poniedziałek, 21 stycznia 2019

SZABROWNIK, czyli nie taki Graff straszny


Wbrew styczniowej aurze sięgam dzisiaj po Szabrownika z Browaru Profesja. Piwo stosunkowo nowe, bo gdzieś z okolic listopada niedawno minionego roku.
Szabrownik to piwo w „stylu” Graff, czyli połączenie brzeczki słodowej oraz soku jabłkowego, tworzące hybrydę piwa i cydru. Tak więc najsampierw ktoś wymyślił Braggota (połączenie piwa i miodu pitnego), a teraz jakiś geniusz wpadł na pomysł zmieszania piwa z cydrem. No dobra, niech tam będzie, choć wiele sobie nie obiecuje. Nie lubię jednak dzielić skóry na niedźwiedziu, więc nie ma co zapeszać. A nuż mnie ten napitek zaskoczy, że kapci będę musiał szukać za drzwiami wejściowymi.
Z ciekawostek dodam jeszcze, że piwo nachmielono dosyć rzadkimi polskimi chmielami – Puławskim i Oktawią. Można? Można. A wszędzie tylko ta Marynka, Sybilla i Lubelski…
Ponadto całość przefermentowano dzikimi drożdżami z rodziny Brettanomyces! Tak więc już nawet w teorii nie jest to jakieś bardzo nudne piwo. Czek dis ałt!


Otwieram i przelewam. Pieni się to to niemiłosiernie. Piana rośnie błyskawicznie, jest ogromna i puszysta, zbudowana ze średniej wielkości pęcherzy. Co ciekawe nie opada jakoś bardzo szybko, do tego tworzy wyraźne zacieki na szkle. Samo piwo natomiast kolorem przypomina nieklarowany sok jabłkowy. Bardziej jest to opalizujące niż mętne.
Skoro bąbelki ochoczo kierują się ku górze, to wysycenie musi być nieliche. I tak też się dzieje. Ilość gazu jest naprawdę duża, porównywalna z cydrami, czy Witbierami. Oczywiście w tym przypadku absolutnie mi to nie przeszkadza. Szabrownik dzięki temu jest piwem wysoce rześkim i świetnie gaszącym pragnienie. Panuje w nim swoista równowaga pomiędzy piwem, a cydrem, tudzież sokiem jabłkowym. Z jednej strony czuć wyraźną słodowość, herbatniki i chlebek, a z drugiej lekką kwaskowość, a nawet subtelną cierpkość soku z jabłek. Drugi plan to niezobowiązująca dawka chmielu, ziół i suszonego tytoniu. Na dokładkę zupełnie w tle odnajdujemy nuty funky, czyli akcenty stajni, końskiej derki oraz siana (Bretty się spisały). Piwo sprawia półwytrawne wrażenie, choć sama goryczka nie jest wysoka. Jej pestkowo-ziołowy sznyt fajnie tutaj pasuje. Naprawdę dobrze, a zarazem niecodziennie to smakuje.

sobota, 19 stycznia 2019

JOLLY ROGER Whisky BA na Baltic Porter Day!!!


Jak co roku, już po raz czwarty z rzędu w trzecią sobotę stycznia wypada Baltic Porter Day – Dzień Porteru Bałtyckiego! Święto coraz bardziej szanowane i poważane wśród piwoszy, piwoszek, piwowarów, piwowarek, beergeeków, hopheadów i innych piwnych świrusów. Z każdym rokiem coraz więcej browarów w tym dniu chce zaspokoić pragnienia „czcicieli” Piwowarskiego Skarbu Polski, jakim bez wątpienia jest porter bałtycki.  W tym roku polskie browary wypuściły z tej okazji ponad 20 premierowych porterów! Oczywiście oprócz nowinek pojawiły się również znane dotąd marki, które nie są warzone na okrągło.
Na świecie wręcz słyniemy z tego stylu piwa. Mimo, że jest on warzony w wielu krajach basenu Morza Bałtyckiego (i nie tylko), to właśnie portery z Polski są najbardziej cienione i pożądane. Naprawdę mamy się czym chwalić :D
Jako wielki miłośnik i fanatyk ‘bałtyków’ w tym dniu musiał pojawić się u mnie na blogu jakiś porterek. Do wyboru miałem kilka opcji, ale dzisiaj postanowiłem akurat zbadać formę trunku od Kraftwerka. Jolly Roger Batlic Porter Whisky BA. Podstawową wersję piłem niemal trzy lata temu i byłem bardzo ukontentowany. Mam nadzieję, że wersja beczkowa sprawdzi się jeszcze lepiej i wgniecie w fotel moje cztery litery ;p


Przelewam i oglądam. W szkle piwo wydaje się być niemal zupełnie czarne i nieprzejrzyste. Zwieńczone jest średnich rozmiarów pianą o mieszanej ziarnistości. Kołderka z czasem robi się coraz bardziej zbita i drobna! Szok, bo zazwyczaj dzieje się odwrotnie. Generalnie żywotność piany, jak na piwo barrel aged jest bardzo dobra. Lacing również daje radę :)
Pierwszy łyk…. i drugie zdziwko. Skąd ta owocowa kwaskowość?! Przecież piwo nie jest stare, nie jest po terminie. Czyżby lekko zdziczało w beczce? Kwasek jest i to dosyć wyraźny, ale sourem bym jeszcze tego nie nazwał (całe szczęście). Ogólnie jest bardzo owocowo, czuć maliny, wiśnie oraz dojrzałe czereśnie. Tegu typu klimaty. Chwilę później do gry włączają się prażone słody w otoczce chleba razowego, lukrecji, kakałka oraz kawy zbożowej. Alkohol tak się schował skubaniec, że nawet ze świecą go nie znajdziesz! Zero etanolu, zero pieczenia, czy swędzenia w gardziołku. Szacun. Stawkę zamykają subtelne nuty przypieczonego spodu od ciasta, czekolady deserowej i jakby dymu, czy dogasającego drewna. Naprawdę mam takie odczucie. Natomiast wanilii oraz whisky to ja to nie czuję. Absolutnie nic, a nic. Trochę szkoda. Piwo jest przyjemnie gładkie, w miarę gęstawe i wyraziste. Słodyczy jest tu niewiele, raczej dominuje gorzko-kwaskowy duet. Przy czym sama goryczka też zbytnio się nie wywyższa. Jest delikatna, ale skuteczna. Jej lekki kawowo-czekoladowy charakter naprawdę tu pasuje. Zapewne nie tak miało wyjść to piwo, ale pije się je całkiem nieźle.

czwartek, 17 stycznia 2019

CHOINKA ZAKŁADOWA 2018. Lepiej późno niż później


Podczas mojej grudniowej wizyty w Browarze Zakładowym, nie mogło oczywiście zabraknąć suwenirów, które dostaliśmy wraz z Pawłem od Bartka Czarnomskiego. W końcu na darmo do browaru się nie jedzie, prawda? ;)
Jednym z podarków jest Choinka Zakładowa. Zakładam, że jeszcze nie wszyscy wynieśli swoje świąteczne drzewka na strych, więc taki trunek wciąż jest na czasie (mimo, że odwilż sugeruje coś innego). Owszem, to piwo pojawiło się już rok wcześniej, ale obecna wersja różni się trochę od pierwowzoru. Tak więc nazwa ta sama, ale piwo inne. To coś na zasadzie Heroda z Artezana, czy Wesołych Świąt od Pinty. Co roku inna wersja.
Choinka Zakładowa 2018 to świąteczny Robust Porter z niedużym, ale całkiem przyjemnym zestawem korzennych przypraw – kandyzowana skórka pomarańczy, wanilia, cynamon. Nie za wiele tego, ale być może wyjdzie lepiej niż w Kolędniku, który był niemiłosiernie nadźgany dodatkami. Co oczywiście nie wyszło mu na dobre. Czasem po prostu mniej znaczy lepiej. 


Mój dzisiejszy gość nalał się z niewielką beżową pianą, a jego kolor to zupełna czerń. Taka wiecie – RISowa i zupełnie nieprzejrzysta.
W zasadzie mamy tu parametry lżejszego porteru bałtyckiego i w rzeczy samej czuć to w smaku. Na podniebieniu z miejsca pojawia się przyjemna gładkość oraz całkiem spora pełnia. Świąteczny charakter został tu fajnie zaznaczony i z pewnością nie przegięty, a to się ceni. Skórka pomarańcza huczy, aż miło. Wtóruje jej lekka doza cynamonu i nieco mniejsza wanilii. Oczywiście całość podbita jest solidnym prażonym słodem, kojarzącym się z mleczną czekoladą i pralinkami. Na dalszym planie egzystuje subtelna nuta przypieczonej skórki chleba, oblanego karmelem i posypanego cukrem kandyzowanym. Owszem jest dosyć słodko, ale w końcu to piwo świąteczne. Słodko, ale nie muląco, a to najważniejsze. Alkohol został tutaj świetnie ukryty. Wiadomo, że 7,4% to nie jakoś bardzo wiele i taki woltaż nie zerwie nam boazerii z poddasza, ale uważam, że i tak brawa się należą. Ogólnie to bardzo smaczne i przemyślane piwo z tego wyszło. Jestem na tak.

wtorek, 15 stycznia 2019

KRASNOLÓD Jack Daniel's BA. Najlepsze ze Spółdzielczego!!!


Browar Spółdzielczy idzie do przodu niczym napalony na samicę nosorożec. Jak się czegoś uczepi, to nie odpuści. Jak zaczął się bawić w wymrażanki, tak robi to do tej pory. I bardzo dobrze. I chwała mu za to, bo robi to naprawdę wyśmienicie! :D Jeśli z czegoś słynąć, to z samych najlepszych rzeczy (powiedzenie wymyślone naprędce dwie minuty temu).
Na początku stycznia do sklepów trafił Krasnolód – najnowsza wymrażanka z Pucka. Nie przypomnę sobie z pamięci ile już piw wymrozili w tym Pucku, ale wiem, że gdyby nie #darylosu, to nie spróbowałbym ani jednego. Takie życie na prowincji…
To teraz trochę o samym piwie, bo naprawdę jest o czym. Browar Spółdzielczy zgadał się kiedyś z Browarem Profesja, by nawarzyć razem piwa. Efektem tego „spółkowania” jest Nurek – Doppelbock (recenzja za jakiś czas). Kiedyś, gdy polski kraft jeszcze nie istniał, koźlak podwójny był jednym z moich ulubionych piw. Tym bardziej cieszy mnie fakt, iż postanowiono ten trunek wymrozić i tak oto powstało jedno z czterech najmocniejszych polskich piw! Jebitne 19% alko czyni go cichym zabójcą wśród piwnego rzemiosła! Ekstraktu niestety nie podano, ale zapewne będzie to grubo ponad 30º Plato! Wzywać karetkę? ;p To jednak jeszcze nie koniec dobrych wieści. Otóż piwo wlano do dwóch różnych beczek po whisky! W ten oto sposób otrzymano dwie wersje barrel aged tej wymrażanki. Mnie trafiła się ta bardziej powszechna, czyli po Jack’u Danielsie. Jestem tak podjarany, że zaraz się zesikam w majty. Lecimy z tematem!



Piwo w szkle wygląda na ciemno brązowe. W sumie to takie bardziej brunatne nawet. Nieprzejrzyste i lekko mętne. Piany niestety brak, ale przy wymrażaniu i leżakowaniu w beczce nie można mieć pretensji. Toż to normalna rzecz.
Aż się boję, ale muszę. Piję. Gęste jak syrop. Nie – bardziej jak olej słonecznikowy, czy inny rzepakowy. Albo jak spierdzielony kisiel, kiedy dasz odrobinę za dużo wody. W każdym bądź razie gęste to, jak jasna cholera. Do tego szalenie lepkie. Powoli spływa w dół przełyku, osadzając się na wszystkim, co napotka na swojej drodze. Niesamowite wrażenie! Mamy tu sporo opiekanych słodów, razowe pieczywo, ciemne ciasteczka, przypieczony spód od ciasta, a wszystko to podlane jest sowitą ilością karmelu i cukru kandyzowanego. Tak, jest słodko w pytę. Wręcz zaklejająco, ale przecież tak miało być. Czego innego można się spodziewać po wymrażanym koźlaku dubeltowym? W tle pałętają się nieśmiałe ślady łychy, dębu, suszonych śliwek, suszonych daktyli oraz fig zatopionych w mlecznej czekoladzie. Całość po części przypomina mi rozpuszczoną krówkę (taki cukierek). A co z alkoholem? A nic. Jest obecny, wyczuwalny, grzeje od środka, ale za Chiny Ludowe nie piecze, nie drapie, ani nawet zbytnio nie swędzi w gardełko. Miód-malina można rzec. Piwo jest naprawdę bardzo dobrze ułożone! Jest tu jebuckie 19 voltów, ale w ciemno dałbym góra 10-12%. Powaga. Smak jest tak bogaty, tak wyrazisty, tak esencjonalny, że klękajcie narody. Jedyne z czym mogę to porównać, to Jopejskie, choć oczywiście to inna technologia i inna filozofia robienia piwa. Krasnolód to po prostu miszczostwo!!!! :D

poniedziałek, 14 stycznia 2019

SHORT TEST: Konstancin Cranberry IPA z Browaru Czarnków



Prolog: Cholernie dawno nie było szort testu, a dziś po prostu nie mam czasu, więc voilà!
O co kaman: Mam tu ipę z sokiem żurawinowym, a ten sok zawiera dodatek siedmiu ziół! Taka ci niespodzianka od Andrzeja Kryczki – piwowara Czarnkowa. Uważam zatem, że na papierze jest to najbardziej obiecujące piwo z całej serii limitowanej Konstancinów.
Wdzianko: Pikne! Ze szkła spogląda na mnie klarowna miedziana ciecz z takim lekkim czerwonawym zacięciem. Piana średnia, mieszano ziarnista, niezbyt trwała, ale ładnie zdobi szkło.
Kichawa mówi: Ło jakież to łowocowe! Żurawina aż huczy. Do tego dochodzi mnóstwo innych czerwonych owoców, głównie tropikalnych. To mniej więcej tak, jak pachnie świeżo otwarta paczka landrynek. Nieco dalej mamy nuty kwiatów, żywicy oraz ziół. Całość spina subtelna woń chlebowego słodu. Bardzo przyjemny i rześki to zapaszek :)
Jadaczka mówi: Ciekawe piwo, bo nie wiadomo do końca co pochodzi od chmieli, a co od ziół. Są tropiki, nieśmiałe cytrusy w formie albedo, no i oczywiście w miarę wyraźna żurawina. Dalej mamy konkretną żywicę, kwiaty i lekko opiekaną słodowość z domieszką karmelu. Całość mocno podszyta ziołowym akcentem. Goryczka jest naprawdę wysoka, ziołowo-grejpfrutowa, dosyć szlachetna i gładka, choć trochę zalega. Pełnia wysoka, dobry balans, wytrawny długi finisz. Całkiem niezłe piwo.
Komu mogę polecić: Początkującym amatorom rzemiosła raczej nie. Bardziej fanboy’om mocnej i wyrazistej goryczki. Skopie Wam dupsko jak trzeba ;)
Epilog: Cóż, dosyć oryginalny to napitek o dwóch twarzach. Uroczy i totalnie owocowy aromat, nijak się ma do mocarnej goryczki w smaku. Naprawdę wącha się to miło, ale pije niestety niezbyt szybko. Piwo jest szalenie wytrawne, a goryczka z czasem robi coraz bardziej męcząca. Na szczęście zapach nadrabia te mankamenty, dzięki czemu całościowo Konstancin Cranberry IPA wypada całkiem dobrze. 
OCENA: 7/10
CENA: 4.99ZŁ (Auchan)
ALK: 6,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 03.2019
BROWAR CZARNKÓW//KAMIONKA

piątek, 11 stycznia 2019

Odwiedziny Browaru Zakładowego w Poniatowej


Jak już wiecie z kochanego fejsbuka, w okresie pomiędzy Świętami, a Nowym Rokiem odwiedziłem Browar Zakładowy. Nie zamierzam robić z tego jakiejś obszernej relacji, ale oczywiście nie wypada mi nie skrobnąć kilkunastu zdań na temat tego wydarzenia. 


Jako, że na Święta wracam jak zawsze w rodzinne strony, to nie było chyba lepszej okazji, by „nawiedzić” ów przybytek. Na eksplorację Browaru Zakładowego wybrałem się z moim ciotecznym bratem Pawłem, który akurat przydał mi się w roli fotografa, a także przewodnika po lokalnych drogach ;) Okres „między Świętami” to zazwyczaj w kraftowych browarach zupełny przestój, ale dzięki uprzejmości właściciela browaru Bartka Czarnomskiego jakoś udało mi się umówić na krótką wizytę. BTW, Bartek jest również właścicielem słynnego lubelskiego pubu U Fotografa.


Browar Zakładowy mieści się na obrzeżach małego miasteczka na Lubelszczyźnie, jakim jest Poniatowa. No i już teraz przynajmniej wiem, skąd taka, a nie inna nazwa browaru oraz identyfikacja wizualna, bowiem dokładniej mówiąc to browar znajduje się na terenie dużego kompleksu dawnych zakładów Predom – EDA, produkujących niegdyś sprzęt AGD. Ech, te słynne małe komunistyczne lodóweczki, odkurzacze, czy maszyny do szycia… Browar mieści się jednak dopiero na samym końcu tych wszystkich zabudowań, do tego nie widzieliśmy, by prowadził do niego jakiś szyld, czy znak. Przez co bez GPSa naprawdę ciężko tam trafić. Browar zajmuje jeden średniej wielkości budynek, który przedtem przeszedł generalny remont. W środku czystko, schludnie, w miarę przestronnie. Warzelnia o wybiciu 10 hl, do tego kadź wirowa, unitanki stożkowe oraz około dziesięciu tanków leżakowych pionowych. W sumie zajmuje to wszystko, aż cztery pomieszczenia. Oczywiście jak powszechnie wiadomo, sprzęt do warzenia oraz kilka pierwszych tanków zostało odkupionych na starcie od Pracowni Piwa, która wówczas zwiększała swoje moce produkcyjne.

środa, 9 stycznia 2019

Tenczynek RIS Barrel Aged. Ciekawe doświadczenie


Browar Tenczynek naprawdę nam się postarał! I nie chodzi mi wcale o to, że powysyłał piwnym blogierom swoje najnowsze dzieło. O wiele ciekawszym jest fakt, że browar w ogóle porwał się na takie piwo. Owszem, jeszcze za czasów starego właściciela (Browarów Regionalnych Jakubiak) Tenczynek miał w swojej ofercie Russian Imperial Stouta, ale teraz mamy wersję Barrel Aged, a jak wiadomo to robi różnicę. Tak więc obecnie browar ten posiada w swoim portfolio trzy segmenty piw – linię klasyczną, linię nowofalową, no i obiecaną już rok temu serię tzw. sztosów. Co prawda to dopiero pierwsze piwo aspirujące do grona trunków na literę „sz”, ale liczymy oczywiście na dalsze propozycje. Palikot jak na razie sprawia lepsze wrażenie niż Jakubiak ;) Ot, taka mała dygresja.
Tenczynek RIS to piwo o całkiem rozsądnych parametrach. Oczywiście nie wywołuje ścisku dupy od samego patrzenia na nie, ale każdy widzi, że są to przyjazne dla wzroku cyferki. Dużo większą ciekawostką jest tu leżakowanie w beczce po mało znanej żytniej whiskey Chattanooga. To bardzo młoda amerykańska destylarnia, powstała niecałe cztery lata temu!
Na uwagę zasługuje również świetne wykonane i świetnie zaprojektowane opakowanie ze złotymi motywami na iście czarnym tle. Kartonik pierwsza klasa! Z pewnością jeden z najbardziej sztosowych, eleganckich i wytwornych opakowań od polskich kraftowców. I nie mam tu na myśli tylko kartonika, ale również samą butelkę, która ma malowany nadruk i sprawia pieruńsko szykowne wrażenie (zdjęcie tego nie oddaje). 


Otwieram i przelewam. Nikogo chyba nie zaskoczy czarna jak smoła i zupełnie nie przejrzysta barwa piwa. Pianka też niczego sobie jak na trunek leżakowany w drewnie – wcale nie najniższa, mieszano ziarnista, brązowa w barwie, może nie bardzo obfita, ale na pewno wystarczająca.
Pierwszy kontakt – piwo jest bardzo puszyste w ustach. Takie dość mocno wysycone, ale zarazem gładkie, kremowe, wręcz mleczne. Nieco piecze w język od drobniutkich bąbelków, ale sama konsystencja jest pierwsza klasa. Ciecz jest przyjemnie gęstawa i niezmiernie gładziutka. Można nawet powiedzieć, że nieco śliska. Jest słodko i wybitnie czekoladowo. Mleczna czekolada, pralinki belgijskie oraz akcenty kakao dosłownie walają się pod nogami. Do tego dochodzi dosyć nieźle wyczuwalna nuta toffi, orzechów laskowych oraz wanilii. Poniekąd kojarzy mi się to wszystko z cukierkami typu karmelki. Na dalszym planie dopiero pojawiają się echa łagodnej kawy, gorzkiej czekolady, palonych słodów, whisky oraz starego dębowego drewna. W każdym bądź razie wpływ beczki czuć i to całkiem dobrze. Palono-kawowa goryczka nie zajmuje tu wiele miejsca. Jest bardzo łagodna i stonowana do minimum (nie każdemu to przypadnie do gustu). Za to poziom alkoholu zapewne każdy przyjmie z uśmiechem na gębie. Piwo jest naprawdę bardzo dobrze ułożone. Delikatnie grzeje w rurze i jelitach, ale nie sprawia kłopotów w wyższych partiach ciała. Smaczne to, choć chyba nieco za słodkie.