega owocowo. W to mi graj! :D

piątek, 23 grudnia 2016

LILITH z BROWARU GOLEM



Dzisiaj przytargałem na kwadrat choinkę. Sztuczną z marketu. Imitacja jodły kaukaskiej – ładne drzewko. Zjeździłem całą Częstochowę, by kupić to cudo. Wszystkie OBI, Castoramy i Praktikery. Nawet w Żabce byłem, ale choinek nie mieli. Tak mi pani powiedziała.
Montaż trzech elementów i stojaka zajął mi dwie minuty, natomiast rozginanie oraz równomiernie układanie wszystkich gałązek (jest ich multum) dobre ponad pół godziny! Reszta już należy do mojej żony. Ja się do bombek i światełek nie wpierdzielam.
Naprawdę się przy tym narobiłem, zmachałem się. W związku z czym zachciało mi się piwa. Wierzcie mi, nie planowałem dzisiaj moczyć gęby, no ale przecież nową choinkę koniecznie trzeba było oblać! Wszystko co nowe trzeba oblewać, aby długo nam służyło. Choinkę na przykład oblewa się, by nie zwiędła po trzech dniach, by chociaż do Trzech Króli wytrzymała. Chyba dobrze zrobiłem, co nie? ;p
Świąteczne drzewko postanowiłem oblać ruskim stałtem z Browaru Golem. Do tej pory piłem od nich tylko jedno piwo – debiutanckiego Dybuka. Był bardzo dobry. Czy Lilith jest w stanie mu dorównać?


Z początku ciężko powiedzieć, bo mimo czarnej barwy, są to dwa zupełnie inne piwa. Lilith w smaku pokazuje pazurki już od pierwszego łyku (łyka?). Piwo jest naprawdę ciężkie, okrutnie palone i mega wyraziste. Kawa, kawa i jeszcze raz kawa. Świeżo parzona, bardzo mocna, tęga i bardzo gorzka. O śmietance, albo cukrze możesz tylko pomarzyć. To jest kawa dla prawdziwych twardzieli, co mają cojones jak arbuzy. Jak się do tej kawy już przyzwyczaisz, to wyczujesz jeszcze olbrzymią ilość palonych słodów, sporo gorzkiej czekolady i nieco popiołu. Niestety w to wszystko miesza się wyraźna alkoholowa nuta, która ciągnie się, aż do finiszu. Alko drażni i piecze, zostawiając w ustach naprawdę niefajne odczucie. Do gry włącza się także konkretna kawowo-ziołowa goryczka, niestety podszyta wspomnianym etanolem. Goryczka jest długa, mdła, toporna i wysoce alkoholowa. Fuck! Ale żem se piwo otworzył...
Lilith może nie smakuje wybornie, ale wygląd ma całkiem wporzo. Ciecz jest czarna jak smoła i gęsta jak syrop przeciwkaszlowy. Piana nie jest zbyt obfita, ale za to dość zwarta i puszysta. Kolor też ma zacny – niemalże zupełnie brązowy, co nawet w RISach jest rzadkością.

środa, 21 grudnia 2016

WHEATODON z FABRYKI PIWA



Dzisiaj postanowiłem na ruszt wrzucić mastodonta…, wróć – Wheatodon Piotrek, Wheatodon. To taki pszeniczny mastodont, przynajmniej według Fabryki Piwa.
Mamy tu do czynienia z Imperial American Wheat. W sumie czemu by nie? Kto bogatemu zabroni? Przecież na rynku mamy już różne dziwne dziwactwa typu imperialne grodziskie, imperialnego pilsa, imperialną pszenicę, imperialne Gose, więc czemu by  miało zabraknąć imperialnej amerykańskiej pszenicy? Kto komu zabroni z typowo lekkiego piwa zrobić solidną „dziewiętnastkę” z 100 IBU na pokładzie? No nikt. W tym kraju wszystko jest dozwolone. Demokracja Panie, demokracja. Rządy ludu, strajki i inne manifestacje. Ostatnio gdzieś czytałem, że Radom żąda dostępu do morza! ;p


Przelewam ci ja tego pszenicznego mastodonta do szkła. Pieni się to cholerstwa jak na pszenicę przystało. Pierzynka jest obfita, drobna i zwarta. Opada w żółwim tempie, pięknie przy tym krążkując. Lejsing jest trwały i bardzo cieszy źrenice. Piwko samo w sobie też piknie wygląda – pomarańczowo-miodowy odcień cudnie się prezentuje w szkle. 
Wygląd, wyglądem, ale przecież od patrzenia procenty nie wejdą. Trzeba się napić. Piwo przez pierwszą sekundę wnosi pewne pokłady słodowej słodyczy, jednak szybko jej miejsce zastępują amerykańce z mango i grejpfrutem na czele. I nie chodzi tu bynajmniej o sok, lecz o skórkę, a dokładniej albedo. Samych cytrusów poza grejpfrutem jest tutaj tyle, co kot napłakał i to taki mizerny kot, któremu już dawno właścicielka whiskasa nie dała (nie mylić z Tomaszem Kotem lub tym znanym skoczkiem). Dalej jest już tylko słodka pszenica, jakieś zioła oraz całkiem sporo żywicy. O tak, żywicę wyczuje tu nawet amator Tatry w puszce. Finisz został zaznaczony w postaci dość mocnej (ale nie jakoś strasznie) goryczki o umiarkowanie przyjemnym, ziołowo-grejpfrutowym profilu. Goryczka jest wporzo, choć minimalnie zalega. Ale sorry, tych 100 IBU to ja tu nie czuję. Chyba kogoś wyobraźnia poniosła. To nie kraina OZ, czy jakaś Narnia, gdzie wszystko jest możliwe. Tu jest Polska (i tu się pije jak mawiał klasyk).

wtorek, 20 grudnia 2016

ZAWIERCIE TRIP cz.I - BROWAR JANA



Pewnego pięknego dnia (a była to środa) wziąłem sobie wolne w pracy, wsiadłem w samochód i pojechałem w długą do Zawiercia odwiedzić Rzemieślniczy Browar Jana. No dobra, bez przesadyzmów, około 40 km to jeszcze nie „długa”. Choć podróż była niedaleka, to jednak wyjątkowo powolna. Tego dnia akurat od samiutkiego ranka sypało śniegiem jak jasna cholera – nawet drogi krajowe były białe! Nasi drogowcy jak zwykle zaspali, w związku z czym musiałem 150 kucyków  w mojej beemwicy trzymać mocno na wodzy ;)
Na miejsce dotarłem jednak punktualnie, czyli o równej 10 a.m. Czekał tam na mnie Wiktor Saczuk – kierownik produkcji, czyli mówiąc inaczej główny piwowar. Oczywiście nie wlazłem tam wprost z ulicy jak wieśniak jakiś. Byłem wcześniej umówiony – tu podziękowania należą się Sylwii Madej-Ratajczak. Wiktor to naprawdę spoko gościu, bardzo sympatyczny i szczery młody człowiek. Rozmawiało mi się z nim nadzwyczaj swobodnie, miałem wrażenie, że znamy się kilka lat, a przecież chłopa widziałem pierwszy raz na oczy.


Browar Jana znajduje się na przedmieściach Zawiercia. Z ulicy go nie widać, bo zasłania go wielkich rozmiarów wypasiony, czterogwiazdkowy Hotel Villa Verde z basenami w środku i na zewnątrz, z kortami tenisowymi, boiskami, z saunami, dżakuzzami, rurami, SPA, Parkiem Eventowym i Bóg wie czym jeszcze. Nawet łazienki tam mają. Poważnie. Wiem, bom we wrześniu jedną dobę tam spędzał melanżował ;) Majom tam nawet niewielki stok narciarski z wyciągiem usypany od zera!
Właścicielami całego kompleksu, jak i browaru są Krystyna i Jan Łapaj. Browar jak łatwo się domyśleć nosi nazwę od imienia założyciela tego przedsiębiorstwa. Jego rozruch nastąpił gdzieś w połowie 2015 roku, a liczby piw od tamtej pory wyprodukowanych nie zna nawet sam Wiktor Saczuk (taki młody chłopak, a już skleroza).
Browar to w zasadzie budynek z blachy (jak wszystko teraz), powstały w miejscu dawnej pralni hotelowej, która nie została zburzona, a otoczona ścianami browaru. Taka kurde sytuacja.




Wycieczkę rozpoczęliśmy od niewielkiego magazynu słodu, gdzie znajdował się młynek/śrutownik do słodu oraz kilka palet z workami różnej maści wiadomego surowca. Następny punkt to dwunaczyniowa warzelnia o wybiciu 20hl, co daje jakieś 7 tys. hl rocznie mocy produkcyjnych. Jeden zbiornik to kadź zacierno-warzelna, drugi to nieco zmodyfikowany whirpool, pełniący funkcję kadzi wirowej i zwykłej kadzi filtracyjnej. Peszek chciał, że piwa akurat w tym czasie nie warzono, a zbiorniki stały wypucowane i czekały na kolejną partię piwa do ugotowania. Sprzęt oczywiście dostarczyła firma Minibrowary.pl. Wszystko jest tu zautomatyzowane i skomputeryzowane. Piwowar naciska tylko przyciski, a piwo robi się samo. Taki żarcik…
Następnie przeszliśmy do drugiego pomieszczenia, które pełni funkcję fermentowni i leżakowni zarazem. Stoją tam różnej pojemności tanki (Wiktor mówił ile hekto, ale kto by to wszystko spamiętał?). Po prawej są tylko tanki leżakowe, po lewej zaś stożkowe tankofermentory. Wszystko odziane płaszczami i chłodzone glikolem. Jest to przybytek na tyle nowoczesny, że ciepło odzyskiwane jest na przykład z agregatów chłodniczych, a nawet z pasteryzatora. W trakcie mojej wizyty jeden z czterech pracujących tam warzelanych walczył z wężami, końcówkami i innymi złączkami, nalewając jakieś piwo do petainerów, a przynajmniej tak to wyglądało.




Tanki leżakowe to zazwyczaj najprzyjemniejszy punkt zwiedzania każdego browaru, bo  można się tam napić piwka. A myśleliście, że po co ja tam pojechałem? ;p Wiktor zaproponował mi wpierw nowość, która za kilka tygodni jak sądzę ujrzy światło dzienne. Rzeczony Milk Stout jednak wypadł dość blado – doszukałem się tam nawet siarki. Być może za te kilka tygodni siarka się ulotni i piwko będzie OK.

niedziela, 18 grudnia 2016

BLACK GOLD od KRAFTWERKA



Mój niedzielny poranek – ledwo, ledwo podnoszę się z wyra odrobinę po 9 rano (późno, ale jak się poszło spać o 3.30, no to sorry). Nie, kaca nie mam. W sobotni wieczór o dziwo nie było żadnych melanżów. Praca była, ale to raczej temat na oddzielny wpis. Jak już wstałem, to na szybko ogarniam siebie, a potem Nastkę (niecałe dwa i pół roku ma szkrab jeden). Poranne mleko (nie dla mnie, dla niej), zmiana pieluszki, odświętne ubranko i heyah…. jestem wolny. Lukam na cyferblat – już prawie dziesiąta. Ostatnia chwila, by na szybko napić się piwa, napisać reckę, potem chwilę odsapnąć i coś przekąsić, by ksiądz nie wyczuł alko ;)
Piwko odpowiednio schłodzone czeka już na mnie za kanapą (zimą w kącie pokoju panuje idealna temperatura 14-16°C). Aha, zaraz po porannym szczaniu umyłem szkło, by chociaż troszkę obeschło. Ciepła woda, miękka gąbeczka i kropelka Fairy od Bieleninika zdają egzamin.
Wychodzę na dwór lub na pole jak kto woli. Piździ jak diabli, pewnie jest koło zera. Przez pół godziny szukam odpowiedniego miejsca, kadru. Wszędzie już byłem, całe podwórko już obstrykałem. Podwórka dwóch sąsiadów też. Cholera. Ręce grabieją, czas ucieka, więc wybieram pierwsze lepsze krzaki. Cykam kilka tragicznych fotek i biegusiem czmycham na chatę.
Po drodze zauważyłem, że piwo jest czarne. Tak przynajmniej myślałem – szkło zrobiło mnie w konia. Niedobry tulip. Patrzę pod światło i widzę, że to bardzo ciemny brąz. Ty głupku, przecież to nie Stout, nie może być czarne! Jest też  i piana. Dość wysoka, drobna i puszysta. Opada wolno, a jej część zostaje ze mną już do końca. Beżowa pianka opadając zostawia tak gęste i śliczne firany na szkle, że mógłbym je zawiesić w oknie zamiast tych co są, a moja stara  kochana żona na bank, by się nie pokapowała ;p


Dobra, wróciłem. Żona już od progu śle mi soczystą wiązankę widząc mnie z piwem w ręce. Jak zwykle zlewam to ciepłym moczem i idę do dużego pokoju. Otwieram Worda i piszę, to co teraz czytacie, co chwila popijając Black Golda – CDA od Kraftwerka. No dobra, może są tu też mniej kumaci, więc wyjaśniam. CDA, to nie jest kolejny państwowy urząd powołany do zwalczania korupcji, terroryzmu, czy mobbingu w wielkich korpo. To skrót od Cascadian Dark Ale - inaczej Black IPA. A ta czarna, tudzież brunatna IPA od Kraftwerka to naprawdę jest dobre piwo. Gęste, gładkie, pełne w smaku i aksamitne jak pupa niemowlęcia. Po każdym łyku w ustach zostaje mi wyraźny posmak mocnej kawy, palonych słodów i gorzkiej czekolady. Mniam! Chmiel też tu jest, a jakże. Prócz tego panoszy się tu sporo nut żywicznych i sosnowych (wiem, bo las mam po drugiej stronie ulicy). Na etykiecie piszą też coś o cytrusach, ale ich to jest akurat najmniej w tym piwie. Miast nich dostajemy jeszcze ociupinkę prażonego słonecznika i popiołu, który płynnie przechodzi w szlachetną goryczkę o przyjemnym ziołowo-kawowo-palonym rodowodzie. Skubana mocna jest ta goryczka. Mocna, ale zarazem dość krótka i ułożona. Świetnie równoważy słodową bazę.

piątek, 16 grudnia 2016

DOCTOR BREW - BARLEY WINE



Co zrobić, gdy za oknem plucha, zimno, a wiatr piździ niemiłosiernie? Oczywiście spożyć jakieś mocne i esencjonalne piwo ;)
Łukasz i Marcin z Doctor Brew są mistrzami w robieniu mocarnych piw. Z pod ich sprytnych rączek wyszło już niejedno urywające pewną część ciała barli łajno, czy RIS. Często, gęsto leżakowane w beczce po-czymś-tam. Są też mistrzami w przeginaniu pały, jeśli chodzi o chmielenie na goryczkę, ale dzisiaj nie o tym.
Dzisiaj będzie o jednym z wyżej wymienionych piw, gdzie jednak chmiel i goryczka nie są na pierwszym miejscu. W piwie tym goryczka nie ma za zadanie orać kubków smakowych jak nowy Zetor i wywracać ozor na lewą stronę. Choć oczywiście jakaś niemrawa to też ona nie jest. Rzeczone Barley Wine to 24° Plato i ponad dyszka alko, nigdzie nie leżakowało poza stalowymi tankami w browarze. Jedziem z koksem!


Pisząc wstęp jeszcze przed spróbowaniem piwa zastanawiałem się, czy aby mam rację z tą goryczką. Teraz jestem już po kilku haustach, więc mogę odetchnąć. Goryczka jest wyraźna, ale w rzeczy samej nie trzeba po niej „pluć krwią”. W pierwszej chwili po przełknięciu czuć lekką słodową słodycz oraz chmiel. Jednak już po paru sekundach do głosu dochodzą gorzkie lupuliny o przyjemnym grejpfrutowo-ziołowym zacięciu. Goryczka jest mocna, ale bez przeginki. Choć odrobinę zalega, to jednak generalnie sprawia dosyć szlachetne wrażenie. W posmaku na wierzch wychodzą nuty czerwonych owoców, okraszone sporą dozą karmelu, opiekanego słodu, subtelnej żywicy i przypieczonej skórki chleba. Całość smaczna i ułożona. Wysycenie niskie, ale pasuje tu jak ulał.
Piwa spróbowałem tuż po przelaniu do szkła, bowiem wyglądało niezmiernie apetycznie. Naprawdę dużo większy ślinotok wywołuje u mnie miedziane, czy też ciemno bursztynowe piwko niż ciecz o typowo złocistym odcieniu. Barley Wine od Doctorków jest właśnie takim pięknym miedzianym trunkiem, co prawda lekko zmętnionym, ale kto by się tym przejmował? Piwo zostało odziane w dość sporą pierzynkę zwartej i drobnej piany o ładnym kremowym zabarwieniu. Pianka jest żywotna jak japońskie staruszki. Opadając zostawia wyraźny lejsing na szkle.

środa, 14 grudnia 2016

MR. HARD'S ROCKS



Są takie piwa w tym kraju, nad którymi nie można przejść obojętnie. Nie da się i już. Nawet gdybyś bardzo chciał, to nie sposób się im oprzeć. Chodzi mi o piwa ‘must have’, których po prostu musisz spróbować. Choć raz w życiu, ale musisz. Choćbyś miał wydać na nie ostatnie pieniądze, sprzedać auto, czy zastawić dom. To równie ważne jak pielgrzymka do Mekki dla każdego muzułmanina. Każdy Abdul choć raz w życiu musi tam być. Tak samo jest z niektórymi piwami, określanymi niekiedy jako legendy polskiego piwowarstwa rzemieślniczego.
Jedną z takich legend piwnych jest niewątpliwie Mr Hard’s Rocks z Pracowni Piwa, którego jak dotąd nigdy jeszcze nie piłem. O zgrozo! Jak ja żem się uchował przez tyle lat? To cud, że mnie jeszcze nikt życia za to nie pozbawił. Cud, że nie nałożyli jeszcze na mnie ekskomuniki blogerskiej, albo nie wykastrowali! ;p Ale mam fart…
Rzeczone ‘Skały Pana Twardowskiego’ to oczywiście RIS. Wiedzą to już nawet dzieci w przedszkolu. Pierwszaki natomiast wiedzą, że to taki zwykły RIS jest. Bez żadnych udziwnień, bez dębowych beczek, czy innych barel ejdży. Nie przeszkadza mu to jednak być uznawanym za jednego z najlepszych polskich przedstawicieli tego stylu piwa. 


Powyższe zdanie muszę potwierdzić już teraz, czyli na samym początku mojej degustacji. Piszę te słowa i popijam kultowego imperialnego Stouta z Pracowni Piwa. Mr Hard’s Rocks to piwo bajka! Jest okrutnie gęste, oleiste, gładziutkie, aksamitne i cholernie pełne w smaku. 25° Plato to przecież nie w kij dmuchał. Co za ciało, co za pełnia, co za smak! :D Gorzka czekolada, solidna i świeżo parzona kawa bez cienia mleczka, śmietanki, czy innego badziewia. Do tego dochodzi konkretnie palony słód, całe morze palonego słodu, zakrapianego odrobiną popiołu. Niebywałe! Ale to jeszcze nie koniec podniet. Pełnię szczęścia uzupełnia bowiem cudowna likierowatość, wspierana przez suszone owoce, przypalany karmel i melasę. Coś pięknego, coś nadzwyczajnego! Początkową słodycz bardzo szybko równoważy idealnie dobrana goryczka, w punkt kontrująca olbrzymią słodową podbudowę. Kawowo-czekoladowa goryczka jest dość mocna, ale krótka i do bólu szlachetna. Nic tu nie zalega, nie męczy i nie drapie. Świetna sprawa :)
Piwo równie pięknie smakuje, jak i wygląda. Przelana do szkła ciecz jest totalnie czarna! Nawet w specjalnie do tego przeznaczonym „dołku” w moim Hamburgu widać czerń i nic więcej. Emejzing lejdis end dżentelmens! Jasno brązowa piana jest przeciętnie wysoka, ale za to jaka drobna, puszysta i siarczyście trwała. Pięknie też zdobi szkło podczas powolnego opadania.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

WIELKI TEST MÓZGOTRZEPÓW



W pewien chłodny listopadowy wieczór, ja i czterech moich ziomali, spotkaliśmy się u mnie na kwadracie celem spożycia alkoholu. Nie jakieś tam zwykłe żłopanie piwska do meczu kopanego, czy innego MMA. Otóż tego wieczoru miał miejsce Wielki Test Mózgotrzepów!!! 9% alko and more A co? Jak się bawić, to się bawić. Drzwi wyje…, okno wstawić ;p

Oficjalnie strong lagery, w żargonie żulerskim mózgotrzepy lub mózgojeby. Są to jasne i bardzo mocne piwa o wyraźnie narzucającym się charakterze słodowym i alkoholowym. Ich jedynym celem jest dostarczenie do organizmu procentów, z czego doskonale zdają sobie sprawę wszyscy stali bywalcy osiedlowych monopolek (pozdro Wiesiek). Walory smakowe są tutaj na ostatnim miejscu. Tak to przynajmniej wygląda w teorii.

SPRAWY TECHNICZNE


Tym razem ekipa Wielkiego Testu składała się z pięciu osób:
·         Damian – amator Żubra w puszce (w butelce zresztą też). Nigdy nie rusza się z domu bez swojego ulubionego czteropaka.
·         Marcin – lubi wszystko co jest mokre i ma procenty. Najbardziej oczywiście piwo. Prywatnie najlepszy kumpel Damiana (tuż po Żubrze rzecz jasna).
·         Karol – też za kołnierz nie wylewa. Człowiek światły i oczytany, ale na piwo nie trzeba go dwa razy namawiać.
·         Piotrek – człowiek o inteligencji kury nioski z chowu klatkowego, ale w sumie też spoko gościu.
·         Ja – pomysłodawca, organizator oraz moderator całego zamieszania. Stroni od alkoholu, poza piwem. Piwo to jego paliwo.



Łącznie mieliśmy 10 piw do spróbowania i ocenienia. Każde z nich miało co najmniej 9 voltów, więc to naprawdę były grube ryby. Idzie się upić już od samego patrzenia ;) Wyjątek od tej reguły stanowił Kaper, który miał tylko nieznacznie mniej, bo 8,7%. Oczywiście nie wiedzieliśmy co w danej chwili testujemy, a punktację opieraliśmy jak ostatnio, czyli na dziesięciostopniowej skali. Kryterium była ogólnie pojęta pijalność oraz smak i aromat.
Przewagę w tym zestawieniu miały jak widać puszki, co w sumie nie jest dziwne. Połowa z tych trunków, to marki własne warzone na specjalne zamówienie sieci handlowych.


 

WYNIKI


Po wypiciu dziesięciu próbek i podleczeniu średniej wyszło nam co następuje:

1. Kaper (Grupa Żywiec) - 6,8 pkt
2. Stern Extra Strong (Van Pur) - 6,4
3. Goldbrayner Super Mocne (Van Pur) - 5,8
4. Książ Czarny Specjał (Carlsberg Polska) - 5,4
5. Jabłonowo 23 Super Mocne (Browar Jabłonowo) - 5,2
6. Van Pur 10% (Van Pur) - 5,0
6. Barley Super Mocne (Van Pur) - 5,0
8. Donner Super Mocne (Van Pur) - 4,6
9. Pilsener Super Mocne (Van Pur) 4,0
10. Karpackie 9% (Van Pur) - 3,2
 

WNIOSKI


Czy nie odnosicie przypadkiem wrażenia, że grupa Van Pur wyrasta nam tu na czołowego producenta marketowych mózgotrzepów? Tak mili państwo, Van Pur rządzi tu i dzieli mili państwo! 7 na 10 piw powstało w którychś z pięciu browarów tego producenta. Taka sytuacja! 


Nasz zwycięzca – koncernowy Kaper. Szok, niedowierzanie i zgrzytanie zębów! Przecież oceniałem go kiedyś, cholernie dawno temu, gdy blog dopiero raczkował. Pamiętam go jednak doskonale, bo był okrutnie podły i alkoholowy. Egzemplarz testowy natomiast to zupełnie inne piwo – mocno słodowe, ale też z wyraźnym chmielowym zacięciem i zauważalną goryczką. Alkohol czuć było tylko nieznacznie, ani przez chwilę nie uprzykrzał on życia pijącego. Albo to piwo totalnie zmieniło się na przestrzeni lat, albo moje kubki smakowe zostały już zupełnie pozbawione czucia przez te potężne dawki IBU, które od tamtej pory przewinęły się przez moje gardło.

sobota, 10 grudnia 2016

SHEEP SZIT


Cóż ci Birbanci nawyprawiali?! Cóż oni uczynili? Na co pojechali do tego Londynu w 2015r? I przede wszystkim po co inspirowali się tam pewnym islandzkim piwem?
Ja naprawdę już z niejednego Polmosu wódkę piłem, wiele już w życiu widziałem. Piwo z czosnkiem na przykład widziałem i piwo ze śledziem, i piwo z burakiem, i z chrzanem, i ziemniakami, z pokrzywą, z ogórkiem, z grzybami, z ostrygami, zaloesem. O pieprzu, chili, czy soli nawet nie wspominając. No, ale żeby piwo z gównem zrobić? Yyyyy…..??? Minuta ciszy. No dobra, możecie czytać dalej.
Sheep Szit to w rzeczy samej piwo gówniane i bynajmniej nie jest to przymiotnik opisujący jego jakość (pisząc te słowa jeszcze go nie piłem). Jest to FES, a dokładniej Smoked Extra Stout. Wędzenie słodu jednak nie odbyło się, jak to zazwyczaj dymem z jakiegoś drewna, lecz z owczego łajna! (Sanepid – jesteście tam? ;p). Birbanci przez okrągły miesiąc zbierali i suszyli owcze placki (czy może bobki?), kolejny zaś miesiąc wędzili słód. Ciekawe co mówiły ich żony, gdy wracali po pracy do domu? Już to widzę jak Jarek z Kulim na zmianę biegają po hali za owieczkami z szufelką u dupy (nie swojej, lecz owczej ma się rozumieć), pilnując, by nie uronić ani grama tego cennego dla nich surowca! ;)
No dobra, ponabijałem się trochę, więc pora przejść do piwa. W razie co, jakby mnie miało zemdlić zaopatrzyłem się w wiadro.


Otwieram i przelewam ciecz do szkła. No ładnie to wszystko wygląda w przeciwieństwie do kupy, która zupełnie przez przypadek znalazła się tuż obok butelki ;p Piwo jest totalnie czarne i nieprzejrzyste. Beżowa piana jest dość wysoka, drobna i trwała. Cudnie zdobi szkiełko i opada naprawdę wolno. W międzyczasie spokojnie możesz pocisnąć kloca, a ona wciąż będzie na ciebie czekać (co ja mam z tym gównem dzisiaj?).
Wiadro pod ręką więc możemy zaczynać. Jeden łyczek, drugi, trzeci. Kurna gdzie są te owcze odchody? Jest wyraźna kawa, wyraźna paloność, ciemne słody i całkiem sporo gorzkiej czekolady. No, ale kuźwa, gdzie jest shit? Przecież nie tak się umawialiśmy! Wędzonka może i faktycznie jest jakaś taka inna, no ale, że gówniana, to raczej bym nie powiedział. W tle majaczy jeszcze szczypta melasy, popiołu i palonego jęczmienia. Finisz zakończony jest umiarkowaną i szlachetną goryczką o lekko kawowym sznycie. Goryczka jest krótka i niezalegająca, genialnie kontruje słodową bazę. W rzeczy samej dosyć dobre jest to piwo. Ułożone, smaczne, dobrze zbilansowane. Takie ugrzecznione można by nawet rzec. Jak dzieci w przedszkolu. Albo i nie – to złe porównanie. Ci mali gówniarze dają popalić nie jednej przedszkolance. Wierzcie mi na słowo.

czwartek, 8 grudnia 2016

APA z Browaru Amber


IPY-sripy. Znacie je, prawda? Dzisiaj w ramach przerywnika zajmiemy się ich słabszą wersją, czyli równie popularną apą-srapą.
Jakiś czas temu nadarzyła mi się okazja do zakupu piwa APA z Ambera w całkiem rozsądnych piniondzach. Nawet nie wiedziałem, że mają takie coś w ofercie. Niby czytam internety, ale widocznie wciąż za mało. Apka od Ambera to jedno z najtańszych tego typu piw na rynku - śmiało może konkurować z Corneliusem APA, czy Miłosławem Sosnowym. Choć oczywiście z dostępnością nie jest już tak różowo.
Rzeczona APA występuje już w nowej i spójnej dla całego portfolio szacie graficznej, którą to kilka miechów temu Browar Amber powołał do życia. Nie powiem, ładnie to wygląda. Zielone, żywe kolory, obowiązkowa szycha chmielu oraz dizajnerska czcionka. Te trzy literki są tak wielkie, że na półce w sklepie wypatrzy je nawet totalny ślepiec. Jeśli więc na co dzień na twarzy nosisz denka od słoików, ale akurat ich zapomniałeś założyć, to nie martw się – nie ominiesz tego piwa ;)


W sumie to od dawna miałem ochotę na tego typu piwo. Nie ciorające za bardzo zmysłów, ale smaczne, lekkie i przyjemne w smaku. Coś na przykład jak Disco Nite z Fabryki Piwa. Po apie od Ambera nie spodziewałem się oczywiście cudów i cudów nie dostałem, ale moje założenia z grubsza zostały spełnione. Piwo jest lekkie w smaku, dość rześkie, umiarkowanie wysycone. Są zioła, jest trawa, gdzieniegdzie pałęta się jakiś cytrus oraz w miarę wyraźna żywica. Nie jest to żadna euforia, ale przecież to APA, a nie AIPA. Nie może tu być mowy o oraniu kubków smakowych pługiem sześcioskibowym. Ogółem chmielowość jest dość spora i w dużej mierze przykrywa delikatną słodowość, która chowa się gdzieś z tyłu. Całość podszyta jest średniej mocy goryczką o przyjemnym ziołowo-żywicznym profilu. Goryczka praktycznie nie zalega i generalnie pochodzi ze szlachetnego rodu. Jest gładka i ułożona, choć z biegiem czasu nieco traci na swej wartości.

wtorek, 6 grudnia 2016

NAMYSŁÓW CIEMNE TYPU IRLANDZKIEGO



Ktoś tu sobie normalnie jaja robi. Ktoś bez żenady pogrywa publiką. Owija nas wokół palca, robi w bambuko, wkręca wała, wpuszcza w maliny. Tak nie może być. Zgłaszam veto!
Dzisiaj na wokandzie ląduje Namysłów Ciemne Typu Irlandzkiego… że co proszę? Że to niby Stout ma być?! W takim razie ja jestem Matka Teresa z Kalkuty ;)
Za takimi zagrywkami to trzeba uważać. Co myśli w miarę świadomy spijacz napoju z pianką, gdy czyta taki tekst: „ piwo ciemne typu irlandzkiego”? No, a co ma kuźwa myśleć? Stout i już. Czarny jak smoła, lekki w odbiorze, ale mocno palony, kawowy, gorzki i wytrawny jak stuletnia Whisky. Niestety piwo z Namysłowa nie ma  żadnej z tych cech…
OK – można się tłumaczyć, że nigdzie nie jest napisane, że to Stout. Zgadza się, ale dlaczego w takim razie nazwa tego piwa nie kończy się na słowie „ciemne”?


Pomijając przynależność tegoż do jakiejkolwiek kategorii, napitek ten jest dość znośny, by nie powiedzieć smaczny. Piwo jest słodkawe, umiarkowanie pełne w smaku, o silnym melanoidowym zacięciu. Pełno tu skórki od chleba, tostów, karmelu i przypieczonego spodu od ciasta. Pojawiają się też opiekane (nie palone) słody, polane z lekka słodko-gorzką czekoladą oraz ciemnym miodkiem (powiedziałbym Wam rodzaj, ale kompletnie nie znam się na miodach). W posmaku na wierzch wychodzi delikatna goryczka. Krótka, bardzo gładka i szlachetna. Wbrew pozorom nawet nieźle równoważy ona słodową podbudowę. Szału ni ma, ale pić się da.
Najlepiej jednak piwo wypada, gdy się na nie patrzy. Klarowna ciecz nosi przepiękne czerwono-miedziane wdzianko z niewielkimi rubinowymi wstawkami. Naprawdę coś pięknego! Do tego dochodzi olbrzymia czapa drobnej i zwartej piany w kolorze ecru (na barwach znam się zdecydowanie lepiej niż na miodkach). Piana jest puszysta i naprawdę długowieczna. Opada bardzo wolno, zostawiając na ściankach cudną koronkę :)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

BALTIC PORTER SHERRY



Ale się kurna porobiło. Ależ dziś piwo wypiłem! Baltic Porter z Browaru Dukla. Jedno z najdroższych polskich piw - w przeliczeniu na pół litra objętości wychodzi ponad cztery dyszki…
Znacie mnie. Wiecie, że mam świra na punkcie porterów bałtyckich. Mam ślinotok na sam ich widok. A po każdym łyku dobrego porteru dostaje niekontrolowanych spazmów i konwulsji, których nie powstydziłaby się tytułowa bohaterka filmu Egzorcyzmy Emily Rose.
Baltic Porter Sherry z Dukli, to jak nam podpowiada nazwa, porterek leżakowany przez kilka miesięcy w dębowej beczce po sherry. Jako żem prosty człek, to nigdy w życiu nie piłem prawdziwego hiszpańskiego sherry. Piłem tylko wina cherry, ale to oczywiście nie to samo. Sherry to tylko jeden z całej serii porterów bałtyckich z Dukli. W sumie powstały aż cztery wersje tego samego piwa. Każda leżakowana w beczce po innym alkoholu – sherry, rumie, bourbonie i brandy. Ach, zebrać całą kolekcję, to byłoby coś!
Zazwyczaj tego nie robię, ale w tym przypadku muszę pospuszczać się nad opakowaniem ;) Etykiety wszystkich tych piw są po prostu genialne! Normalnie arcydzieła sztuki, wyraźnie nawiązujące do pirackich klimatów. Każda etykieta wygląda jak drogocenny, szesnastowieczny obraz namalowany farbą olejną. Każda buteleczka jest wielkim arcydziełem, ale mi akurat trafiła się piękna niewiasta z szablą (szpadą?) w dłoni. Naprawdę zacny to widok. 


Po uprzednim pokruszeniu laku wokół kapsla i po otwarciu butelki zakląłem tak siarczyście i głośno, że wszystkim krowom w promieniu ośmiu kilometrów mleko w wymionach skisło. Zakląłem nie z gniewu, lecz z zachwytu! Piwo pachnie obłędnie. Przecudownie, prześlicznie. Do zapachu zaraz wrócimy, bo wpierw chcę Wam przekazać jak to cudo smakuje. A smakuje równie nieziemsko jak pachnie :) Piwo jest lekko kwaskowe, pełne w smaku o wyraźnie winnym klimacie. Sherry – to musi być to. W posmaku pojawia się już typowy porter z umiarkowanie palonymi słodami, czekoladą deserową i kawą na czele. Świeżo parzona kawa, jak i czekolada pochodzą rzecz jasna z górnej półki. Finisz został naznaczony odrobiną popiołu, drewna, likierowych klimatów, szczyptą suszonej śliwki i muśnięciem kwaskowej wiśni (a jednak cherry też tu jest ;p). Kawowo-palona goryczka jest raczej niewielka, ale w niczym to nie przeszkadza. Piwo jest dobrze zbilansowane, dość wytrawne, przyjemnie kwaskowe i nie zawiera w zasadzie żadnej słodyczy. Alkoholu nie czuć w ogóle. Mniam!

sobota, 3 grudnia 2016

PIWO MIESIĄCA - LISTOPAD 2016




Początek nowego miesiąca, to tradycyjnie już pora, by podsumować poprzednie 30 dni i „wręczyć” komuś tytuł Piwo Miesiąca. Niech się browar cieszy i wie, że ktoś docenia ich ciężką pracę ;)

W listopadzie akurat nie miałem żadnego problemu z wyborem najlepszego piwa. Sprawa była prosta jak trzycalowe gwoździe, zjeżdżające z taśmy produkcyjnej. Sporo bardzo dobrych  trunków przelało się przez moje gardło, ale jedno totalnie pozamiatało. Zmiotło konkurentów pod dywan i mocno przyklepało. Maksymalna nota (dopiero szósty raz na blogu), 10/10. Piwo ideał, klasa światowa!

Tym razem tytuł PIWO MIESIĄCA – LISTOPAD 2016 zdobywa The Gravedigger z Browaru Brokreacja! :D


Często się zdarza, że najlepszym piwem danego miesiąca jest jakiś potężny porter bałtycki, czy RIS. Nie inaczej jest i tym razem. Russian Imperial Stout z Brokreacji to naprawdę jedno z nielicznych piw, które zapamiętam na lata. Nawet na całe wieki. Nawet, gdy będę już w niebie (a może piekle?), to będę o nim rozmyślał. Tak dobre to jest piwo! ;)
Ciecz jest okrutnie czarna i gęsta. W zapachu przypomina mocną kawę, zmieszaną z gorzką czekoladą, palonym słodem, likierem i suszonymi owocami. W smaku praktycznie to samo, uzupełnione tylko szczyptą ziół i żywicy. Totalnie oleista, gęsta faktura dopełnia tylko wrażeń. Niesamowite, nietuzinkowe, po prostu genialne piwo! Tego nawet nie da się opisać słowami. Tego koniecznie trzeba spróbować!

Moje szczere i ogromne gratulacje Browarze Brokreacja. Jesteście wielcy :)