czwartek, 12 września 2019

NOWOŚĆ! Żywiec Belgijskie Ale


W gieżecie znowu coś wymyślili. Nowe piwo, o którym jednak dowiedziałem się stosunkowo późno. Może dlatego, że zbytnio nie śledzę tego segmentu rynku, poza tym w sklepach jeszcze dość rzadko można je spotkać.
Oto nowość – Żywiec Belgijskie Ale. Dzieło mistrzów żywieckiej szkoły piwowarskiej. Bla, bla, bla. Mamy tu Belgian Pale Ale ze skórką gorzkiej pomarańczy w składzie i to mnie kuźwa zabolało najbardziej. Znowu poszli na skróty! Owszem, lekkie cytrusy w tym stylu powinny się pojawiać, ale w oryginale mają one wynikać z zastosowania odpowiednich szczepów drożdży oraz gatunków chmieli. Tymczasem w GŻ jak zwykle postanowiono pójść na skróty. „Dajmy skórkę, dobrze będzie. Głupi i tak nie poczuje różnicy.” To jest niestety smutna prawda. Nie mam pojęcia czy ta skórka wychodzi taniej, czy drożej, ale na pewno sypnąć dodatek do kotła jest łatwiej, niż uzyskać pożądany aromat/smak metodami naturalnymi.
A zresztą, w dupie to wszystko mam. Cudów przecież nie ma co oczekiwać. Ważne by było trochę lepsze od zwykłych koncernowych sikaczy. 


W szkle nowy Żywiec wygląda całkiem apetycznie. Klarowny bursztynek przykryty jest może nie bardzo obfitą, ale wystarczającą czapą białej, drobnej i puszystej pianki, która jednak nieco dłużej mogłaby ze mną zostać.
Siup do pyska. Piwo jest przyjemnie gładkie, świeże, poniekąd owocowe. Chlebkowa słodowość się nie narzuca, jest delikatna i lekko biszkoptowa. W smaku jest dosyć słodko, ciasteczkowo. Chmielu jak na lekarstwo, za to bardzo dobrze czuć rzeczone cytrusy, w formie skórek pomarańczy rzecz jasna. Daleko w tle można doszukać się bardzo subtelnych przyprawowych fenoli oraz nut kwiatowych. Wysycenie oscyluje wokół środka skali, więc jak Bóg przykazał. Goryczka jest bardzo niska, ledwo obecna, ale o dziwo w tym piwie mi to nie przeszkadza. Naprawdę dobrze to smakuje! Szok, szok i niedowierzanie.

poniedziałek, 9 września 2019

Co to się działo w tej Częstochowie?



Jeśli śledzicie mojego fejsbuka, to już zapewne wiecie co działo się w miniony weekend pod Jasną Górą. I nie mam tu wcale na myśli pewnej pielgrzymki, która szła z krzyżami i pieśniami religijnymi na ustach przez sam środek festiwalu.
No właśnie. 4 Częstochowski Festiwal Piwa Rzemieślniczego i Food Trucków. Miejsce to samo co za pierwszym i drugim razem. III Aleja N.M.P, ścisłe centrum, reprezentatywny deptak przez który przechodzi każdy pielgrzym idący, czy to z Suwałk, czy z Wypizdowic Wielkich. Tuż obok Ratusz i Plac Biegańskiego, gdzie ów festiwal odbywał się rok temu. 


BROWARY
Może najpierw o samych browarach. Było ich naprawdę sporo jak na Częstochowę. Pośród nich powstawiane były foodtrucki z żarciem. Od burrito, po pizzę, kebsy i burgery. Każdy mógł wszamać to, co lubi najbardziej. Ja jednak nie stołowałem się na festiwalu, więc o jakości nie mogę nic powiedzieć. 




Naliczyłem lekko ponad dwadzieścia stoisk z piwem. Naprawdę było w czym wybierać. Co ważne, nie zabrakło też takich świeżaków jak Browar Bury, Browar Pilica, Dwie Krople, czy Mistrzowie Smaku. Była to doskonała okazja, by spróbować piw z tych jakże mało znanych browarów. Jednak zgodnie z moim sumieniem nie zamierzam Wam tu opisywać jak smakowały konkretne piwa. To nie w moim stylu, od tego są inne blogiery. Ja nie po to idę na festiwal, by napić się dwustu różnych próbek piwa i robić z tego gorączkowo notatki w telefonie. Dla mnie liczy się luz psychiczny, możliwość rozmowy z piwowarami, właścicielami browarów, czy nawet ze swoimi znajomymi.

środa, 4 września 2019

SHORT TEST: APA z Browaru Maryensztadt



Prolog: Dość dawno nie było szort testu, a dzisiaj akurat nie mam za wiele czasu, więc voilà. Poza tym myślę, że piwo jakieś wymagające nie będzie, zatem oszczędzanie klawiatury jest jak najbardziej zasadne.
O co kaman: Jest to APA z serii Maryensztadt Klasycznie. Niska cena, prosta etykieta, brak pełnego składu, do kupienia w sieciach handlowych. Budżetowe piwo.
Wdzianko: W szkle widnieje ciemne złoto z domieszką bursztynu. Piana solidna, obfita, dość drobna i zwarta. Opada naprawdę powoli.
Kichawa mówi: Fajniuśko to pachnie. Bardzo rześko, cholernie owocowo i świeżo. Są wyraźne tropiki, żywica, kwiaty, różowy grejpfrut i nieco igieł sosnowych. W tle pojawia się niewielka landrynkowa nuta oraz przyjemna, zbożowa słodowość. Zapach co prawda nie powala intensywnością, ale miło się wącha.
Jadaczka mówi: Mniam, mniam. Proste, raczej nieskomplikowane piwo o fajnym owocowo-cytrusowym zacięciu. W tle niewielka słodowość, chlebek oraz subtelna żywica podbita kwiatami i sosnowym igliwiem. Chmielowa goryczka jest delikatna i bardzo szlachetna, nie wykrzywia japy. Wysycenie średnie. Piwo bardzo dobrze zbalansowane i lekkie na podniebieniu.
Komu mogę polecić: Osobom zaczynającym swą przygodę z piwem nowofalowym, jak również starym wyjadaczom kraftowej pianki jako piwo dnia codziennego.
Epilog: Wyszło fajnie. Nie dość, że piwo bez żadnych wad, to jeszcze dobrze smakuje i pachnie. Pełnia jest nieduża, goryczka także, ale za to pijalność to absolutne arcydzieło. Trunek można pić hektolitrami :D
OCENA: 7/10
CENA: 4.99ZŁ (Netto)
ALK. 4,6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 31.12.2019
BROWAR MARYENSZTADT

sobota, 31 sierpnia 2019

Dożynki po raz drugi. Czy Bourbon zdziałał cuda?


Po ostatnim niedosycie, który wywołany był stosunkowo słabą formą brażota od Pinty, postanowiłem jak najszybciej zmazać tą niewielką, ale jednak plamę z honoru ojców polskiego piwowarstwa rzemieślniczego.
Na warsztat biorę dziś Dożynki BA, czyli słynne Multigrain Wine, które degustowałem na blogu pod koniec marca tego roku. Z tą różnicą, że jest to wersja leżakowana w dębowych beczkach po amerykańskim Bourbonie. I to ponoć ma robić różnicę. Bo jak wieść gminna niesie i prawie wszyscy blogerzy (i nie tylko), Dożynki w wersji podstawowej niczego nie urywały mówiąc delikatnie. Mam zatem nadzieję, że podrasowana wersja zrobi mi z dupy jesień średniowiecza. W tym pozytywnym sensie ma się rozumieć ;)


Dożynki BA wyglądają cudnie! Piwo jest co prawda lekko zamglone, ale ten miedziano-rubinowy kolorek naprawdę świetnie się prezentuje (fotka tego nie oddaje). Zwłaszcza pod słońce. Iście krwista barwa :) Piana też niczego sobie, zwłaszcza jak na trunek leżakowany w drewnie. Jest średnio pęcherzykowa, w miarę zwarta i puszysta. Dość długo cieszy narząd wzroku.
Piję. Nooo, jest o niebo lepiej. Piwo jest niebywale gładkie, aksamitne i odpowiednio gęste jak przystało na ten ekstrakt. Słody robiom robotę. Co ciekawe, czuć wyraźnie żyto i jego charakterystyczną kwaskowatość. Całość jest mocno słodowa w typie opiekanej skórki chleba i ciastek polanych karmelem. Dalej mamy cukier kandyzowany, suszone owoce i garść rozpuszczalnego kakao. Nuty Bourbonu czają się głęboko w tle, ale nie sposób ich nie zauważyć. Tuż obok pobrzmiewa subtelna wanilia, akcenty migdałowe oraz nuty dębowej beczki. Alkohol trochę czuć, ale nie jest on agresywny, czy natarczywy. Jak na 12 voltów to piwo jest całkiem dobrze ułożone. Bardzo mi to smakuje. O to właśnie chodziło! :D

wtorek, 27 sierpnia 2019

OKO W OKO - Łomża Jasne vs Łomża 0,0%


Dziś przygotowałem dla Was kolejną porcję piwnych porównań. Na fali wielkiej popularności piw bezalkoholowych postanowiłem sprawdzić jak bardzo różni się regularna Łomża od wersji bez procentów. Myślę, że marka ta ma swoich fanów, więc to będzie ukłon w ich stronę :)
Ufff… zwykłej Łomży nie piłem już od wieków. Zresztą nie pamiętam kiedy ostatnio jakąkolwiek piłem. W początkach działalności bloga chlapnąłem kiedyś Łomżę Export i wydaje mi się, że to właśnie z tego piwa wywodzi się obecna Łomża Jasne. Być może nawet wciąż jest to to samo piwo.
Łomża 0,0% to z pewnością piwo nowe. Podejrzewam, że bazuje na tym pierwszym piwie, więc grzechem byłoby ich nie porównać ze sobą. Zobaczmy czy i tym razem wersja bezalkoholowa będzie wyraźnie gorsza niż jej regularny odpowiednik.



Łomża Jasne

Nie ma co, piwko ładnie się prezentuje. Jest idealnie klarowne i intensywnie złociste. Takie z iskrą. Piana średnio obfita, ale wystarczająca. Jest śnieżnobiała, puszysta i dosyć drobna, jednak szybko się redukuje.
Smakowo szału nie ma. Ameryki po raz drugi nikt tu nie odkryje. Wyraźna, ale nie męcząca słodowość przywodzi na myśl wilgotny chlebek, tudzież zboże. Towarzyszy jej namiastka chmielowych doznań pod postacią samego chmielu, jak również trawy oraz ziół. I na tym koniec. Piwo jest wysoko nasycone dwutlenkiem węgla. Na finiszu pojawia się delikatna chmielowa goryczka. Poziom wyższa niż ta koncernowa, więc tragedii jakiejś nie ma.
Zapach jest chyba nieco fajniejszy. Przede wszystkim bardzo rześki oraz intensywny. Chmielowych naleciałości jest tu więcej niż w smaku. Chmiel, soczysta zielona trawka i zioła przykrywają nawet słodową podbudowę (chlebek, zboża). Skunks też się tu czai, ale akurat jego jest najmniej z całej stawki. Piwo pachnie naprawdę nieźle.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Mors IPA. Czy warto się skusić?


Sesyjny Mors IPA jest piwem, które pierwszy raz ujrzałem w oszołomie. Obok niego stał jeszcze Mors APA. Wziąłem flaszkę do ręki i poczytałem sobie etykietę. Inne Beczki – okej mówię. Pewnie jakaś niskobudżetowa seria dla marketów. Sam nie wiem czemu, ale temat jakoś olałem. Nie zakupiłem, mimo atrakcyjnej ceny, bodajże pięć ziko bez grosza. Minęło ponad pół roku, a ja tego samego Morsa widzę w moim osiedlowym Lewiatanie. Cena rewelacyjna – 4,29zł!!! Co jest – se myślę? Pewnie data wychodzi. Ale nieeeee! Data ważności jest wporzo. No to biere. Wypiłem w zakamarkach moich czterech kątów i weszło dobrze. Fakt, że był upał jak cholera, to i pić się chciało.
Na drugi dzień poszedłem i nabyłem kolejną sztukę, aby podzielić się z Wami opinią. W moim mniemaniu piwko z butów nie wyrywa, ale w tej cenie można brać na kartony. To znaczy obecnie w lewku Mors kosztuje już 6 goldów, ale za piątkę też pewnie gdzieś da się kupić. Oto moje wrażenia z degustacji :)


Piwo jest oczywiście prawilnie złote i wyraźnie zamglone. Piana może nie jest szczególnie wysoka, ale przyjemnie drobna, puszysta i dosyć żywotna. Długo cieszy gałki oczne, do tego porządnie „brudzi” szkło.
W smaku od razu czuć, że to wersja sesyjna, choć jeśli mam być szczery to bliżej temu do apki niż sesyjnej ipy. Ciała nie ma zbyt dużo, ale wodniste nie jest. Całość jest delikatnie kwaskowa, ale tylko przez chwilę. Pojawiają się rześkie cytrusy, które szybko ustępują miejsca owocom tropikalnym z papają i marakują na czele. Jest też sporo kwiatów i zwykłego zielonego chmielu. W drugim rzucie zjawia się zbożowa-chlebowa słodowość oraz pewna doza subtelnej żywicy, ziół i kwiatów. Grejpfrutowo-ziołowa goryczka początkowo wydaje się być bardzo delikatna, jednak z każdym łykiem się rozkręca. Koniec końców osiąga przeciętne rozmiary, przynajmniej dla mnie. Ale nie można odmówić jej gracji, polotu i szlachetnego pochodzenia. Piwo jest naprawdę smaczne, rześkie i dobrze pijalne.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Potężny Braggot Bourbon Barrel Aged od Pinty


Pinta, Pinta, wszędzie ta Pinta! Otwieram lodówkę, a tam Pinta. Otwieram barek, a tam Pinta. Idę do sklepu – Pinta. Wchodzę na stację benzynową – znowu Pinta. Schodzę do piwnicy – to samo. I jak tu nie zwariować? Nie no, żartuję. Spoko jest. Browar Pinta rules! :)
Dzisiaj na ten przykład biorę się za Oh, Honey…! Nazwa może i dziwnie brzmi, ale koniec końców wszystko się zgadza, bo pod tym szyldem kryje się Braggot. Co ciekawe z dodatkiem miodu wrzosowego. Nie mam bladego pojęcia czym on się wyróżnia, bo nie dane mi było nigdy takowego próbować. Piwa z miodem wrzosowym również sobie nie przypominam. Poza tym Oh, Honey…! było leżakowane w beczkach po Bourbonie Woodford Reserve i powstało w kooperacji z amerykańską miodosytnią rzemieślniczą
Ten brażocik to naprawdę solidny skurczybyk. Ponad 13% alko i potężne 27,5 ballinga czyni go prawdziwym zabójcą wśród piw. Pora chwycić diabła za rogi ;) 


O dziwo piwo jest klarowne, a jego kolor chyba nikogo nie zdziwi – jest miodowy. Piany niemalże brak. Bywa i tak.
Przyznam, że po takim ballingu spodziewałem się większej gęstości. Tymczasem jakoś bardzo gęste to ono nie jest. Gładkie i owszem. W Braggotach zawsze obawiam się zalepiającej słodyczy, ale tutaj na szczęście poziom słodkości nie jest wielki, choć wciąż stosunkowo spory. Miód jest dobrze wyczuwalny, kojarzy mi się z łąką i kwiatami. Na dalszym planie egzystuje sobie karmel, cukier kandyzowany oraz lekko opiekana słodowość. Są też herbatniki, ciastka Pieguski, wanilia i bardzo subtelna nuta Bourbonu wraz z  odrobiną dębiną. Po jakimś czasie w posmaku odzywa się nuta suszonych owoców. Alkohol owszem, jest obecny, ale w żaden sposób nie drażniący. Nie ma skojarzeń z bimbrem, czy ruskim spirytem przewożonym przez białoruską granicę w baku po benzynie. Piwo jest naprawdę niezłe. Wchodzi dobrze, choć szybko załącza śmigło w główce ;p