poniedziałek, 20 maja 2019

Candy Shop Nut Cake Imperial Stout od Deer Bear


Candy Shop Nut Cake Imperial Stout to piwo nie nowe, ale pełne kontrowersji. Jak już pewnie wiecie do tegoż trunku dodano…. aromaty! Niby na etykiecie nie jest to nigdzie napisane, ale ludzie swoje wiedzą. Zresztą to nie jedyne piwo od Deer Bear potraktowane w ten sposób (Candy Shop to cała seria piw). Zagorzałych birgików to wkur…, z Kopyrem na czele, bo to przecież nie jest zgodne z duchem kraftu. A wiecie co ja myślę? Bardziej mnie martwią aromaty w tych wszystkich smakowych wodach mineralnych, napojach, jogurtach, czy jakichkolwiek innych produktach żywnościowych. Ostatnio np. mało nie padłem na zawał na widok aromatu w składzie… jasnego lagera – Okocim 0,0%. Po co się pytam?! Dlaczego kurła?! ;p
No dobra, a o co chodzi w tym piwie? Z racji tego, że nie mamy tu podanego składu możemy się tylko domyślać co jest zasługą aromatów, a co faktycznie dodano do piwa lub uzyskano samą kompozycją słodów. Na etykiecie obiecują nam orzechy, wanilię, kokos i mleczną czekoladę. Sprawdźmy to. 


Z wyglądu jest wzorowo. Ciecz jest czarna i nieprzejrzysta. Pianka też ładna – dobrze zbudowana, nie za niska, nie za wysoka, średnio ziarnista, dosyć trwała. I like it.
Piję piwo z aromatami, czy Wam się to podoba, czy nie. Duża pełnia, ciało, fajna gęstość, gładkość, aksamitność. Faktura niczego sobie J W rzeczy samej mlecznej czekolady to tu nie brakuje. Wtóruje jej kawa zbożowa, dobrej jakości bombonierka oraz wyraźne kakao. W drugim rzucie na mecie odliczają się przyjemne nuty orzechów laskowych, migdałów, chleba razowego oraz ciemnych, lekko prażonych słodów. To naprawdę jest dobre! Im dalej w las, tym coraz więcej orzechów, ale pojawia się też łagodna wanilia, a także niewielka domieszka kokosa. Owszem, jest słodko, ale tak właśnie miało być. „Co obiecali, to porobili”. Choć na finiszu objawia się niepozorna, ale w miarę wyraźna palona goryczka. Piwo delikatnie rozgrzewa od środka, ale generalnie jest bardzo dobrze ułożone. W smaku nie czuć żadnych oznak alkoholu. Brawo!

piątek, 17 maja 2019

SHORT TEST: Kwas My od Pinty



Prolog: Dziś króciutko, szybko, ekspresowo. Mi się nie chce rozpisywać, a Wam pewnie czytać. W końcu czas to pieniądz. Pieniądz jest czasem…., a czasem go nie ma ;p
O co kaman: Kwas My od Pinty to Limoncello Sour. Piwna alternatywa dla limoncello – włoskiego likieru cytrynowego. Do piwa dodano świeżo wyciśnięty sok z cytryn oraz dla równowagi niefermentowalny ksylitol (cukier z brzozy). Oczywiście całość zakwaszono bakteriami kwasy mlekowego.
Wdzianko: Takie jakieś żółtawe, mętne, nieprzezroczyste. Piana może i nie wysoka, ale drobniutka, zwarta i dosyć trwała.
Kichawa mówi: Średnio intensywny to zapaszek, ale dosyć przyjemny i wyraźnie kwaśny. Oczywiście króluje w nim cytryna na wszelkie możliwe sposoby. Jest miąższ, sok oraz skórka. Na dalszym planie niewielka doza chlebowo-zbożowej słodowości oraz szczypta europejskiego chmielu. Pachnie ładnie, ale obejdzie się bez rewelacji.
Jadaczka mówi: Fajne, wyraźnie kwaskowe piwo z niewielką domieszką słodyczy. Bardzo dużo cytryny, skórek cytrusowych i kapka nut limonkowych. W oddali lekka i przyjemna słodowość muśnięta delikatnie zaznaczonym chmielem. Wysycenie spore, ale drobne. Całość cholernie rześka, bardzo świeża i lekko ściągająca na podniebieniu. Najs! :)
Komu mogę polecić: A wszystkim makaroniarzom. Niech ich likier cytrynowy się schowa!
Epilog: Niezły kwasik, ale piłem lepsze. Jeśli chodzi o moc, to kwaśność oscyluje gdzieś w środkowej części skali. Sama cytryna zaś daje charakterystyczne uczucie cierpkości w ustach. Piwo jest pełne w smaku, dobrze zbalansowane jak na Sour, bardzo rześkie, naturalne i pije się go dosyć szybko.
OCENA: 7/10
CENA: ok 6.50ZŁ
ALK. 6,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 09.11.2019
BROWAR PINTA//BROWAR NA JURZE

wtorek, 14 maja 2019

QIN - herbaciana IPA z Browaru Sir Beer


Moi drodzy kraftopijcy, naprawdę zależy mi na odkrywaniu i poznawaniu nowych browarów. Owszem, cały czas trzeba mieć w sercach ikony polskiego piwnego rzemiosła, ale z drugiej strony należy dawać szansę młodszym przybytkom, które nierzadko dorównują, a czasem nawet przewyższają starszych stażem kolegów po fachu.
Dziś więc daję drugą szansę Browarowi Sir Beer z Bytomia. Na tapecie ląduje Qin. Nie doktor Quinn, tylko QIN. Tu chodzi o jakieś prastare chińskie ludy. Nevermind. Jest to Tea IPA – znane już nader dobrze herbaciane IPA. W tym przypadku jednak zastosowano chińską mieszankę zielonej herbaty z owocami banana, mango, melona i gujawy/guawy oraz kwiatów słonecznika i bławatka. Czy takie coś może się nie udać? Sprawdźmy. 


Piwo wyglądałoby całkiem zwyczajnie, gdyby nie szalenie obfita czapa piany, która jest wprost betonowa! Cholernie wysoka, dość drobna, zbita, sztywna jak koci ogon i trwała, niczym Wielki Mur Chiński. No praktycznie nic nie opada! Wcale. Piwo jest lekko mętne, złotawe w kolorze.
Czas na pierwszy haust. Wysycenie jest średnio wysokie, a myślałem, że będzie porządnie szczypać w pyska. Od razu czuć amerykańskie chmiele – jest sporo cytrusowych skórek i nieco mniej owoców tropikalnych (mango, papaja, gujawa). Tuż za nimi kroczy bardzo wyraźna zielona herbata, która sprawia nieco ściągające wrażenie. Taniny jak widać dają o sobie znać, co oczywiście przy tym natężeniu nie jest żadną wadą. Z drugiego brzegu natomiast macha do nas dość specyficzna nuta mieszanki kwiatów, żywicy, ziół oraz chmielu w czystej postaci. W rzeczy samej – zielono i owocowo to smakuje. Całość została spięta nienachalną, acz wyraźną słodowością, która niestety w posmaku staje się nieco mdła. Finisz naznaczony został bardzo wyraźną i srogą dla zwykłego śmiertelnika goryczką, która może i delikatnie zalega, ale sumarycznie jest miękka, gładka i nieźle ułożona. Jej ziołowo-herbaciany profil sprawia, że piwo staje się nad wyraz wytrawne. Dosyć fajnie to smakuje. Jestem na tak.

niedziela, 12 maja 2019

OKO W OKO - DDH DIPA Simcoe+Mosaic vs DDH DIPA Vic Secret+Experimental AU 035


Jeszcze nie umilkły echa pojedynku dwóch napitków naszpikowanych mango, a na horyzoncie jawi się nam już kolejne piwne starcie. Gdzieś z tyłu głowy ponownie rodzi się pytanie: które piwo okaże się lepsze?
Dziś sięgam po kultowe New England DDH DIPA z AleBrowaru. Pierwsze dwa piwa z tej serii (Simcoe + Mosaic, Citra + Galaxy) wywołały w piwnym światku prawdziwą euforię. To były sztosy na miarę naszych czasów. Wszyscy się nimi zachwycali, zresztą z innymi wariantami było podobnie. Osobiście dopiero teraz zamierzam sprawdzić, czy cały ten fejm był słuszny. Mnie jednak trafiło się pierwsze piwo z serii oraz czwarte, czyli póki co najnowsze dziecko w rodzinie.
Double Dry Hopped, bo tak należy rozszyfrowywać skrót DDH, to po prostu piwo podwójnie chmielone. Przy czym słowo „podwójnie” może mieć wiele znaczeń – podwójna dawka chmielu, chmielone dwa razy, czy też dwoma odmianami. W przypadku AleBrowaru chodzi o dwie ostatnie sytuacje, a ściślej mówiąc o podwójne chmielenie na zimno, raz jedną odmianą, raz drugą. Ekstrakt oraz zasyp są jednakowe, lecz stopień odfermentowania różni się dość znacząco.



DDH DIPA Simcoe + Mosaic

Vermont jak się patrzy. Piwo jest bardzo mętne, soczkowate. Jego kolor przywodzi na myśl skórkę pomarańczy, tudzież sok multiwitamina. Piana umiarkowana, średnio pęcherzykowa, jak również średnio trwała.
Piję. Bardzo owocowe, cholernie soczyste, takie wręcz soczkowate piwo. Poniekąd słodkawe, jednak delikatna goryczka przychodzi z czasem. Są słodkie owoce tropikalne, są europejskie żółte owoce, a także sporo kwiatów i biszkoptowo-chlebowej słodowości. Całość jest bardzo gładka, puszysta, odpowiednio wysycona, niebywale rześka i okrutnie pijalna (zdradliwa). Alkoholu nie czuć zupełnie wcale! Finisz jest długi, chmielowy i nieco cytrusowy, z wyczuwalną, acz bardzo przyjemną ziołową goryczką. Świetne piwo :)
Simcoe + Mosaic pachnie baaaaardzo intensywnie, słodko i bogato. Owoce buchają ze szkła na lewo i prawo. Mango, ananas, liczi, papaja, marakuja, brzoskwinia, morela, renkloda, gruszka, białe winogrono… można wymieniać bez końca. Do tego dochodzi niezwykle intrygująca nuta kwiatów (jakby jaśmin i czarny bez), delikatnych ziół oraz subtelnego igliwia. To wszystko otoczone jest lekkim słodowym pierścieniem o fajnym herbatnikowym zacięciu. O alkoholu można zupełnie zapomnieć. Ni ma.

czwartek, 9 maja 2019

Browar Tenczynek. Poczułem ducha historii


Nie lubię w majówkę siedzieć w domu. Wolę gdzieś pojechać i coś pozwiedzać. A tym bardziej jeśli ma być to wycieczka z piwem w tle :)
Browar Tenczynek udało mi się odwiedzić po uprzednim umówieniu z Sebastianem Janikowskim, który był naszym przewodnikiem (moja druga połówka nie mogła przecież zostać w domu). Przy czym chciałbym bardzo temu chłopakowi podziękować, gdyż specjalnie dla nas zjawił się on w tym dniu w browarze. Sebastian zajmuje się organizacją produkcji i jak sam powiedział jest zastępcą głównego piwowara Sebastiana Jabłońskiego. 


Cały teren browaru zajmuje ok 4 hektarów. Jest to kilka mniejszych i jeden całkiem spory budynek z charakterystycznym kominem, który obecnie chyba niczemu nie służy (w sumie to nie wiem, bo zapomniałem zapytać). Taki obraz sytuacji doskonale tłumaczy folwark, który tu niegdyś funkcjonował. Choć pierwsze wzmianki o browarze w Tenczynku pochodzą z XVII wieku, to najstarsze obecnie zabudowania browaru zostały postawione w połowie XIX wieku. Dzięki temu Browar Tenczynek łączy w sobie tradycję z nowoczesnością. Zakupiony przez BRJ w 2014 roku obiekt przeszedł gruntowną modernizację. Choć dziś właścicielem nie jest już Marek Jakubiak, to browar w zasadzie wygląda tak samo, jak tuż po reaktywacji w 2015 roku. 


Sebastian wszystko nam szczegółowo wyjaśniał, co chwila sypał liczbami i danymi, ale ja jak zwykle w takich sytuacjach nie byłem w stanie tego wszystkiego spamiętać. W każdym razie warzelnia jest dosyć duża, bardzo nowoczesna, sześcionaczyniowa, sterowana komputerowo, jej wybicie to bodajże 70 hektolitrów. Wszystko wygląda schludnie i czysto jak w laboratorium. Prawdziwy klimat jednak robi się dopiero na fermentowni, gdzie bez problemu można już poczuć ducha historii. Owszem, fermentory (poj. 150 hl) lśnią nowością na kilometr, ale robotę robi tu oryginalne sklepienie krzyżowe z czerwonej cegły. Warto też dodać, że w browarze praktykuje się fermentację w otwartych kadziach, co obecnie jest rzadkością. Niestety wszystkie zbiorniki były akurat puste. 

wtorek, 7 maja 2019

POTION #02 od Brokreacji. Czy to kolejny sztos?


Brokreacja zapoczątkowała w zeszłym roku serię sztosów sygnowanych mianem Potion. Są to tęgie napitki z dodatkami, leżakowane w beczkach po różnych destylatach. Na wejściu pojawiły się dwa piwa, a obecnie ich liczba doszła już do numeru piątego.
Ja skusiłem się Potion #02, gdyż w porównaniu do „jedynki” wypadał dużo lepiej, a przynajmniej tak sądziły inne blogiery. Jest to Coconut Almond Imperial Brown Ale Bourbon Barrel Aged. Eeeee… Alleluja! Po polskiemu to będzie imperialny Brown Ale z wiórkami kokosowymi i płatkami migdałowymi, leżakowany w beczce po Bourbonie. Prawda, że proste? ;p Ponoć taka kombinacja wyszła niebywale sztosowo.
W przypadku tego piwa browar na szczęście zrezygnował z ekskluzywnych i drogich kartoników, skupiając się bardziej na zawartości. Co oczywiście nie wywindowało ceny tego piwa jakoś szczególnie wysoko (do czego Brokreacja zdążyła nas już przyzwyczaić).
Migdały lubię, kokos uwielbiam, a i Bourbona czasem wychylę. W teorii zatem ‘Napój nr 2’ nie może mi nie smakować. Czas na pierwszy kontakt. 


Pamiętajmy jednak, że to nie żaden RIS, czy porter bałtycki, a Brown Ale, który nie jest piwem tak czarnym i tak palonym. Piwo ma przyjemną gładkość, sporo słodyczy i umiarkowaną gęstość. Ponoć ma to 25º Blg, ale w rzeczywistości pełnia wydaje się nieco niższa. Są ciemne, lekko prażone słody, sporo mlecznej czekolady i pralinek. W drugim rzucie na talerzu dostajemy rozpuszczalne kakao, wafelki typu Prince Polo oraz szczyptę melasy i karmelu. Na deser natomiast kelner podaje dębową dechę nasiąkniętą Bourbonem i migdałami. Kokosa natomiast nie odnalazłem. Goryczka jest tu naprawdę niewielka, a całość wypada zdecydowanie słodkawo. Alkohol jest niebywale szlachetny, gładki i ułożony, niczym tory na Centralnej Magistrali Kolejowej. Bardzo smaczne, bogate, ale raczej mało zaskakujące, czy odkrywcze.

sobota, 4 maja 2019

KWAS JOTA. Świetne piwo od Pinty!


Wiecie, ja naprawdę polubiłem piwne kwasy. Jeszcze 2-3 lata temu traktowałem je ze sporą rezerwą, a teraz po prostu się nimi zachwycam. Pieję z zachwytu jak kogut napalony na młodą nioskę. Doceniam ich lekkość, niebywałą rześkość i tą charakterystyczną cierpkość na podniebieniu. Dobry Sour naprawdę potrafi chwycić za serce, a przy tym nie uszczupli tak bardzo portfela, jak potrafi to zrobić niemal każdy imperialny Stout.
Browar Pinta to jeden z krajowych liderów w produkcji piw „zakażonych” bakteriami Lactobacillus. Piłem ich już sporo, ale co rusz pojawiają się nowe, więc na bieżąco chyba nigdy nie będę. Dziś jednak do mojego piwnego warsztatu dołącza Kwas Jota – Sour Currant Wild Ale. Tak więc z jednej strony kwasik, a drugiej dzikus. Mamy tu zarówno Bretty (dzikie drożdże), jak i Lacto (bakterie kwasu mlekowego). Całość nachmielono amerykańcami. Jakby komuś było mało wrażeń, to do piwa dodano również sok z czerwonych i czarnych porzeczek. I to się właśnie nazywa piwowarstwo nowofalowe! :)


Spodziewałem się rewelacji i oczywiście się nie zawiodłem. Piwo jest świetne! Super kwaśne, super rześkie i ekstremalnie pijalne. Kwaśność znajduje się w górnych rejonach skali, ale nie to jest najważniejsze. Porzeczka – oto słowo klucz. Piłem już kiedyś jakieś piwa z czarną porzeczką i co najmniej ze dwa z odmianą czerwoną. Tu mamy ich mieszankę i w rzeczy samej w ciemno ciężko by mi było wskazać, która z nich dominuje. Czerwone w barwie piwo oferuje pokaźną dawkę dojrzałych porzeczek. Ciecz jest bardzo mętna i zwieńczona olbrzymich rozmiarów pianą. Kwasek pozostawia na języku przyjemne cierpkie uczucie, a wysokie wysycenie dodatkowo potęguje i tak rześkie już doznania. Po przełknięciu ukazują się lekkie nutki chmielu i cytrusów. Z tła natomiast można wyłuskać nieśmiałe echa skurzanego paska i końskiej derki. Akcenty funky są naprawdę niewielkie, acz dostrzegalne. Kwasik wchodzi jak złoto. Woda może iść w odstawkę ;p