poniedziałek, 21 sierpnia 2017

PROJEKT 30 - "1". Imperialny Porter Bałtycki z Browaru Maryensztadt



Dziś bardzo szczególny dzień oraz szczególny wpis, bo i okazja jest nie byle jaka. Pękło milion (1000000) wyświetleń bloga!!! W końcu! Po ponad pięciu latach doczekałem się tej okrągłej liczby. Jestem być może najmniej poczytnym piwnym blogierem w tym kraju, ale wali mnie to. Kopyra milion osób ogląda pewnie w miesiąc, albo i krócej, ale z nim przecież żodyn nie ma startu. Ja się cieszę z tego miliona jak dziecko z lizaka, mimo, że zajęło mi to ponad pięć lat.
Taką okazję trzeba było oczywiście odpowiednio uczcić. Najlepiej jakimś sztosem. Miałem w planach kolejny Wielki Test (na razie nie zdradzę jaki), ale technicznie po prostu nie dałem z tym rady. Na milion wyświetleń sięgnąłem więc w głąb piwnicy po jednego z przebywających tam sztosów. Wybór jak widzicie padł na pierwsze piwo z limitowanej serii Projekt 30 z Browaru Maryensztadt. Piwo zostało oznaczone po prostu cyfrą „1” i jest to imperialny porter bałtycki. Jak głoszą twórcy: „Projekt 30 to seria piw, przy warzeniu których staramy się osiągnąć 30 Plato. Ich wyjątkowość polega na niepowtarzalności. Każde piwo to tylko jedna warka, więc ten kto po nie sięgnie staje się częścią historii naszego browaru”. Przyznacie, że brzmi to niezwykle pięknie i wzniośle :)
Jak na sztosa przystało piwa na rynek trafiło niewiele, a jego cena do najniższych nie należała (choć do najwyższych również nie). Piwo ma potężne ciało (dokładnie 29,33° Plato), ale posiłkowano się przy tym ekstraktem słodowym, co oczywiście jest rzeczą zrozumiałą. Z niespotykanych w porterze składników mamy tu miód spadziowo-gryczany. Trochę to dziwne, ale OK. Oby tylko nie było zbyt słodko…


Nie sposób wspomnieć w tym wypadku o opakowaniu, które z już z odległości dwóch kilometrów mówi nam, że w środku czai się coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. I nie chodzi tu wcale o przeterminowanego Harnasia leżakowanego dwa lata w beczce po kiszonej kapuście. Ekskluzywna włoska mała buteleczka, zamykana „szampanowskim” drewnianym korkiem nie jest co prawda nowością na naszym kraftowym podwórku, ale wciąż robi niesamowite wrażenie. Etykieta jest tu minimalistyczna, ale w zamian tego mamy stylową zawieszkę z masą niezbędnych informacji o całym Projekcie 30, o samym piwie jak i jego parametrach. Piwo zostało rozlane 20 stycznia 2017 roku, więc siedzi już w butelce 7 miesięcy. Kolejnych kilka miechów zapewne leżakowało w browarze, zatem w tym momencie będzie już miało być może około roku. To wystarczająco długo na ułożenie się 10,5% alkoholu.
Sprawdźmy co czai się w środku. Ciecz po przelaniu z pozoru wydaje się być czarna, jednak to tylko pozory, bo naprawdę nosi ciemno brunatną barwę. Piana jest niezbyt wysoka, drobna, puszysta, beżowa z koloru. Opada w średnim tempie.
Siup do dzioba. Mniam, mniam… Jest wyraźnie słodko, cholernie czekoladowo oraz trochę miodowo i karmelowo. Tak, w rzeczy samej czuć tutaj ten miód, ale bardzo fajnie się on komponuje z całą resztą. Opiekane słody robią tu za robola, czyli są tylko tłem dla mlecznej czekolady, drogich pralinek oraz masy suszonych owoców – śliwek, rodzynek, czarnych porzeczek, fig i daktyli. Niebywale estrowy to napitek. Nie wiem na ile jest to efekt utlenienia, a na ile samej receptury. Z tła udało mi się wyłapać akcenty cukru brązowego oraz rozpuszczalnego kakao. Całość słodka, ale nie ulepkowata. Goryczka pochodząca od ciemnych słodów majaczy gdzieś na horyzoncie, ale jej moc jest naprawdę niewielka. Szlachetna nuta alkoholu przyjemnie rozgrzewa od środka, dając wrażenie picia likieru czekoladowo-owocowego. W samych ustach natomiast nie czuć ani grama etanolu! Nic nie piecze, nic nie pali, po prostu mistrzostwo ułożenia i harmonii! Genialnie to smakuje. Bogato i złożenie. Gładko i aksamitnie. Brawo! :D

piątek, 18 sierpnia 2017

SUMMER ALE z DOCTOR BREW. Dobra pozycja na lato



Lato się nam jakby trochę w końcu rozkręciło. Słoneczka jest całkiem sporo, a i temperatury wreszcie wskazują sympatyczne trzydzieści kresek :D Wiem, dla niektórych to zdecydowanie za dużo, ale mnie bardziej wkurwia żałosne 19, czy 20 stopni niż upał rzędu trójki z przodu. Lubię ciepło, a nienawidzę zimna – proste.
Jako wielbiciel mocnych i tęgich napitków niewiele jest w moich zapasach piw typowo letnich i sesyjnych, ale całkiem niedawno stałem się posiadaczem Summer Ale od Doctora Brew. Z rezerwą podchodzę do wytworów sympatycznych skądinąd doktorków, ale z drugiej też strony piłem już od nich kilka urywających wiadomą część ciała trunków. W każdym bądź razie nad letnim ejlem nie zastanawiałem się zbyt długo, zwłaszcza, że mój „oszołom” wystawił go po dobrej cenie. Jako ‘łowca okazji’ nie mogłem przejść nad tym obojętnie ;)


Po przelaniu do szkła mym oczom ukazuje się taki oto obrazek: wyraźnie zamglony, pomarańczowo-złocisty płyn, spowity średnio obfitą czapą białej i drobno pęcherzykowej piany. Piana jakoś specjalnie trwałością nie grzeszy, ale za to fajnie oblepia ścianki. Sumarycznie dość dobrze to wygląda. Salma Hayek w bikini z pewnością wygląda lepiej, ale to nie ten blog… ;p
Gorąc jest, pić mi się chce, więc pora zwilżyć gardełko. Jeden łyk, drugi, trzeci. Kurde gdzie się tu podziały bąbelki? Wysycenie jest tragicznie niskie, w zasadzie to prawie nie ma go wcale. A powinno być, bo przecież to jest piwo na lato. Ma być rześkie i orzeźwiające. No w sumie dość rześkie jest, ale jakby dwutlenek węgla łechtał mnie po jamie ustnej, to bym się wcale nie obraził. Piwo smakuje jak typowy ‘amerykanin’ – jest tutaj sporo cytrusów, bardziej w formie skórek niż miąższu. Chodzi mi głównie o nuty cytryny, limonki i różowego grejpfruta. W następnej kolejności na scenę wkracza wyraźna chmielowość, taka bardziej już tradycyjna, może nawet lekko trawiasta. Tuż za nimi drepcze nieznaczna doza żywicy, igliwia oraz ziół. Lekka słodowość typu zbożowo-chlebkowego pełni natomiast rolę sympatycznego tła. W to wszystko miesza się wyraźna i dosyć mocna goryczka o żywiczno-grejpfrutowym zacięciu. Goryczka minimalnie zalega, ale sumarycznie jest w miarę szlachetna, miękka i gładka. Fajnie się to pije, choć piać z zachwytu nie zamierzam.

wtorek, 15 sierpnia 2017

BROWAR LUBMERJACK. Garść informacji + test trzech pilsów



Od niedawna stałem się posiadaczem trzech z czterech premierowych piw nowego Browaru Lumberjack. Czy szczęśliwym posiadaczem, tego dowiecie się na końcu tego tekstu. Pisząc wstęp nie mam pojęcia, czy owy zakup można uznać za udany. 


Piwka nabyłem w popularnym „oszołomie” po stosunkowo niewygórowanych cenach trzeba nadmienić. Wszystkie piwa są w zielonych butelkach i wszystkie to pilsy! Jeden zwykły, a dwa z dodatkami – owocem jałowca i pędami sosny. Niestety nie udało mi się zdobyć czwartego do kompletu – z trawą żubrową. Przyznam, że pierdyknąć premierę czterech różnych pilsów to dość pomysłowe rozwiązanie. Cztery pilsy, ale każdy inny. Przy takim obrocie sprawy moja mózgownica rzecze jedno: zrób degustację porównawczą!
Zanim przejdę to sedna, to jeszcze słów kilka o samym browarze, który de facto browarem… nie jest! Nawet kontraktowym. Pomysłodawcą tego projektu jest firma Bevgroup z Legionowa – dystrybutor piw importowanych i polskich rzemieślniczych. Firma dostarcza krafty do sieciówek spożywczych, jest także właścicielem marki Chmielologia, pod której szyldem też można spotkać piwa rzemieślnicze. Tak więc właściwie Browar Lumberjack nie jest browarem lecz marką handlową (mówiąc inaczej zleceniodawcą). To chyba coś na zasadzie marki piw HedgeHog z Tesco. Jeśli się mylę, to mnie poprawcie.
Aha, podobnie jak HedgeHogi, Lumberjacki też są warzone w bliskim memu sercu Wąsoszu. Cóż za dziwny zbieg okoliczności!
Do samego opakowania większych zastrzeżeń nie mam, no może poza zieloną butelką. Od razu widać, że marketing wziął tutaj górę nad zdrowym rozsądkiem (zielone butelki są przecież takie modne, takie hipsterskie). Który browar rzemieślniczy jednak leje piwa w zielone butelki?! No właśnie… Każdy craftopijca, jak i sam właściciel browaru rzemieślniczego wie, że zielone są „be”.
Etykiety są spójne i fajnie skrojone, wykonane z białego szorstkiego papieru. Grafiki nawet spoko, no i to hasło „piwo prosto z lasu” też raczej na propsie. Oczywiście to kolejny chwyt marketingowy, ale muszę przyznać, że wywołuje u mnie pozytywne konotacje. Karny kutas natomiast należy się za brak pełnego składu! Są też morskie opowieści. Na szczęście dość krótkie, a fantazja zbytnio autora nie poniosła.

CHMIELOWY PILS


Wygląd: Złocisty, lekko zamglony kolor. Piana biała, drobna, puszysta i bardzo obfita. Opada bardzo wolno, świetnie lepiąc się do ścianek.
Aromat: Przyjemny i czysty, głównie chmielowo-trawiasty. W tle natomiast buszuje dość wyraźna słodowa podbudowa o fajnym chlebkowo-biszkoptowym profilu. Zapach skunksa prawie, że nieobecny (na granicy autosugestii). Świetnie to pachnie! Aż chce się wąchać :)
Smak: Lekko wodnisty, ale w sumie jest tu zaledwie 9% ekstraktu, więc nie wymagajmy cudów. Mamy tu niewielkie muśnięcie chmielem oraz subtelnymi ziołami. Poza tym klasyczna jęczmienna słodowość oraz chlebek. Wysycenie średnie, może nawet ciut za niskie.
Goryczka: Przyjemna, ale niezbyt wielka, typowo chmielowa z nieznacznym ziołowym zacięciem. Piwo chmielone Marynką zaznaczam.

sobota, 12 sierpnia 2017

WARKA OBIECANA - Kooperacyjne dzieło Browarsa i Piwoteki



Nie mam bladego pojęcia komu Browars i Piwoteka obiecali to piwo, ale fakt faktem, że jest to Warka Obiecana ;) Z tego co kojarzę jest to pierwsze w Polsce Buckwheat Wine….yyyyy, a co to kurna jest? – ciśnie się pytanie. Otóż to taki rodzaj Barley Wine z dodatkiem gryki zwyczajnej, czyli popularnej hreczki. Nie chodzi tu jednak o surowe ziarno, lecz tak naprawdę o kaszę gryczaną i do tego prażoną!
Tak więc po wielu Barley łajnach, kilku Wheat łajnach i jednym Rye łajnie, mamy oto Buckwheat Wine. Chyba trochę za dużo gówna jak na jedno zdanie prawda? ;p
Szczerze?  Totalnie nie wiem czego się spodziewać. Piłem już co prawda jedno piwo z dodatkiem gryki (nomen omen Gryczane się zwało), ale jakoś szczególnie tej gryki to ja tam nie czułem.
Piwotekę znam dość dobrze, Browarsa natomiast prawie wcale. Ciekawe jak wyszło piwo spod ich wspólnych rąk? Zobaczmy. 


Nie będę już na wstępie zanudzał Was wyglądem, więc skupmy się na smaku. Jeden łyczek, drugi, trzeci… Smakuje to jak dobry, niemal klasyczny barli łajn. Piwo jest dość gęstawe, nawet gładkie i nieco oleiste. Czuć te 24° Plato. Ciało fest daje o sobie znać. Jest przyjemnie słodowo i karmelowo. Treściwość naprawdę pierwsza klasa. Prawie, że można się tym piwem najeść. W drugim akordzie na scenie pojawiają się lekkie nuty opiekane, tostowe, miodowe oraz chmielowe o wybitnie ziołowym zacięciu. Mimo początkowej słodyczy finisz jest dosyć wytrawny i goryczkowy. Goryczka jest przeciętnie długa, niestety nieco mdła, o ziołowo-chmielowym profilu. Dobrze radzi sobie jednak z opasłym słodowym ciałem. Z tła można wyłapać prażone ziarno zbóż oraz prażoną cykorię, a przynajmniej ja mam takie skojarzenia. Nasycenie niskie, stylowe. Alkohol jest przeciętnie ułożony. Coś tam z lekka szczypie w gardło, może też delikatnie piecze, choć przy takim woltażu wydaje się to zrozumiałe. Całość nawet niezła, ale jak to mawiał klasyk - szału ni ma.

środa, 9 sierpnia 2017

DE FACTO - Mocarny Belg z Browaru Na Jurze



A propo de facto – to słynne powiedzonko sympatycznego Pana Wszywki ;) (ciągle mam gościa w pamięci). De Facto natomiast to jeden w nowszych napitków z Browaru Na Jurze, który naprawdę jest mi bliski. Zarówno z powodu tego, że znajduje się stosunkowo niedaleko ode mnie, jak i z tego, że osobiście poznałem kilka osób z licznej ekipy browaru (jak na rodzinne przedsiębiorstwo przystało).
De Facto to trzeci (tak, trzeci!) już zawierciański Belgian Golden Strong Ale. Wcześniej w świat poszła Szatańska Obelga i Rycząca Czterdziestka. Naprawdę nie mam pojęcia czemu tak sobie upodobali ten styl. Co ciekawe wraz z każdą wersją rośnie zawartość alkoholu. Tutaj mamy jebuckie 12 voltów!! Grubo. Naprawdę zaszaleli w tym Zawierciu. 


Mocarny belg prezentuje się dość zacnie. Piwko jest idealnie klarowne, ciemno złote. Piana niewysoka, ale drobna i puszysta. Opada niestety szybko do postaci cienkiej obręczy.
Hop siup w ten głupi dziób. Jest tęgo, solidnie i przede wszystkim belgijsko! Przyprawy pchają się drzwiami i oknami, a efekt wspomaga lekka owocowa nuta, kojarząca się poniekąd z gruszkami i morelami. Całość jest bardzo pełna w smaku, ani gorzka, ani słodka w odbiorze. Z tła można wyłuskać sympatyczną słodowość o delikatnie biszkoptowym zacięciu. Lekka chmielowość oraz trawa też są tu obecne. Na finiszu łączą się one z niewielkim echem ziół, dając razem niewielką, acz wyczuwalną goryczkę. Swoją drogą bardzo ułożoną i harmonijną. Wysycenie jest dosyć niskie, chyba trochę nawet zbyt niskie, mając na uwadze wymowne słowo na kontrze  - „musujące”. Alkohol czuć owszem, delikatnie rozgrzewa od środka, jednak sumarycznie trzeba stwierdzić, że jest dobrze ułożony. Raczej obstawiałbym, że jest tu jakieś 9%, a nie 12. Naprawdę fajnie to smakuje. Jestem pod wrażeniem.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PIWO MIESIĄCA - LIPIEC 2017




Dni tak szybko zapierdzielają, że nawet nie wiem kiedy zleciał mi ten lipiec. Po prostu mi jakoś uciekł. W związku z tym małe opóźnienie kolejnej odsłony Piwa Miesiąca. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Jak mówi stare mądre powiedzenie – co się odwlecze, to nie uciecze.
W lipcu tak jak i w innych miesiącach przez moje gardło przelało się kilka naprawdę bardzo dobrych piw. Mam tu na myśli te „ósemki”, które sypały się jak z rękawa. Było oczywiście też kilka rozczarowań (mniejszych lub większych), ale nie o tym jest ten wpis przecież.

Bez zbędnego owijania w bawełnę. Tytuł PIWO MIESIĄCA – LIPIEC 2017 zdobywa Gerda z Browaru Spółdzielczego!!! :D


W zaistniałej sytuacji wypada mi mocno pogratulować ekipie z Pucka za uwarzenie, a później wymrożenie tak zacnego Ice RISa!

No nie mogło być chyba inaczej. Naprawdę ciężko byłoby znaleźć godnego konkurenta dla tak zajebistego piwa. Browar Spółdzielczy ochoczo bawi się w wymrażanki, ale prawie każdy chyba podpisze się pod stwierdzeniem, że Gerda to, póki co ich najznakomitsze dzieło.
W piwie tym czeka na Ciebie potężne, ale dobrze ułożone 12 voltów. Do tego mamy tu potężną gładkość, sporą gęstość, olbrzymią pełnię, no i oczywiście wanilię madagaskarską, którą piwo fajnie przesiąkło, ale jednocześnie go nie zdominowało. Oczywiście poza tym Gerda oferuje całą gamę smaczków typowych dla porządnego RISa :)
Genialny trunek, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju!


sobota, 5 sierpnia 2017

SPECTRUM z BROWARU SZPUNT



Ehhhh… jakoś nie mogę się powstrzymać od kupowania ciężkich, mocarnych RISów. Od kupowania i ich konsumowania. Nawet teraz, nawet latem, gdy raczej moda jest na piwka lekkie i sesyjne. Mam do nich słabość po prostu. Taki już jestem pierdolnięty ;)
Dziś na mym stole gości Spectrum  - Russian Imperial Stout z Browaru Szpunt. Ekipa już dość znana i lubiana. Ciekawe piwa robią, choć jak dla mnie to dopiero drugi z nimi kontakt (szejm Piotrek, szejm). Zaczynali od owianego złą sławą Koreba, ale obecnie warzą w Bytowie. A może i gdzieś jeszcze, tego nie wiem.
Spectrum to stosunkowo nowe piwo. Przeszło raczej bez większego echa, bo i w sumie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, zwykły klasyczny RIS bez udziwnień i dodatków. Mimo to zbiera dosyć dobre opinie, stąd moje nim zainteresowanie. Sprawdźmy jak to smakuje. 


Otwieram i przelewam. W szkle ląduje czarny, nieprzejrzysty trunek. Mało odkrywcze, ale wspomnieć trzeba. Piana niewysoka, centymetrowa, ale za to drobna i puszysta. Ma ładną barwę jasnego brązu. Lacing jak na tak mocne piwo nie jest najgorszy.
Mamy tu potężne 25°Blg i „zaledwie” 9,5% alkoholu - dosyć płytkie odfermentowanie. W Żywcu Porterze tyle samo procentów uzyskuje się z 21 ballingów. Teoretycznie zwiastuje to sporą obecność cukrów resztkowych, a tym samym słodyczy. No i faktycznie Spectrum to jeden z tych słodszych ruskich stałtów, które w ciemno można pomylić z porterem bałtyckim. Zwłaszcza, że i samej paloności także tu nie za wiele. Piwo sprawia wybitnie deserowe wrażenie. Jest sporo mlecznej czekolady, pralinek i nut rozpuszczalnego kakao. Kawa jeśli jest, to łagodna i ze sporą ilością cukru oraz śmietanki. Ciemne słody są bardziej prażone, aniżeli palone. Naprawdę zalatuje mi to „bałtykiem”. Z tła dobiegają echa suszonych owoców, przypieczonej skórki chleba, karmelu oraz lukrecji. Lekka i krótka kawowa goryczka jest wyczuwalna, ale nie za specjalnie radzi sobie z tak potężnym ciałem. Smaczne to jest, choć jak dla mnie nieco mulące. Ta słodycz z biegiem czasu staje się trochę monotonna. Wielki plus za doskonale ukryty alkohol. Piwo jest naprawdę doskonale ułożone!