środa, 19 lipca 2017

LATO CZEKA! American Wheat z Widawy



Wchodzę ja dzisiaj do mojej świątyni… znaczy się do piwnicy pogłaskać swoje piwerka. Patrzę, a tam Lato Czeka! Myślę sobie: przecież lato już jest, już trwa. Póki co jest kapryśne jak pięcioletnie dziecko, no ale dobrze, że w ogóle jest. Więc wyciągnąłem Lato Czeka! z piwnicy i czytam: Piwo American Wheat z mango i marakują. Kurde przecież mango i marakuja to moje ulubione owoce tropikalne. Uwielbiam je! Amerykańską Pszenicę też uwielbiam. Piwa z Widawy też uwielbiam. Gdybym znał osobiście Wojtka Frączyka też pewnie bym go uwielbiał.
On naprawdę do tego piwa dodał tych owoców. Nie jakieś tam skórki, soki, nektary, czy broń Boże aromaty. To jest piwo z prawdziwymi owocami! Mango i marakuja, czaicie?! 


Na początek tradycyjnie kilka słów o wyglądzie. Trunek z Widawy wcale nie wygląda jak piwo. Raczej jak świeżo wyciśnięty sok. Jest totalnie mętny i nieprzejrzysty, mimo że nie wstrząsałem przed przelaniem, a większość osadów została na dnie butelki. Ciecz trąca pomarańczowo-złocistą barwą. Generuje sporą pianę, która jednak urodziwa nie jest. Zbudowana  z grubych i brzydkich pęcherzy czapa bardzo szybko się redukuje, więc po kilku minutach jest już po ptokach…
Smakujemy. Już pierwszy łyk dał mi do zrozumienia, że nie jest to jakieś tam liche piwko. To znaczy się jest lekkie, ale też kurna zadziorne. Wojtek nieźle musiał sypnąć chmielu na goryczkę, bo skubana porządnie ciora mnie za mordę. Goryczka jest długa, bardzo mocna, lekko ściągająca i niestety też zalegająca. Posiada czysty cytrusowo-pestkowy profil. Jest naprawdę konkret! A cała reszta? No jest pszeniczna słodowość, iglaki, żywica i są owoce. Głównie cytrusy z zielonym grejpfrutem i limonką na czele. Nieco dalej majaczy skórka cytryny oraz wspomniane mango i marakuja. Jestem jednak nieco zawiedziony, bo liczyłem na większy udział tych ostatnich. Tymczasem piwo chłosta mnie cholernie mocną grejpfrutową goryczką, a słodkie tropiki są tylko ulotnym tłem. Nie tak się umawialiśmy, nie tak…

poniedziałek, 17 lipca 2017

GERDA z BROWARU SPÓŁDZIELCZEGO. Wymrażane czarne złoto...



Ponownie Browar Spółdzielczy na tapecie, a wraz z nim kolejne dary losu… Dziękuję ekipo z Pucka! Jesteście niesamowici.
Wiem co myślicie – jak piwo za free, to od razu będzie wysoka nota. Bo przecież jak się wykosztowali, to nie wypada zbesztać napitku. Otóż wypada o ile będzie ciulowy. Miałbym sam przed sobą kłamać? Bez sensu.
Dobra, do rzeczy. Właśnie mam na stole kolejne wymrażane piwo z Browaru Spółdzielczego! Rozsmakowali się w tym na dobre. Udoskonalili cały proces, a skoro tak często „piwo lodowe” trafia do sklepów, to znaczy po prostu chce im się w to bawić (drogocenna to zabawa i bardzo czasochłonna). Gerda to drugi już wymrażany RIS!! Potężne 12% woltażu skrywa w sobie dodatek w postaci wanilii madagaskarskiej. Nie mam pojęcia, czy zasyp jest taki sam jak w Królowej Lodu. Mam nadzieję, że nie i że obydwa piwa różnią się czymś więcej niż tylko leżakowaniem z laskami wanilii. Czek dis ałt!


Opakowanie to dobrze nam już znana mała butelka z długą szyjką. Fajnie, że wciąż utrzymywana jest koncepcja materiałowej, wyszywanej (i w cholerę drogiej) etykiety. Tym razem w kolorze turkusowym, czy coś w ten deseń. Ręki se nie dam udziabać, bo w końcu jestem mężczyzną i nie muszę się znać na kolorach ;)
Piwo jest gęste, ale do rekordzistów trochę brakuje. W sumie przelewa się jak zwykły RIS o porządnym ekstrakcie. W ustach jednak ciecz solidnie oblepia ścianki. Piwo jest strasznie gładkie, śliskie, aksamitne, no i jednak gęste. Przyjemna czekolada deserowa rozlewa się po podniebieniu… To lubię! Mniam, mniam. Wtóruje jej rozpuszczalne kakao oraz pralinki z wyższej półki. Palone słody nie łechtają tak mocno kubków smakowych, jak można by się spodziewać po ruskim Stoucie. Paloność reprezentuje raczej umiarkowane pierdolnięcie. Ale za to jak dzielnie radzi sobie wanilia! Strasznie waniliowe piwo, przez to też po części słodkie. Kawowa goryczka jest naprawdę niewielka. Zdecydowanie nie radzi sobie z balansem, który jest skierowany w tę słodszą mańkę. W tle harcują dość wyraźne suszone owoce – rodzynki, śliwka, figi. Cudownie to smakuje, mimo wyraźnej słodyczy na podniebieniu. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony. Piwo grzeje od środka, dając efekt szlachetnego likieru, tudzież nalewki owocowo-czekoladowej. Naprawdę świetny efekt :) Zajefajny Ice RIS!!!

sobota, 15 lipca 2017

Nowość! ŻYWIEC AMERYKAŃSKIE PSZENICZNE. Hit, czy shit?



Pod koniec czerwca na półki sklepowe trafił nowy Żywiec, o którym dowiedziałem się zupełnie przypadkiem. Po prostu na niego trafiłem (w Tesco bodajże). Wytrzeszczyłem lekko prawą gałkę oczną, po czym wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej, myśląc sobie, że nie będzie to nic wartego uwagi prawdziwego beer geeka
Mijały dni, a może nawet tygodnie, gdy wtem Kopyr zrobił na swoim kanale drugi Wielki Test American Wheat. No i nowy Żywiec pozamiatał! Niemalże zajął drugie miejsce, lecz ostatecznie było to trzecie miejsce na podium! Wśród dziesięciu piw trzeba dodać. Reszta to oczywiście same piwa craftowe z bardzo znanych browarów. Można? Można.
Powoli, powoli również od innych blogerów (i nie tylko) docierają sygnały, że nowy Żywiec Amerykańskie Pszeniczne to naprawdę zacny napitek, w zasadzie trzymający poziom naszych rzemieślników. Tyle, że jest o połowę tańszy :D No i jest z koncernu! Tego złego i niedobrego koncernu, co to zamiast piwa produkuje rozwodnioną brzeczkę na wpół z pomyjami ;)


Wpierw rzut okiem na opakowanie. Etykieta jak to od tych „lepszych” Żywców. Graficznie spoko, tylko ten kolor jakiś taki nijaki, mdły. Nie wiem co to jest, jakiś beż? Zawartość goryczki przedstawiona jest w formie szyszek (like), jest temperatura serwowania (chyba ciut za niska), no i oczywiście szklanka zmieniająca kolor, gdy piwo osiągnie pożądaną zimność, czy też lodowatość. Karny kutas z pewnością należy się za brak pełnego składu! A wydaje mi się, że na niektórych Żywcach jest pełny skład. Czy tylko mi się wydaje? Czekam na Wasze komentarze.
Nowość od Żywca wygląda całkiem spoko. Jasno złota, wręcz blada barwa idealnie celuje w styl American Wheat. Piwo jest oczywiście wyraźnie zmętnione, a pieni się jak szalone! Czapa śnieżnobiałej piany rośnie jak głupia. Pierzynka jest średnio ziarnista i dość trwała. Niespiesznie opadając solidnie koronkuje nam na szkle. Piwo punktuje już na stracie. Wery najs.
Pijemy. Wysycenie umiarkowanie wysokie, drobne, perliste. Piwo sprawia wrażenie lekkiego  i w sumie jest takie (11,5° Plato). Faktycznie cytrusy (cytryna, limonka) są tutaj obecne, ale ich poziom nie jest jak dla mnie jakiś szalenie wysoki. Chodzi tu bardziej o skórkowe klimaty niż o sam miąższ. Mimo to i tak jest nieźle. W pierwszym akordzie na języku można wyczuć przyjemną kwaskowatość, która po chwili ustępuje miejsca przyjemnym nutom słodowym, spod znaku pszenicy oczywiście, ale też słodkawych biszkoptów i jasnego pieczywa. Rolę tła pełni lekka chmielowość (taka wiecie, tradycyjna) oraz raczej niespotykana w tym stylu przyprawowość o minimalnie pikantnym charakterze. Nie mam pojęcia, czy to robota belgijskich drożdży, czy jakiegoś dodatku (np. aframonu), bo jedno i drugie nie pasuje mi do koncernowego piwa. Przez tą przyprawową nutę troszkę zalatuje to Saisonem, który zresztą jest w ofercie Żywca. Całość smaczna, świeża i orzeźwiająca. Dobra robota!

czwartek, 13 lipca 2017

PROSTE - Nowofalowy Pils z Browaru Spółdzielczego


Browar Spółdzielczy jaki jest każdy widzi. Teoretycznie ich działalność ma charakter non-profit, więc wydawało by się, że zrobią kilka zwykłych piw na odwal się i jakoś to będzie. Niektórzy tuż przed ich startem mogli nawet sądzić, że będzie to kolejny nudny browar pokroju regionalnego. Ale nie. Ekipa z Pucka w moim mniemaniu należy do najbardziej prężnych rzemieślników w kraju! Tak, rzemieślników. Płodzą piwa jak rasowy buhaj. Są kreatywni jak Mickiewicz, czy jakiś Picasso w swojej szczytowej formie. Kombinują, podróżują, kooperują, no ale przede wszystkim robią dobre piwa. Piłem od nich już kilkanaście trunków i nie kojarzę jakiejś szczególnej wtopy. Wręcz przeciwnie – niemal mam pewność, że każde kolejne piwo będzie co najmniej dobre.
Powodem mojego wywodu jest jedna ze ‘spółdzielczych’ nowości – Proste. Tak, to jest Pils, który de facto jest zaprzeczeniem moich niektórych słów powyżej. No, bo gdzie w Pilsie mamy kreatywność? Może i nie mamy, ale ostatnio jest moda na takie napitki. Każdy szanujący się browar (również kraftowy) powinien  mieć w swojej ofercie Pilsa. Każdy piwowar wie, że o wiele trudniej uwarzyć porządnego Pilsa niż nowofalową ipę, gdzie tak na dobrą sprawę większość wad i tak przykryje jebucka ilość chmielu. 


Pilsik z Pucka to złociste w barwie piwo (fotka przekłamana) o lekko zmętnionym charakterze. Wieńczy je apetyczna czapa białej jak śnieg, drobnej pianki o dość trwałym żywocie. Piana fajnie brudzi szkło, więc naprawdę nieźle to wszystko wygląda.
Zapomniałem wspomnieć, że całość została nachmielona Citrą, więc taki klasyczny Pils to to nie jest. Pisząc te słowa właśnie go sobie popijam i faktycznie trochę czuć tę nową falę. Piwo jest przyjemnie rześkie, lekkie, poniekąd cytrusowe, choć tej cytrusowości daleko do poziomu jakiegokolwiek IPA. Nie mam o to pretensji rzecz jasna. W drugim rzucie na scenę wjeżdża subtelny ziołowy sznyt, uzupełniony lekką dozą kwiatów, świeżej trawy oraz chlebowo-zbożowej słodowości. Wysycenie jest drobne, umiarkowanie wysokie i mega orzeźwiające. Na finiszu pojawia się średniej mocy goryczka – bardzo gładka, krótka, miękka i szlachetna. Superancko kontruje słodową podbudowę. Całość jest dobrze spasowana. Każdy element świetnie dogaduje się z resztą towarzyszy. Nie przysłania go, nie utrudnia oddychania że się tak wyrażę ;) Naprawdę bardzo smaczny Pils.

poniedziałek, 10 lipca 2017

PO GODZINACH - SAISON NA MADAGASKAR



Browar Amber piwa „Po Godzinach” wypuszcza jak oszalały (Po Godzinach to linia takich ciekawszych piw. Nie chodzi o to, że w browarze klepią nadgodziny). Ja już po raz któryś nawiążę tutaj do konkurencji, czyli serii Miłosław Warzy Śmiało. Na Żytnie Session IPA od Fortuny, Amber odpowiada Saisonem Na Madagaskar – sezą doprawione sporą ilością różnorakich przypraw. Tak się porobiło, że tradycyjne browary regionalne pełną parą warzą crafty! Wery najs :D Niech ta wojna trwa dalej! Wojna o klienta znaczy się… ;)
No więc tak. Do piwa, czy też może do kadzi dorzucono: aframon madagaskarski (nie nowinka wśród kraftowców, ale pomysł warty uwagi), skórkę pomarańczy, skórkę cytryny, skórkę pomarańczy bergamotki, trawę cytrynową (to też już było po wielokroć, ale można zapropsować) oraz kolendrę, choć to nie Witbier przecież. Do tego na pokładzie znalazł się między innymi słód pszeniczny, słód żytni i orkiszowy. Całość nachmielono po amerykańsku rzecz jasna. Kurde powiem Wam, że na papierze wygląda to cholernie obiecująco! Nie ma na co czekać, lecę po otwieracz oraz szkłoooooooo……
Parę zdjęć wykonanych blenderem i już mogę rozkoszować się piwkiem. Wpierw jeszcze dwa słowa o etykiecie, która jest naprawdę świetna! Spójność z całą serią zawsze sobie cenię, ale te barwy to po prostu mistrzostwo! :D Może nawet bardziej kojarzą się z porą wiosenną, aniżeli letnią, ale kto by się tym przejmował? Kolory są żywe, oczojebne i wyróżniają piwo  na półce, zdradzając nam przy okazji czego spodziewać się w środku. 


Łykniem, bo odwykniem ;> Mhmmm… piwo jest naprawdę rześkie, letnie, owocowe. Wysycenie umiarkowane, choć piana rosła jak szalona i nie miała zamiaru przestać. Biała i drobna pierzynka długo się utrzymuje, cudnie lepiąc się do szkła. Jasno pomarańczowe i wyraźnie mętne w barwie piwo smakuje bardzo dobrze. Przede wszystkim cytrusowo. Czuć trawę cytrynową, bergamotkę, wspomniany aframon oraz bardziej tradycyjne pomarańczowe klimaty. Z tła dolatuje dobrze skrojona, puszysta słodowa podbudowa o fajnym pszeniczno-chlebkowym charakterze. Stawkę zamykają nieśmiałe cienie kolendry, chmielu oraz ziół. Szczególnie fajnie zaznacza się tutaj bergamotka, przez co trunek przyjemnie zalatuje wiadomo jaką herbatą. Goryczka jest niewielka, ale to taki styl, więc gra gitara. Dzięki słodowi pszenicznemu piwo wydaje się bardziej pełne w smaku, niż sugerowałby to stosunkowo niewielki przecież ekstrakt (12,1°Blg). Mimo to sprawia lekkie wrażenie, jest strasznie pijalne i niebywale świeże. Całość smakuje naprawdę wybornie! Można pić bez końca ;)

piątek, 7 lipca 2017

RYCZĄCA CZTERDZIESTKA z BROWARU NA JURZE



Browar Na Jurze lubi eksperymenty. Wiedzą o tym niemal wszyscy rodzimi birgicy. Może niezbyt często, ale w miarę regularnie z Zawiercia w Polskę wyrusza jakiś autorski projekt. Jego niecodzienność w głównej mierze polega na jakimś mniej lub bardziej nieznanym dodatku. Nie inaczej jest z Ryczącą Czterdziestką. O dodatkach będzie kilka linijek poniżej, ale wpierw musimy rozgryźć nazwę, która jak wiadomo  - z dupy się nie wzięła. Piwo bowiem powstało niejako „na cześć” Pani Moniki, córki założycieli Browaru Na Jurze. Monika w tym roku skończyła czterdziechę i to właśnie ona przede wszystkim specjalizuje się w wymyślaniu tych bardziej ekstrawaganckich napitków. Tak się składa, że poznałem tę kobietę osobiście podczas mojej grudniowej wizyty w browarze. Bardzo miła, rozgadana i pełna energii osoba. Czy ryczy, to nie wiem, ale potencjał na pewno jest ;)
Tytułowe piwo to belgijski mocarz w stylu Belgian Golden Strong Ale. Co ciekawe jeden z trzech w ofercie browaru! Wyróżnia go dodatek świeżo wyciśniętych soków z cytryny i melona. Nachmielono to po słoweńsku, amerykańsku oraz australijsku. Lecimy z koksem!


Zgodnie ze świecką, średniowieczną tradycją zaczniemy od wyglądu. Pani Monika… tfu! Rycząca Czterdziestka to bardziej pomarańczowe w barwie, aniżeli złociste piwo. Mamy tu lekkie zamglenie, bo mętnością bym tego nie nazwał. Trzeba jednak zaznaczyć, że piwo się już dobrze sklarowało – na dnie została się spora ilość osadów. Wieńczy je niezbyt wysoka kołderka białej, średnio ziarnistej piany, która niestety do wytrwałych nie należy.
Czas na konsumpcję. Ja pierdziu jak to dziwnie smakuje!! Strasznie owocowo, strasznie melonowo! Uprzedzam, że nie przepadam za tym owocem, choć słowo „nie lubię” byłoby tu pewnym wyolbrzymieniem. Melon zajmuje u mnie miejsce tuż obok arbuza, czyli ani mnie ziębi, ani grzeje. Kurczę, ale w życiu bym nie powiedział, że to ma 9,5% alko!!! Absolutnie i pod żadnym względem nie czuć tutaj tego woltażu. Nic nie grzeje, nic nie piecze, nic nie smyra. Zajebioza :) Ale ciało czuć. Nie wiadomo iloma Plato szczyci się ów napitek, ale pełnia jest naprawdę spora. Piwo jest dosyć gęstawe, a przy tym przyjemnie gładkie. Melon dzierży palmę pierwszeństwa, nie dając zbytnio wychylić się zza winkla subtelnym akcentom cytryny, grejpfruta i słodszych tropików typu mango, liczi, czy marakuja. Naprawdę cholernie owocowe piwo. Na tyle owocowe, że nut słodowych trzeba się doszukiwać ze świecą. W tle majaczą niewielkie, acz obecne cienie przyprawowe – w końcu to belgijskie piwo. Z odchmielowych niuansów na pewno można zauważyć niewielkie ziołowe echa oraz pokaźną goryczkę o wyraźnym grejpfrutowo-łodygowym charakterze. Goryczka jest solidna i wyrazista, a przy tym dość szlachetna. Świetnie radzi sobie z owocową słodyczą tego piwa, tylko nieznacznie zalegając na podniebieniu.

wtorek, 4 lipca 2017

GEHENNA od GOLEMÓW - Whisky Stout pełną gębą



Ponownie naszła mnie ochota na coś ciemnego, wręcz coś czarnego. Myślimy czarne piwo – mówimy Stout! Tak, ale tym razem to nie wszędobylski RIS, lecz jego słabszy, nieco lichszy brat – Foreign Extra Stout. W sumie FES to też dość popularny skurczybyk, no ale dzisiaj zajmiemy się jego wędzona odmianą. Konkretnie wędzoną dymem z torfu. Myślimy torf – mówimy słód whisky… mada faka! ;) To jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy takie jak ja rzecz jasna, bo trzeba wiedzieć, że na świecie istnieje zdecydowanie więcej przeciwników takowych klimatów, aniżeli zwolenników.
Gehenna – bo o nim mowa – to nic innego jak Whisky Extra Stout. Uwarzyli to Golemowie, a piwo zostało przyjęte bardzo ciepło i nad wyraz pozytywnie. Nie mogłem go sobie odmówić, zwłaszcza, że wieść gminna głosi iż jest to jedno z najbardziej torfowych polskich piw rzemieślniczych! Ja jako wielki fan i piewca asfaltu w piwie, musiałem to sprawdzić :)


Golemowska Gehenna wygląda bardzo prawilnie, po prostu książkowo – trunek jest czarny jak Bóg przykazał. Niestety mimo agresywnego nalewania piana nie chciała się zbytnio tworzyć. Na powierzchni nie pojawiło się nic prócz cienkiej warstewki drobnej, beżowej kołderki. Która zresztą nie cieszyła się zbyt długo swoim żywotem…
Smakujemy, wąchamy… wszystko naraz. Szukamy tej wymarzonej wędzonki torfowej! Nooo Panie jest wędzonka, nie tylko torfowa, ale nawet i bardziej tradycyjna, czyli taka dymna, ogniskowa. W smaku torfowe klimaty określiłbym jako wyraźne, ale raczej przeciętnie intensywne, no ale mówi Wam to wielki wielbiciel słodu whisky. Dla zwykłych śmiertelników taka ilość może stanowczo zniechęcać do konsumpcji. Jest rozgrzany asfalt, są zjarane kable, jest kapka smoły i podkładów kolejowych. Dalej mamy całkiem sporo czekolady deserowej, trochę palonych słodów, posłodzonej kawy i palonego zboża. Tłem zasuwa odrobina karmelu, cukru trzcinowego i słodkich pralinek. Jest gładko, może nawet  nieco ślisko. Wysycenie jest niskie, czyli jak najbardziej stylowe. Finisz jest długi i esencjonalny (jak posmak ust ukochanej osoby), zakończony lekką, ale bardzo sympatyczną goryczką o łagodnym kawowo-palonym profilu. Smaczne to jest, nawet bardzo. Jest dosyć słodko, bardziej słodko niż się spodziewałem, ale na szczęście obyło się bez przegięcia pały ;)