wtorek, 20 grudnia 2016

ZAWIERCIE TRIP cz.I - BROWAR JANA



Pewnego pięknego dnia (a była to środa) wziąłem sobie wolne w pracy, wsiadłem w samochód i pojechałem w długą do Zawiercia odwiedzić Rzemieślniczy Browar Jana. No dobra, bez przesadyzmów, około 40 km to jeszcze nie „długa”. Choć podróż była niedaleka, to jednak wyjątkowo powolna. Tego dnia akurat od samiutkiego ranka sypało śniegiem jak jasna cholera – nawet drogi krajowe były białe! Nasi drogowcy jak zwykle zaspali, w związku z czym musiałem 150 kucyków  w mojej beemwicy trzymać mocno na wodzy ;)
Na miejsce dotarłem jednak punktualnie, czyli o równej 10 a.m. Czekał tam na mnie Wiktor Saczuk – kierownik produkcji, czyli mówiąc inaczej główny piwowar. Oczywiście nie wlazłem tam wprost z ulicy jak wieśniak jakiś. Byłem wcześniej umówiony – tu podziękowania należą się Sylwii Madej-Ratajczak. Wiktor to naprawdę spoko gościu, bardzo sympatyczny i szczery młody człowiek. Rozmawiało mi się z nim nadzwyczaj swobodnie, miałem wrażenie, że znamy się kilka lat, a przecież chłopa widziałem pierwszy raz na oczy.


Browar Jana znajduje się na przedmieściach Zawiercia. Z ulicy go nie widać, bo zasłania go wielkich rozmiarów wypasiony, czterogwiazdkowy Hotel Villa Verde z basenami w środku i na zewnątrz, z kortami tenisowymi, boiskami, z saunami, dżakuzzami, rurami, SPA, Parkiem Eventowym i Bóg wie czym jeszcze. Nawet łazienki tam mają. Poważnie. Wiem, bom we wrześniu jedną dobę tam spędzał melanżował ;) Majom tam nawet niewielki stok narciarski z wyciągiem usypany od zera!
Właścicielami całego kompleksu, jak i browaru są Krystyna i Jan Łapaj. Browar jak łatwo się domyśleć nosi nazwę od imienia założyciela tego przedsiębiorstwa. Jego rozruch nastąpił gdzieś w połowie 2015 roku, a liczby piw od tamtej pory wyprodukowanych nie zna nawet sam Wiktor Saczuk (taki młody chłopak, a już skleroza).
Browar to w zasadzie budynek z blachy (jak wszystko teraz), powstały w miejscu dawnej pralni hotelowej, która nie została zburzona, a otoczona ścianami browaru. Taka kurde sytuacja.




Wycieczkę rozpoczęliśmy od niewielkiego magazynu słodu, gdzie znajdował się młynek/śrutownik do słodu oraz kilka palet z workami różnej maści wiadomego surowca. Następny punkt to dwunaczyniowa warzelnia o wybiciu 20hl, co daje jakieś 7 tys. hl rocznie mocy produkcyjnych. Jeden zbiornik to kadź zacierno-warzelna, drugi to nieco zmodyfikowany whirpool, pełniący funkcję kadzi wirowej i zwykłej kadzi filtracyjnej. Peszek chciał, że piwa akurat w tym czasie nie warzono, a zbiorniki stały wypucowane i czekały na kolejną partię piwa do ugotowania. Sprzęt oczywiście dostarczyła firma Minibrowary.pl. Wszystko jest tu zautomatyzowane i skomputeryzowane. Piwowar naciska tylko przyciski, a piwo robi się samo. Taki żarcik…
Następnie przeszliśmy do drugiego pomieszczenia, które pełni funkcję fermentowni i leżakowni zarazem. Stoją tam różnej pojemności tanki (Wiktor mówił ile hekto, ale kto by to wszystko spamiętał?). Po prawej są tylko tanki leżakowe, po lewej zaś stożkowe tankofermentory. Wszystko odziane płaszczami i chłodzone glikolem. Jest to przybytek na tyle nowoczesny, że ciepło odzyskiwane jest na przykład z agregatów chłodniczych, a nawet z pasteryzatora. W trakcie mojej wizyty jeden z czterech pracujących tam warzelanych walczył z wężami, końcówkami i innymi złączkami, nalewając jakieś piwo do petainerów, a przynajmniej tak to wyglądało.




Tanki leżakowe to zazwyczaj najprzyjemniejszy punkt zwiedzania każdego browaru, bo  można się tam napić piwka. A myśleliście, że po co ja tam pojechałem? ;p Wiktor zaproponował mi wpierw nowość, która za kilka tygodni jak sądzę ujrzy światło dzienne. Rzeczony Milk Stout jednak wypadł dość blado – doszukałem się tam nawet siarki. Być może za te kilka tygodni siarka się ulotni i piwko będzie OK.

Drugim trunkiem spróbowanym w Janie był znany już Vato LocoWest Coast IPA. Nie piłem go nigdy wcześniej, ale w rzeczy samej robi robotę. Jego zapach poczułem jakiś metr od miejsca, gdzie nalewał je mój przewodnik. A trzeba mieć na uwadze, że ciecz miała temperaturę ok 1°C!
Następnie na ruszt wrzuciłem najnowszą warkę Rudolfa. Piwo to ma swoją dość dziwną historię, bo jego nazwa się co prawda nie zmieniła, ale zmienił się styl kryjący się pod tą nazwą. Obecnie Rudolf to imperialna pszenica (Weizen) z której aż buchało bananami i goździkami. Naprawdę bardzo mi podeszło. 

Dalej przycupnęliśmy przy tanku z… porterem bałtyckim o ekstrakcie 22 Plato (a może 21?). Piwo będzie miało swoją prapremierę w styczniu w Święto Porteru Bałtyckiego, kiedy to w Polskę wyjedzie jego niewielka tylko część. Oficjalnie porter ten światło dzienne ujrzy dopiero w maju! Będzie miał wówczas już 9 miesięcy od uwarzenia, więc pełen szacun! W chwili obecnej piwo jest już nieźle ułożone, ma sporą pełnię, aromaty czekoladowe i suszonych owoców i to wszystko czuć było w temp. 1 stopnia Celsjusza. Zdaje sobie sprawę, że grzechem jest pić w tej temperaturze porter bałtycki, ale nie miałem czasu czekać, aż mi się w łapkach ogrzeje (choć oczywiście robiłem, co mogłem). Wiem, że jest jeszcze za młode, ale w maju wierzcie mi, że będzie sztos :D 
Później w kolejce był quadzik Oktavio, co go żem już na blogu oceniał. Najnowsza warka została jednak mocno podrasowana i ma, nie jak wcześniej 20,5°Blg, a 24! Nie wiem, kiedy będzie rozlew, ale dla mnie to piwo było już w tej chwili zajebiste. Bardzo gęste, rozgrzewające i wielowątkowe. Koniecznie trzeba będzie zakupić.
Po wojażach przy tankach udaliśmy się na linię rozlewniczą, która bezpośrednio łączy się z niewielkim magazynem wyrobu gotowego. Linia hulała pełną parą. Para była dosłownie, bo z pasteryzatora tunelowego. Butelkowane było akurat jakieś piwo od kontraktowca Trzech Kumpli – Browar Lotny, który się tam najwyraźniej zadomowił. Tylko kurna nie pamiętam nazwy tego piwa (skleroza, jak u Wiktora). 




Myślałem, że to będzie koniec wrażeń, ale wówczas Witek spytał, czy chcę spróbować piwa z beczki? Obaj wiedzieliśmy, że to pytanie typowo retoryczne. Przecież nie od dziś wiadomo, że piwne blogery jeżdżą po browarach tylko schlać mordę ;) 

Beczki, a w nich piwo, leżą sobie w oddzielnym budynku, który do złudzenia przypomina garaż. Specjalnie pojechałem zaparkować kilkanaście metrów, by nie blokować nikomu wjazdu. Jak się okazuje wjeżdża tam tylko piwo i to wężem wprost z browaru! W tym niby garażu cenka mi opadła tak nisko, że przez dobrych kilka minut miałem jęzor cały czas na wierzchu. Siedemnaście dębowych beczek (głównie po Jacku Danielsie) to naprawdę zacny i niezwykły widok. W środku czaił się RIS Zajcew. Tylko kurna nie wiem, czy wszystkie były pełne, bo nie zapytałem (dureń ze mnie). Próbując okiełznać jakoś mój ślinotok, patrzyłem co też Wiktor tam majstruje przy jednej z beczek. A on jakby nigdy nic, bierze jakieś kombinerki i wyjmuje gwoździa z beczki! To taki se skurkowańce sposób znaleźli na odszpuntowanie – pomyślałem. Po dłuższej chwili szarpania się z kawałkiem metalu z beczki, niczym z fontanny jakiejś wypłynął życiodajny płyn. Nie uchwyciłem początku, ale warto zerknąć na filmik :)


video


Degustowałem Zajcewa w zwykłej wersji na blogu i już był bardzo dobry, więc jak będzie smakował postarzany w beczce odpowiedzcie sobie sami. Ja już wiem, bo piłem! Było pyszne. Zajcew utrzymał swój dotychczasowy charakter, a jednocześnie wzbogacił się o wyraźne nuty mokrego drewna, wanilii oraz delikatnego burbonu. Piwo leżakuje tam już od marca i nie wiadomo, kiedy zostanie zabutelkowane. Nikomu z tym nie śpieszno, poza tym jak Wiktor powiedział – on o tym, nie decyduje. Od pociągania za sznurki jest ktoś inny.


Odwiedziny w Browarze Jana to bodajże moja najmilsza i najbardziej owocna wycieczka, jeśli chodzi o zwiedzane browary. Z mojego przewodnika, aż buchała szczerość. Co dziwne wcale mu się nie spieszyło, wręcz to ja musiałem go nieraz poganiać.
W tym miejscu chciałem jeszcze raz podziękować Wiktorowi oraz wspomnianej Sylwii za możliwość zrealizowania tego, co sobie już dawno zaplanowałem, ale z nieporadności wciąż odkładałem na później. Dziękuję!

Tuż po przyjacielskim uścisku dłoni wsiadłem w auto (wbrew pozorom piłem niewiele, po kilka łyczków każdego piwa) i udałem się do… tego dowiecie się w następnym wpisie z serii „wycieczki/wydarzenia” ;)

2 komentarze:

  1. ja się do nich wybierma prawdopodobnie między świętami, a nowym rokiem :D

    OdpowiedzUsuń