poniedziałek, 23 stycznia 2017

SALTY BARBARA z ALEBROWARU



Uff, to był szalony tydzień. Mega porterowy tydzień. Sześć dni, sześć porterów bałtyckich, a szóstego dnia jeszcze wieczorna wiksa z kumplami. Degustowaliśmy Ciechana, Łódzki, Corneliusa, Raciborski, świeży Okocim i 2,5-letni Okocim. Ciechan i Łódzki jak zawsze w najwyższej formie. Cornelius oraz Raciborski też całkiem wporzo. Świeży Okocim kicha, ale ten wyleżakowany to prawdziwa perełka była! Akcentów porto oraz sherry nie zapomnisz do końca życia. Do tego pełno suszonych owoców :) Piłem już parę razy kilkuletniego Okocimia i powiem Wam, że to piwo świetnie nadaje się do leżkowania.
Dziś pora jednak odpocząć od tęgich, solidnych piw. Pora dać zasłużony odpoczynek zapracowanym kubkom smakowym. Z tego powodu wybrałem coś lekkiego, coś zwiewnego, wręcz sesyjnego. Salty Barbara od AleBrowaru to ichnie Gose z solą, kolendrą i w tym wypadku także z sokiem z rabarbaru. Niespecjalnie przepadam za piwami w tym stylu, ale raz na rok mogę się napić. Trochę szkoda, że jest teraz środek zimy, bo takie specjały są idealnym wyborem w sezonie letnim. No, ale czekać nie będę, bo do lata termin ważności szlag by trafił. 


Słona Barbara zbiera dobre opinie i ja to potwierdzam. Piwo jest naprawdę smaczne, takie kompletne. Nie jest jakoś strasznie słone. Sól jest wyczuwalna, ale na szczęście nie zdominowała tego napitku. Na pierwszy plan wysuwa się lekka pszeniczna słodowość, okryta subtelnym płaszczem kolendry. Przyprawy tej także nie jest jakoś bardzo dużo. Większość Witbierów w tej kwestii jest bardziej wyrazista. Z tła przebija się również nieznaczna chmielowa nuta oraz słabo zaznaczony, ale obecny rabarbar. Bardzo lubię tą roślinkę i trochę szkoda, że tak słabo została tutaj zaakcentowana. Liczyłem na większego rabarbarowego kopa, a tu mam tylko lekkie muśnięcie. Mimo to piwo smakuje całkiem dobrze.
Do wyglądu też nie można się zbytnio doczepić. Piwo jest przyjemnie złote w kolorze, lekko zmętnione, choć jakbym chciał, to mógłbym przelać je kompletnie klarowne. Ciecz pieni się jak na piwo pszeniczne przystało. Biała jak świeży śnieg piana zbudowana jest z drobnych pęcherzy. Utrzymuje się długo przy życiu, zostawiając niewielki lejsing na szkle.

sobota, 21 stycznia 2017

PORTER ZE SZWESTKĄ JUBILEUSZOWY z CIESZYNA



Jest! Mamy to! Wielki finał „Tygodnia z Porterem Bałtyckim”, czyli Baltic Porter Day 2017. To właśnie dzisiaj koniecznie musisz napić się jakiegoś porteru. Inaczej nie możesz nazywać się piwoszem. Nie możesz nawet nazywać siebie Polakiem. Polska porterem bałtyckim stoi! Hip hip, hurra! :D
Kocham portery bałtyckie. Piję je regularnie i często. Nawet latem. Takie święto to dla mnie prawdziwy raj. Dzisiaj na pewno opróżnię kilka butelek na wieczornej posiadówce z kumplami. Świętowanie jednak zaczynam już teraz i to z grubej rury. Cały tydzień raczyłem się polskimi porterami, ale na dzień dzisiejszy przygotowałem cholernie wyjątkowe piwo. Jedno z najdroższych polskich piw, o ile nie najdroższe w dniu swojej premiery. Nie, nie jest to słynne ostatnio Imperium Srunum. To Porter ze Szwestką Jubileuszowy z Browaru Zamkowego Cieszyn. Piwo miało swoją premierę we wrześniu ubiegłego roku na Brackiej Jesieni. Byłem tam i tak się składa, że jako bloger piwny miałem do niego w zasadzie nielimitowany dostęp! (raz w życiu się blogerowi poszczęściło). Zarówno z butelki, jak i z beczki. Nie powiem, trochę tego wypiłem i naprawdę nie rozumiem tego całego hejtu na temat tegoż piwa. Nie mówię tu o cenie, która faktycznie była przegięta, ale o samym trunku. Gro osób zarzucało mu w dniu premiery, że nie jest tak powalające jak powinno być. Że jakość nie adekwatna do ceny i tego typu rozkminy. Mi tam jednak smakowało i to jeszcze jak! A wydaje mi się, że na czym jak na czym, ale na porterach bałtyckim, to się trochę znam ;p Zobaczmy zatem, czy w warunkach domowych piwo też zrobi na mnie takie wrażenie.


No dobra, a cóż to jest za piwo? Trunek ten został uwarzony z okazji 170-lecia istnienia browaru w Cieszynie. Szacun. Do piwa została dodana suszona śliwka węgierka (po śląsku szwestka) i wióry z dębowej beczki po Whisky. Podwójny szacun. Ale to jeszcze nic. Prawdziwą petardą jest fakt, że specjał ów leżakował i dojrzewał w tanku przez – uwaga – 18 miesięcy!!! Szacun do końca życia! To niewątpliwie krajowy rekord w tym temacie. Pojawiły się już u nas piwa leżakowane pół roku, dziewięć miesięcy, czy nawet rok, no ale Panie półtora roku to dopiero jest wynik! Klękajcie narody. Sam z chęcią przyklęknę.
Piwo zostało wlane do pięknej butelki zamykanej modną krachlą i zapakowane do wielkiej tuby. Do środka upchano także firmowy pokal. Oczywiście cudnie to wszystko wygląda. Bardzo elegancko i wytwornie. Wszystko to sprawia, że cena idzie w górę, ale płacić za to 60-70 patyli, to i tak jest przegięcie. Płacenie za Imperium Srunum więcej niż 40zł to też jest przegięcie. To mówię ja – Amator Piwa!
Piwo po przelaniu prezentuje się równie ślicznie co w opakowaniu. Ze szkła spogląda na mnie totalnie czarna i nieprzejrzysta ciecz (coraz więcej porterów jest zupełnie czarne, co jest?). Na jej powierzchni uformowała się bujna, puszysta, mieszano ziarnista piana o pięknej beżowej barwie. Wery najs. Piana jest bardzo dzielna. Utrzymuje się okrutne długo, do tego generuje wyraźny i miły dla oka lacing Klasa sama w sobie.
Czas na pierwszy kontakt. Pierwszy łyczek, drugi, trzeci. Niesamowita gładkość, głębia smaku. Piwo jest dosyć gęste (ale nie jakoś strasznie), cholernie aksamitne i bardzo pełne w smaku. To się dopiero nazywa ułożenie! Wszystko pracuje tu jak w szwajcarskim zegarku. Rozlewa się po podniebieniu i niespiesznie spływa do brzuszka. Lekko palone słody, mleczna czekolada, drogie praliny, łagodna kawa i te śliweczki. Ach, pięknie czuć suszoną węgierkę. Coś niesamowitego. W tle baraszkują subtelne rodzynki, figi, a także nuty porto oraz sherry, dodające nieco winnego charakteru. Czy jest bardzo słodko? Nie sądzę. Słodycz jest umiarkowanie zaznaczona, choć samej goryczki też jest w sumie niewiele. Dębina i jej pochodne występują tutaj na bardzo minimalnym poziomie. Jakieś tam niuanse drewna majaczą na horyzoncie, ale jak nie wiesz czego szukać, to nawet tego nie zauważysz (wióry drewniane to jednak nie to samo, co leżakowanie w beczce). Mimo to piwo smakuje wybornie. Światowy level. Top10 polskich porterów bałtyckich.

piątek, 20 stycznia 2017

Cała prawda o IMPERIUM PRUNUM



Zgodnie z zapowiedziami trwa u mnie na blogu „Tydzień Porteru Bałtyckiego”. Dziś wpis już poszedł, ale muszę jeszcze coś skrobnąć, bo nie wytrzymam. Pierwszy raz w historii bloga pojawiają się dwa posty dziennie. Tak się wkur… zdenerwowałem.

Imperium Prunum Gate

Afera z tytułowym piwem z Kormorana trwa w najlepsze. Pojawiło się już kilka artykułów na ten temat, więc mój nie jest pierwszy, a pewnie i nie ostatni. Mój punkt widzenia odnosi się oczywiście do perspektywy klienta, który chcąc kupić tegoroczne Imperium Prunum mógł niejednokrotnie zejść na zawał albo przynajmniej porządnie się wkurzyć. Tak też było i ze mną. Wczoraj wykonałem kilka telefonów, zrobiłem małe śledztwo, poczytałem internety i zebrałem wszystko do kupy.


Wydaje mi się, że obecnie jest to najbardziej pożądane polskie piwo w historii naszego craftu, ever! Piłem je w zeszłym roku i powiem tak – cholernie smaczny to napitek. Nie najlepszy na świecie, ani nawet w Polsce, ale smaczny jest. Wręcz okrutnie smaczny. Rok temu dałem za niego 22 złote. Sporo, ale mając na uwadze mega hipsterską butelkę, dodatek Suski Sechlońskiej, rok leżakowania oraz ekskluzywne kartonowe opakowanie wart jest tej ceny. Butelki rozeszły się na pniu, bo i piwa nie było jakoś bardzo dużo (chyba mniej niż zwykła warka innych piw z Kormorana). W tym roku natomiast to, co się wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie! Sklepy oraz hurtownie walczą o IP nie przebierając w środkach. Klienci to samo. Podobno nierzadko dochodzi do potyczek słownych i przepychanek. Wszyscy chcą je mieć, a nigdzie go nie ma. Praktycznie nie ma mowy o rezerwacjach, nawet po znajomości. Wszyscy pytają o to gdzie można je kupić i dlaczego jest tak horrendalnie drogie. No właśnie – dlaczego?!

Czemu tak drogo?

Ludziska, to tylko piwo. Może i zajebiste, ale wciąż tylko piwo. Mam znajomych, którzy prowadzą hurtownię z piwami rzemieślniczymi/regionalnymi. Mam też znajomości w sklepie specjalistycznym z piwami. Dowiedziałem się dzięki temu paru istotnych faktów:
1)      Piwa zostało uwarzone nieco mniej niż rok temu, ale strata jest niewielka, bo mniej niż 10%
2)      Sklepy specjalistyczne jednak dostały wyraźnie mniej sztuk, bo sporo butelek pojechało do sieci Makro!
3)      Kormoran podniósł ceny, ale nie jakoś bardzo dużo (5-7zł netto na butelce)
4)      W tym roku jest dużo większy hype na nie, w związku z czym strasznie wzrósł popyt
5)      Pogłoski jakoby część piwa została wysłana za granicę, to tylko plotki
6)      Z tego co zauważyłem cena w sklepach specjalistycznych jest mocno zróżnicowana. Zazwyczaj wynosi 40-85zł, ale zdarza się i ponad 100! Cena w Makro 61zł brutto.

Czyli wychodzi na to, że za to samo piwo musimy dać 3-4 razy tyle niż rok temu! O ile w ogóle gdzieś je dostaniemy. Paranoja. Trzeba jeszcze mieć na uwadze, czy piwo jest równie udane jak rok wcześniej, bo oczywiście mogło nie wyjść już tak cudownie. Taka kurde sytuacja. Naprawdę jestem w szoku. Nie winię za to Kormorana (który podniósł cenę nieznacznie), bo to raczej wina pośredników i sklepikarzy. Wyczuli, że piwo sprzeda się za każdy pieniądz, no to wyjebali cenę w kosmos, chcąc się nachapać ile się tylko da. Jeszcze nie tak dawno "obrażali się" za to, co zrobił Browar Zamkowy ze swoim porterem, a teraz sami wcale nie zachowali się lepiej. Piwa jest mało, zatem narzuty sięgają 300-400%. Głupi lud i tak wszystko kupi. Mrzonki typu, że cena spadnie za kilka tygodni/miesięcy można już teraz odłożyć między bajki. Cena nie spadnie, bo piwo rozeszło się w jeden dzień! Zrozumcie to.
Oczywiście jest wolny rynek, więc sprytni handlowcy mogli tak zrobić. Żaden urząd im tego nie zabroni. To jest czysty marketing. Prawo popytu i podaży, czy jakoś tak. Z drugiej strony nikt przecież nie zmusza nas do zakupu tego piwa. Za pięć dyszek można w tym kraju kupić naprawdę niezłe sztosy i to z zagranicy. Leżakowane w czym tylko się da RISy i inne urywające dupę mocarze. 

Czy zatem Imperium Prunum jest wart swojej tegorocznej ceny? Moim zdaniem nie. Owszem, jest urywające co nieco, ale to jest przecież piwo na poziomie Samca Alfa, Mr Hard’s Rocks, czy Imperatora Bałtyckiego, a dobrze wiecie ile one kosztują. Chorym zjawiskiem jest dla mnie kupowanie piwa bez leżakowania w drewnie, bez wymrażania za tak kosmiczną kasę. Jedynym jego wyróżnikiem jest ta Suska Sechlońska. Oczywiście robi ona robotę, ale nie na tyle, żeby oszaleć na punkcie Imperium Prunum. Prunum Srunum, he, he. Przecież w Polsce istnieje wiele piw tak samo zajebistych jak to. Tyle tylko, że ich cena zazwyczaj nie przekracza 20PLN.

Ps. W sklepie, gdzie na co dzień się zaopatruje w zeszłym roku cena wynosiła 22zł. W tym 50zł. Mimo znajomości nie dało się piwa „zaklepać”, ani kupić więcej niż jednej sztuki jeśli już się pojawiłeś osobiście. Do sklepu trafiło 15 butelek. To i tak sporo, bo niektóre przybytki dostały zaledwie 2-3 sztuki, a wiele obeszło się smakiem! Chciałem sobie kupić sztukę do leżakowania, ale zwyczajnie w świecie zrezygnowałem. Nie będę specjalnie gnał do miasta (mieszkam poza) na równi z otwarciem sklepu, by dać tyle hajsu za piwo, które ponoć na leżakowaniu tylko traci. Nie będę jeszcze bardziej nadmuchiwał balona z napisem „Imperium Prunum”! 

Ps2. W Makro jeśli ktoś odpowiednio wcześniej zadzwonił i zarezerwował, to piwo miał do odbioru "spod lady" za 37zł brutto! Tylko skąd ludzie mieliby to wiedzieć? Poza tym trzeba mieć działalność, albo od kogoś pożyczyć kartę.

PORTER GALICYJSKI od PILSWEIZERA



No i mamy kochany piąteczek. Piątunio mój ulubiony. Może trochę mniej ulubiony dla tych, którzy mają akurat nockę, ale co tam. Ważne, że łykendem już pachnie. Pachnie wiksą i piwami. Świętem Porteru Bałtyckiego pachnie. Wódką nawet czasem pachnie. No, ale ja nie o wódce, tylko o piwie rzecz jasna. To nie na tym blogu ludzie. Wódka jest be, a piwo jest cacy ;)
Fajnie, że na tym świecie są jeszcze persony, które lubią pomagać. Tak bezinteresownie, tak po prostu. Nic z tego nie mając. Dzięki takim ludziom, a konkretnie jednemu człowiekowi w me ręce trafiło dziś takie oto piwo – Porter Galicyjski z Browaru Pilsweizer. Tak, tak, kolejny ‘bałtyk’ na naszym rynku. Mało znany i zapewne na razie mało dostępny. Wątpię, czy któryś piwny bloger wziął go do tej pory na warsztat. Grudniowa nowalijka z Grybowa (czy może raczej z Siołkowej) to tradycyjny porter jest. Bez żadnych dodatków, udziwnień. Klasyka. 22° Plato, ponad 9% alko. Szacun. Szacun dla tego piwa i dla tego Pana, co mi to piwo załatwił. Jedziem z koksem. 


Porter Galicyjski został zamknięty w ładnej, czarnej jak noc butelce, ozdobionej nie mniej ładną, dostojną i elegancką etykietą. Złote emblematy na czarnym tle wyglądają naprawdę gustownie. Tak wykwintnie jakoś. Samo piwo też jest gustowne. Niemal zupełnie czarne, nieprzejrzyste jak typowy RIS. Wieńczy je obfita pierzynka beżowej piany. Jest ona drobno ziarnista, zwarta i bardzo trwała. Zostawia fajną koronkę na szkle. Zacnie to wszystko wygląda.
W smaku też jest dość zacnie i solidnie. Piwo jest dosyć gęstawe, umiarkowanie gładkie i nawet pełne w smaku. Jeśli chodzi o treściwość zostało w punkt zbalansowane. Nie jest ani odrobinę za słodkie, ale też zbyt gorzkie. Mamy tu spore pokłady ciemnej, gorzkiej czekolady oraz pralinek, ale tych mniej słodkich, a bardziej ciemnych w kolorze. Tuż za nimi na scenę wkracza kawusia. Średnio mocna kawa z niewielką ilością cukru, bez żadnych śmietanek i tego typu badziewia. Są też i palone słody. Naprawdę palone, a nie prażone jak w niektórych porterach. W tle natomiast pojawiają się niewielkie akcenty popiołu, przypieczonej skórki chleba, przypalonego karmelu i ogólnie ciemnego pieczywa. Finisz jest przeciętnie długi z lekką, ale wystarczającą goryczką o delikatnie kawowo-palonym sznycie. Niestety gdzieś daleko w głębi majaczy taka charakterystyczna „grybowska”, ciężka do sprecyzowania nuta. W jasnych piwach z tego browaru jest ona bardziej uwypuklona, tutaj została mocno przykryta przez ciężar piwa. Niektóre browary po prostu mają takie cuś, co czuć w każdym piwie (np. Witnica, Fuhrmann, Głubczyce, czy Koreb). Tutaj na szczęście prawie wcale to nie przeszkadza. Sumarycznie dobrze to smakuje, choć do orgazmu oczywiście daleka droga. 

czwartek, 19 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI z BROWARU STAROPOLSKIEGO



Wiadomość dla tych, co ostatnie kilka dni przespali pod kamieniem lub nie dostali przepustki z „wariatkowa” – na blogu trwa „Tydzień Porteru Bałtyckiego”. Od poniedziałku do soboty codziennie obalam jeden nowy krajowy porter, a żona nawet nie kwęknie ;) Ma się ten fart co nie? Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Załóż bloga piwnego, a też będziesz tak miał ;p
Jak brzmi staropolskie piwne powiedzenie – porterów ci u nas dostatek. W ostatnich kilku miesiącach browary dosłownie bombardują nas ‘bałtykami’. Od browarów regionalnych po typowych rzemieślników. Wygląda to tak, jakby każdy chciał mieć w ofercie to piwo. Nic tylko się cieszyć. Mordka mi się nie zamyka! :D
Dziś jak widzicie na załączonym obrazku – Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego. Po raz kolejny ukłony i wielkie brawa za wyróżniającą się nazwę! Naprawdę z niczym nie da się tego pomylić ;p
Jak głosi etykieta napitek ów leżakowany jest w browarze przez 180 dni! Za takie posunięcie mają u mnie szacun na ‘dzielni’ do końca życia. Porter spoczywa w solidnej butelce zamykanej zamknięciem patentowym/pałąkowym/krachlą/korkiem ceramicznym, etcetera. Opakowanie takie kojarzy mi się z czymś wybornym, dostojnym, eleganckim i szykownym. Od takiego opakowania wiele się oczekuje. Można na przykład oczekiwać wyrywania z kapci, czy filcowania kaleson. Czy tak jest w rzeczywistości?


Do prezencji na pewno nie  można się przyczepić. Piwo jest klarowne, ciemno brązowe, z pozoru nawet czarne. Generuje solidną pierzynkę ładnej i zwartej piany o jasno beżowych barwach, która długo się utrzymuje. Dosyć fajnie oblepia też ścianki. Nie jest to gwiazda porno, ale naprawdę miło rzucić okiem na taki widok.
Pooglądałem, więc pora zanurzyć kinola w szkle. Piwo pachnie ładnie i intensywnie. Daleki jestem od jakiegoś mocnego skupiania się, a i tak wszystko czuję ostro i wyraźnie. Zapach jest przyjemnie czekoladowy, pralinkowy. Słodyczy wtórują suszone aspekty spod znaku rodzynek, wiśni, czarnych porzeczek oraz fig. Nie chodzi o damską bieliznę, tylko owoc! Super się tą wącha. Mega przyjemne odczucie. Ta owocowość jest trochę inna niż zwykle to bywa w porterach, co jest jak najbardziej na plus. Z biegiem czasu z tła wyłaniają się lekkie tony ciemnych słodów, choć nie jest to typowa paloność. Akompaniuje im zwiewna nuta karmelu, orzechów i kawy zbożowej. Alkohol jest świetnie ułożony. Objawia się co jedynie delikatnym muśnięciem szlachetnego likieru. Bardzo miło wącha się takie cymesy :)

środa, 18 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI z BROWARU WĄSOSZ



Świętowania, czy może raczej wlewania w siebie porterów bałtyckich ciąg dalszy. Jedziemy dalej z cyklem „Tydzień Porteru Bałtyckiego” na blogu Piwa Naszego Powszedniego.
Trzecim piwem tego tygodnia jest niedawna nowość z Browaru Wąsosz o jakże wszystko mówiącej nazwie „Porter Bałtycki”. Uwielbiam takie nieskomplikowane nazwy piw! Nazwy, które każdy w mig zapamięta i nigdy nie pomyli ich z żadnym innym piwem. Wystarczy wspomnieć komuś, że wczoraj piłeś Porter Bałtycki i już każdy wie o co kaman. Twój rozmówca dokładnie i bezbłędnie będzie wiedział, które piwo i z jakiego browaru miałeś na myśli. Genialne! ;p
Trochę mnie dziwi, że jakoś cicho było o tym piwie. Na blogach, na fejsach cichosza. Nikt nic nie wie, nic nie słyszał. Czeski film. A tu proszę – niepozorny Porter Bałtycki z Wąsosza w XIII Degustacji Piw Bractwa Piwnego zajął miejsce tuż za podium! Czwarta lokata wśród siedemnastu porterów to naprawdę zacny wynik. Dokopać takim tuzom jak Warmiński, czy Komes to nie lada sztuka. Świetne piwo to musi być. Sprawdźmy jak wypadnie sam na sam ze mną w domowym zaciszu ringu ;)


Zaczniemy od prezencji i parametrów. Stajemy na wadze. Ja lekko przekraczam 70 kg, mój przeciwnik jest wyraźnie cięższy - 21°Blg (dla niekumatych: 1°Blg = 4,5kg). Ja jestem w stanie w stanie wziąć na klatę nie wiele więcej niż pięcioletnie dziecko, mój oponent jest dużo silniejszy – ma aż 10 voltów mocy, co odpowiada „stówie” branej na klatę. Jest przy tym dobrze zbudowany, tęgi, gęsty, a zarazem gładki na skórze. Moja czupryna się już trochę przerzedziła, pojawiły się też pierwsze siwe włosy. Rywal ma zdecydowanie milszą aparycję – jest totalnie czarny oraz nosi bujną i zwartą czapę o pięknym beżowym odcieniu. Czapkę nie łatwo mu zdmuchnąć – jest trwała i puszysta. W tym elemencie także jestem na przegranej pozycji. Podobnie jeśli chodzi o szatę. Koleś odjebał się jak stróż w Boże Ciało - piękny, gładki i lśniący materiał najwyższej jakości. Atłas, czy jedwab jakiś. Do tego te złote emblematy. Ja w starych, porządnie już znoszonych łachmanach wyglądałem przy nim jak jakiś bezdomny żul!
Jak już tak staliśmy obok siebie, to chcąc nie chcąc czułem też jego zapach. O dziwo bardzo przyjemny i okrutnie wyrazisty. Koleś pachniał iście czekoladowo, jakby przed sekundą dobrych  pralinek się nawpierdzielał. Chyba też pił niedawno łagodną kawę, bo zalatywało trochę małą czarną. Na bank zagryzał to suszonymi owocami w czekoladzie i karmelu, a na przepojke miał jakiś drogi i szlachetny likier. Nie waliło od niego wódą, czy spirytem, tylko właśnie owocowym likierem (pewno kupił gdzieś na promocji w markecie cwaniak jeden). Też bym się takiego likierku napił. Gdy odszedł nieco dalej poczułem natomiast lekki powiew czegoś palonego, jakby zboża, a może nawet ciemnego pieczywa – pumpernikiel, czy jak to się tam zwie ten hipsterski chleb... A ja? Nie licząc przepoconych skarpetek pachniałem co najwyżej wczorajszą wodą po goleniu i moczem, bo żem się ze strachu posikał na tej wadze…

wtorek, 17 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI od DEER BEAR



Baltic Porter Day zbliża się wielkimi krokami. Jako że jestem z deka niecierpliwy (czyt. pierdolnięty) i nie mogę doczekać się soboty, to zrobiłem sobie na blogu „Tydzień z Porterem Bałtyckim” :) Co dzień jeden porterek i tak, aż do soboty! Mogłem też wybrać inną alternatywę – w sobotę obalić wszystkie sześć sztuk, ale po primo nie stać mnie na przeszczep wątroby, a po drugie primo obawiam się, że zmiotłoby mnie pod stół już po czwartym…
Tak więc wszystko przemawia za tym, aby to było jedno piwo dziennie. Jako drugie na warsztat biorę Porter Bałtycki od Deer Bear, powstały na bazie receptury piwowara domowego Mariusza Bystryka. Niezwykle bystry ten Mariusz musi być, skoro nosi takie nazwisko ;) Mamy tu klasyczny porter bałtycki, co jedynie okraszony płatkami owsianymi oraz cukrem Muscovado – czyli brązową odmianą cukru trzcinowego.
Znowu musiałem iść przez śniegi i zaspy, by cyknąć focie. Wybór padł na mój ulubiony pagórek do robienia zdjęć, znajdujący się tuż za moim obejściem. Śniegu było więcej niż sądziłem, toteż wróciłem z częściowo mokrymi skarpetkami. No, ale nie o skarpetkach miało być, tylko o piwie. 


Ciecz wygląda na czarną i bardzo mętną. Widać to już podczas nalewania. Bez problemu udało mi się uformować całkiem okazałą czapę drobnej i puszystej piany o barwie cappuccino. Piana jest niebywale zwarta i trwała. W tej materii przypomina bitą śmietanę. Lejsing też niczego sobie. Firany są liczne i okazałe. Jestem na tak :)
Od patrzenia na piwo nie poczuje się procentów, więc w końcu trzeba zamoczyć dzioba. Piwo jest bardzo gładkie, puszyste i aksamitne. Sprawia bardzo podobne uczucie jak porter z Podgórza. Tylko, że tutaj wiem, że to zasługa płatków owsianych, a tam nie wiedziałem czyja. Piję i mlaskam, piję i wywracam ozorem na lewo i prawo. Kurde, albo brakuje mi tu trochę pełni, albo nie nazywam się Amator Piwa. Jak na 21 ballingów, to chyba ciut za wodniste jest to piwo. Mamy tu spore pokłady mlecznej i deserowej czekolady, ale niekoniecznie tej z najwyższej półki. Są też praliny, akcenty kakao i melasy. Dosyć słodko, ale bez przesadyzmów. Palone słody udzielają się tutaj w bardzo ograniczonym zakresie, raczej są to prażone słody jeśli już. Czystej paloności jest tutaj tyle, co kot napłakał i to kot twardziel, który nie płacze z byle powodu. Na finiszu przez moment pojawia się lekka kawa i to by było na tyle. Goryczka jest niewielka, a całość jakaś taka mdła i niewyraźna.