poniedziałek, 18 czerwca 2018

Piwne wojaże po Dolnym Śląsku


Trochę czasu zajęło mi przelewanie wrażeń na ekran monitora, ale w końcu musiałem coś skrobnąć. Chodzi oczywiście o wycieczkę Częstochowskiego Kręgu Lokalnego Bractwa Piwnego na Dolny Śląsk, która odbyła się 9 czerwca. Ci, co śledzą mnie na fejsbuku zapewne będą wiedzieć o czym mówię. Siedemnastu chłopa i tylko dwie niewiasty, w tym moja Kasia. Zapewne po to, bym nie popuścił zanadto wodzy fantazji z piwnymi Braćmi :) Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt gejowsko?

Głównym celem naszego wypadu były odwiedziny grobu naszego byłego kolegi Andrzeja Bossowskiego, który odszedł z tego świata w zeszłym roku i został pochowany na cmentarzu w Lwówku Śląskim. Celem pobocznym lub jak to mówią „przy okazji”, były odwiedziny czterech browarów z zamiarem jako takiego zwiedzania. A może było na odwrót? Sam już nie wiem ;p
Ze „świętego miasta” wyruszyliśmy w sobotę o 7.30 rano. Tak się niefortunnie złożyło, że w tymże tygodniu miałem w pracy nocki (tak, nie każdy bloger pracuje w biurze w korpo). Tak więc jeszcze o 6 rano odbijałem się w robocie szczęśliwy kończąc tydzień pracy, a już półtorej godziny później siedziałem sobie (jeszcze szczęśliwszy) w busie w drodze na Dolny Śląsk. O spaniu mogłem sobie tylko pomarzyć. Po pierwsze nie należę do śpiochów, po drugie w hałasie dziewiętnastu gadających i pijących piwo gardeł, naprawdę ciężko jest zasnąć. Zwłaszcza w pozycji siedzącej. Postanowiłem zatem, że będę hardcorem i pójdę na żywioł. Padnę, to padnę! Ale łatwo się nie poddam.
Pierwszym punktem naszej wycieczki była Chrząstawa Mała, gdzie swoją miejscówkę ma Browar Widawa vel. Gospoda Pod Czarnym Kurem. Oczko w głowie słynnego na całą Polskę Wojtka Frączyka, specjalisty od porterów bałtyckich i od leżakowania piw w beczkach. Głównego kierownika interesu oczywiście nie było, bo na nasze nieszczęście w tym samym czasie odbywał się całkiem niedaleko Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa. Nieobecność głównego piwowara była zatem zupełnie zrozumiała. Nic to jednak, bo pięknie w swoich progach ugościła nas jego żona oraz jedna z pracownic (jak sądzę). Specjalnie dla nas zostały upieczone precle, którymi zagryzaliśmy degustowane trunki. Oczywiście za mamonę, żeby nie było. Ja uraczyłem się kultowym Czarnym Kurem – bardzo przyjemny i smaczny to Schwarzbier. Strasznie stylowy, dobrze wyważony, okrutnie pijalny. Wchodził jak woda :) Na drugą nóżkę wziąłem sobie Augustiańskie – klasyczny Hefe-Weizen. Tu niestety tak różowo już nie było, bo piwo wyraźnie zalatywało diacetylem. W pszenicach to rzadkość, no ale tutaj coś ewidentnie Wojtkowi nie pykło. Spiłem też od Katarzyny kilka łyczków Sharka, co by sprawdzić jego formę po latach. Niby z nim wszystko było okej. To znaczy wad żadnych, ale: albo piwo już nie jest tak odjechane jak było kiedyś, albo już mi się w dupie poprzewracało od tych wszystkich sztosów. Goryczka w tym Sharku naprawdę była zwyczajna i niczego nie urywała. 




Sam browar/restauracja prezentują się bardzo ładnie, stylowo i elegancko. Na uwagę zasługuje przede wszystkim zabytkowa fasada budynku z początku XX wieku. Miedziane kadzie też robią robotą, do tego kilkanaście beczek z leżakującym piwem rozstawionych po kątach lokalu. Na ścianach o groma dyplomów, jako dowód piwnego kunsztu założyciela Browaru Widawa. Naprawdę czułem się tam swojsko, ale czas naglił, więc trzeba było ruszać w dalszą drogę.


Drugi przystanek to Srokowski Browar Roch w miejscowości Nowe Rochowice, przy trasie z Bolkowa do Jeleniej Góry. Widoczki tu już są całkiem fajne muszę przyznać, wszak to już praktycznie Sudety (dokładnie Góry Kaczawskie). Browar znajduje się pośrodku… niczego. Serio. Ani przed zabudowaniami browaru, ani za nim nie było widać żadnej cywilizacji! Cały kompleks składa się z trzech budynków. Kiedyś była tu stadnina koni, a jeszcze wcześniej produkowano tu wapno palone, czego dowodem są dwa zabytkowe wapienniki (piece szybowe), stojące tuż za ostatnim budynkiem browaru. 


Niestety zwiedzanie samego browaru było niemożliwe ze względu na trwający akurat rozlew, a przynajmniej taką oficjalną informację nam przekazano. Trochę to dziwne, ale może faktycznie nie chcieli, by w tym czasie pod nogami plątało się dziewiętnastu piwnych turystów. A może po prostu była to zwykła ściema, bo ze środka nie dobiegał najmniejszy nawet hałas, a i na zewnątrz nie było widać ani żywej duszy. Poza tym gdzieś czytałem, że raczej nie wpuszczają do środka osób postronnych ze względu na problemy z higieną… Nevermind

piątek, 15 czerwca 2018

OKO W OKO - Tyskie Klasyczne vs Tyskie Niepasteryzowane


Tak Kochani, dziś kolejna odsłona „Oko w Oko”. Jak pisałem, czytacie to całkiem nieźle, a i mnie samemu taka formuła również się podoba, więc ochoczo biorę się do pracy ;)
Przy ostatnim wpisie pytałem się Was, jakie piwa chcielibyście wybrać do analizy porównawczej. Niestety mój apel spotkał się z zerowym odzewem – ładnie to tak olewać piwnego blogiera? ;p Skoro Wy milczycie, to ja pozwoliłem wciąć cugle w swoje ręce i skonfrontować ze sobą dwa Tyskacze (ale żaden nie jest wersją regularną). A co tam! Kto blogierowi zabroni? Że niby nie pijam koncerniaków? Bzdura. Coraz rzadziej, ale wciąż mi się zdarzy (zwłaszcza przy grubszej imprezie) „raczyć” się jasnym pełnym z koncernu. Szczerze, to myślałem, że wersja niepasteryzowana odeszła już do lamusa. Naprawdę dawno już jej w sklepach nie widziałem.
Tyskie Klasyczne na blogu pojawiło się w pierwszych miesiącach jego istnienia. Oczywiście niczym się nie wyróżniało na tle pozostałych koncernowych popłuczyn. Od tamtego czasu piłem je kilka razy. Rzecz jasna za każdym razem z takim samym skutkiem. Ot, zwykłe piwo to codziennego żłopania, bez zastanawiania się nad jego smakiem.
Tyskie Niepasteryzowane natomiast, to przynajmniej w teorii bardziej ciekawe piwo. No bo przecież każde piwo niepasteryzowane jest lepsze niż pasteryzowane prawda? Bullshit, nie zapominajmy o mikrofiltracji. Drugim wabikiem na nieświadomego Kowalskiego jest w tym piwie chmielenie na zimno. I tu faktycznie muszę przyznać rację, że zabieg taki ma sens. O ile oczywiście sypnie się do tanku odpowiednią ilość chmielu, z czym niestety koncerny mają wielki problem. Dla nich chmielenie na zimno to raczej tylko pusty slogan, sprytnie wykorzystywany, by opróżnić kieszenie piwnych Januszy. Oczywiście nie twierdzę, że koncerny kłamią. Skoro tak jest napisane, to jest to prawda. Szkoda tylko, że jakoś nigdzie nie chwalą się, ile tego chmielu zużyli na hektolitr piwa.


Tyskie Klasyczne

Piwo jak piwo – wygląda zupełnie zwyczajnie. Złote w barwie, ze średniej wielkości białą pianą, która opada szybciej niż trwa puszczenie bąka po solidnej porcji fasoli na obiad. Klarowne do bólu. Tak, z daleka widać, że to koncerniak.
W smaku też jest zupełnie pospolicie. Dominuje lekka słodowość typu zbożowo-chlebowego. W tle jakieś słodkie biszkopty oraz namiastka nut trawiasto-chmielowych. Goryczka znikoma, a w zasadzie to niemal niezauważalna. Dobrze, że chociaż wad sensu stricto tutaj nie ma. Słodkawe, typowo słodowe piwo, puste w smaku, ale o czystym profilu.
Zapach jest znikomy niczym dźwięk lotu komara w sąsiednim pokoju. Czuć, że to piwo, ale nic szczególnego w tym nie widzę, czy raczej nie czuję. Trochę słodu, trochę ziarna zbóż, nieco chlebka i odrobina trawiastego chmielu. Nie pachnie to odrzucająco, powiedziałbym nawet, że dość rześko, ale z intensywnością są spore problemy. Sumarycznie jednak wącha się to nawet dobrze.
Z pełnią smaku są pewne problemy, ale trzeba mieć na uwadze, że to tylko ‘jedenastka’, więc nie wymagajmy cudów. Balans jest do kitu, bo goryczka postanowiła zrobić nam psikusa i spierdzielić, tam gdzie raki zimują. Mimo wszystko pijalność tego napitku wcale nie jest najgorsza. Po czwartym krafcie można już pić bez obawień! Będzie wchodzić jak woda ;)

wtorek, 12 czerwca 2018

Czym było historyczne piwo Jopejskie oraz jakie jest Jopejskie z Olimpu?


No i stało się! W końcu nadszedł ten dzień. To właśnie dzisiaj! Pękło tysiąc recenzji piw na blogu :D Jest to chyba najbardziej okrągła liczba jaką sobie mogę wyobrazić, bo do miliona na pewno się nie dożyje, a np. dziesięć tysiaków już takie okrągłe nie będzie…
Sześć lat zajęło mi zdegustowanie tysiąca piw i napisanie o nich solidnych, rzetelnych i treściwych recenzji. Nie mnie oceniać, czy to dużo, czy to mało. Zresztą nie o to nawet chodzi.
Już od dawna zastanawiałem się jakim wyjątkowym piwem uczcić to niebagatelne wydarzenie. Musiało to być piwo okrutnie niespotykane, wybitnie rzadkie, szczególnie oryginalne i w jakiś sposób przełomowe. Przestałem się głowić, gdy tylko w moje łapki wpadło Jopejskie z Olimpu. Nic lepszego nie mogło mi się trafić – pomyślałem. Wystarczyło poczekać kilka miesięcy i voilà! Na taki jubileusz jak znalazł :)

Miałem zajefajny kieliszek degustacyjny od Browaru Spółdzielczego, ale złamała się w nim nóżka. Stąd taka amatorszczyzna na zdjęciu ;)

Piwo Jopejskie (Jopenbier) to tak rozległy temat, że spokojnie można by o nim książkę napisać (co najmniej jedna już powstała). Jest trunkiem szczególnym pod każdym względem. Ponoć zaczęto je warzyć w Gdańsku już w XV wieku, a zniknęło z rynku tuż po pierwszej wojnie światowej. Jopejskie w Europie i nie tylko, najbardziej rozsławił nie kto inny, jak słynny Jan Heweliusz. Gdański astronom, matematyk, naukowiec i browarnik, który dwa browary odziedziczył po rodzicach, a w sumie miał ich aż dwanaście. Jopejskie to w zasadzie bardziej taki ekstrakt piwny niż samo piwo. Esencja piwa, koncentrat piwny, syrop piwny. Jego ekstrakt wahał się pomiędzy 30, a 55º Blg!!!  Choć najczęściej mieścił w granicach od czterdziestu do czterdziestu pięciu stopni Plato. Alkoholu jednak w stosunku do ekstraktu nie było tak bardzo dużo. Różne źródła podają różne wartości, ale przyjmuje się, że nie przekraczał on 12%, ale najczęściej było to około 8%. Jopenbier to zawiesisty, gęsty syrop, którego nie pito jednak bezpośrednio. Służył on bowiem jako lekarstwo, przyprawa do luksusowych sosów, zup i dań. Używano go także jako dodatek do innych piw. Innymi słowy Jopejskie było rozcieńczane jasnym piwem, by nadać temu piwu bardziej szczególne, wyraziste cechy.
Jeszcze większym zdziwkiem jest proces jego produkcji. To był dopiero kosmos! Brzeczkę gotowano bardzo długo – kilkanaście, bądź nawet kilkadziesiąt godzin, by odparować wodę i uzyskać pożądany ekstrakt. Następnie przelewano to do wielkich tac chłodniczych, a później do drewnianych beczek, które znajdowały się w piwnicach, podziemiach lub szopach. Tam następowała fermentacja spontaniczna mikroorganizmami z powietrza oraz ze ścian tychże pomieszczeń – oto sekret piwa jopejskiego. W skrócie można to porównać do belgijskiego Lambica . Zaszczepianie dzikimi drożdżami, a przy okazji także różnymi innymi mikrobami (z zarodnikami pleśni włącznie) trwało bardzo długo. Niekiedy piwo zlewano z kadzi fermentacyjnych dopiero po dwóch latach! Kumacie to? Na powierzchni piwa tworzyła się wówczas warstwa pleśni, która w głównej mierze odpowiadała właśnie za swoiste cechy piwa jopejskiego, które po części było też piwem typu Sour, gdyż ulegało naturalnemu zakwaszeniu różnymi szczepami bakterii kwasu mlekowego i octowego. Taka kurde sytuacja. 


To rzecz jasna już tylko historia. No, a jak zrobił to Browar Olimp? Pleśni ponoć nie było, ale była oczywiście fermentacja spontaniczna, która trwała aż półtora roku! Piwo miało niewyobrażalne 45º Blg ekstraktu początkowego, który po fermentacji zszedł do poziomu dwudziestu dwóch ballingów. Gotowego piwa wyszło jedynie 500 litrów, ale na bok odłożono kolejne 200, które przeznaczono do eksperymentów. Trunek rozlano do kegów oraz do zajebistych, ekstra odlotowych małych buteleczek o pojemności zaledwie…. 100 ml! Tak, to nie pomyłka. Piwo w stumililitrowych flaszeczkach. Ale jakże miłych dla oka – białe matowe szkło, czerwony lak, złote napisy, do tego tekturowa zawieszka z podobizną Heweliusza. Całość zapakowana została w ponumerowany ręcznie, stylowy kartonik, który dla mnie jest kwintesencją elegancji, stylu i wyborności. Takie małe arcydzieło sztuki można rzec. Podoba mi się niemiłosiernie. No i jeszcze ta cena. Ok 40-50zł za ten mały flakonik, czyni Jopejskim z Olimpu najdroższym polskim piwem ever w przeliczeniu na objętość. W sumie dobrze, że to tylko ‘setka’, bo na pół litra na pewno bym się nie szarpnął. Wszystkie powyższe czynniki sprawiają, że Jopejskie idealnie nadaje się na tysięczne piwo na blogu. Let’s go!

niedziela, 10 czerwca 2018

OZ, RIS, Whisky BA, tajemniczy jeździec bez głowy. O co tu chodzi?


Oz – tak dokładnie zwie się piwo, które wybrałem sobie na dziś. Oz pojawił się w sklepach już jakiś czas temu. Nie jest więc żadną nowinką, ale myślę, że warto się nad nim pochylić. Dopisek pod nazwą wprawdzie niczego nam nie zdradza. Dowiadujemy się z niego jedynie, że piwo leżakowało sobie w beczułce po whisky (jakiej, nie wiadomo). Dopiero  z ‘morskiej opowieści’ na kontrze możemy wyczytać, że to RIS starzony w beczce po niemieckiej Slyrs. Nie jest to może jakaś mega popularna łycha, ale helmuty naprawdę w tym temacie nie odwalają kaszany. Sporo browarów już korzystało z ich beczek i efekt był naprawdę bardzo zadowalający.
Oz – skąd w ogóle taka nazwa? Czy tu chodzi o Czarnoksiężnika z Krainy Oz? Dorotkę, Stracha na Wróble i Blaszanego Drwala? Nic bardziej mylnego. W ‘morskiej opowieści’ mamy wyjaśnienie, iż chodzi tak naprawdę o Roderika. Jakiegoś tam rycerza, którego po śmierci ochrzcili Jeźdźcem bez Głowy. Odpaliłem więc wujka gugla, aby to potwierdzić i co się okazuje? Roderik to postać z Wiedźmina…. Tylko mi się tu nie śmiać z człowieka, dla którego gry komputerowe zupełnie nie istnieją ;p 


O wyglądzie nie będę Wam tu przynudzał, bo jestem świadomy, że tego nie lubicie. Napomnę tylko o lichutkiej piance, ale to zapewne efekt beczkowania.
Już podczas nalewania rozszedł mi się po pokoju przepiękny zapaszek imperialnego Stoutu. O tym jednak za chwilę, bo wpierw wezmę do buzi (jakkolwiek to nie zabrzmi). Mhmmm… to piwo jest pyszne! Niesamowicie gładkie, aksamitne, takie wręcz jedwabiste. Gęstość też niczego sobie, w końcu to 24,5º Blg. Mleczna czekolada, mnóstwo kakałka rozpuszczalnego, gorąca czekolada do picia, pralinki z górnej półki. Naprawdę jest moc. Do tego dochodzą akcenty lekko palonych słodów, suszonych owoców, starego drewna, a także nieśmiałych tonów przypieczonej skórki chleba, kukułek, melasy i kawy zbożówki. Mniam, mniam! To wszystko oczywiście przesiąknięte jest może niezbyt mocną, ale wyczuwalną nutą whisky. Alkohol jest niemal zupełnie nieobecny. Objawia się co jedynie delikatnym rozgrzewaniem przełyku. Jest szlachetny, niesamowicie ułożony i totalnie nieinwazyjny. Takie do rany przyłóż J Finisz jest bardzo esencjonalny, długi i wyrazisty. Przyjemnie czekoladowy z optymalną jak dla mnie goryczką, pochodzącą w głównej mierze od palonych słodów, ale po części też od chmielu. Piwo generalnie z tych słodszych RISów, ale mi to pasuje. Genialnie się to pije muszę przyznać. Pychotka!

czwartek, 7 czerwca 2018

WARSAW EXPRESS. Wheat Wine ze skórkami od Pinty


Skoro nie tak dawno wpadła mi w ręce siakaś taka nowość od Pinty, to postanowiłem ją skonsumować w pierwszej kolejności. Bo zazwyczaj jest tak, że na bloga trafiają piwa, które swoją premierę miały w mniej lub bardziej zamierzchłych czasach. Wiecie, kupi się taki cymesik, bo fajnie się zapowiada, a potem leży to to w szafie lub w piwnicy i czeka na swoją kolej miesiącami, bo w między czasie są ważniejsze/pilniejsze rzeczy do publikacji.
Pinta zaserwowała nam już kiedyś piwo Express IPA, no a teraz mamy Warsaw Express. Jest to wspólne dzieło naszych kraftowych weteranów i Browaru Bakunin z Sankt Petersburga. Piwo uwarzono w niedalekim mnie Zawierciu jeśli ktoś by się pytał. Mamy tu American Wheat Wine, czyli takie Barley Wine ze słodem pszenicznym na pokładzie, chmielony nową falą. Dodatkowo chłopaki z Pinty i Bakunina sypnęli do tanku skórki z grejpfruta oraz z pomarańczy żółtej i czerwonej. Ot i cała historyja ;) Przyznajcie, że brzmi ciekawie, a nawet nieco zaskakująco.
Aha, nazwa piwa pochodzi od słynnej niegdyś Kolei Warszawsko-Petersburskiej, łączącej Warszawę („stolicę” zaboru rosyjskiego) z ówczesną stolicą Imperium Rosyjskiego (Sankt Petersburg). Linię oddano do użytku w 1862 roku. Była to druga linia kolejowa na terenach Królestwa Polskiego, a zarazem czwarta na ziemiach całego Imperium Rosyjskiego. I niech mi ktoś teraz powie, że piwo nie uczy! ;p Że piwo to tylko bzdurny alkohol, służący do upodlenia się. Nic z tych rzeczy.


Wheat Wine wyglądem nie zaskakuje. Piwo jest totalnie mętne, ale to naprawdę totalnie. Jak klasyczny Weizen. Piana jest bardzo drobna i puszysta, taka kremowa wręcz. Długo się utrzymuje i tworzy zarąbisty lacing. Tak trzymać!
Oj, bardzo gładko jest w ustach. W ciemno rzekłbym, że to jakieś Rye Wine, bo aksamit pieści moje podniebienie w niezwykle przyjemny sposób. Może to dzięki laktozie, o której Wam nie wspomniałem? Słodowość dominuje, jakże mogłoby być inaczej. Są ciastka, herbatniki, jest wyraźna słodkawa pszenica oraz chlebek. Na drugim planie natomiast objawiają się amerykańce, głównie jako akcenty żywiczne i grejpfrutowe, liźnięte tylko nieznacznie tropikami oraz nutą iglaków. W rzeczy samej jest skórkowo jeśli chodzi o owoce, ale przyznam się bez bicia, że skórek pomarańczy to ja tu nie odnotowuję. Tłem natomiast sunie bardzo subtelna laktoza, bez wątpienia kojarząca się z mlekiem. Dość szybko do tego grona włącza się dobrze zaznaczona, ale dosyć szlachetna goryczka o fajnej żywiczno-skórkowej strukturze. Nie jest ona może jakoś strasznie mocarna, ale na tyle wyraźna, by nie wyszedł z tego słodki ulepek. I nie wychodzi. Piwo jest świetnie zbalansowane, smaczne, choć nie jakieś bardzo odkrywcze. Na uwagę zasługuje również bardzo dobrze skitrany alkohol. Praktycznie nie daje o sobie znać. Może delikatnie rozgrzewa, ale nic ponadto. Jak na ponad 9 voltów jest wręcz zajebiście :D

wtorek, 5 czerwca 2018

PIWO MIESIĄCA - MAJ 2018




Po kolejnych trzydziestu dniach piwnej rozpusty pora znowu wybrać najlepszy trunek degustowany w zeszłym miesiącu.
Muszę stwierdzić, że maj obfitował nad wyraz mocno w bardzo udane specjały. Ósemeczki sypały się jak z rękawa, skutecznie utrudniając mi wybór najlepszego piwa miesiąca. Każde z tych piw miało coś innego do zaoferowanie, każde czymś urzekało, czymś kusiło, ale wybrać mogłem tylko jedno.
Drodzy czytelniczy tytuł PIWO MIESIĄCA – MAJ 2018 zgarnia Gryf Pomorski z Browaru Bytów! :D


Wielkie gratulacje z mojej strony wędrują właśnie w stronę Browaru Kaszubskiego Bytów!

Zdegustować tak mocarne piwo to naprawdę nie lada przyjemność. Warto je kupić choćby dla samej gęstości i gładkości (przypomnę 33º Blg!). Ten liźnięty miodem Russian Imperial Stout na długo pozostanie w mej pamięci. Jest to bardzo udane piwo, masakrujące kubki smakowe niemal w każdym wymiarze. Ale na wpływ mojej decyzji nie miały tylko i wyłącznie walory smakowe. Brałem również pod uwagę otoczkę, czyli samo opakowanie, które osobiście zaliczam do TOP3 polskiego kraftu :) Wszystko to sprawia, że Gryf Pomorski jest doskonałym pomysłem na prezent dla każdego beergeeka.

sobota, 2 czerwca 2018

"P" Milk Stout. Tak się robi mleczne Stouty!



Łezka mi się co prawda w oku nie kręci, ale trochę żal, że to już koniec „Tygodnia z Browarem Tenczynek”. Piwa trzymają naprawdę wysoki poziom. Nie ma mowy o jakiejkolwiek wpadce. Naprawdę szacun dla Tenczynka.
Na zakończenie tego jakże owocnego cyklu zostawiłem sobie trzecie piwo z serii Piwna Rewolucja. Milk Stout co prawda nie należy do moich ulubieńców, ale niejeden browar już mnie takim stylem zaskoczył. Ot, choćby taki Amber Po Godzinach, czy Browar…. Tenczynek! Tak, to nie pomyłka. Zapewne spora część z Was kojarzy, że w Tenczynku upichcili już kiedyś mlecznego stałta. Było to oczywiście za rządów BRJ, ale jednak. Poza tym piwowar jest ten sam, więc powtórka w zasadzie nie powinna dziwić. Czy jest to identyczne piwo, co tamto? Tego nie wiem i domyślam się, że tylko sam Sebastian Jabłoński wie jaka jest prawda. W każdym razie pierwszy Milk Stout z Tenczynka był piwem niezwykle udanym i oryginalnym. Skład oraz parametry sugerują to samo, ale jak mówię – to tylko moje domysły. 


Piwo nalewa się bujną czapą beżowej piany, bla, bla bla. Jest czarne jak smoła, bla, bla bla. Miejmy to już za sobą i przejdźmy do rzeczy.
Popijam je sobie już od kilku minut i bardzo smakuje mi to piwo. Co je wyróżnia? Dodatek amerykańskich chmieli rzecz jasna. Poza tym słód pszeniczny i słód żytni. No to teraz już wiem, skąd ta gładkość na podniebieniu. Piwo jest naprawdę fajne, smaczne, świetnie zbalansowane. Dobrze zarysowana paloność nadaje na tych samych falach, co palony jęczmień, gorzka czekolada i odrobina świeżo parzonej kawy z mlekiem. Samej laktozy dużo nie ma, ale wystarczy jej, by poznać z czym mamy do czynienia. Na drugim torze egzystują dosyć wyraźne amerykańce, wnosząc do piwa odpowiednie ilości cytrusów z kapką żywicy oraz iglaków. Bardzo fajnie się to komponuje z palonym profilem tego Milk Stouta. Palono-kawowa goryczka jest wyraźna, ale nie przesadzona. Taka w sam raz, czy jak mawiają niektórzy – jak w mordę strzelił. Finisz jest długi i przyjemny, kawowy z lekkim posmakiem popiołu. Smaczniutkie to jak jasna cholera!