czwartek, 28 lutego 2019

PIWO Z ŻUKA. O co tu chodzi?


Piwo z Żuka znacie? Ja też do niedawna nie znałem. Okazuje się jednak, że pod Jasną Górą oprócz browaru restauracyjnego Czenstochovia, od niespełna dwóch lat działa też drugi browar, tyle że kontraktowy. 


Jestem skromnym i patriotycznym człowiek. Wspieram i promuję co polskie, co regionalne, co pochodzi z moich okolic. W związku z tym postanowiłem przyjrzeć się bliżej ofercie tego częstochowskiego kontraktowca. Poza tym zadecydowała tutaj również zwykła ludzka ciekawość ;)
Ekipę Piwa z Żuka tworzy sześć osób (czterech gości i dwie kobitki). Co najmniej dwoje z nich to piwowarzy domowi, którzy postanowili swoje hobby przekształcić w biznes. Prócz piwa łączy ich jeszcze jedna pasja - zamiłowanie do starej motoryzacyjni, co zresztą chyba widać. Ja poznałem osobiście Roberta, który wygląda mi na głównodowodzącego całego interesu. Swoją drogą, bardzo życzliwy, sympatyczny, a zarazem skromny facet. Z tego co zauważyłem kontraktowiec ten stawia raczej na dystrybucję wokół komina, a kominem tym jest oczywiście Częstochowa i okolice. Piwa natomiast warzone są w pobliskim Wąsoszu. Osobiście nie widziałem ich nigdy w żadnym sklepie, ale już w knajpach i owszem. Poza tym Piwo z Żuka pojawia się też na piwnych festiwalach w różnych częściach kraju, gdzie piwa dystrybuowane są z… Żuka. Dosłownie – z uciętej kabiny tego poczciwego w czasach PRL-u samochodu dostawczego. Każdy musi mieć jakiś patent na siebie. Pomysł ten uznaję za niezwykle osobliwy i oryginalny. 


Jednak zajmijmy się w końcu samym piwem. Spośród dość szerokiego portfolio (ok 10 piw) na pierwszy strzał wybrałem coś naprawdę rzadkiego – Herbal Ale z dodatkiem lawendy! Oczywiście na taki pomysł wpadł już wcześniej choćby Kormoran, Bazyliszek, czy Browar z Grodziska, ale przyznać trzeba, że piwo lawendowe wciąż brzmi dosyć niecodziennie. 


Po przelaniu Lawendy do szkła mym oczom ukazało się lekko zamglone, bursztynowe piwo zwieńczone białą, drobną i zbitą pianą na dwa palce. Jej trwałość jest zadowalająca.

wtorek, 26 lutego 2019

PIRAT leżakowany w beczce po rumie!


Nie wiem co się ze mną dzieje, ale tej zimy jakoś mało pijam tęgich napitków. Oczywiście mało jak na moje standardy, bo przecież wiecie, że macie do czynienia z fanbojem ciemnych, srogich trunków ;D A w zasadzie odkąd zrobiło się zimno to RISy i portery bałtyckie stanowią mniej niż połowę wszystkich degustacji. Zima co prawda powoli dobiega końca, ale postaram się odwrócić proporcje, bo w zanadrzu mam jeszcze całkiem sporo mocarzy.
Dziś na ten przykład na tapecie ląduje kolejny Pirat od Profesji. Wersję Whisky BA już mam za sobą i przyznam, że kładzie na łopatki. Teraz przyszła kolej na beczkę po rumie. Dosyć rzadko się zdarza, by rodzimi kraftowcy imali się tego typu leżakowania, co oczywiście skutkuje u mnie nader pozytywnymi konotacjami. W końcu coś innego niż oklepane Whisky, czy kolejny Bourbon. Parametry piwa są oczywiście takie same jak we wszystkich Piratach. Konkretne ciało 24º Blg oraz sakrucka dawka alkoholu na poziomie 11,5%, czyni z niego typowo degustacyjne piwo.
Nie będę Wam tu szpącił o wyglądzie, bo wiadomo, że to najnudniejsza część opisu. Przechodzimy od razu do rzeczy. 


Już sam zapach zwiastuje nam niecodzienny barel ejdżing, ale do niego jeszcze wrócimy. Wpierw wrażenia smakowe. Piwo ma przyjemnie gładką fakturę, całkiem niezłą gęstość i nie byle jaki charakter. Dużo tu mocnej kawy bez cukru i dużo paloności. Ciemnych słodów jak widać nie żałowano. Tuż za wspomnianym towarzystwem dumnie kroczy gorzka czekolada, podbita niespodziewaną tutaj wędzonką. Może to od rumu? Sam nie wiem. Z czasem do gry włącza się sam rum, a wraz z nim lekkie akcenty starej dębiny i pumperniklu. Całość została subtelnie naznaczona odrobiną lukrecji, melasy i cukru trzcinowego. To wszystko oczywiście od beczki, która jak widać wyraźnie zmieniła profil tego piwa. Finisz jest długi, lekko palony, a zarazem rumowy. Goryczka nie za duża, ale w sumie wystarczająca. Lekko kawowa, lekko chmielowa, szlachetna i całkiem nieźle wyważona. Alko delikatnie jest wyczuwalne, ale sumarycznie dobrze ułożone i szlachetne. Coś tam smyra na podniebieniu, ale generalnie luzik ;) Dobrze to smakuje, lecz chyba obejdzie się bez „ochów i achów”.

niedziela, 24 lutego 2019

OKO W OKO - Owocowe Love Czarne vs Sourtime Czarna Porzeczka


Przyszedł czas na kolejny piwny pojedynek. Bardzo lubię tą serię wpisów, więc nie można się dziwić, że co najmniej raz w miesiącu dochodzi do starcia „Oko w Oko”. Regułą jest, że obydwa testowane piwa są w jakiś sposób do siebie podobne. Czasami niemal identyczne i to pod wieloma względami. Zresztą Wy już dobrze wiecie o co tutaj chodzi, więc nie wiem czemu się tu produkuję?
Dziś w szranki stają dwa kwasy, ale z dwóch różnych browarów. Piwa łączy wiele cech wspólnych, ale największym ich wyróżnikiem jest oczywiście czarna porzeczka. Trunek z Browaru Na Jurze ponadto okraszony został jeszcze kolendrą. Cała reszta jest bardzo podobna. Bardzo zbliżona zawartość alkoholu, ekstraktu oraz oczywiście w obydwu piwach małe żyjątka zwane bakteriami kwasu mlekowego :) Drożdże co prawda nie są identyczne, ale w obydwu przypadkach belgijskie, więc w teorii naprawdę piwa powinny smakować dosyć podobnie. Dodatkowa uwaga – w jednym i drugim przypadku dodano owoców czarnej porzeczki. Żadnych tam soków, czy syropów.
Owocowe Love Czarne już kiedyś wylądowało na blogu i przyznam, że bardzo tym piwem się zachwyciłem. Był to wówczas dla mnie jeden z pierwszych kwasów i strasznie przypadł mi do gustu. Wyrób z Maryensztadtu natomiast nigdy, aż tak bardzo mnie nie skusił, choć słyszałem o nim pozytywne opinie. Jednak, gdy już obydwa piwa miałem w rękach nie pozostało mi nic innego, jak je ze sobą porównać w bezpośredniej konfrontacji.



Owocowe Love Czarne

Wygląda raczej nikogo nie zdziwi. Piwo nosi ciemno bordowe wdzianko, jest wyraźnie mętne i nieprzezroczyste. Piana niewysoka, średnio pęcherzykowa, dość rzadka i nietrwała. Naprawdę nie ma się czym zachwycać.
Pijemy. Tutaj jest bardzo dobrze. Kwaskowo, świeżo, rześko i soczyście. Czarna porzeczka jest szalenie wyrazista, a zarazem naturalna. Co prawda swoim rozmachem przykrywa niemal całą resztę, ale przecież „ten typ tak ma”. Sam kwasek jest nieco cierpki, średnio nasilony. Skojarzenia z jogurtem są raczej znikome. No chyba, że z jogurtem o smaku czarnej porzeczki :D Na chwilę pojawia się delikatna goryczka o bardzo łagodnym usposobieniu. Wysycenie jest średnie. Ciało lekkie, w sam raz pasujące do charakteru tego napitku. Pije się to bardzo szybko i sprawnie. Piwko wchodzi jak złoto :) W zasadzie nie ma się do czego przyczepić.

piątek, 22 lutego 2019

DESMOTIS - Rockmill nie tylko w aferach jest dobry ;)


Jak coś od Rockmilla to, albo milionowa wariacja ipy, albo kolejny ciemny mocarz. Tym razem padło na to drugie ;) Egejn….
Nie to, żebym płakał z tego powodu, ale ja już naprawdę się pogubiłem w liczbie RISów spłodzonych przez tego kontraktowca. Co chwila jakaś nowość w tym segmencie. Dziś niekoniecznie będzie nowość, ale Desmotis kusił jak diabli. Zakupiony już jakiś czas temu w końcu doczekał się swojej szansy. Ciekawe czy czapka spadnie?
Po pierwsze jest to naprawdę konkretny trunek, a nie jakieś ubogie risiątko. 28º Plato nawet w obecnych czasach (dobrobyt, urodzaj i takie tam) budzi respekt. Po drugie dodatki – cynamon, za którym średnio przepadam oraz ziarna kakaowca, które z chęcią powitają moje kubki smakowe. To co? Bez zbędnego przeciągania przechodzimy do meritum.
Przelewam i żłopię… Znaczy się degustuję ;)


Czarne to to jak licho jakieś. Smoliście czarne i nieprzejrzyste. Piana ładna, jasno beżowa, dosyć drobna, puszysta, ale niezbyt wysoka. Opada szybko, nie budząc większych emocji.
Co innego smak. On budzi emocje i to duże. Desmotis bowiem jest przyjemnie gładkim napitkiem. Treściwym i gęstym, choć po takim ekstrakcie można by oczekiwać jeszcze większego ciała. Sporo tu czekolady deserowej, poczciwego kakałka oraz pralinek belgijskich. Poniekąd kojarzy mi się to również z gorącą czekoladą do picia. Na drugim planie wyeksponowane zostały umiarkowanie palone słody w asyście przypalonego karmelu, cynamonu i cukru brązowego. Owszem, jest dosyć słodko, ale na finiszu pojawia się lekka kawowo-palona goryczka, która powiedzmy, że daje sobie w miarę radę. Dla mnie na przykład za słodko nie jest. Tło wypełniają śladowe ilości suszonych ciemnych owoców, łagodnej kawy i pieczywa razowego. Alko delikatnie grzeje w rurę, ale sumarycznie jest bardzo dobrze ułożone. Nic nie pali w gębę, nie piecze, nie drażni. Szlachetnie, szalenie wielowątkowo i zacnie smakuje to piwo. Pychotka!

wtorek, 19 lutego 2019

Nowość! KSIĄŻĘCE WEIZEN z Kompanii Piwowarskiej


Jest! Mam to. Nowe piwo z serii Książęce. Dopiero co wchodzi do sklepów. Tym razem jednak chcę to zrobić nieco inaczej. Nie będzie to zatem schematyczna recenzja ze wstępem, opisem wrażeń smakowo-zapachowych i suchym podsumowaniem. Niet.
Siedzę sobie wygodnie i powoli sączę rzeczoną nowość od Kompanii Piwowarskiej. To znaczy próbuję to jakoś ugryźć, bo szalenie obfita czapa piany skutecznie mi to utrudnia. Książęce Weizen pieni się niemiłosiernie łatwo. Mało tego – biała pierzynka jest okropelnie trwała! Ledwo co opada. Piwko naprawdę zacnie się prezentuje. Jest strasznie mętne (zamieszałem osad z dna), blado pomarańczowe w kolorze, a piana jest iście betonowa, sztywna jak koci ogon, drobna i zbita. Jestem w głębokim szoku.


Zakupiłem je nie dlatego, że spodziewałem się cudów, wyrywania z kapci, czy tym podobnych rzeczy. Po prostu byłem ciekaw, czy tak wielki koncern jest w stanie w końcu zrobić uczciwego Weizena. Owszem, KP w 2011 roku wypuściła Książęce Pszeniczne, tyle że warzono je w Holandii… No cóż, tak też można. Kto bogatemu (wielkiemu) zabroni? Zresztą piwo bardzo szybko zniknęło z rynku. Nieco później do sklepów zawitało znane po dziś dzień Książęce Złote Pszeniczne. Heh, przez długi czas nie wiadomo było, czy to prawdziwa pszenica, czy lager ze słodem pszenicznym w zasypie. Koncern na ten temat milczał jak zaklęty, ale prawdziwi piwosze swoje wiedzieli. Kilka dobrych lat trwała ta zabawa w kotka i myszkę, aż w końcu jakieś dwa lata temu wraz z faceliftingiem szaty graficznej KP sama się przyznała, że to Weizen lager! Ciśnienie już dawno ze wszystkich zeszło, tak więc chyba nikt nie popełnił hara-kiri z tego powodu.

niedziela, 17 lutego 2019

OWOCOWE LOVE CZERWONE. Pyszny kwas z Jury


Gdzieś w okolicach połowy 2015 roku Browar Na Jurze wydał na świat Owocowe Love Czarne. Kwasik pojawił się na blogu, skutecznie zrywając mi Kuboty ze stóp. Mniej więcej w tym samym czasie (może trochę później, może wcześniej) do sklepów zawitało bratnie piwo – Owocowe Love Czerwone. Też kwach, tyle że bardziej w czerwonych klimatach. Trochę na nie polowałem, ale w ferworze walki jakoś przeszło mi koło nosa. Później jeszcze kilka razy miałem się za nie zabrać, ale jakoś tak schodziło i schodziło…
Aż w końcu przyszła zima, początek 2019 roku. Przecież nie ma lepszej pory na żłopanie lekkich, owocowych i orzeźwiających kwasów ;) Ech Piotrek, Ty zawsze musisz pod prąd. Nie będę jednak czekał do lata, bo piwo wyjdzie z terminu.
Owocowe Love Czerwone zawiera sok z czerwonej porzeczki, wiśni i truskawki! Nachmielone jest Lubelskim oraz Amarillo. A żeby było jeszcze ciekawiej jakiś cudak dorzucił do piwa czerwony pieprz i kolendrę! Piwo zakwaszono bakteriami kwasku mlekowego, a całość przefermentowano belgijskimi drożdżami. Będzie ciekawie.


Piwo pieni masakrycznie. Dziarska czapa piany przypomina spienione morze podczas sztormu. Jest szalenie wysoka, drobna i sztywna jak bita śmietana wyciskana pod ciśnieniem. Do tego jest strasznie trwała i genialnie lepi się do szkła. Pod jej spodem oko cieszy mętne, czerwonawe piwo, które bardzo przypomina sok z czerwonych owoców. Pięknie się to prezentuje na tle oprószonej śniegiem ziemi :)
A smaczne to jak diabli! Niebywale rześkie, cholernie świeże, soczyste i meeeega owocowe. Dzięki wysokiemu wysyceniu piwo fajnie buzuje na podniebieniu. Nie wiadomo jaki tu jest ekstrakt, ale nie mowy o żadnej wodnistości. Co innego lekkość. O tak, piwerko jest bardzo lekkie, ale intensywne w smaku. Czerwone owoce mocno prężą tutaj muskuły. Jest czerwona porzeczka, wyraźna wiśnia i nieco słabsza truskawka. Co dziwne, wyczuwam tu również akcenty żurawiny oraz zielonych kwaśnych jabłek. Ogólnie kwasku nie jest jakoś bardzo dużo, a pochodzi on zarówno od Lacto, jak i soków owocowych. Ta wiśnia i porzeczka pięknie tutaj zagrały. Wchodzi to sto razy lepiej niż woda, bo przecież woda nie ma smaku ;p

piątek, 15 lutego 2019

Wine Tripel od Faktorii - co to kurna jest?


Nasi rzemieślnicy są bardzo pomysłowi. Kiedy nie wystarcza im już Barley Wine, Rye Wine, czy Wheat Wine, to biorą się za Wine Tripel ;)
Oj, niezmiernie dużo czasu upłynęło odkąd na blogu gościł Browar Faktoria. W tym czasie dużo dziewic zaszło w ciążę, a ludzie u władzy przygarnęli całkiem pokaźną sumę łapówek. Niemal trzy lata, to naprawdę szmat czasu. Nie wiem czemu, ale od dawna jakoś tak cicho o tej Faktorii, a przecież to jeden z najstarszych polskich kontraktowców.
Kilka miesięcy temu skusiłem się sprawdzić formę starego wyjadacza o imieniu Faktoria. Padło akurat na piwo Attila. Jest to Wine Tripel, czyli belgijski mocarz z dodatkiem suszonych winogron Furmint z Tokaju. Mało tego, owe winogrona zaatakowane były grzybami – gronowcem szarym. Czyli mówiąc tak bardziej obrazowo, były pokryte pleśnią. Nie jestem botanikiem, ale domyślam się, że to jakaś szlachetna i pożądana odmiana pleśni. Jak w tych niebotycznie drogich serach pleśniowych. Poza tym dość niecodziennym dodatkiem mamy tu niemalże czystego Tripla – słód Abbey, cukier kandyzowany oraz drożdże belgijskie. Aha, no i Warrior, który chyba jednak zbyt belgijski nie jest ;)
Piwo trochę długo stało u mnie w szafce, więc jest już lekko „po dacie”, ale przy takim woltażu raczej nic złego się tu nie zadziało.


Przelewam. Dosyć to ciemne, jak na deklarowany styl. Bursztynowo-herbaciane, ale przynajmniej w pełni klarowne. Piana nawet drobno pęcherzykowa, ale niewysoka, nietrwała i niezwykle sycząca. 2-3 minutki i było po zawodach.
W smaku czuć dość wysokie, ale niegroźne wysycenie, które przyjemnie szczypie w podniebienie. Skojarzenia z Belgią są tu jak najbardziej na miejscu. Delikatnie kwaskowe piwo wyraźnie trąca żółtymi owocami (brzoskwinia, morela, renkloda). Drugi akord gra lekka słodowa podbudowa w formie przypieczonej skórki chleba i herbatników. Ciała nie jest tu jakoś znacznie dużo, a tło wypełniają subtelnie przyprawowe tony. Szczególnie intrygująco wypada jednak wspomniana kwaskowatość, kojarząca się moim zdaniem z klimatami typu wild/funky. Skórzany pasek, siano, końska derka. Oczywiście całość jest dosyć wyraźnie podszyta akcentami białego wina. W sumie to najbardziej przychodzi mi na myśl wino musujące. Daleko w oddali majaczy natomiast łagodna, delikutaśna goryczka. Ciecz pije się ekspresowo szybko. Wchodzi lepiej niż woda! Absolutnie nie czuć ani grama alkoholu. Po prostu pijesz jak pilsa. Aż się nie chce wierzyć, że to ma ponad dyszkę alko! Po prostu mistrzostwo :D

wtorek, 12 lutego 2019

RISFACTOR po raz trzeci!!!


Dosyć długo musieliśmy czekać na trzecią odsłonę Risfactora od Pinty, ale przecie… co się odwlecze, to nie uciecze. Po podstawce oraz wersji double barrel aged przyszedł czas zmierzyć się z kolejnym potworkiem rzędu 30º Plato. Mianowicie Risfactor Bourbon Barrel Aged. Tym razem jedna beczka, ale za to po czymś, co zajebiście nadaje się do leżakowania ciemnych piw - amerykańskiej whisky z Kentucky (czyżby słynny Jim Beam?). Tego nie wiem, ale wiem, że Pinta nie odwala kaszany, tak więc o rezultat tego eksperymentu możemy być spokojni. Zwłaszcza jeśli mamy na uwadze, że piwo dojrzewało sobie w dębowych beczkach ponad rok! Druga rzecz, że kilka miechów czekało u mnie na swoją kolej. Wiecie jak to jest – człowiek myśli, że za kilka dni, za kilka tygodni. Tymczasem pojawiają się inne nowe piwa, którym czas po prostu nie służy, więc mocarze czekają i czekają, zapuszczają korzenie, wyciągają rączki, itepe ;)
Poprzednie wersje weszły mi fantastycznie, więc i tu mam nadzieję na euforię zmysłów. Ale tak w ogóle to ciekawi mnie bardzo, czy był sens bawić się z tymi dwiema beczkami? Czy pojedynczy barel ejdżing będzie lepszy niż podwójny? Sprawdźmy.


W szkle ląduje czarne jak dupa nietoperza piwo. Piany w zasadzie brak, ale po takim spędzonym czasie w drewnie jakoś wcale mnie to dziwi. Zresztą na co komu piana, jeśli trunek operuje takimi cyferkami? :D
Siup do dzioba. Ulalaa… jest bardzo gęsto, likierowo i gładziutko. Zresztą na żadną wersję Risfactora nie można było narzekać w tym aspekcie. Ciała jest tu od cholery (nawet Ryszard Kalisz mógłby pozazdrościć). Mnóstwo czekolady deserowej, plus rozpuszczalne kakałko i wysokiej jakości pralinki belgijskie. Wszystko to nasiąknięte nienachalną, acz wyczuwalną wanilią, która wnosi pewną słodkość na języku. Dalej mamy lekko palone słody, nieco melasy, nut toffi, orzechów i subtelnej, ale intrygującej łychy. Piwo finiszuje szalenie długo, pozostawiając w mordce akcenty starego mokrego drewna i łagodnej, świeżo parzonej kawy. Palnej goryczki nie ma za wiele, ale nie jest strasznie słodko. Za to ciecz świetnie rozgrzewa nam trzewia. Mimo to, alko jest całkiem dobrze ułożone i szlachetne. Nie mówię, że nie czuć sporego woltażu, ale w ustach nie ma ani grama bimbrowych, czy spirytusowych naleciałości. Po prostu miszczostwo! Beczułka zrobiła robotę, Pinta zrobiła robotę. Fuck me! Genialnie to smakuje. Jak mawiał klasyk: „O take krafty walczyłem”.

niedziela, 10 lutego 2019

LIFT TO THE SCAFFOLD. Raduga nie zawiodła


Życie jest za krótkie, żeby pić kiepskie piwo. Pewien znany bloger wymyślił to hasło i ja się z nim zgadzam. Przecież nie wzbogacisz się oszczędzając trzy, czy cztery złote na jednym piwie. Owszem, parę złociszy będziesz do przodu. Może nawet wyjdzie ze stówka miesięcznie jak dużo chlejesz, ale cóż to jest względem wszystkich naszych wydatków? Czy jesteś w stanie za to ułożyć sobie życie? Kupić dom lub chociaż samochód? No właśnie.
Polak jednak z natury jest człowiekiem zachłannym, ale jednocześnie raczej oszczędnym. Czasem samemu nie weźmie i drugiemu nie da. Ciągle tylko kombinuje, żeby łatwiej mu się żyło, żeby się nie narobić, a zarobić. Albo żeby kupić coś jak najtaniej. Na przykład rzemieślnicze piwo o uznanej marce za piątaka J Czasami właśnie hipermarkety wychodzą do nas z taką inicjatywą.
Lift To The Scaffold to bardzo stare już piwo od Radugi. Jestem pewien, że jest z nami już ponad trzy lata. Zatem nie nowość, ale kusi. Zwłaszcza za takie piniondze. Sprawdźmy zatem czy uznana Session IPA od Radugi trzyma poziom, jaki pamiętam sprzed lat. Na blogu oczywiście piwo debiutuje dopiero teraz. 


Trunek pieni się bardzo ochoczo. Śnieżnobiała czapa rośnie do zastraszających rozmiarów. Jest drobna i puszysta. Z czasem zaczyna się rozrzedzać, tworząc coraz grubsze pęcherze. Generalnie jednak jest bardzo żywotna. Lacing również bez zarzutów. Samo piwo jest lekko zamglone, a jego kolor to czyste złoto.
W smaku bez wątpienia są amerykańce, ale to już chyba nie ten poziom co kiedyś. Mamy tu pewne pokłady cytrusów w formie skórek, a raczej samego albedo. Tuż za nimi drepczą nieśmiałe tropiki, coś jakby mango i marakuja. Towarzyszy im nieco żywicy oraz leśnego igliwia. Wszystko to zostało osadzone na lekkiej podbudowie słodowej z niewielką domieszką białego pieczywa i herbatników. Wysycenie jest niskie, może nawet ciut za niskie jak na mój gust. Goryczka za to dzielnie pręży muskuły. To znaczy nie jest jakaś olbrzymia, ale z pewnością dosyć wyrazista i solidna. Delikatnie nawet zalega, ale sumarycznie jest gładka, miękka i nieźle ułożona. W punkt kontruje słodową bazę. Piwo jest lekkie, pije się je w miarę szybko, ale nie ma tego efektu wow.

piątek, 8 lutego 2019

RAGNAR. Piwo, które nie bierze jeńców


Wiecie co? Nie lubię zimy. Ten mróz, śnieg, czy może częściej chlapa i błoto, to po prostu nie dla mnie. Wiecznie coś ciapie z nieba. Jest szaro, buro i ponuro. Uszy marzną, nos i ręce również. Auto wiecznie upaprane, obuwie to samo. Syf do domu się wnosi, ehhh… Witamy w Polsce ;)
Dobrze jednak, że dziś towarzyszy mi Ragnar od Trzech Kumpli. Najarałem się na to piwo, jak student prawa na staż w sądzie. Nie jest to żadna nowość, ale po prostu nigdzie się z tym trunkiem wcześniej nie spotkałem. I byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie jeden w wiernych czytelników bloga, który po prostu sam mi go dostarczył z własnej i nieprzymuszonej woli (pozdro Marek). Tak więc jest to pierwsze w historii bloga piwo, zdobyte dzięki uprzejmości jednego z fanów. Bardzo mi miło z tego powodu :)
Ragnar to oczywiście dosyć rozpoznawalny już imperialny porter bałtycki. Bez żadnych udziwnień, dodatków, czy leżakowania w drewnie. Parametry robią wrażenie, ale generalnie piwo słynie z bardzo ostrego i bezkompromisowego smaku, który w zasadzie przypomina RISa. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak weryfikacja tych doniesień.


Otwieram i ładuję zawartość butelki do szkła. Czarny to skubaniec jak murzyn po całej dniówce w kopalni węgla kamiennego. Ciecz pieni się dość obficie. Brązowa, drobna i zbita piana rośnie okazale, lecz dosyć szybko się dziurawi i opada do symbolicznego pierścienia.
W smaku naprawdę nie ma żartów. Prawdą jest, że Ragnar bardziej przypomina RISa niż portera bałtyckiego. Piwo jest bardzo palone, iście kawowe, takie charakterne i zadziorne. Mocna kawa bez cukru i śmietanki świetnie dogaduje się z sowitą ilością palonych słodów i nie mniejszą ilością gorzkiej czekolady (80%). Drugi akord to przyjemna popiołowa nuta, kojarząca się z zanadto przypieczonym spodem od ciasta. Tło wypełniają akcenty pumperniklu, palonego zboża, ciastek Oreo (bez nadzienia) oraz nieśmiałej lukrecji. Jest fest czarno. Goryczka też nieźle daje w palnik. Jest wyraźna, bardzo palona, ostra, chropowata i trochę zalegająca, ale o dziwo pasuje do całości. Z czasem przechodzi ona w długi kawowy finisz. W całym tym szaleństwie zapomniałem o woltażu, który jest przecież bardzo duży. Znaczy to, że piwo jest bardzo dobrze ułożone. Owszem, grzeje w kiszki, ale nie ma mowy o pieczeniu, czy drapaniu w gardziołku. Bardzo smaczne piwo. Może poniekąd jednotorowe, ale jakie wyraziste.

wtorek, 5 lutego 2019

Wizyta w Browarze Nepomucen


Będąc w styczniu na corocznej Degustacji Piw w Krotoszynie, nie omieszkałem nieco skręcić z trasy i zawitać do Szkaradowa. Tam oczywiście swoje lokum ma, nie kto inny, jak znany i lubiany Browar Nepomucen :)

Do wspomnianego Szkaradowa dotarłem wraz z moją lepszą połową w sobotnie popołudnie. Naszym przewodnikiem był Mariusz Musielak, który wraz z bratem Piotrkiem założył swój browar w 2015 roku. Obydwaj panowie to uznani piwowarzy domowi, choć głównym piwowarem jest obecnie Mateusz Kupracz. Budynek browaru, a w sumie to tylko jeden z budynków, był kiedyś piekarnią, o czym świadczy majestatyczny komin z czerwonej cegły. Z ulicy go jednak nie widać (chyba). W sumie to do końca nie jestem pewien. W każdym bądź razie, przejeżdżając drogą obok browaru, wcale się człowiek nie pokapuje, że mija jakiś browar. Dopiero jak znajdziemy się na podwórku, czyli z tyłu ulicznych budynków, to przed nami jawi się odpowiedni napis, że oto przed nami Browar Nepomucen. Ogólnie browar rozlokowany jest w trzech budynkach, choć oczywiście sercem browaru jest dawny budynek piekarni. Mariusz mieszka po sąsiedzku, więc można powiedzieć, że pilnuje interesu na okrągło ;) 



W środku czai się trzynaczyniowa warzelnia (kocioł zacierno-warzelny, whirlpool, kadź filtracyjna) o wybiciu 26 hl, szereg tanko-fermentorów (55hl każdy) oraz około dziesięciu poziomych leżaków „zatopionych” w ścianie i posiadających komorę chłodniczą. Do tego znana w krafcie „karuzela”, profesjonalna etykieciarka oraz równie profesjonalna składarko-oklejarka do kartonów. Natomiast sam sprzęt do warzenia to już istne rzemiosło. Chłopaki odkupili jakąś powypadkową cysternę z nierdzewki, po czym zlecili komuś wyspawanie wszystkich elementów wg ich pomysłu. Na koniec sami wszystko złączyli do kupy. Tak – spryciarze. A żebyście widzieli jak przebudowali tą piekarnię!

niedziela, 3 lutego 2019

SHORT TEST: Wniosek Urlopowy z Browaru Zakładowego



Prolog: Ostatnim z podarków, jaki mi został z wizyty w Browarze Zakładowym jest znany już wielu osobom Wniosek Urlopowy. Piwo nie jest nowe i jest to już któraś z kolei jego warka.
O co kaman: Tropikalne ryżowe IPA, czyli AIPA z płatkami ryżowymi na pokładzie. A dlatego tropikalna, bo do piwa dodali mango, ananasa oraz skórki owoców cytrusowych. Taka kurde sytuacja.
Wdzianko: Ciemne złoto, wyraźna mętność. Piwo strasznie się pieni. Piana jest bardzo obfita, mieszano ziarnista, szybko się dziurawi i pęka. Jej żywotność finalnie nie jest duża.
Kichawa mówi: Aromat nie grzeszy intensywnością. Poza tym jest jakiś taki mdły i przygaszony. Mango i ananasa jak na lekarstwo, a o cytrusach możemy sobie jedynie pomarzyć. Z ipy została tylko lekka kwiatowość, nieco żywicy i akcentów leśnych. Wnioskuję jednak, że nie tak miało być. Piwo pachnie słabo i mało świeżo. Smuteczek :(
Jadaczka mówi: Piwo jest przegazowane. Bąbelki zanadto harcują w ustach, przez co ciecz niepotrzebnie nas kłuje w język. Bardzo dużo tu słodowej podbudowy, jest także sugestia chlebka, karmelu i biszkoptów. Skórek cytrusowych brak, w oddali majaczą tylko subtelne tropiki. Zupełnie w tle natomiast spotykamy nuty kwiatów, igieł sosnowych oraz jakby ziół. Nie za wiele tutaj Ameryki, tym bardziej owoców tropikalnych. Goryczka średnia, ale dosyć szlachetna. W punkt kontruje słodową bazę. Piwo jednak smakuje naprawdę średniawo.
Komu mogę polecić: A kurde nikomu, bo potem będziecie na mnie brony wieszać. Polecam tylko sprawdzone trunki.
Epilog: Mimo fajnej pełni, nienajgorszej gładkości i całkiem dobrego balansu coś tu ewidentnie nie pykło. Dodanych owoców prawie, że nie ma. Tymczasem z samego chmielu bardzo łatwo jest osiągnąć lepsze efekty. Piwo sprawia wrażenie jakby było długo po terminie. Nie pachnie i nie smakuje świeżo. Momentami jest wręcz mdłe i nijakie. Szkoda.

OCENA: 4/10
CENA: nieznana
ALK. 6,6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 17.03.2019
BROWAR ZAKŁADOWY

piątek, 1 lutego 2019

PIWO MIESIĄCA - STYCZEŃ 2019



No nie mogło być inaczej. To było bardziej pewne niż zwycięstwo FC Barcelony nad ostatnią drużyną w tabeli. Bardziej pewne niż to, że Jehowi będą cię namawiać na swoją wiarę. Jak piwo dostaje u mnie „dyszkę”, to po prostu musi nie ma bata – musi zgarnąć ten laur!
 
Tytuł PIWO MIESIĄCA – STYCZEŃ 2019 zgarnia Krasnolód Jack Daniel’s BA, będący kooperacyjnym dziełem Browaru Spółdzielczego i Browaru Profesja!!! :D


Obydwu browarom składam szczere i głębokie ukłony!
Ten wymrażany skurczybyk to prawdziwe arcydzieło piwnego rzemiosła. Zwykły Doppelbock dzięki odpowiednim zabiegom termicznym i leżakowaniu w beczce po Bourbonie stał się Krasnolódem – piwem niepowtarzalnym, nietuzinkowym, po prostu sztosem przez duże „Sz”. To coś jest tak gęste, tak gładkie, tak oleiste i esencjonalne, że klękajcie narody! Istna euforia zmysłów. Mózg ugotowany, nogi z waty, oczy w słup. Tego nie da się nawet opisać, po prostu trzeba samemu spróbować i doświadczyć każdą komórką ciała. Piwo warte każdych piniendzy. Z pewnością najlepsze ze Spółdzielczego i z Profesji :)