sobota, 27 maja 2017

TANATOS z BROWARU OLIMP



Pogoda wciąż robi sobie z nas podśmiechujki (bywają dni, kiedy jest ledwo 11°C), więc ja wciąż czekam na oficjalnie ‘otwarcie sezonu letniego’. Jak tylko przyjdzie prawdziwe ciepło wytoczę ciężkie działa… znaczy się lekkie. Lekkie piwa mam na myśli. Obiecuję. Póki co jednak zostaję w typowo zimowych klimatach. Dziś kolejny RIS… a cóż by innego. Wiem, że już pewnie rzygacie tymi kolejnymi reckami risów, ale nie będę ich przecież trzymać do następnej zimy! Trzeba je po prostu spijać… cóż człowiek nie wielbłąd, a pić musi ;)
Tanatos, to któryś tam już Russian Imperial Stout od Olimpu. Jest to Whisky RIS mili państwo. Nie chodzi tu rzecz jasna o miks piwa i popularnej łychy, lecz o RISa ze słodem wędzonym torfem w zasypie. Jeśli czytacie mnie na bieżąco, to pewnie wiecie, że klimaty torfowe to jest coś, co takie tygryski jak ja lubią najbardziej. Im bardziej piwo jest dojebane słodem whisky tym lepiej. Lepiej dla mnie ma się rozumieć ;D
Olimp jak to zwykle bywa i w tym przypadku dodał coś „od siebie” i  uwarzył trunek z pomysłem, z sercem, z rozmachem. W składzie mamy np. płatki owsiane, palony jęczmień, paloną pszenicę (!), czy cukier Muscovado. 


Tanatos – bóg i uosobienie śmierci, wygląda bardzo klasycznie. Piwo jest czarne jak…. jak nie wiem co, bo już mi się porównania skończyły. W każdym bądź razie jest to jedno z najczarniejszych piw jakie w życiu widziałem! Smoła to przy nim uboga krewna. Pianka też niczego sobie – może niewysoka, ale za to nader apetyczna, drobna, puszysta, beżowa w barwie. No i cholernie trwała. To co powstało przy nalewaniu praktycznie w ogóle nie znika!
Dziwne to, bo wysycenie jest bardzo niskie. Po dwóch łyczkach spojrzałem (dopiero) na ekstrakt. Łooo panie… toż to ma, aż 27°Blg! To dlatego jest takie gęste, takie lepkie, takie oleiste. Choć zapewne płatki owsiane też swoje zrobiły. Ależ to smaczne, ależ wyraziste, ależ charakterne, do bóle palone. Spalenizna, palone słody, palone zboża. Do tego sporo gorzkiej czekolady, mocnej kawy i gorzkiego kakao. Strasznie kawowo-czekoladowy jest ten Tanatos. Z tła dobiegają do mnie odgłosy torfu, dymu, cukru brązowego oraz karmelu. Torf występuje tu głównie w postaci podkładów kolejowych, smoły i asfaltu. Jako fan tego typu klimatów muszę jednak stwierdzić, że ich poziom jest bardzo przeciętny. Nie ma mowy o żadnej dominacji, lecz bardziej o uzupełnieniu całego profilu smakowego. Zapewne taki był zamysł piwowara. Alkohol jest znakomicie ułożony, ukryty. Co jedynie delikatnie rozgrzewa. Nic ponadto. Od początku do końca na języku osadza się też wyraźna, idealnie wyważona goryczka o przyjemnym kawowo-palonym charakterze. Wspaniale kontruje ona opasłe słodowe ciało. Strasznie smaczne i wielowątkowe piwo. Ciekawe jak wypadnie w teście nosowym?
Ojjj… kurde wypada równie dobrze. Zapach jest mocny i soczysty. Coś jak kopnięcie Chalidowa w MMA. Wydaje mi się, że w tym elemencie wędzonka torfowa jest jakby wyraźniejsza. Są zjarane kable, ebonit, masa bitumiczna oraz rozgrzany asfalt. Prym oczywiście wiedzie gorzka czekolada, pralinki oraz fest kawa, bez mleka, śmietanki i innych rozwadniaczy. Palone słody też mocno dają po nosie. Piwo jest mocno palone, lekko dymne i okrutnie przyjemne w zapachu. Co ciekawe pojawiają się tutaj przyjemne nuty suszonych owoców, których w smaku kompletnie nie czułem. Suszona śliwka, rodzynki i daktyle, a nawet szczypta dojrzałych wiśnie się tu znajdzie! No pięknie to pachnie. Nosek zadowolony. Właściciel noska też :) Głęboko w tle mamroczą echa delikatnego alkoholu w formie szlachetnego likieru owocowego. Broń Boże nie jest to wada! Wręcz przeciwnie. Cholercia, diabelnie fajny to aromat. Zakochałem się w nim.
Niezły sztosik z tego Tanatosa. Pod względem smakowym rzecz jasna, bo jego cena i dostępność były dosyć zwyczajne. Piwo jest strasznie wyraziste, złożone, charakterne. Pełnia smaku rozrywa kubki smakowe na strzępy. Lekko przeważa treściwość nad wytrawnością, choć goryczka wcale do najsłabszych nie należy. Trunek jest dobrze zbalansowany, jest lekka słodycz i odpowiednia gorycz na finiszu. Pije się to dosyć wolno, ale przy takich zabójczych parametrach to rzecz zupełnie normalna. Wielkie propsy za świetnie ułożony alkohol. Forma likieru, tudzież nalewki z górnej półki jest jak najbardziej pożądana w tego typu napitkach. Piwo ma już pół roku, więc być może czas jest tu pewną zasługą. Kolejne brawa za akcenty wędzenia torfem. Jak najbardziej są obecne i wyraziste, choć nie przysłaniają głównego profilu piwa. Dla początkujących amatorów torfu mogą być nawet zbyt ordynarne, jednak dla takiego starego wyjadacza jak ja, są na przeciętnym levelu.
Nie no, generalnie piwo mnie urzekło. Genialna robota! Jestem pod niesamowitym wrażeniem. Jak mawiał klasyk „O take krafty walczyłem”.
OCENA: 9/10
CENA: ok 14ZŁ
ALK. 10%
TERMIN WAŻNOŚCI: 20.12.2018
BROWAR OLIMP//BYTÓW BROWAR KASZYBSKI

czwartek, 25 maja 2017

NUCLEAR DISARMAMENT - RIS z solą morską i ostrygami



Kolejny risik na blogu (jeszcze kilka mam w zanadrzu). Nuclear Disarmament się zwie. Jego autorem jest Browar Bednary, czyli Rafał Łopusiński i spółka. Bardzo sympatyczny gościu muszę przyznać. Człowiek orkiestra. Jakby powiedziała moja babcia: „do tańca i do różańca”. Ale nie o różańcach miało być, a o piwie. 
Mój dzisiejszy specjał zostało sklasyfikowany jako Pacific Imperial Stout z dwóch powodów. Po pierwsze do piwa został dodany wywar z ostryg pacyficznych (zapewne ten sam, co w Osteroidzie – klasycznym Stoucie ostrygowym). Po drugie jako dodatek do tanku powędrowała sól morska. Ale nie byle jaka sól. Jest to tzw. kwiat soli zbierany ręcznie raz w roku, wiosną na terenach parku narodowego we Francji. Mówi się na nią kawior wśród soli morskiej. Taka sytuacja. Postarali się w tych Bednarach, nie ma co… Z tymi ostrygami też chłopaki nie idą na łatwiznę. Kupują żywe ostrygi i sami robią z nich wywar! Nie ma chodzenia na skróty. Do pełni rzemiosła brakuje jeszcze tylko osobistego połowu, ale to może w przyszłości ;) 


Czarne jak dupa nosorożca piwo pieni się dosyć słabo. Pierzynka jest nikła, ale drobna i puszysta. Posiada ładny, jasno brązowy odcień i szybko opada niestety. Nie nacieszysz się nią dłużej niż dwie minuty.
Piwo ma naprawdę fajną fakturę. Jest gęste (22°Plato) i takie kurna śliskie, gładziutkie i jedwabiste jak pupa niemowlęcia. Paloność jest wyraźna, ale nie jakaś powalająca. Słodycz zostaje podbita solidnym czekoladowym pierdolnięciem! Ufff… ależ to jest czekoladowe, pralinkowe. Pychotka! Jest słodko, owszem. Ciemne, lekko palone słody pełnią tutaj rolę drugoplanową, podobnie jak łagodne nuty kawy oraz kakao. Mam nawet wrażenie, że w posmaku do skóry dobiera nam się karmel. Tak, słodyczy to tu nie brakuje. Daleko w głębi majaczy garstka suszonych owoców, ale naprawdę są to ilości typowo symboliczne. Typowo słonych smaków tu raczej nie uświadczymy, choć na finiszu pojawia się pewna, acz niewielka mineralna nutka. Gdy się obliże wargi, to niby można wyczuć bardzo nieznaczną słoność, ale to wrażenie też jest bardzo ulotne. Kawowa goryczka jest strasznie nikła, niemal niezauważalna. Alko natomiast jest wyśmienicie ukryte, szacun. Ostryg niestety nie odnotowałem. Smaczne to jest, choć chyba nieco za słodkie.

wtorek, 23 maja 2017

MIŁOSŁAW DYMIONE BROWN ALE od FORTUNY


O moim refleksie leniwca pisałem w poprzednim poście, tak więc nie zamierzam się powtarzać. Dzisiaj kolejny dowód na to, że jestem dużo do tyłu. Sto lat za murzynami, czy jakoś tak ;)
Miłosław Dymione Brown Ale to trzeci wypust z serii Miłosław Warzy Śmiało. Obecnie w sklepach jest już czwarta pozycja, tak że ten tego… bez bluzgów i wytykania palcami proszę.
Śmiałym składnikiem są tutaj słody wędzone drewnem drzew owocowych, konkretnie gruszy, śliwy i jabłoni. Brzmi to dosyć rozsądnie trzeba przyznać, bo przecież czystej rasy krwi angielskie Brown Ale wieje nudą na kilometr. Nie przepadam za nimi, bo nic się w nich nie dzieje. Mam więc nadzieję, że dymienie wniesie tu coś ciekawszego niż to, co oferują nam wyspiarskie klasyki.
Cała ta seria piw od Fortuny robi nam się coraz ciekawsza. Oczywiście nie jest to żadne zagrożenie dla prawdziwych rzemieślników, ale śmiało może konkurować choćby z cyklem „Po Godzinach” od Ambera.


Cudnie to piwko wygląda w szkle. Śliczna brązowo-miedziana barwa pod światło mieni się przepięknym bursztynkiem. Do tego solidna czapa drobnej i puszystej pianki o jasno beżowym odcieniu, która utrzymuje się naprawdę długo. Krążkowanie także wysokich lotów. Firany są gęste i trwałe.
W rzeczy samej można się zachwycić tym piwem nawet go nie dotykając. Ja jednak zamierzam go dotknąć, posmakować. Biorę do dzioba. Wysycenie jest dość wysokie, zdecydowanie nie angielskie, choć mi osobiście to nie przeszkadza. W smaku czuć średnio pełne ciało oraz przeciętną treściwość. Dominują oczywiście akcenty słodowe o lekko opiekanym charakterze. Jest skórka chleba, tosty, opiekane słody, herbatniki i szczątkowy karmel. To wszystko owiane jest delikatnym muśnięciem chmielu typu ziołowego. Nad całym tym towarzystwem czuwa lekka i całkiem przyjemna goryczka – jest krótka, szlachetna, miękka. Robi co trzeba i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Czy w tym wszystkim jest jakaś wędzonka? No kurka rurka słaba, ale jest. Bardzo stonowana, wręcz homeopatyczna. Jak się nie wie czego szukać, to można nawet jej nie zauważyć. Nie mniej jednak piwo jest dość smaczne. Proste w swojej konstrukcji, poniekąd jednowymiarowe, ale pije się to ze smakiem.

niedziela, 21 maja 2017

RIS IN PEACE WINTER z ALEBROWARU



Jest! Mamy go! AleBrowar w końcu zaserwował nam RISa :) Jeden z najstarszych polskich rzemieślników w końcu dojrzał i dorobił się pełnoprawnego ruskiego stałta. Tak ściślej to piwo wyszło na rynek już pół roku temu, ale jeśli ma się refleks leniwca, to nie ma się co dziwić, że dopiero teraz go konsumuję.
Tak po prawdzie to RIS In Peace Winter to trunek, który zapoczątkował całą serię (chyba czterech) RISów od AleBrowaru. Każdy będzie przypadał na określoną porę roku i będzie zawierał jakiś dodatek.  Niedawno pojawiła się już edycja wiosenna z kwiatem czarnego bzu. Znając życie to poczytacie o niej za jakieś pół roku… ;p
Zimowa wersja RIS In Peace to dość specyficzny imperialny Stout. Ekipa AleBrowaru okrasiła go cynamonem, goździkami i skórką pomarańczy. Z założenia miał być to taki korzenny Stout, taki świąteczny. Piwo trafiło do sklepów w grudniu, więc założenia są jak najbardziej logiczne. Całość nachmielono oczywiście amerykańcami (w końcu to AleBrowar). Sprawdźmy zatem, czy udało się do butelki zapakować magię Świąt Bożego Narodzenia. 


Do wyglądu przyczepić się nie sposób. Piwo jest czarne jak smoła. Wieńczy je przeciętnych rozmiarów piana – ładna, beżowa, drobna, puszysta, umiarkowanie trwała. Lacing szałowy nie jest, ale coś tam się klei do ścianek.
Pijemy i szukamy przypraw. No, gęste to jest. Czuć ciało oraz pełnię. W końcu 24 ballingi, to nie kaszka z mleczkiem. Piwo jest wybitnie czekoladowe, lekko słodkawe ze stosunkowo delikatnie zaznaczoną goryczką. Czekolada deserowa oraz pralinki dobrze dogadują się tutaj z umiarkowanie palonymi słodami, gorzkim kakao, lekką kawą i subtelną spalenizną. Bardziej w głębi można dostrzec wspomniane przyprawy, wśród których prym wiedzie skórka pomarańczy. Cynamon jest mocno stonowany, zaś goździka to ja tu nie czuję wcale. Ani, ani. Z tła dobiegają nieśmiałe odgłosy dobrze wypieczonych tostów, chleba razowego, suszonych owoców (rodzynki i śliweczki węgierki) oraz niestety sosu sojowego. Nie ma go zbyt wiele, ale jednak. Piwo jest bardzo dobrze ułożone. Alkohol w zasadzie jest nieobecny. Pijąc zapominam, że ten potworek ma prawie dziesięć ‘voltów’. Smaczne, ale niekoniecznie odlotowe.

piątek, 19 maja 2017

PORTER BAŁTYCKI WĘDZONY 24° BOURBON BARREL AGED z WIDAWY



Kuźwa to już jest jakieś fatum normalnie! Ktoś mi zaczarował piwnicę! Trafiło mi się kolejne piwo po terminie i wiem, że mam co najmniej jeszcze jedno do wypicia z tym mankamentem…. ;p
No dobra, teraz już bez ‘jajec’. Lata mi to koła wacka, czy porter bałtycki jest tydzień, miesiąc, czy nawet pół roku po dacie ważności. Przynajmniej będzie pewność, że się ułożył, tak więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem (nad rozlanym porterem i owszem!).
Piłem już jednego „bałtyka” z Widawy i była to wersja podstawowa sztandarowego mocarza Wojtka Frączyka. Podstawowa, czyli leżakowana w stalowym tanku, czyli w sumie to nigdzie, znaczy się w niczym szczególnym. Dzisiaj jednak mam przed sobą prawdziwy rarytas, prawdziwą perełkę, cymes przez wszystkich zgodnie uważany za jednego z najlepszych krajowych przedstawicieli gatunku. Porter Bałtycki Wędzony 24° Bourbon Barrel Aged – zdobywca między innymi tytułu Kraft Roku 2015 oraz brązu w stylu porter bałtycki w KPR 2016. Na popularnym rejtbirze zajmuje obecnie wysokie siódme miejsce wśród Baltic Porter, a był czas, gdy był na piątym… 


Specjał z Widawy ma iście królewską prezencję. Piwo jest prawie zupełnie czarne i nieprzejrzyste. Ale najlepsza jest tu piana – bardzo obfita, drobna, cholernie trwała i puszysta o pięknej beżowej barwie. Opada długo, lekko znacząc szkło.
Smak to prawdziwa poezja. Uczta dla zmysłów. Uczta dla całego ciała. Piwo jest przyjemnie gładkie, miękkie w odbiorze, dość gęste, zaokrąglone i lekko oleiste. Fajnie oblepia błony śluzowe w ustach i przełyku. Jest raczej bardziej słodkie, aniżeli gorzkie, ale to przecież porter bałtycki, a nie RIS. Łagodna, acz wyczuwalna kawa ze śmietanką, mlecza czekolada, wanilia (od beczki), drogie pralinki, umiarkowanie palone słody, przypalony karmel, toffi, cukier kandyzowany…, no jest tego w pytę! Z tła mrugają delikatne nuty suszonych owoców, głównie rodzynek, daktyli oraz fig (figów?). Akcenty beczkowe – poza wyraźną wanilią – są niezbyt wyostrzone. Dębina i Bourbon zostały zepchnięte do głębokiej defensywy, co jednak nie oznacza, że ich tu nie ma. Całość oczywiście spięta jest subtelną wędzonką typu ogniskowego, bo to przecież jest wędzony porterek :D Alkohol zupełnie nieobecny! Totalnie go nie czuć. Okropelnie pięknie to smakuje. Cudownie, bosko, niepowtarzalnie. Kuboty same spadają z nóg ;)

środa, 17 maja 2017

THE GRAVEDIGGER BLEND z BROKREACJI



Po raz trzeci w ostatnim czasie sięgam po przeterminowane piwo… Nie celowo oczywiście. Po prostu nie zawsze zwracam uwagę na datę ważności, choć zazwyczaj staram się jej pilnować. Tym razem jednak nie wyszło. Zonk.
Całe szczęście, że nie są to jakieś rześkie Pilsy, czy inne Witbiery. Mocarnym trunkom kilka tygodni/miesięcy dłuższego pobytu w zimnej piwnicy z pewnością nie zaszkodzi (a wręcz pomoże). Nie inaczej jest z dzisiejszym trunkiem. Słynnym Grabarzem z Brokreacji w wersji Blend. Tych wersji było już całkiem sporo… The Gravedigger leżakowany w beczce po Whisky, po Brandy, po czerwonym winie, leżakowany z płatkami dębowymi i pewnie jeszcze coś, co mi umknęło. Blend tak dla formalności jest mieszanką trzech pierwszych wymienionych. Przyznacie, że w teorii brzmi to cholernie intrygująco i ciekawie.
Wersję podstawową już piłem jakiś czas temu. Piwo urwało mi wówczas wszystko, co było do urwania. Piwo ideał… 10/10! Od tamtej pory zamiast papy, mam blachodachówkę na chałupie. Taka sytuacja ;p


Otwieram i przelewam. O wyglądzie nie ma co rozpisywać, bo nie po to wydałem tyle hajsu, żeby gapić się na piwo. Jest totalna czerń, jest ładna beżowa i dość wysoka piana. Tyle Wam wystarczy.
Smakujemy. Piwo jest niesamowicie gęste, gładkie i treściwe. Mocna kawa bez cukru i sowita paloność atakują nas znienacka, by po dłuższej chwili płynnie przeistoczyć się w konkretnie palone słody, gorzkie kakao i prawdziwą gorzką czekoladę, którą czuć w nieskończoność. Bardzo esencjonalny jest to trunek. Szalenie wyrazisty i dobrze ułożony. Z tła dobiegają do mnie odgłosy suszonej śliwki, czarnej porzeczki i rodzynek. Pychotka! Chyba czuję także nieśmiałe akcenty czerwonego wina, choć jest to poziom naprawdę iluzoryczny. Ale to jeszcze nie wszystko. Znajdzie się tu również chmiel, ślady dębiny i waniliny w posmaku. Beczki zrobiły robotę. W to wszystko swoje trzy grosze (a może nawet pięć) wtrąca mocna i bardzo wyrazista goryczka o nieco taninicznym zacięciu. Jak Cię już dopadnie, to trzyma za gardło do samego końca. Posiada ona chmielowo-ziołowo-palony profil. Trochę zalega, ale nie jest najgorzej w tej kwestii. Alkohol został bardzo dobrze ukryty. Nic nie piecze, nie pali, nie drażni. Lekko grzeje w przełyku i nic ponadto. Kurde wszystko jest tu takie konkretne (poza tym czerwonym winem), takie mocarne, charakterne. Nie jest zrobione na pół gwizdka, na odwal się. Każdy nawet najmniejszy łyk, to olbrzymia garść smaków. Piękna sprawa :)

sobota, 13 maja 2017

LODZIARZ - Wymrażany Wheat Wine z Browaru Spółdzielczego



Równo dwa dni temu zawitał do mnie Lodziarz. Szkoda, że nie lodziara…, ale darowanemu koniowi sami wiecie czego się nie robi ;) Poza tym, ciekawe co by na to powiedziała moja żona?
Lodziarz to kolejne, trzecie już wymrażane piwo z Browaru Spółdzielczego (pierwsze dwa to Lodołamacz oraz Królowa Lodu). Widać, że w Pucku pokochali ten „sport” na dobre, a ich cechą rozpoznawczą ma być właśnie seria piw wymrażanych. Po pierwszych dwóch sądzę, iż bez obaw można sobie zęby ostrzyć na każde kolejne piwo z tego cyklu.
Lodziarz to wymrażane Wheat Wine, czyli takie Barley Wine, tylko że z dodatkiem słodu pszenicznego. Oczywiście nie jest to pierwsze tego typu piwo w Polsce, ale trzeba przyznać, że jak dotąd bardzo mało browarów zdecydowało się na taki krok. No, a Browar Spółdzielczy może pochwalić się obecnie już drugim ‘winem pszenicznym’! (pamiętacie Kotwiczne?). Barli łajnów jest u nas od cholery, a łit łajnów wciąż nieproporcjonalnie mało. Zdecydowanie zbyt mało.
Butelka ma inny kształt niż poprzednio, ale etykieta na szczęście została utrzymana w dotychczasowej, super ekstra odlotowej konwencji. Sztosik jak się patrzy :D Ten oczojebny różowy kolor może nie za specjalnie tu pasuje, ale pal licho. Niech im będzie… Etykieta zrobiona z materiału i wyhaftowana srebrną nicią – to info dla sklerotyków lub zupełnie świeżutkich kraftopijców, co dopiero wczoraj przestali żłopać Tyskie ;) 


Piwo jest wyraźnie mętne, ciemno miedziane, w zasadzie to chyba nawet takie brunatne poniekąd. Piany brak, podobnie jak wysycenia.
W smaku czuć, że to prawdziwy mocarz, nielichy zawodnik. Ciecz jest gęsta i lepka jak Lotos Mineralny, czy inny Castrol. Tego się nie pije – to się sączy! Płyn leniwie przeciska się między zębami, by z wolna sączyć się w dół przełyku. Totalnie oblepia wszystko co napotka na swojej drodze. Coś niesamowitego. Istny syrop. Likier jakiś. Czuć opiekaną słodowość, ogrom karmelu i cukru kandyzowanego. Tłem suną tosty, przypieczona skórka chleba, zioła oraz przyjemnie rozgrzewające akcenty miodowe. Początkowo sądziłem, że będzie strasznie słodko, lecz finisz nie jest jednak zbyt słodki za sprawą ziołowo-chmielowej goryczki, która dosyć nieźle wywiązuje się ze swej roli. Goryczka wchodzi z buta – nagle i niespodziewanie, w zasadzie nie zalega. Jest krótka i całkiem przyjemna. Alkohol jest świetnie ułożony, szlachetny. Nic nas tu nie gryzie, nie piecze, nie pali. Co jedynie lekko grzeje od środka. Smaczne to jest. Idealne na długie zimowe wieczory przy kominku i fajnym filmie (ale to dopiero za minimum pół roku).