czwartek, 20 września 2018

PIXIE DUST od Kingpina. Tak się robi potrójne NEIPA!


Jakoś z miesiąc temu wziąłem się za Hazy TIPA od Golema. Piwo wypadło dobrze, choć bez większego szaleństwa w kwestii podniet. Dziś na wokandę wskakuje piwo w identycznym i wciąż bardzo rzadkim u nas stylu – Triple New England IPA. Lejdis end dżentlemens! Oto Pixie Dust od Kingpina!
Bardzo dawno nie gościł u mnie Kingpin, więc to doskonała okazja by sprawdzić formę tego, jakże lubianego przeze mnie kontraktowca. Ciekawe co też ciekawego tym razem zgotował nam ów „świński” browar?
Teorii to tu za wiele nie można popisać. NEIPA wzmocniona do potęgi trzeciej. 24,5º Blg, równo 9% alko. Specjalnych dodatków w zasadzie brak, bo płatki owsiane, płatki pszenne oraz słód owsiany to raczej codzienność przy tym stylu. 


Pyłowa Wróżka w szkle wygląda niezwykle apetycznie. Barwa typowo złocista, lekko mętna. Do tego okazała czapa białej, puszystej i cholernie trwałej piany. Lacing również mistrzowski. Takich firan może nie jedna pani domu pozazdrościć ;)
Triple NEIPA od Kingpina w smaku jest bardzo soczystym i owocowym napitkiem. Odnoszę wręcz wrażenie, że do piwa dodano jakiś miąższ lub pulpę, chociaż wiem, że to nieprawda. Jest szalenie soczyście, świeżo i gładko. Ciecz jest bardzo kremowa, taka puszysta w ustach. Jak widać płatki owsiane (a pewnie i pszeniczne) zrobiły swoje. Dominują białe i żółte owoce. Takie bardziej europejskie, aniżeli z egzotycznych zakątków. Z cytrusów pojawia się na chwilę grejpfrut oraz ździebełko limonki. Dalej mamy klimaty lekko żywiczne i lekko iglaste. Całość sprawia słodko-gorzkie wrażenie. Skórkowo-pestkowa goryczka nie jest jakaś bardzo mocna, ale wystarcza, by zrównoważyć słodszą stronę tego piwa. Z czasem goryczka nieco zalega, ale da się z tym żyć. Bardzo podoba mi się tu idealna równowaga na linii słodowość-chmielowość. Oczywiście mówiąc chmiel mam na myśli pochodzącą od chmielu owocowość. Świetnie im to wyszło. Wielkie brawa również za bardzo dobrze ukryty alkohol. Pije się to tak fajnie, że można nawet zapomnieć z jakim woltażem mamy tu do czynienia. Ogólnie piwo jest bardzo smaczne i jest w stylu, za co podwójny szacun.

poniedziałek, 17 września 2018

GWIAZDA PÓŁNOCY z Maryensztadtu. PIWO IDEAŁ!!!


Lubię Maryensztadt. W tym Zwoleniu naprawdę znajo się na rzeczy, umiejo mieszać w kotłach. Ich piwa naprawdę zbierają bardzo dobre opinie, a plują przy tym nowościami szybciej niż Kobra obraca częstochowskimi klientami (brawo dla kumatych). Sorry, ale ja nie jestem w stanie nadążyć. Znaczy, nie ogarniam tych wszystkich nowych wypustów z  Maryensztadtu. Tego po prostu jest za duuużo!
Mam ich piwa pod nosem choćby w Netto, ale mimo wszystko kuszę się na nie naprawdę rzadko. No, ale obok takiego rarytasu to ja obojętnie nie przejdę! Takie cymesiki przyciągają mnie równie mocno, jak magnes metalowe opiłki, albo jak sportowe beemki przyciągają cycate blondynki. No kuźwa nie odpuszczę i koniec! Tym piwnym cymesom znaczy się, nie blondynkom :D
Gwiazda Północy – tegoroczna nowość, imperialny porter bałtycki. Nie dość, że imperialny to jeszcze smoked. Nie dość, że wędzony to jeszcze mamy tu nawrzucane suszonych fig (nie chodzi o damskie majtki) i wędzonych śliwek. Tak kochani. Imperial Smoked Plum & Fig Baltic Porter. Joł mada faka! ;p 


Ehhh… nie ma to jak robić słit focie na parapecie. Piwo jest zupełnie czarne i nieprzejrzyste. Piana ładnie zbudowana, drobna i puszysta. Cieszy wzrok, ale nie jest zbyt długowieczna. Ledwo wytrwała końca sesji zdjęciowej.
Pierwszy łyk i od razu zacząłem mówić łaciną (if You know, what I mean). Ja piernicze! Jakie to jest dobre, jakie smaczne, jakie gładkie, jakie gęste. W buzi czysty aksamit. Pełnia zwala z fotela, treściwość prostuje włosy na klacie, złożoność filcuje kalesony, a gęstość odbiera mowę. 26º Plato czuć ze sporą nawiązką. Kakao, mleczna czekolada, prażone słody, pieczywo razowe, dym oraz oczywiście suszone owoce. Są figi, są też rodzynki oraz moje ulubione wędzone śliwki. Mniam, mniam! W tle pasą się łagodne jak baranki nutki kawy zbożowej i prażonej lukrecji z domieszką karmelu oraz toffi. W rzeczy samej jest słodko, choć na chwilę pojawia się delikatna goryczka o grzecznym, palono-czekoladowym profilu. Alkohol chyba poszedł sobie na spacer, bo piwo jest tak fest ułożone, że klękajcie narody. Owszem, coś tam z lekka grzeje w brzuszku, ale w ustach nie ma ani grama etanolu. Żadnych spirytusowych, czy bimbrowych wtrętów. Po prostu naleweczka pierwszego sortu. Bardzo dawno nie piłem tak cholernie smacznego napitku, zwanego piwem! To jest po prostu klasa światowa.

sobota, 15 września 2018

Co czeka na nas w Przedpiekle?

Nie tak dawno temu gościł u mnie wymrażany Dark Strong Ale z Browaru Spółdzielczego. Lódolf mu było, czy jakoś tak… BTW – petarda jak nie wiem!
Dziś będziemy obracać się w nieco podobnych klimatach. W me skromne i zakurzone progi wkracza bowiem wspólne dziecko Piwoteki i Golema. Ja nie wiem jak oni ten… teges…, no wiecie. Nie wnikam. Faktem jest, że wyszedł z tego Cherry Belgian Dark Strong Ale. Belgijskie drożdże, nietuzinkowe cyferki, cukier muscovado oraz sok z wiśni. No i ta nazwa – Przedpiekle. Genialna! :D Aż mam ciary na jądrach. Znając wyczyny obu browarów można mieć nadzieję na naprawdę odjechane piwerko.
Całość jest bardziej w stylu piwotekowym niż golemowym. Mam tu na myśli opakowanie. ‘Eta’ jak zawsze dopracowana z mnóstwem szczegółowych danych. To lubię :)
Piwo nie było tanie, więc liczę na wiele. Przekonajmy się co czeka na nas w Przedpiekle.



Ciemno tu jak w dupie u wiadomo kogo, więc ciężko jest ocenić barwę. Stawiam na kolor ciemno wiśniowy, może z lekką domieszką burgundu. Ale ciecz jest klarowna, tego jestem pewien. Piany brak. Cóż, witamy w piekle przedpiekle.
Ciecz przyjemnie rozgrzewa kiszki już od pierwszych łyków. W sumie to grzeje już nawet w przełyku, ale nie jest to grzanie ordynarne, czy uciążliwe. Alkohol jest tu bardzo dobrze ułożony i szlachetny, choć cały czas wyczuwalny. Czuć też dużą gęstość napitku. W końcu ekstraktu na poziomie 26º Blg nie uświadczymy w koncernowych szczynach, zwanych eurolagerami ;> Piwo jest naprawdę gęstawe, bardzo gładkie i takie fajnie oleiste. Coś jak syropek na chore gardełko. Płynie to to niespiesznie w dół przełyku oblepiając wszystko dookoła. Wiśnie są bardzo wyraźne, ale jeszcze nie dominujące. Sok z dojrzałych wiśni dobrze komponuje się z ciemnymi słodami, cukrem trzcinowym i bliżej nieokreślonym ciemnym ciastem (nie brownie). Daleko w tle hasają nieśmiałe nutki czekolady oraz bardzo subtelnych przypraw (najwięcej jest chyba gałki muszkatałowej). Generalnie jednak całość jest raczej mało belgijska, ale za to przyjemnie cierpka i dosyć wytrawna na finiszu. Pojawia się też wspomniana na etykiecie pestkowość oraz mega orzeźwiająca kwaskowość od wiśni. Nagazowanie poniżej normy, ale absolutnie wcale mi to nie przeszkadza. Wszystko jest tu bardzo naturalne, bardzo soczyste, bardzo harmonijne. Po prostu bardzo smaczne.

czwartek, 13 września 2018

3. CZĘSTOCHOWSKI FESTIWAL PIWA - relacja


Tak moi drodzy. Piwne zadupie zwane Częstochową też ma swoje piwne święto i to już od trzech lat!!!

W związku z tym, że niedawno miał miejsce 3. Częstochowski Festiwal Piwa, to postanowiłem podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Zwłaszcza, że w „moim mieście” kultura piwna i związane z nią wydarzenia stoją na dość niskim poziomie. Nie oszukujmy się – jak na ćwierćmilionowe (mówi się tak w ogóle?) miasto, jest tu tylko jeden prawdziwy sklep specjalistyczny z piwami i jeden… może dwa prawdziwe mutlitapy. Reszta to jedna wielka koncernowa pustynia. No dobra, trochę pewnie przesadzam, ale daleko nam do choćby Torunia, Lublina, czy Olsztyna. I umówmy się – Częstochowski Festiwal Piwa nigdy nie aspirował i nie będzie aspirował do grona największych piwnych festiwali w Polsce. Więc wszystkie podśmiechujki proszę w tej chwili chować do kieszeni ;)


 Jak już wiecie w dniach od 7 do 9 września w „świętym mieście” odbywał się Beer & Food Truck Festival. W tym roku impreza wylądowała tuż pod Ratuszem, czyli w samym sercu Częstochowy, na Placu Biegańskiego. W sumie nie było chyba lepszego miejsca dla letniego festiwalu piwa. Ścisłe centrum, multum przechodniów, multum turystów, czy może raczej pielgrzymów. Zwał, jak zwał, ale widok wyrazu twarzy zmęczonych pielgrzymów tuż przed Jasną Górą, idących przez sam środek festiwalu piwa – bezcenny! Stoisk z piwami było coś koło piętnastu, prócz tego oczywiście strasznie popularne ostatnio food trucki. Od frytek belgijskich, poprzez amerykańskie burgery, po dania kuchni meksykańskiej. Do wyboru, do koloru. Ja nic stamtąd nie szamałem, więc czy dobre powiedzieć nie potrafię. Sorki.



Moja postać piwnego geeka na imprezę dotarła w sobotę ok godziny 14.40 i krążyła intensywnie wokół namiotów z piwami, a było w czym wybierać (łącznie około 15-stu wystawców). Był np. AleBrowar, Pinta, Piekarnia Piwa, Browar Kazimierz, Maryensztadt, Browar Na Jurze, Jan Olbracht, Wąsosz, czy Pracownia Piwa. Z mniej reprezentatywnych browarów wystawił się na szczęście tylko Racibórz, który oczywiście cieszył się dość dużym zainteresowaniem. Ciężko natomiast odchorowałem brak EDIego i Koreba, ale mówi się trudno. Jakoś trzeba żyć dalej.

poniedziałek, 10 września 2018

Baltyk-Tasman prosto z Nowej Zelandii :)


Ach, zazdroszczę Pincie! Fajnie jest być weteranami polskiego piwnego kraftu, ojcami polskiego piwnego rzemiosła. Już po kilku latach stresu, intensywnego główkowania i zaciskania zębów, możesz sobie latać po całej kuli ziemskiej i odwiedzać najróżniejsze zakątki świata tylko po to, by uwarzyć tam piwo. No może jeszcze, by zawrzeć nowe znajomości, powznosić „kilka toastów” i trochę pozwiedzać niebieską planetę.
Pinta Hop Tour to jedno, a coroczne warzenie porteru bałtyckiego z zagraniczną ekipą to drugie. Dziś zajmiemy się właśnie „tym drugim”.
Baltyk-Tasman to już czwarty porter bałtycki uwarzony w zagramanicznym browarze w kooperacji z Pintą. W październiku 2017 roku Fałat i spółka polecieli do Nowej Zelandii, by wspólnie zamieszać w kotle z 8 Wired Brewing. Ponoć to jeden z najbardziej utytułowanych browarów w krainie Hobbitów. Trzeba uwierzyć na słowo, bo ja nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem ;)
Mamy tu klasykę pełną gębą. 22º Plato, dolna fermentacja, polskie chmiele. Jak pięknie! 


Otwieram i przelewam. Piwo bardziej wygląda mi na RISa, ale to nic. Barwa praktycznie zupełnie czarna. Piana bujna, beżowa, drobna, puszysta i dość trwała jak na tak mocny napitek. Lacing także niczego sobie. Tak trzymać.
W rzeczy samej kolor prawdę ci powie. Piwo jest dosyć mocno palone, jak na ten styl. Palonych słodów jest tu naprawdę dużo, ale też nie sposób pominąć takiej charakterystycznej porterowej nuty. Trunek jest bardzo charakterny, wyraźnie goryczkowy, ale nie ostry, czy alkoholowy. Pełno tu gorzkiej czekolady i dosyć mocnej kawy bez cukru. Na moment pojawiają się też ciemne suszone owoce, jednak finisz jest subtelnie palony z akcentem na gorzkie kakao. Tłem suną niewielkie echa przypalonego karmelu, pumperniklu oraz chmielu. Nabąblowanie jest niskie, czyli prawilne. Całość smakuje naprawdę zacnie, jest gładka, przyjemnie gęsta i bardzo dobrze ułożona. Żadnego pieczenia, czy drapania w jabłko Adama. Mniam, mniam! Wyrazisty to porterek, nie powiem. Zobaczmy zatem, czy pachnie tak samo pięknie jak smakuje?

piątek, 7 września 2018

OKO W OKO - 1 na 100 vs Miłosław Bezalkoholwe IPA


Jak wieść gminna niesie, ponoć wciąż palmę pierwszeństwa wśród krajowych bezalkusów dzierży 
1 na 100 z Kormorana. Ja nie jestem w stanie na te tematy dysputować, gdyż żem człek ciemny i zacofany jeśli chodzi o piwa bez procentów. Jako piwny blogerek zaliczam się raczej do tej grupy osób, co to lubią jak im zaszumi w główce po wypiciu browarka ;)
Ostatnimi czasy jednak dzieje się bardzo wiele w tej materii. Powstają wręcz całe serie piw bezalkoholowych i/lub niskoalkoholowych (patrz: 1 na 100 Pigwowiec i Miód). Wygląda to niemalże tak, jakby każdy kraftowy (i nie tylko) browar chciałby mieć w swojej ofercie piwo dla kierowców, czy innych rowerzystów. Ciekawe czy to taka krótkometrażowa moda, czy bardziej może stały trend?
W każdym bądź razie pewnego razu skusiłem się na nowość – Miłosław Bezalkoholowe IPA od Fortuny ma się rozumieć. Z dodatkiem zielonej herbaty Sencha Earl Grey. I nie zawiodłem się. Piwo smakowało wybornie! I to nie tylko mnie. Ktoś tam nawet krzyknął w sieci, że to najlepsze polskie piwo bezalkoholowe. No to ja podchwyciłem temat i postanowiłem je sobie porównać z już dość starym, ale wciąż wielce poważanym wyrobem z Kormorana, który tak de facto piwem bezalkoholowym nie jest, ale…
Dla potrzeb własnych i ułatwienia sobie życia, piwa bezalkoholowe (do 0,5%) i niskoalkoholowe (do 1%) traktuję tożsamo. No bo chyba trzeba by wypić całą cysternę 1 na 100, żeby po wejściu za kółko mieć we krwi więcej niż dopuszczalne 0,2‰.

 
1 na 100

Zaczynamy od weterana. Piwo jest ciemno złote w barwie, idealnie klarowne. Wygląda zatem bardzo zwyczajnie, choć piany to tu prawie nie ma. Szkoda więc nawet komentować.
W aromacie jest za to bardzo przyjemnie i intensywnie. Piwo nie odbiega w zasadzie wcale od alkoholowych przedstawicieli kraftu. Dominują słodkie owoce tropikalne (mango, liczi, marakuja), choć i nieco subtelnych cytrusów się tu znajdzie. Nieco z boku egzystują fajne żywiczne cienie, iglaki, sporo nut kwiatowych oraz kapka miodku (!). Całość podszyta została zgrabnie dopasowaną słodowością o cechach biszkoptów i herbatników okraszonych szczyptą karmelu. Tradycyjnie, ale dobitnie. Słodko oraz bardzo świeżo i naturalnie. Zapach z pewnością każdemu się spodoba.
Smakowo piwo wypada trochę gorzej. Przede wszystkim czuć wyraźnie, że ekstrakt jest tu mizerny (6,5º Blg). Kormoranowi nie udało się niestety oszukać zmysłów (przynajmniej w tej warce). Pełnia jest skromniutka, ciałko mizerne, całość dosyć wodnista. Ów fakt podbija dodatkowo bardzo niskie wysycenie. Natomiast dzielnie się spisują amerykańskie chmiele – są kwaskowe cytrusy, a nawet nieco tropików. Jest też bardziej tradycyjny chmiel, ponownie kwiaty oraz zioła i liście tytoniu (w składzie Lubelski i Sybilla). Pojawia się też całkiem wyraźna, krótka i szlachetna goryczka o fajnym ziołowo-chmielowym profilu. W tle daje o sobie znać delikatna słodowość typu zbożowego. Smaczne to, choć nie sposób pozbyć się uczucia pustki i wodnistości na finiszu.

środa, 5 września 2018

PROJEKT 30 - "3". Przedziwny skurczybyk


Pamiętam jak się człowiek jarał pierwszym piwem z Projektu 30 od Maryensztadtu. Wow! To było coś. Ekskluzywna buteleczka, drewniany korek, zawieszka, olbrzymie parametry, ograniczona ilość i tylko jedna uwarzona warka. Prestiż i wyjątkowość. Gęsia skórka i mrowienie w przyrodzeniu murowane.
Wiosną tego roku do sklepów trafiło trzecie piwo z tej serii i jakoś już przestałem się tym tak bardzo podniecać. Oczywiście wciąż chciałem je mieć, wciąż leżało ono w kręgu moich piw most wanted, ale kisielu w majtkach po prostu nie było. Chyba się starzeję. Tylu dobrych trunków już w życiu próbowałem, że kolejne po prostu nie są mi już do szczęścia potrzebne. No, ale jak już w szafce leży taki specjał, to grzechem byłoby go nie wypić :D
Projekt 30 – „3” to Wee Heavy. Szkocki „mięśniak” niezmiernie rzadko eksplorowany przez naszych rzemieślników. Browar Maryensztadt uczynił z niego wersję imperialną aplikując mu jebitne 32,2º Blg oraz równie jebitne 11,6% alkoholu! To jeszcze jednak nie wszystko, bo jest to wersja barrel aged. Ten mocarny skurczybyk dojrzewał sobie w beczce po szkockiej Whisky Laphroaig (nawet nie próbujcie tego wymawiać, wystarczy że już w pisowni to słowo sprawia niemałe trudności). Jako, że uwielbiam torfowe klimaty, to zanosi nam się tu na niezłe sztosiwo. Let’s go!


Jak to zwykle bywa w przypadku piw barrel aged, nawet pomimo agresywnego nalewania, piany albo nie ma wcale, albo jest bardzo skąpa. Tutaj sprawdził się ten drugi scenariusz. Samo piwo natomiast nosi ciemno brunatny odcień, wpadający w przybrudzony burgund. O dziwo jest klarowne.
Już pierwszy łyk dał mi wiele do myślenia. Spodziewałem się nieco innych doznań, ale w sumie tak dawno nie piłem żadnego Wee Heavy, że w zasadzie to odkrywam ten styl na nowo, tym bardziej, że przesiąknięte jest na wskroś torfową ‘łychą’. Ciecz jak na tak potężny ekstrakt przystało jest cholernie gęsta, lepka i oleista. Niespiesznie spływa w dół przełyku, przyklejając się do wszystkiego, co napotyka na swej drodze. Stare drewno, stara whisky, toffi, dym – to czuję w pierwszym akordzie. Dalej mamy zużyte bandaże, jakieś nuty apteczne, wyraźne akcenty orzechowe, opiekanych słodów i przypalonego karmelu. Wielce intrygujący to napitek! Tło zostało zarezerwowane dla niuansów nafty, bakelitu i zjaranych przewodów elektrycznych (nigdy nie kosztowałem, ale tak zapewne by smakowały). No, jest moc! Smakuje to strasznie niecodziennie i dla większości społeczeństwa będzie zapewne nie do przełknięcia. Tak się wczułem w odkrywanie smaku tego piwa, że zupełnie zapomniałem jaki to ma woltaż. Swoją drogą procenty chyba gdzieś się pochowały, bo trunek jest naprawdę zacnie ułożony. Owszem, czuć jego moc, ale wszystko tak fajnie do siebie pasuje, że mam wrażenia picia jakiegoś miodu pitnego z dziwnymi dodatkami. Alko rozgrzewa, ale nie ma mowy o pieczeniu, czy drapaniu w gardełko. Goryczka przybrała bliżej nieokreśloną postać, ale jest bardzo szlachetna. Nie za słaba, nie za mocna. Taka wręcz idealna. Piwo nie jest nazbyt słodkie, więc gra gitara :)