piątek, 29 maja 2015

MASTNE CIESZYŃSKIE

Pora w końcu wziąć się za kwietniową ofensywą rodem z Cieszyna, na którą jakoś ostatnio nie mogłem znaleźć czasu. Po prostu w kolejce były ciekawsze piwa oraz artykuły.
Browar Zamkowy Cieszyn po uzyskaniu swoistej niepodległości, tudzież autonomii od Grupy Żywiec, wydał na świat pakiet sześciu piw, z których na razie piłem tylko dwa (lager oraz Double IPA). Trzecim trunkiem, który biorę na warsztat jest Mastne Cieszyńskie, które prawdopodobnie jest tym samym piwem, ale z inną etykietą, co słynne onegdaj Brackie Mastne (ponoć pierwsze współczesne piwo górnej fermentacji, albo przynajmniej jedno z pierwszych). Był czas, gdy piwna gawiedź się nim jarała.
Te nieszczęsne czasy jednak bezpowrotnie minęły – teraz mamy piwna rewolucję panie! Teraz robi się wędzonki, kwasy, przeróżne hybrydy, leżakuje piwa w drewnie, a nowofalowe chmiele sypie się do kotła szuflami! Tak się w tej naszej kochanej Polsce porobiło. 


Mastne Cieszyńskie nalewa się z przyzwoitą pianą o barwie lekko przybrudzonej bieli. Średnio pęcherzykowa czapa z początku jest dość obfita, jednak jej żywotność pozostawia wiele do życzenia (kilka minut i po krzyku). Lacing za jest bardzo wyraźny i trwały.
Kolor piwa jest całkiem niezły – typowo bursztynowy i lekko mętny, może nawet bardziej pasuje tu określenie opalizujący.
W zapachu Mastne absolutnie niczego nie urywa, chociaż tragedią także bym tego nie nazwał. Dominuje wyraźny karmel, niepokojący kojarzący się ze słynnym diacetylem, choć raczej stawiałbym na karmel. Na drugim planie mordę wydziera lekko opiekana słodowość, wspomagana z tyłu przez garść tostów i skórkę od chleba, czyli tak zwane melanoidy. Natomiast na obrzeżach tego przedstawienia pobrzmiewa delikatna nuta miodowa (Skąd? Czyżby utlenienie?) oraz bardzo subtelny alkohol, którego jednak przy tym woltażu i tak nie powinno być. Dobrze, że chociaż nie ma tu ani grama metaliczności, z której przecież słynie cieszyńskie browar.

wtorek, 26 maja 2015

BOJAN SZWEJK

Szwejk to żadna tam nowość, bowiem piwo to już od dobrych kilku miesięcy zalega na półkach Ropuszki...., przepraszam Żabki. W sumie to wcale nie miałem zamiaru go kupować, ale przyznam się bez bicia, że skusiła mnie promocja. Jak widać siła marketingu to rzecz wręcz niepojęta.
Nowość z Bojanowa to z założenia lekkie (10° Plato) i sesyjne piwko, które jak widać po etykiecie zamierza aspirować do miana pilsa. Czyżby kolejny polski pseudopils za trzy złote?
Bardzo drażni mnie, że sporo naszych browarów lekkie, czeskie desitki błędnie nazywa pilsami, których ekstrakt przecież zaczyna się dopiero od 11%. Nie będę już tutaj nawet wspominał o wyrazistej goryczce, czystym smaku i zbalansowanym chmielowo-słodowym aromacie, których najczęściej po prostu nie ma.
Tuż po wejściu Bojana Szwejka na rynek posypało się na niego sporo hejtu, oczywiście za sprawą całej palety wad, jakimi piwo to raczyło swoich konsumentów. Ja jednak dzisiaj założyłem grube klapki na oczy i z czystym sercem i duszą, postanowiłem sprawdzić, co w Szwejku piszczy.


Mój dzisiejszy gość generuje dość obfitą, białą pianę, jednak nie wygląda ona zbyt pięknie za sprawą grubych pęcherzy. Całość jest przeciętnie trwała, dosyć szybko się dziurawi i w konsekwencji opada do cienkiego kożuszka. Lacing taki sobie.
Piwo posiada ładny, złocisty odcień i jest wyraźnie mętne, wszak filtracja jest mu obca.
Teraz pora skupić się na najważniejszym, czyli czas Szwejka obwąchać. Zapach nie jest zbyt intensywny – dominuje tu łagodna słodowa nuta typu chlebowego, okraszona delikatnymi niuansami trawiastego chmielu oraz minimalnych ziół. W tle baraszkuje nieznaczny mokry karton. I w zasadzie to by było na tyle. Poważnych wad nie stwierdziłem, ale sądzę, że sam aromat mógłby być bardziej wyrazisty.

niedziela, 24 maja 2015

WIELKI TEST CYDRÓW


Cydr, inaczej jabłecznik, to obecnie najszybciej rosnący rynek napojów alkoholowych w Polsce. Jego coraz większa popularność – mimo, że wciąż nie stanowi realnego zagrożenia dla rynku piwa - nie umknęła również mojej uwadze, czego efektem jest niniejszy artykuł.


Teoria

Dla niektórych może się to wydać dziwne, ale cydr to nie to samo, co wino jabłkowe. Cydr nie jest także piwem o smaku jabłkowym. Cydr nie jest czymś pomiędzy piwem, a winem -  po prostu jest cydrem, czyli lekkim i orzeźwiającym napojem alkoholowym (2-7%), powstałym (przy udziale drożdży) dzięki fermentacji soku jabłkowego bez dodatku cukru, konserwantów, czy sztucznych aromatów. Jeśli zamiast soku z jabłek mówimy o soku gruszkowym, to wówczas mamy do czynienia z gruszecznikiem, czyli perry. To właśnie brak substancji słodzących generalnie odróżnia cydry od win jabłkowych, poza tym dość znacznie różnią się one woltażem. Tyle przynajmniej mówi regułka, praktyka jednak niekiedy różni się od teorii, o czym będzie jeszcze mowa poniżej.
Cydry dzielą się na zwykłe (niemusujące), musujące oraz gazowane (saturowane dwutlenkiem węgla), choć akurat w Polsce wszystkie są musujące i/lub gazowane. Największą popularnością cieszą się w Wielkiej Brytanii, północnej Francji, Belgii, Irlandii, Estonii oraz na Litwie.
Historycznie istnieją jakby dwa obozy, nieco odmiennie traktujące ten niskoalkoholowy napój. Rejony Wysp Brytyjskich cydr traktują podobnie jak piwo, gdzie bez problemu napijemy się go w pubach, wprost z pompy (nalewaka). Warto dodać, że w Anglii zdecydowanie dominują cydry wytrawne, bardziej kwaskowe i zazwyczaj mocniejsze niż gdzie indziej. Natomiast w północnej Francji i okolicach, cydr kojarzony jest bardziej z winem, przy czym jest on bardziej słodki i mniej alkoholowy niż na Wyspach.

Cydr w Polsce

W kraju nad Wisłą jeszcze dwa lata temu rynek cydrów praktycznie nie istniał. Co prawda jak się dobrze przetrząsnęło marketowe półki, to można było kupić jakiś importowany egzemplarz, nie mniej jednak prawie nikt tego nie pił, co wiązało się także ze znikomą świadomością konsumentów w tej materii. Wszystko zaczęło się zmieniać w 2013 roku, gdy Ministerstwo Finansów zmniejszyło akcyzę na ten alkohol ze 158 do 97zł za hektolitr. Był to swoisty impuls, który z miesiąca na miesiąc zaczął napędzać cydrową machinę. Oczywiście w dalszym ciągu nie można porównywać ilości sprzedaży cydru z piwem (to nie ten rząd wielkości), ale o rosnącej popularności niech świadczy fakt, że w całym 2013 roku sprzedano w Polsce 2 mln litrów cydru, natomiast w 2014 już ponad 9,5 mln! Szacuje się, że w tym roku sprzedaż sięgnie 15 milionów litrów, a to już coś. Widać, że Polacy coraz bardziej kochają się w tym jabłkowym trunku i chyba nie jest to tylko zasługa faktu, że jesteśmy największym producentem jabłek w Europie i trzecim na świecie (warto wiedzieć, że z naszych jabłek produkuje się cydr w wielu krajach starego kontynentu). Coraz częściej napoju tego możemy napić się w barach i pubach, niekiedy nawet z nalewaka, więc z pewnością coś jest na rzeczy. Istnieje teoria w myśl której jabłecznik jest konkurencyjnym napojem dla wina i piwa, a w szczególności dla jego smakowych/owocowych wersji typu radler, piwa z sokiem, czy piwa aromatyzowane. Ich cechy wspólne to niski poziom alkoholu, owocowy charakter, rześkość, lekkość, pijalność, a także zbliżona cena. Nie sposób się z tym nie zgodzić, ale pozostaje jeszcze kwestia samego składu, który raczej nie będzie identyczny.


Tak jak już powiedziałem, teoretycznie cydr to sfermentowany sok jabłkowy, niekiedy tylko rozcieńczony wodą. Gdy jednak zaczniemy czytać poszczególne etykiety, to okazuje się, że „obowiązkowo” znajdują się tam również siarczyny, a czasem także aromaty, cukier, czy inne słodziki. Cydr nie powinien być pasteryzowany (za bardzo wpłynęłoby to na smak), filtrowany, czy koloryzowany barwnikami. Producenci chroniąc swoje wyroby przed zepsuciem traktują je więc dwutlenkiem siarki, który ma między innymi działanie konserwujące. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć, w przeciwieństwie do sztucznych aromatów, czy cukru. Po jaką cholerę słodzić trunek, który już z samej definicji powinien być kwaskowy, rześki, świeży, pijalny i zdecydowanie bardziej wytrawny niż słodki?
Rzecz jasna nie ma prawnego obowiązku podawania pełnego składu cydru (podobnie jak i piwa), toteż w większości przypadków możemy się tylko domyślać, co zaaplikował nam jeszcze dany producent.


Żeby ten artykuł nie był tylko kolejną porcją teoretycznej wiedzy, postanowiłem dla Was zrobić Wielki Test Cydrów i przetestować kilkanaście najbardziej popularnych u nas pozycji, żebyście wiedzieli których marek unikać i przeciwnie – które kupować w ciemno. Nie są to oczywiście wszystkie jakie można w Polsce kupić, ale myślę, że ponad połowę udało mi się upolować. Nie traktowałem tych degustacji, aż tak szczegółowo jak to robię w przypadku napoju z pianką, bowiem wg mnie nie wymagają one, aż tak wyjątkowego traktowania. Po prostu aromat cydrów nie jest, aż tak rozbudowany jak w piwie, a sam smak poszczególnych egzemplarzy dosyć do siebie zbliżony, chociaż nie powiem, że identyczny, bo jedne są bardziej kwaśne, a inne mniej. O charakterze danego cydru, czy jest on wytrawny, półwytrawny, czy półsłodki powinna decydować odmiana jabłek, z której został przyrządzony, jednak nie zawsze jest to regułą.
Tak na marginesie, wszystkie polskie cydry (jak jeden mąż) mają zawartość alkoholu na poziomie 4,5%. Ni mnie, ni więcej, tylko równe 4,5%.

Warka Cider

Jak słyszymy słowo warka, to oczywiście kojarzymy je z piwem o tej właśnie nazwie. Z tym cydrem jest podobnie, bowiem jego producent (Warwin S.A.) ulokował się w mieście Warka na Mazowszu.
Jasnozłota w barwie Warka Cider posiada dość płaski i nijaki zapaszek, który zdecydowanie bardziej trąca siarką niż jakimiś owocami. W smaku jest już wyraźnie lepiej – zielone jabłuszko dominuje nad przyjemnym kwaskiem i nieznaczną nutą limonki. Finisz lekko słodkawy. Finalnie w smaku jest całkiem nieźle, wysycenie jest bardzo wysokie, a całość mocno orzeźwiająca. OCENA: 6/10

 

Cydr Lubelski

To zdecydowany lider polskiego przemysłu cydrowego, posiadający około 50% udziału w rynku. Jego producentem jest Ambra S.A. z Lublina, posiadająca w swoim portfolio takie marki jak Dorato, Cin&Cin, Piccolo, Michel Angelo, Fresco, czy Nemiroff.
Lubelski trunek jest wyraźnie bledszy (słomkowy) w barwie niż kolega z Warki, a w zapachu niestety jeszcze gorszy. Okropna siara, kanaliza, siarkowodór i zgniłe jaja – takie oto klimaty. Na szczęście z biegiem czasu ten przykry odór się ulatnia, choć nie w stu procentach. W smaku jest już o niebo lepiej – rześkie, kwaśne, cierpkawe i taninowe nuty, miło akcentują wyraźną obecność smaku jabłkowego i delikatnych cytrusów. Bardzo mocno wysycone. Smak niezły, ale aromat tragedia. OCENA: 5/10

Strongbow Gold Apple

Nowy gracz na polskim rynku, dystrybuowany przez Grupę Żywiec od marca tego roku. Pochodzi z Wielkiej Brytanii i dość powiedzieć, że wg wyliczeń jest to najpopularniejsza marka cydru na świecie!
Jasnozłoty Strongbow przywodzi na myśl białe wino za sprawą dość wyraźnego aromatu jasnych winogron, choć nie brakuje tu również czerwonych jabłek. Zapach typowo owocowy, ładny, siarka na minimalnym poziomie. W smaku jest lekko kwskowe, jabłkowo-winogronowe, na finiszu delikatnie słodkawe, ale dość rześkie. Wysycenie jest w miarę wysokie. Całość nie najgorsza, tylko trochę za słodka, co w sumie nie dziwi, bo w podanym składzie znalazła się glukoza (dodana podczas fermentacji), syrop glukozowo-fruktozowy, a nawet karmel! OCENA: 6/10

Saider

Marka Saider należy do znanego producenta polskich cydrów, firmy Kamron z Kielc.
Dobrze, że jako jedni z nielicznych postanowili ujawnić skład tego produktu. Dzięki temu wiemy, że w Saiderze znajduje się wino jabłkowe, cukier, koncentrat soku jabłkowego, syrop z cukru inwertowanego, syrop karmelowy, naturalny aromat, no i dwa konserwanty na bazie siarki. Nie ma to, jak naturalnie zrobiony cydr! ;)
Zapach jest lekko jabłkowy, delikatnie winny i winogronowy. Z drugiej jednak strony niezbyt świeży i lekko siarkowy. W smaku jest zdecydowanie za słodko, wręcz cukrowo i nie jest w stanie tego zmienić nawet delikatne jabłuszko i odrobina kwasku. Wysycenie wysokie, lecz całość słabo orzeźwia. Cukier rządzi. OCENA: 4/10

sobota, 23 maja 2015

KOREB AMERICAN IPA

Zgodnie z moim zapytaniem na FB, biorę dzisiaj na warsztat ajpę z Browaru Koreb, bowiem piwo to zdecydowanie najczęściej przewijało się w Waszych komentarzach. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, myślałem, że potraktujecie mnie łagodniej i wybierzecie coś bardziej rozsądnego. Najwidoczniej jednak nie zależy Wam na moim zdrowiu, a sobie chcecie oszczędzić self-testów na własnej skórze ;p
OK. Wyzwanie przyjąłem na klatę. Mówiąc kolokwialnie, sam sobie nawarzyłem piwa tym pytaniem, więc teraz sam muszę je wypić.
Kupiłem rzeczoną nowość z Browaru Koreb w Łodzi na Targach Piwowary, gdzie rodzinny browar z Łasku miał akurat swoje stoisko. Nie żebym był jakimś tam fanem tego przybytku, co to, to nie! Powiem więcej – jeszcze nigdy w swoim żywocie nie piłem nic z tego browaru, o czymś więc musi to świadczyć. A piwo kupiłem po prostu z czystej ciekawości, bowiem swoim pojawieniem się na rynku wywołało ono niemałą konsternację, zdziwienie, a nawet szok wśród rodzimych kraftopijców, którzy najczęściej komentowali to w taki oto sposób: „AIPA z Koreba? No fucking way!”. 

Dla mniej zorientowanych czytelników, którzy nie kumają bazy o co chodzi z tym całym Korebem, nadmieniam iż - mówiąc bardzo oględnie - jest to browar nie cieszący się zbytnią estymą wśród świadomych konsumentów napoju z pianką.
Otwieram i przelewam. Z wyglądu American IPA nie różni się zbytnio od konkurencji – bursztynowo-herbaciany kolor, klarowność, kremowej barwy piana o drobnej strukturze i fajnej puszystości. Owa kołderka co prawda nie jest zbyt wysoka, ale nie opada też tak szybko jakby można się było tego spodziewać. Finalnie redukuje się do cienkiego pierścienia, dość wyraźnie znacząc przy tym szkło. Na razie jest nieźle.
Gorzej zaczyna być, gdy zbliżę nos do pokala. Nie mam zielonego pojęcia co oni wrzucili do tego piwa, ale jedno wiem na pewno – nie jest to zapach żadnego amerykańskiego chmielu dostępnego na tej planecie. Ogromna ilość słodkich perfum przytłacza na maksa swoją intensywnością, do tego nie mniejsza dawka gumy balonowej Donald (jak ktoś ją pamięta) oraz całkiem sporo rozpuszczalnika (farby emulsyjnej) jakby komuś było mało i aldehydu octowego, czyli zielonego jabłuszka. Być może gdzieś daleko w tyle majaczy jakiś niewyraźny owoc tropikalny i szczypta słodu, ale nie ma się co oszukiwać – piwo pachnie cholernie sztucznie, tandetnie i słodko. Nienaturalne aromaty swoim wzmożoną intensywnością niemalże chcą wywiercić mi trzecią dziurkę w nosie! Przy warzeniu chyba zamiast piwowara zatrudnili chemika ;) Swoją drogą jest to świetny materiał szkoleniowy odnośnie wad w piwie!

czwartek, 21 maja 2015

PODRÓŻE KORMORANA - RAUCHBOCK

Niemal zawsze, gdy wchodzę do mojej zimnej i ciemnej piwnicy mam niemałą zagwozdkę, co wybrać na degustację. Dzisiaj jednak o dziwo, moje niezdecydowanie nie trwało zbyt długo. W moje ręce powędrował bowiem wędzony koźlak z serii Podróże Kormorana, którego jakimś dziwnym trafem jeszcze nie recenzowałem na blogu. Bardzo lubię koźlaczki, uwielbiam też piwa solidnie wędzone, toteż wybór mógł być tylko jeden. Dodatkowym impulsem był też zbliżający się termin przydatności do spożycia.
Cała seria Podróże Kormorana to wg mnie bardzo udane przedsięwzięcie, które obecnie liczy już pięć pozycji. Sukcesywnie co jakiś czas prezentowany jest nowy podróżnik, na którego z rozdziawioną gębą i maślanymi oczkami czekają rzeszę świadomych piwoszy, piwnych maniaków, czy wreszcie beer geeków.
Podpisując się pod tą całą bandą piwnych świrów, naprawdę nie mam pojęcia dlaczego moje oczekiwanie na ten specjał trwało tak długo. Przecież od jego premiery minęło już ponad pół roku!


Rauchock z Kormorana generuje dość obfitą pianę o jasno beżowej barwie i średnio ziarnistej strukturze. Z początku pierzynka zapowiadała się świetnie, jednakże wyjątkowo szybko zaczęła się rozrzedzać i opadać, redukując się do symbolicznej obwódki i kilku wysepek po środku. Lacing również niczego nie urywa.
Piwo mieni się kolorami głębokiej miedzi i rubinowymi refleksami, co bardzo ładnie wygląda w szkle, ale najbardziej rzecz jasna interesuje nas wędzonka.
Pierwszy raz miałem kontakt z tym piwem w Warszawie na Blog Day 3.0 i wówczas byłem (nie tylko ja) mocno zszokowany intensywnością wędzonych słodów. Piwo brało udział w ślepym teście i niemal każdy obstawiał, że to słynna Schlenkerla Urbock! Obecny egzemplarz pochodzi z drugiej warki i wydaje mi się, iż nieco słabiej czuję tutaj wędzone klimaty, aczkolwiek nadal jest ich tu całkiem sporo. Szyneczka wespół z wędzoną kiełbasą miło łechce moje nozdrza, ocierając się co jakiś czas o dym z dogasającego ogniska i nasz polski oscypek. Akompaniują im wyraźne akordy przypieczonej skórki chleba, tostów i chleba razowego ze słonecznikiem (melanoidy pełną gębą). Nieco z boku przygląda się temu wszystkiemu sympatyczna nuta karmelu, opiekanej słodowości oraz szczypta suszonych owoców. Całość bardzo wyraźna, miła i przyjemna. Jednym słowem zajebista!

wtorek, 19 maja 2015

BERNARDYŃSKIE

Po rozprawieniu się z oryginalnym Grodziskim pora przyjrzeć się bliżej jego ‘przypakowanemu’ kuzynowi, bowiem reaktywacja Browaru w Grodzisku Wielkopolskim wiązała się z wypustem, aż czterech różnych wyrobów, z których dwie wersje owocowe mocno zszokowały piwną gawiedź. Każde z nich jest inne, ale wszystkie łączy słód pszeniczny suszony dymem dębowym.
Bernardyńskie to ponad dwukrotnie mocniejsza i o wiele bardziej ekstraktywna (13° Blg) wersja prawdziwego Grodzisza, która oprócz tradycyjnego wędzonego słodu pszenicznego zawiera także zwykły słód pszeniczny oraz słód jęczmienny (pilzneński).
Warto w tym miejscu powiedzieć, że Browar w Grodzisku Wielkopolskim bardzo drobiazgowo zadbał o oprawę wizualną swoich piw. W ręce klientów oddał bowiem firmowe, tłoczone („rzeźbione”) butelki o pojemności 400ml, dedykowane kapsle oraz etykiety dość wyraźnie stylizowane na te oryginalne z ostatnich lat produkcji przed zamknięciem browaru w 1993 roku.


Jak widać na załączonym obrazku piana jest mocną stroną grodziskich wyrobów. Bardzo obfita, średnio ziarnista biała czapa nad wyraz długo utrzymuje się przy życiu, do tego dzielnie i mężnie oblepia szkło. Mniam!
Piwo ma ładny żółto-złoty kolor i jest sakrucko mętne, ale to akurat moja zasługa .Celowo wymieszałem osad z dna butelki – robię tak ze wszystkimi piwami pszenicznymi, choć ponoć Grodziskie należy nalewać ostrożnie, by było klarowne. Może jestem niepoprawny politycznie, ale z drugiej strony Bernardyńskie co najwyżej stoi obok oryginalnego Grodziskiego, więc chyba jestem usprawiedliwiony ;)
Tuż po otwarciu butelki sztachnąłem się szybko, by zbadać temat wędzonki w tym piwie i faktycznie i bezsprzecznie ogłaszam, że jest obecna. Niestety jej obecność po przelaniu do szkła i odczekaniu kilku minut jest już tylko efemeryczna – z przykrością muszę stwierdzić, że z mojego Hamburga klimaty dymione zredukowały się do absolutnego minimum. Dominuje natomiast całkiem przyjemna nuta słodowa, otulona dookoła pszenicznymi akcentami i dość wyraźną owocowością w typie lekkiego cytrusa, dojrzałej brzoskwini i banana. W tle dzielnie radzi sobie odrobina klimatów chlebowych, a także szczypta drożdży oraz chmielu. Całość z pewnością może się podobać. Zapach jest intensywny, w miarę urozmaicony i przede wszystkim czysty and naturalny.

niedziela, 17 maja 2015

KŁOS WIELOZBOŻOWY

W obecnych czasach piwnego boomu, bycie na bieżąco z nowościami, to w zasadzie rzecz niemożliwa. No chyba, że jesteś szejkiem naftowym, kasy masz jak lodu i do pracy generalnie nie chodzisz. Aha, no i jeszcze dobrze jakbyś miał mocną głowę i ze dwie wątroby ;) Ja niestety do ww. osób nie należę, toteż nie dziwcie się, że dopiero teraz znajduję czas na lutową nowość z Kormorana.
Kłos Wielozbożowy to połączenie europejskiej tradycji piwowarskiej z nowofalowym, fantazyjnym chmieleniem. W piwie tym postawiono zarówno na wyraźną słodową bazę oraz na lekki i przyjemny aromat chmielu Citra (nie zabrakło też polskich odmian). W zasypie oprócz słodów jęczmiennych znalazł się również słód żytni, słód pszeniczny, płatki owsiane oraz niesłodowane prastare odmiany pszenicy: orkisz, płaskurka i samopsza. Wszystko to zostało przefermentowane przez drożdże górnej fermentacji, dodatkowo piwo jest niefiltrowane. Powyższe zabiegi spowodowały, że nawet sami włodarze Kormorana za bardzo nie wiedzą, do jakiego stylu piwo to można podporządkować. Natomiast już sami konsumenci dorobili sobie teorię, jakoby była to zmodyfikowana wersja nieistniejącego już piwa o nazwie Warnijskie. Faktycznie są pewne podobieństwa w składzie, ale Warnijskie było lagerem, tu natomiast mamy górną fermentację, poza tym tu jest Ameryka (Citra), a także płatki owsiane. Werdykt: podobne, a zarazem inne. 


Kłos Wielozbożowy bardzo ładnie się pieni – wysoką, drobno ziarnistą czapę o białej barwie naprawdę trudno okiełznać, zwłaszcza, że jest bardzo trwała i gęsta. Opada nader powoli obficie odkładając się na ściankach. Very well, very well.
Obiektywnie stwierdzam, że piwo jest bardzo mętne, a jego pomarańczowo-złota barwa wygląda naprawdę zacnie.
W zapachu faktycznie pierwsze skrzypce gra Citra – kwaskowe cytrusy (mandarynka i limonka) grasują, aż miło! Przy odrobinie szczęścia znajdziemy tu także garść tropików ukrytą pod postacią mango, liczi oraz marakui. Nieco z boku trzyma się średnio intensywna, acz całkiem przyjemna nuta kwiatowa, nieco trawy oraz szczypta żywicy. Akcenty słodowe typu ciasteczkowo-biszkoptowego są tu tylko nieznacznym, ledwo namacalnym tłem, czego w sumie się nie spodziewałem. Fajnie, że dominuje wyraźna owocowość, lecz przecież etykieta obiecuje bardziej wielowątkowe doznania.

piątek, 15 maja 2015

PIWO Z GRODZISKA

Wielki powrót legendy! Historia zatoczyła koło. Jedyny rdzennie polski styl piwa został wskrzeszony! Takimi oto słowami można pokrótce skomentować niedawną reaktywację Grodzisza i całego Browaru w Grodzisku Wielkopolskim (tych, którzy ostatnie kilka lat przespali pod kamieniem, zapraszam do artykułu na Wikipedii).
Za sprawą Browaru Fortuna po 22 latach ponownie w Polsce warzy się oryginalne piwo Grodziskie, którego nazwa brzmi teraz „Piwo z Grodziska” (pierwotnie nazywało się ono „Piwo Grodziskie”). Jak twierdzą macherzy z Fortuny jego receptura została starannie odtworzona tak, aby jak najbardziej zbliżyć się do pierwowzoru produkowanego w Grodzisku Wielkopolskim przez dekady, a w sumie to nawet stulecia. Ta sama receptura, ten sam browar, ta sama woda, te same „drożdże grodziskie”, ten sam słód pszeniczny suszony dymem z dębu oraz refermentacja w butelce. Nie wiem tylko co z klarowaniem karukiem i z chmielami, bo nic się na ten temat nie chwalą. Tak, czy siak oto doczekaliśmy się prawdziwego piwa Grodziskiego z Grodziska! Jego powrót z pewnością dla wielu setek tysięcy (a może nawet milionów) polskich gardeł, był najbardziej wyczekiwaną premierą ostatnich lat. Co ciekawe, chyba najbardziej powrotu tego piwa domagali się ludzie, którzy nigdy w życiu go nie pili. Dla nich po prostu był to istny święty Graal owianą aurą tajemniczości, pietyzmu i pożądania. Bo jeśli faktycznie onegdaj piwo było takie zajebiste i uwielbiane przez wszystkich, to czemu zaprzestano jego warzenia, tłumacząc się nieopłacalnością produkcji? Najwidoczniej słabo się sprzedawało Panie Janku...


Oczywistą oczywistością jest fakt, że z racji mojego wieku nigdy nie piłem oryginału, aczkolwiek miałem nie raz okazję raczyć się Grodziszem wg interpretacji kilku polskich browarów nowofalowych. Niektóre były ponoć wierną kopią wyrobu z Grodziska, inne celowo były manipulowane. I wiecie co? Szczerze, to nie za bardzo mi ten styl podszedł. Po prostu żadne z tych piw wg mnie nie było warte powtórki, ale bardzo jestem ciekaw, jak na ich tle wypadnie grodziski oryginał.
Piwo Grodziskie nie bez kozery nazywane było polskim/grodziskim szampanem, wszak ekstremalnie wysokie wysycenie to jego znak rozpoznawczy. Skutkuje to rzecz jasna bardzo wysoką czapą pianą, która jest wręcz śnieżnobiała, a przy tym średnio ziarnista, diabelsko trwała oraz nad wyraz puszysta. Bez cienia wątpliwości można by ją „łapać” widelcem. Ludzie, a jaki ja tu lacing widzę! Na szkle zostają tak obfite firany, że bez mała można by je na oknie zawiesić ;p
Kolor tego specjału jest dość mętny, jasno złoty, ocierający się nawet o barwę słomkową. W teorii piwo to ma być raczej klarowne, ale być może mój egzemplarz po prostu jeszcze nie zdążył się uleżeć.
W smaku już od progu czuć niebywałą lekkość i sesyjność tego piwa. Sumarycznie dominuje tu lekki i przyjemny kwasek (cytrus?) oraz akompaniujące mu subtelne akordy trawiastego chmielu (Magnum, Lubelski) i łagodnego słodu. Tłem niespiesznie płynie sobie bardzo delikatna ziołowość oraz szczypta dymu/wędzenia, która równie dobrze może być tylko i wyłącznie autosugestią. Jest też chmielowa goryczka, lekka, szlachetna i nienarzucająca się – w całkiem miły sposób wieńczy każdy łyk.

środa, 13 maja 2015

WRĘŻEL WIPA

Browar Wrężel - podobnie jak i inni rzemieślnicy - z uporem maniaka i zawziętością byka wypuszcza kolejne nowości, przy okazji skrupulatnie liftingując swój image. Zaczęło się od zmiany logo i etykiet, później doszło profesjonalne szkiełko firmowe jakim jest IPA Glass. Ostatnio natomiast kontraktowcy z Zarzecza dorobili się także drugiego szkła (snifter) upstrzonego nowym logiem Wrężela, które widzicie na poniższym zdjęciu. Ponadto pojawiły się także całkiem urokliwe reklamy w formie informacyjnych broszur, czy złożonych kartoników do postawienia na przykład na stoliku w jakimś tam wielokranie. No, ale przecie miało być o piwie...
Najnowszym dziełem Adriany Kukuły jest piwo o nazwie Wrężel WIPA. Jest to nic innego jak Wheat IPA, czyli po naszemu pszeniczne IPA, które od tradycyjnego American India Pale Ale, różni tylko (albo aż) dodatek słody pszenicznego. Ot i cała historyja. Aha, w piwie wylądował Columbus, Citra i słynny Equinox.


Rzeczone piwo pieni się bardzo przyzwoicie. Drobno ziarnista piana o białej barwie i zwartej strukturze podczas nalewania dziarsko pnie się ku górze. Niespiesznie opadając nader obficie osadza się na szkle, a cały ten proces trwa wystarczająco długo, by się nim nacieszyć
Wrężelowskie  pszeniczne IPA to bardzo mętny trunek, wyglądający jak tradycyjny niemiecki Hefeweizen. Jego barwa oscyluje pomiędzy pomarańczowym, a ciemno złotym odcieniem.
Wygląd to jednak pikuś, bo przecież każdego szanującego się kraftopijcę najbardziej interesi aromat oraz smak. Tym razem zacznę właśnie od aromatu, który muszę przyznać jest nader intensywny i przyjemny zarazem. Hamerykańskie chmiele z nawiązką wywiązują się ze swojego zadania, atakując nozdrza dojrzałymi cytrusami (głównie limonką i mandarynką), przy wtórujących im akcentach tropikalnych typu mango, granat i marakuja. Pomiędzy nimi brylują bardziej polskie ‘frukty’ z brzoskwinią i morelą na czele, które intensywnością wcale nie ustępują miejsca zagramanicznym krewnym. Pytaniem było, czy w tym intensywnie chmielonym wywarze faktycznie będzie czuć niuanse pszeniczne – odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca. Poza słodem pszenicznym dostrzegam tu również niewielkie cienie chlebowe, lekką żywicę, ulotne nuty kwiatowe oraz bliżej nieokreślony kwasek, który kojarzy mi się z liśćmi szczawiu. Całość pachnie na wskroś owocowo, bowiem reszta to tylko przystawka.

poniedziałek, 11 maja 2015

ŁOWICKIE SMOKED PALE ALE

Ostatnio jakoś nie mogłem znaleźć czasu na piwne recenzje – a to zajęty weekend, a to nadmiar pracy, czy w końcu konieczność publikacji innych tekstów. Popełniłem przez to bodajże najdłuższą przerwę w tej formie aktywności blogowej od początku istnienia Piwa Naszego Powszedniego. Shame Piotrek, shame.
Piwne degustacje kontynuuję od Łowickiego wędzonego ‘pejl ejla’ z Browaru Bednary rzecz jasna. Nie jest żadna nowość i w zanadrzu mam zdecydowanie nowsze piwko od Pana Łopusińskiego, ale akurat ten egzemplarz moim zdaniem wystarczająco długo przeleżał już w mojej piwnicy, a tak jak już kiedyś mówiłem, nie pijam piw po terminie, jeśli piwo nie nadaje się do leżakowania.
Swoją drogą piwa wędzone mogą kojarzyć się Wam raczej z ciemnymi trunkami (porter, stout), no może za wyjątkiem coraz popularniejszego ostatnio grodzisza, a tu mamy piwko jak sama nazwa wskazuje – jasne, tudzież blade. I wbrew pozorom nie jest to żaden biały kruk w temacie wędzenia. Warto bowiem pamiętać, że właściwie każdy styl piwa może posłużyć jako baza do stworzenia jego dymionego odpowiednika.


Mój dzisiejszy bohater pieni się bardzo przeciętnie. Co prawda do wysokości kremowej piany nie mogę mieć zbytnich zastrzeżeń, jednak jej rzadka i nader dziurawa tekstura nie wygląda już zbyt ciekawie. Na domiar złego rzeczona kołderka dość szybko opada do postaci cienkiego kożuszka, ale zostawia po sobie obfite zacieki na szkle (dobre i to).
Piwo posiada wyraźny odcień bursztynu i moim zdaniem jest dosyć ciemne jak na Pale Ale, no chyba, że to wędzone słody rzuciły swój cień na kolor tego napitku.
Wysycenie jest względnie niskie i muszę stwierdzić, że jest to minus. Dzięki niemu niniejsze Łowickie pije się dość ciężko i topornie, a sam wywar pozbawiony został w ten sposób wszelakich oznak piwa lekkiego i przyjemnego w odbiorze. W smaku prym wiedzie opasłe słodowe cielsko, które swoim ogromem przytłacza niemal doszczętnie resztę smakowych doznań. W tle majaczy odrobina popiołu oraz przeciętnie wyraźna wędzonka typu gasnącego drewna, tudzież dymu z ogniska. Nie wiem jakich chmieli tu użyto (w składzie nie podano), ale generalnie w ogóle ich tu nie czuję (pod żadną postacią), a szkoda, bo spodziewałem się nieco hameryki tu zaznać. Po cichu liczyłem na wędzone APA, ale najwyraźniej jankeskich odmian chmielu po prostu w tym piwie nigdy nie było. Na finiszu napotykamy na swojej drodze pokaźnych rozmiarów gorycz, która niestety nie jest zbyt przyjemna – długa, zalegająca, ordynarna, typu pestkowego. Od samego początku do końca dominuje i nie pozwala o sobie zapomnieć. Jak na Bednary, to naprawdę jest słabo.

sobota, 9 maja 2015

VI CZĘSTOCHOWSKI KONKURS PIW DOMOWYCH - PROLOG


Drodzy piwowarzy domowi! Wielkimi krokami zbliża się VI Częstochowski Konkurs Piw Domowych Bractwa Piwnego (CKPDBP). Jak co roku jest on organizowany przez Częstochowski Krąg Lokalny Bractwa Piwnego i Częstochowską Organizację Turystyczną.

Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz pragnę zachęcić Was do wzięcia udziału w tym wyjątkowym dla wszystkich wydarzeniu. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest to chyba jedyny w kraju konkurs piw domowych, gdzie nagrodami jest możliwość uwarzenia piwa w, aż dwóch komercyjnych browarach!!! Ale o tym za chwilę.

Tegoroczna odsłona CKPDBP odbędzie się 20 czerwca, tak więc trzeba się spieszyć, bo to już ostatni dzwonek dla osób chcących uwarzyć coś specjalnie na ten konkurs. W tym roku jest cztery kategorie konkursowe, a w sumie to nawet pięć:
- American Pale Ale (18A. American Pale Ale - wg BJCP)
- Oktoberfestbier (
03B. Oktoberfest - wg BJCP)
- Wędzone (22B. Other Smoked Beer - wg BJCP)
- Świąteczne (
21B.Christmas/Winter Specialty Spiced Beer - wg BJCP )
- Piwo niskoalkoholowe .
“Celem tej kategorii jest popularyzowanie piw o niskiej zawartości alkoholu. Do konkursu piwowarzy mogą zgłaszać smaczne, dobrze pijalne piwa o zawartości alkoholu od 0 do 4 ABV%. Piwa zgłoszone do konkursu zostaną zbadane laboratoryjnie w celu uzyskania dokładnej zawartości alkoholu”.
Oczywiście istnieje tu jeszcze stara nomenklatura BJCP (obecnie nieobowiązująca) odnośnie nazw i symboli stylów, ale po prostu regulamin konkursu został opracowany dużo wcześniej niż obowiązujący od kilku dni nowy przewodnik BJCP.


Każdy uczestnik może startować we wszystkich pięciu kategoriach, ale w każdej z kategorii może wystawić tylko jedno piwo!
Konkurs zostanie przeprowadzony zgodnie z "Zasadami Dobrej Praktyki dla Konkursów Piwa" wg PSPD.
Jak co roku piwa będą oceniać dwie komisje: branżowa i konsumencka. Ta pierwsza teoretycznie powinna znać się na piwach, natomiast ta druga raczej nie kuma bazy o co chodzi z tymi wszystkimi stylami piwa (choć mogą być od tej reguły wyjątki). Są to ludzie niezwiązani z branżą, typu dziennikarze, przedstawiciele różnych władz i wszelakich organizacji, czyli tak zwani piwni Janusze.
Trzy pierwsze miejsca wskazane przez owych Januszy, pardon – Komisję Konsumencką,  otrzymają specjalne wyróżnienia (dyplomy o ile się nie mylę), natomiast trzy najlepsze piwa w każdej z kategorii ocenionej przez Komisję Branżową zostaną nagrodzone bardziej wartościowymi giftami (statuetki, vouchery na sklepy z piwnymi akcesoriami, itp.).
A teraz w końcu informacja, na którą czekają wszyscy piwowarzy domowi czytający ten tekst: „Piwo które otrzyma największą liczbę punktów w Komisji Branżowej, ze wszystkich piw zgłoszonych (oprócz piwa w kategorii niskoalkoholowe ) zostanie uwarzone w Browarze Wąsosz, a piwowar otrzyma możliwość osobistego udziału w warzeniu”. 


Tadaaam! Nieźle co? Przy tak rozwiniętej sieci dystrybucji jaką mają Browary Regionalne Wąsosz, Wasze piwo byłoby dostępne niemal w całym kraju! Jakby tego było mało jest jeszcze druga nagroda specjalna: „Piwo zajmujące pierwsze miejsce w kategorii Świąteczne zostanie uwarzone w browarze restauracyjnym „Czenstochovia”, a piwowar otrzyma możliwość osobistego udziału w warzeniu”. 


Teoretycznie więc istnieje możliwość uwarzenia tego samego piwa przez tą samą osobę w dwóch różnych browarach. Oczywiście dla dobra konkursu lepiej, by tak się nie stało, ale kto wie? Może najwięcej punktów ze wszystkich propozycji zdobędzie właśnie jakieś piwo świąteczne?

Tak więc każdy, kto zna się chociaż trochę na rzeczy – do dzieła! Jak widać jest o co walczyć, a czasu zostało naprawdę niewiele, bo termin nadsyłania piw mija 7 czerwca. Piwa w określonej w regulaminie ilości należy wysyłać na adres:
Andrzej Grzeliński (tel.602 311 103)
ul. Waszyngtona 53
42-202 Częstochowa
z dopiskiem „VI CKPDBP”

Tu znajdziecie pełny Regulamin konkursu.
Powodzenia!

środa, 6 maja 2015

PIWNA KRONIKA – KWIECIEŃ 2015


Początek nowego miesiąca to tradycyjnie już kolejna odsłona piwnej kroniki, w której mniej lub bardziej szczegółowo staram się streszczać godne uwagi wydarzenia piwne z danego miesiąca.
Kwiecień wyjątkowo mocno obfitował w piwne premiery, których było... no właśnie, czy ktoś to w ogóle jeszcze ogarnia? Premiery, premiery i jeszcze raz premiery, no i rzecz jasna nowe browary, a także piwne festiwale, których z roku na rok jest coraz więcej.
Mała uwaga – wszystkie nowości z Beer Geek Madness prezentowane są w akapicie poświęconym tej imprezie, gdyż w większości przypadków były to jednorazowe wypusty.

 

Premiery


  • Browar Brodacz zaprezentował w kwietniu kolejne dwa piwa: Mózg (Extra Special Bitter) i Bez Sensu (Saison z dodatkiem owoców czarnego bzu).
  • Browar Zamkowy Cieszyn po zmianach formalno-organizacyjnych zalał rynek, aż sześcioma piwami: 1) Lager Cieszyński, 2) Mastne Cieszyńskie, 3) Stout Cieszyński, 4) Double IPA Cieszyńskie, 5) Pszeniczne Cieszyńskie, 6) Porter Cieszyński.
  • Kulawy Ork to nazwa kolejnego piwa z projektu Chmielogród. Niniejsze Black IPA zostało uwarzone równolegle w Witnicy, jak i w Browarze Piwna.
  • Sofia w stylu Grodziskie w kooperacji z browarem domowym Absztyfikant, Eurydyka (Herbal Bitter) oraz Panakeja (herbaciane IPA) to kwietniowe nowości z Browaru Olimp.
  • Browar kontraktowy Genius Loci wypuścił  portera żytniego o wdzięcznej nazwie Pożytek.
  • Browar Artezan po osiedleniu się w Błoniu dorobił się trzech nowych trunków – Mera IPA (AIPA), Czarny Kamaz w stylu Double Oatmeal Stout oraz Star Cysterna (Czarny Kamaz leżakowany w beczce po whisky).
  • Nowy browar kontraktowy Fabryka Piwa w swoim debiucie pokazał cztery premierowe piwa: 1) Summer Memories (American Wheat), 2) Hoppy Hour (AIPA), 3) Deep Space (Foreign Extra Stout), 4) Bok Bok (Doppelbock).
  • Califia w stylu West Coast IPA – to kwietniowa nowość od Trzech Kumpli Browar Lotny.
  • Księżniczka Wiosny – tak brzmi kooperacyjny Spring Saison Browaru Pinty i francuskiego browaru Brasserie du Pays Flamand, gdzie zostało ono uwarzone. Natomiast uwarzony w Zawierciu Kwas Alfa (Sour Rye Pale Ale) to kooperacja Pinty z duńskim browarem TO ØL.
  • Browar Kingin poza nowością na BGM wypuścił wzmocnioną wersję Geezera o nazwie Turbo Geezer (Double Irish Espresso Stout) oraz Mandarina (AIPA z chińską zieloną herbatą Sencha).
  • Browar Wrężel także dorobił się nowości, ale tylko jednej – Wrężel AAA w stylu American Amber Ale.
  • Kolejne piwo z serii Po Godzinach zaprezentował Browar Amber. Tym razem jest to niemiecki Altbier.
  • Regionalny Browar Kormoran wreszcie wydał na świat piwo warmińskich chłopów Rosanke, które zostało uwarzone wg receptury Bogdana Markockiego – zwycięzcy ubiegłorocznego Warmińskiego Konkursu Piw Domowych.

niedziela, 3 maja 2015

VI WROCŁAWSKI FESTIWAL DOBREGO PIWA


Wczoraj późnym wieczorem wróciłem z Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa i póki wrażenia mam świeże, muszę Wam co nieco skrobnąć na temat tego największego piwnego festiwalu made in Poland.
Mimo, że mój udział w tej niesamowitej imprezie ograniczał się tylko do 6 godzin, to i tak czuję się ukontentowany tym, co tam zobaczyłem i czego doświadczyłem. Ogrom i rozmach Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa jest naprawdę niesamowity. W tym roku teren imprezy zlokalizowany był w zasadzie na całej esplanadzie otaczającej Miejski Stadion we Wrocławiu (rok temu tylko na połowie). Miejsca do szwędania się z piwem w ręku było naprawdę dużo, co zresztą poniekąd odczuły też moje nogi.

Na miejsce dotarłem kwadrans po godzinie jedenastej, gdy jeszcze teren świecił względnymi pustkami, co mi się zresztą podobało, bo mogłem sobie spokojnie obejść cały teren i piu meno zlokalizować co ciekawsze przybytki. Gdyby się okazało, że moja pamięć jest zawodna, miałem w zanadrzu informator, a w nim mapkę z lokalizacją wszystkich stoisk.
Pogoda była nawet niezła, co prawda nie było zbyt ciepło (ciężko było rozstać się z kurteczką), ale generalnie nie wypada mi na nią narzekać. Chwilami, gdy słoneczko mocniej przygrzało – robiło się całkiem przyjemnie. 


Mały i dość szybki rekonesans utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem w raju. W piwnym raju. Oczopląs, wywalone gały i język na brodzie gwarantowane! Nie będę rzucał tutaj liczbami wystawiających się browarów, czy ilościami oferowanych piw (bo po prostu ich nie znam), ale naprawdę było w czym przebierać. Z pewnością ktoś, kto się na co dzień piwem nie interesuje, nie zna browarów i gatunków piwa, mógł czuć się zagubiony niczym Dorotka w Krainie Oz. 


Przed imprezą nie zrobiłem sobie żadnej listy piw do upolowania, gdyż wolałem iść na żywioł. Zresztą przy moim dość skromnym budżecie lista i tak nie byłaby długa. Po staniu się szczęśliwym posiadaczem festiwalowego szkła typu Hamburg (były jeszcze dwa inne rodzaje) w końcu mogłem się czegoś napić. Troszkę jednak szczena mi opadła, gdy przyszło mi płacić za te festiwalowe cymesy. Wiem, że to nie sklep, a festiwal, że browary chcą zarobić, że głupi i ciemny lud wszystko kupi, ale ja nie! Mam własny rozsądek i ograniczone możliwości finansowe, toteż kilka razy musiałem sobie odpuścić degustację, by finalnie skosztować większej ilości innych piw. Gdyby tego nie robił, pół wypłaty byłoby nie moje, a nie mogłem sobie pozwolić na, aż taką nonszalancję. Między nami mówiąc ceny były naprawdę wysokie – od 5 do 10 zł za próbkę 200ml, a co poniektóre wynalazki np. Księżniczka Wiosny z Pinty, RIS i Barley Wine od Doctorków, czy wędzony porter z Gościszewa kosztowały w granicach 15, a nawet więcej nowych polskich złotych za 0,2 litra! Oczywiście ograniczałem się tylko i wyłącznie do tej skromnej pojemności, wszak głowa jest tylko jedna. Butelkowe piwa nie leżały w kręgu moich zainteresowań, ale zauważyłem, że zazwyczaj za zwykłe piwo (bez wędzenia, czy leżakowania w drewnie) trzeba się było liczyć z wydatkiem rzędu 10-12 PLN. Warto tu jeszcze odnotować, że oprócz standardowego pół litra i 0,2 niektóre stoiska oferowały także pojemność 0,33 za w miarę proporcjonalną ilość dukatów.



Nigdy na takich imprezach moim celem nie było i nie będzie szczegółowe opisywanie, tudzież robienie notatek z degustowanych piw. Nie inaczej było we Wrocławiu. Nie po to jadę na piwny festiwal, żeby skupiać się, marszczyć brwi, krzywić dzioba i dogłębnie analizować każdą zawartość Hamburga w tym przypadku. Oczywiście poniekąd staram się wyłapać niuanse zapachowo-smakowe, ale nigdy nie robię tego w takim stopniu jak w domu, gry robię recenzję na bloga. Z tego powodu nie przeczytacie tutaj za dużo o piwach przeze mnie skonsumowanych we Wrocławiu, ale o kilku pozycjach muszę wspomnieć, bo nadzwyczaj mnie one urzekły. I tak szczególnie zapadły mi w pamięci dwa piwa z Piwoteki: Zacny Zalcman w mało popularnym stylu Gose i Mawashi Geri (sushi IPA). Pierwsze było zanadto doprawione kolendrą i sumarycznie może trochę za mało słone, ale i tak robiło pierwszorzędne wrażenie. Drugie natomiast to IPA single hop Sorachi Ace z jakimiś wodorostami w składzie, gdzie robotę robiły nuty szczypiorku, koperku oraz cebuli. Dziwne piwo i pewnie dlatego mocno utkwiło mi w pamięci.

piątek, 1 maja 2015

HOPPY HOUR

Czwartym i jak na razie ostatnim wypustem, który biorę na ząb z debiutującej w ten długi weekend majowy Fabryki Piwa, jest sztandarowy produkt piwnej rewolucji, czyli AIPA.
Hoppy Hours to nachmielone po amerykańsku India Pale Ale, gdzie za akcenty goryczkowo-chmielowe odpowiada Chinook, Cascade i Amarillo. Piwo znajduje się w dolnych widełkach stylu (14° Plato) i wg autorów posiada 60 międzynarodowych jednostek goryczy, czyli popularnych IBU.
O etykietach piw z FP mówiłem już przy okazji Deep Space, jednak nie wspominałem wówczas, iż z tyłu butelki znajduje się przydatna tabelka ze sporą ilością informacji o piwie. Poniekąd brakuje mi tu optymalnej temperatury serwowania, ale dla wprawionego w boju piwosza (za jakiego się przecież uważam) taka wiadomość nie jest konieczna. Mamy tu również ‘morską opowieść’ jak to mawia Kopyr, chociaż akurat w przypadku Fabryki Piwa nie jest ona jakoś przerysowana, czy wyolbrzymiona i doskonale daje do zrozumienia „piwnym Januszom”, z czym mają do czynienia. A wszystko to w dwóch językach (polski i angielski), gdyż w planach jest ekspansja na rynek duński. 


Piwo ma ładną, ciemno bursztynową barwę i jest lekko mętne. W zupełności mi to jednak nie przeszkadza, gdy lukam sobie na tę przepiękną czapę puszystej i obfitej piany, którą cechuje się każdy trunek z Fabryki Piwa. Kremowa w barwie pierzynka posiada drobną teksturę, nie spieszno jej opadać i do tego obłędnie zdobi szkło, zostawiając na nim gęstą firanę. Respect!
W zapachu Hoppy Hour jest wystarczająco intensywnym napitkiem, z którego jankeskie lupuliny buchają, aż miło. Nie trzeba się tu jakoś specjalnie wwąchiwać, żeby wyczuć soczystą nutę tropików (mango oraz liczi) i nader wyraźnych cytrusów (grejpfrut, mandarynka i limonka). Nieco z boku można wyłapać nie narzucającą się słodowość pokropioną wyraźnymi śladami karmelu, a także szczyptą żywicznych doznań, których jednak ogółem nie jest zbyt dużo. W tle pobrzmiewa bardzo zwiewna i ulotna nuta iglaków, zgrabnie wypełniając luki pomiędzy wyżej wymienionymi składowymi. Całość pachnie bardzo zachęcająco, wielowymiarowo i rześko.