czwartek, 16 sierpnia 2018

SHORT TEST: Srogi Niedźwiedź z Browaru Łąkomin



Prolog: Jak to w moim stylu, sięgam dzisiaj po ruskiego stałta. Słońce nie przestaje smażyć pośladków tych wszystkich plażowiczów, a ja idę pod prąd i piję w upał kolejnego mocarza ;p
O co kaman: O Srogiego Niedźwiedzia z Łąkomina. Sprytnie upakowanego do małego ‘bączka’. Uwielbiam te małe buteleczki, a Wy?
Wdzianko: W szkle można podziwiać ciemno burgundowe, niemal czarne piwo przykryte niewysoką, ale puszystą i drobną pianką o barwie cappuccino.
Kichawa mówi: Mało wyraziście to pachnie i przede wszystkim mało RISowo. Całość jest szalenie łagodna, grzeczna, przytłumiona. Wyczuwam sporo karmelu, taniej czekolady oraz mnóstwo kakałka. W tle opiekane słody, skórka chleba i szczypta melasy.
Jadaczka mówi: Piwo jest bardzo łagodne, bardzo gładkie, wręcz nieco stonowane i wyraźnie słodkie z ledwo co zauważalną goryczką. Mamy tu prażone słody, karmel, tanie pralinki, kawę zbożową, a na dokładkę trochę melasy i nut ciemnego pieczywa. Alkohol jest fajnie ułożony, nic nie piecze, nie pali. Pełnia jest duża, ale ten balans mnie zmartwił.
Komu mogę polecić: Chyba nikomu, bo nie chcę, żeby ktoś później miał do mnie pretensje.
Epilog: Cóż, piwo ewidentnie nie najwyższych lotów. Nikłe w odbiorze, dosyć miałkie i przede wszystkim za słodkie. Na pewno nie jest to RIS. Jeśli już, to przeciętny porter bałtycki. Jedynym plusem jest w zasadzie tylko dobre ułożenie oraz spora (odpowiednia) pełnia. Reszta niestety poniżej oczekiwań.
OCENA: 4/10
CENA: 13.99ZŁ (Z Innej Beczki)
ALK. 10,7%
TERMIN WAŻNOŚCI: brak
BROWAR ŁĄKOMIN

wtorek, 14 sierpnia 2018

Hazy TIPA od Golema. Czy potrójna NE IPA się sprawdzi?


Wiecie co? Dziś czeka na Was pewne zaskoczenie. Zazwyczaj pojawiają się tutaj piwa ciemne i mocne typu RIS, czy porter bałtycki, a od biedy jakiś Quadrupel. Dzisiaj jednak się wyłamię, zrobię małą odskocznię, a poniekąd reset kubków smakowych.
Jak widzicie biorę się za Hazy TIPA od Golemów. Piwko nie jest już gorącą nowinką, ale o ile mnie pamięć nie myli pojawiło się w sklepach nie więcej niż 3-4 miechy temu. Hazy TIPA to nic innego jak New England Triple IPA. Tak, potrójne aj-pi-ej i to w wersji Vermont. Mamy więc parametry w zasadzie RISowe, choć względnie jasną barwę (a mówiłem, że się wyłamuję?). Mało ci u nas przedstawicieli tego stylu. Wydaje mi się, że można by ich spokojnie policzyć na palcach jednej ręki, a dwie ręce chyba wystarczą, by zliczyć wszystkie polskie potrójne IPY.
Liczenie jednak zostawiam Wam drodzy kraftopijcy, ja natomiast zajmę się moim dzisiejszym gościem. Jestem niezmiernie ciekawy co też Golemowie nam tutaj przygotowali. 


Siup i piwko ląduje w IPA Glass. Wygląda bardzo apetycznie. Mętność jest spora, choć może jeszcze nie taka totalna, jak przyzwyczaiły nas do tego inne Vermonty. Ciecz nosi ciemno złote wdzianko, a pieni się wręcz wyśmienicie. Na powierzchni uformowała się olbrzymich rozmiarów czapa zbitej, sztywnej, drobno ziarnistej piany, która naprawdę długo utrzymuje się przy życiu. Lacing też nie od parady! Jest na czym oko zawiesić ;)
Smakujemy. Od razu czuć tą gęstość oraz aksamitną gładkość na języku. W końcu 24 ballingi, to nie w kij dmuchał. Piwo nie zawiera w sobie żadnych dodatków, prócz płatków owsianych i pszennych. Nie ma tu zatem żadnych dziwnych, czy rzadko spotykanych smaczków. Jest za to czysta klasyka w nieco bardziej owocowym wydaniu. Biszkoptowo-chlebowa słodowość wyraźnie daje o sobie znać, a podszyta jest solidną porcją karmelu, żywicy oraz amerykańskich chmieli. Te ostatnie przybrały formę głównie słodszych owoców tropikalnych, choć i nieco cytrusa się tu znajdzie. Jest np. dojrzały różowy grejpfrut, a także szczypta skórek gorzkiej pomarańczy. Dalej mamy już tylko nieznaczne echa liści tytoniu oraz przyjemną porcję kwiatów. Goryczka jest obecna, ale niezbyt mocna. Powiedziałbym nawet, że jak na Triple IPA, to jest wątła, niczym penis siedemdziesięciolatka po stosunku :p Spory plus natomiast za doskonale ukryty, cholernie dobrze ułożony alkohol. Nie ma mowy o żadnym pieczeniu, czy paleniu w przełyku. Brawo!
Smakuje to całkiem dobrze, choć szału żadnego nie ma. Wąchamy.

sobota, 11 sierpnia 2018

LÓDOLF - niesamowita wymrażanka, nieziemskie wrażenia!


Właściwie to chyba powinienem zostawić to piwo na jakąś specjalną okazję, ale kurde nic nie przychodzi mi do głowy. W najbliższym czasie nie szykuje się żaden blogowy jubileusz. Trudno zatem – wypiję Lódolfa bez okazji. A co tam! W końcu „jestę blogerę”, więc mogę ;>
Czemu tak się jaram? Jeśli ktoś w miarę śledzi polski rynek kraftowy, to pewnie już dawno słyszał o piątej wymrażance z Browaru Spółdzielczego. Ponownie bardzo limitowana ilość, horrendalna cena oraz etykieta z materiału haftowana srebrną nicią. Już samo to sprawia, że  czuję dreszczyk emocji na swoich owłosionych plecach.
Lódolf (gra słów) to wymrażany Dark Strong Ale o niewyobrażalnym wotlażu na poziomie 16%!!! Tym samym jest to najmocniejsze piwo, jakie kiedykolwiek wlewałem do swojego gardziołka. Druga rzecz, że z polskich piw tylko wymrażany Hades przewyższa go zawartością alkoholu. Tak więc mam tu przed sobą piwo strasznie nietuzinkowe, rzadkie i wielce pożądane przez krajowych geeków.
Trunek powstał we współpracy z Browarem Harpagan, co też jest nowością w tym zakresie. Kolejna ciekawostka – powstały różne wersje tego piwa, leżakowane w beczkach po różnych alkoholach. Łącznie było chyba z pięć tych wersji, choć mogę się mylić. Mój egzemplarz na przykład dojrzewał sobie w beczułce po hiszpańskim czerwonym winie Rioja. Nic mi to oczywiście nie mówi, bo nie gustuję w winach, ale piłem już kilka piw Red Wine Barrel Aged. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. 


Lódolf Rioja BA jest piwem ciemno brunatnym, pozbawionym zupełnie piany. Przy leżakowaniu w drewnie to zupełnie naturalne zjawisko.
W ustach za to dzieje się co niemiara. Ależ to jest gęste! Ludziska! Syrop, olej, ekstrakt, nektar, miód pitny, ale na pewno nie piwo. Szalenie gęste i szalenie gładkie, wręcz jedwabiste. Ciecz powoli sunie w dół przełyku, wyraźnie klejąc się do ścianek. Naprawdę niesamowite zjawisko. Bardzo przypomina mi to Jopejskie, choć to zupełnie inna technika produkcji (cena też inna). Wyczuwam tu sporo słodowej słodyczy, mnóstwo karmelu, nut opiekanych, tostów oraz skórki chleba. To wszystko polane jest rozsądną ilością mlecznej gorącej czekolady, okraszonej pewną dozą miodu, melasy i cukru kandyzowanego. Gdzieś tam w oddali majaczą echa toffi, sosu sojowego, daktyli, śliwek węgierek, ciemnych winogron i – bądź, co bądź – wyraźnego alkoholu, kojarzącego się bez wątpienia z likierem karmelowo-czekoladowym. Jest bardzo słodko, ale nie muląco. Piwo w żadnym razie nie zamula. Alkohol obecny, ale nieźle ułożony, nie piekący, o dosyć szlachetnym rodowodzie. Piękna sprawa. Super się to pije. Wrażenia wprost nie z tej Ziemi! :D

środa, 8 sierpnia 2018

OKO W OKO - Brackie Žatecký Pils vs Žatecký Svĕtlý Ležák


Ramię w ramię… ręka w rękę… Nie. Dłoń w dłoń, twarzą w twarz… Aaaaaa – Oko w Oko!! No tak ;>
He, he! Przed Wami drodzy kraftopijcy kolejna odsłona tego popularnego cyklu. Ostatnio były piwa ciemne i ciężkie, a dzisiaj wręcz odwrotnie. W moim nie do końca zdrowym umyśle zrodził się pomysł porównania dwóch wg mnie bardzo podobnych piw. Obydwa są polskimi koncerniakami (choć jeden udaje czeski wyrób), obydwa są jasnymi lagerami i obydwa mają niemal identyczną datę ważności! Co jeszcze je łączy? Bardzo podobne parametry oraz wyraźnie zaakcentowane chmielenie czeskim chmielem Žatec (inaczej Saaz) i to właśnie głównie ten czynnik sprawił, że wymyśliłem sobie zrobić degustację porównawczą tych dwóch piw.
Co ciekawe, Brackie Pils (12º Blg) pojawiło się już w tej serii wpisów, gdzie porównywałem go ze zwykłym Brackim (warzonym w Cieszynie). Niedawno jednak zmieniono jego nazwę na Brackie Žatecký Pils, tym samym podkreślając czeskie akcenty w tym piwie. Od jakiegoś czasu pijam je regularnie i nigdy mnie nie zawodzi. Kosztuje naprawdę niewiele i w zupełności spełnia moje oczekiwania co do piwa codziennego, w miarę lekkiego, pijalnego, ale prostego w odbiorze.
Žatecký Svĕtlý Ležák natomiast, to wytwór stosunkowo nowy, udający typowo czeskie piwo, choć w rzeczywistości powstaje w Browarze Okocim. Piwo ma 11,3º Blg, więc niewiele mniej niż Brackie. Niby warzone jest pod nadzorem czeskiego piwowara Tomasa Lejseka. Taaa, jasne ;) Piłem je ze dwa razy i naprawdę nie było złe, jak na koncernowy wymysł. Cholernie jestem ciekawy jak wypadnie na tle konkurenta z Żywca?


Brackie Žatecký Pils

Piwo jest szalenie klarowne i pięknie złociste. Generuje niewielką, ale drobno ziarnistą pianę o ładnym białym kolorze, która jednak szybko ulega dezintegracji. Z związku z czym po kilku minutach nie ma nawet śladu po pianie.
Smakowo występuje tu dobrze mi już znana mieszanka nienarzucającego się słodu z delikatnymi, acz wyczuwalnymi nutami chmielu, trawy oraz liści tytoniu. Piwo jest odpowiednio wysycone, rześkie i bardzo pijalne. Nie jest wodniste, a jego pełnia jest średnia. W tle buszują echa zbóż oraz jasnego pieczywa. Goryczki niestety nie ma tu za wiele, ale w końcu to koncerniak, więc trzeba mu wybaczyć. Tak jak mówiłem – piwko proste w swojej konstrukcji, smaczne i takie łagodne można rzec. Idealne na lato, na upały, nad morze, nad jezioro, na grilla. Nie żeby nad nim cmokać, ale żeby je pić. Po prostu jak zwykłe piwo, od którego nie oczekujemy spazmów i orgazmów.
W zapachu też jest dobrze. Przez chwilę można nawet zapomnieć, że wyprodukował to „zły i podły koncern piwowarski”. Piwo pachnie niebywale świeżo i intensywnie. Dostajemy w nos mariażem rześkiego chmielu i przyjemnego słodu o fajnym chlebowo-zbożowym charakterze. Tłem sunie świeżo skoszona trawa, jakieś zioła, oraz ponownie świeże liście tytoniu. Na chwilę pojawia się tu nawet bardzo subtelna owocowość. Mhmm… jestem naprawdę zdziwiony ile można wywąchać z koncernowego jasnego lagera. Całość pachnie bogato, lekko i przyjemnie.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

To się klika! To się czyta! The Best Of :)


By przerwać chociaż na chwilę hegemonię piwnych recenzji na blogu, postanowiłem prześledzić historię najbardziej poczytnych artykułów, jakie ukazały się na przestrzeni ponad sześciu lat istnienia strony Piwa Naszego Powszedniego.
W tekście tym przedstawiam Wam zatem dziesięć najpopularniejszych wpisów na blogu, z odpowiednim do dzisiejszych czasów komentarzem. Bowiem sporo sformułowań tam użytych po prostu się już przedawniło, bądź straciło na znaczeniu. Sytuacja polskiego piwowarstwa zmienia się dosyć szybko, więc nie dziwota, że dane artykuły szybko przestają być aktualne. Żeby nie przedłużać przechodzę do sedna sprawy.



Ten wpis jest bez wątpienia największa siłą napędową mego bloga! Ukazał się w pierwszych dwóch latach prowadzenia tej strony i od samego początku okupuje zaszczytne pierwsze miejsce wśród najchętniej czytanych artykułów, a także najchętniej komentowanych. Tekst wyjaśnia merytorycznie czym jest podpiwek oraz kwas chlebowy. Dodatkowo są w nim krótkie opisy smaku najpopularniejszych ówcześnie tego typu napitków. Z perspektywy czasu uważam, że nie stracił on na znaczeniu praktycznie wcale. Może jedynie portfolio marek się nieco zmieniło. Całość natomiast została napisana krótko i zwięźle, bez niepotrzebnych przemyśleń. Naprawdę jestem cholernie zadowolony z tego artykułu. No może poza tym koszmarnym zdjęciem…




To drugi obok powyższego koń pociągowy tegoż bloga. Artykuł jest jeszcze starszy niż ten o podpiwkach, a klika się niemalże tak samo jak lider tego rankingu. Właściwie już sam tytuł mówi nam, czego z tego tekstu można się dowiedzieć. Prócz dość szerokiej teorii na ten temat, zawarłem w nim opis bodajże wszystkich ówcześnie występujących polskich piw bezprocentowych. Nie było ich zbyt wiele w porównaniu do dzisiejszych czasów. Z tego właśnie powodu obecnie artykuł ten jest bardzo mocno przedawniony. Tamte lata, a obecne, to istna przepaść! Nie jestem teraz nawet w stanie zliczyć samych tylko koncernowych piw bezalkoholowych, a przecież pojawiło się już całe mnóstwo takich napitków od browarów rzemieślniczych i kilka od regionalnych. Od około dwóch lat panuje po prostu u nas moda na piwa bez alkoholu. Co ważne, nie są to już tylko jasne, bezpłciowe lagery. Naprawdę jest w czym wybierać! :)



Wow! W tym temacie także zmieniło się tak wiele, że w zasadzie mógłbym ten artykuł napisać na nowo. Oczywiście część rzeczy jest nadal aktualna, więc cały czas zachęcam do poczytania ;) W tekście tym przedstawiłem miejsca, gdzie można było nabyć piwo inne niż koncernowe (to tak w skrócie). Od tamtego czasu jednak sytuacja dostępności piw regionalnych, a w szczególności kraftowych bardzo się zmieniła. Na szczęście na lepsze. Obecnie piwa te dostępne są nawet w zwykłych całodobowych monopolkach, na stacjach benzynowych, a nawet w niektórych sieciówkach typu Lewiatan, Stokrotka, czy Delikatesy Centrum. Po prostu świat idzie z postępem. I dobrze!



To również bardzo stary wpis, ale cały czas niezwykle popularny i co ważne wciąż porusza aktualne zagadnienie. Jestem z niego chyba najbardziej zadowolony, gdyż postarałem się by merytorycznie stał on na wysokim poziomie. Artykuł porusza zalety oraz wady dwóch piwnych opakowań w korelacji do siebie. Zarówno z punktu widzenia konsumenta, jaki i producenta piwa, czyli browaru.

sobota, 4 sierpnia 2018

AX od Birbanta. Piwo bez dodatków też może być ciekawe!


Ja naprawdę kocham lato (nie chodzi o Grześka oczywiście). Kocham też pić tęgie piwa latem. Przez cały rok kocham je pić. Czy skwar, czy trzaskający mróz – bez różnicy. Więc schowajcie już te swoje pochodnie, widły, kosy, czy co tam na mnie szykujecie. Taki po prostu już jestem.
Dziś na tapecie ląduje AX od Birbanta. Na temat tego piwa nie mogę Wam powiedzieć nic, prócz tego, że to taki zwyczajny Russian Imperial Stout o iście książkowych parametrach. Dodatków brak, leżakowania w drewnie brak. Co jedynie ta nazwa może trochę zastanawiać. Tak wiem – na blogu był nie tak dawno OZ, więc to może jakiś jego brat? W sumie etykieta jest niemal identyczna, zatem coś musi być na rzeczy. Nie zdołałem jednak wyguglować, czym lub kim był tytułowy AX. Może ktoś z czytelników zechce wyjaśnić?


Już po pierwszym łyku daje się zauważyć, że AX to piwo z charakterem (ostatnio często mi się takie trafiają). Niby zwykły ruski imperialny Stout, ale jebnąć z główki potrafi. W ustach jest bardzo gładko, ale jeszcze nie aksamitnie. Piwo oferuje olbrzymią głębię smaku, opartą głównie o gorzką czekoladę, dobrej jakości praliny i dosyć wyraźnie palone słody. W rzeczy samej jest czarno. Słodyczy mamy tu raczej niewiele, choć tu i ówdzie pobrzmiewa jakieś kakao, odrobina toffi, czy cukru brązowego. Tłem natomiast sunie odrobina świeżej kawy bez cukru, która bardzo szybko przeobraża się w dosyć mocną, ale nie przegiętą goryczkę o fajnym kawowo-palonym profilu. Goryczka jest w miarę wyraźna, ale nie zalega zbyt długo. Odpowiednio dobrze kontruje słodową podstawę. Niebywale smaczny to napitek, a na uwagę zasługuje jeszcze całkiem nieźle wkomponowany alkohol, kojarzący się z wysokiej jakości likierem czekoladowym. Mniam, mniam! :D

środa, 1 sierpnia 2018

MIŁOSŁAW BEZALKOHOLOWE IPA. To piwo naprawdę jest spoko!


Niedawno na łamach bloga gościł nowy Miłosław American Witbier, a dziś na moje salony wjeżdża odrobinę mniej nowy Miłosław Bezalkoholowe IPA. Ach, ta Fortuna! Szaleje nam ostatnio co nie miara.
Właściwie nazwa mówi nam tu wszystko. Jest to kolejne piwo chmielone nową falą, ale pozbawione jakże cennych (zazwyczaj) dla nas procentów. Browar Fortuna tym samym wyraźnie podczepia się pod coraz szybciej pędzący pociąg z napisem „moda na piwa bezalkoholowe”. Przecież ostatnio to jest normalnie jakiś wysyp bezalkusów! O dwu procentowych radlerach nie będę nawet wspominał, ale to w sumie inna para gumowców, bo to są piwa tzw. niskoalkoholowe, które są raczej domeną koncernów. Ja mam tu na myśli prawdziwe piwa rzemieślnicze, ale z zawartością alkoholu do 0,5%, które to wg naszego ustawodawstwa nazywane są piwami bezalkoholowymi.
Osobiście nie jestem wielkim hołdownikiem bezalkusów i Wy dobrze już o tym wiecie. Niech świadczy o tym fakt, że na blogu jak dotąd pojawiło się zaledwie jedno tego typu piwo (i to całkiem niedawno), a jest nim słynne 1 na 100 z Kormorana. Nowy Miłosław dosłownie z buta wszedł na bezalkoholowe salony, bardzo szybko stając do walki o tytuł najlepszego polskiego piwa bezalkoholowego/niskoalkoholowego chmielonego po amerykańsku. Co niektórzy z miejsca okrzyknęli go następcą kormoranowego, królującego w tej dziedzinie wypustu (znaczy, że uznali wyższość Miłosława). 


W związku z powyższym, mimo moich przekonań, postanowiłem przetestować to piwo i zobaczyć, czy faktycznie jest nad czym piać z zachwytu. Ja nie jaram się tymi wszystkimi niskoprocentowymi wypustami, ponieważ bardziej cenię sobie piwa mocne, treściwe, bardzo pełne w smaku, wyraziste w odbiorze. Owszem, gdy jest jakaś impra, a trzeba potem wsiąść za kółko – przydałoby się takie piwerko, by nie siedzieć o suchym pysku. Ja jednak najczęściej robię wszystko, by do takich sytuacji po prostu nie dochodziło. Albo np. piję jedno lub dwa normalne piwa i na tym koniec. Mija 2-3 godziny i można jechać. Wolę to niż wypić przez cały wieczór połowę skrzynki bezalkusów i udawać, że jest fajnie. Zaraz powiecie, że alkoholik ze mnie…. ;>
Miłosław Bezalkoholowe IPA ma w swoim składzie coś, co faktycznie może dawać mu przewagę nad konkurencją. Coś, co w rzeczy samej może go przybliżać do miana jednego z najlepszych piw w swojej klasie. Jest to zielona herbata Sencha Earl Grey! Dokładnie ta sama, która robi niesamowitą robotę w Grodziskim White IPA, które to wg mnie posiada najlepszy stosunek jakości do ceny wśród polskich piw nowofalowych. Zobaczmy zatem, czy rzeczywiście jest się czym jarać?
Jeden łyk, drugi, trzeci. Wow! Piwo naprawdę jest smaczne. Oczywiście z miejsca pojawiły się znane mi już nuty zielonej herbaty, wywołując niemałe skojarzenia z piwem z Grodziska. Nowy Miłosław to niebywale rześka ciecz, przyjemnie mętna, żółtawa w barwie. W zasadzie wygląda to jak jakiś Vermont. Jest tutaj sporo cytrusowych skojarzeń, głównie w formie skórek limonki, cytryny, bergamotki oraz różowego grejpfruta. Wyczuwam również coś jakby miąższ z pigwy, choć to może ta herbata zalatuje takimi skojarzeniami. W tle pobrzmiewają subtelne echa żywicy, chmielu oraz kwiatów. Słodowość jest bardzo lekka i zwiewna, biszkoptowo-chlebowa w swoim profilu. Doskonale pasuje do całości, nie przysłaniając chmielowych naleciałości. Wysycenie średnie w kierunku dużego, więc jak najbardziej na miejscu. Goryczka nie jest jakaś bardzo sroga, raczej umiarkowana. Posiada fajny i lekkie cytrusowo-żywiczny charakter, dzięki czemu dość dobrze wywiązuje się ze swej roli. Sporo tu zielonych i owocowych klimatów. Naprawdę dobrze się to pije, wręcz rewelacyjnie jak na piwo bez procentów.