środa, 30 grudnia 2015

MAORI KISS

Dziś kontynuuję przygodę z kontraktową Fabryką Piwa. Na tapecie ląduje bowiem kolejna nowość z FP i zarazem kolejny single hop.
Kilka dni temu opisywałem Rakau in Krakau, które było pejl ejlem na nowozelandzkim chmielu Rakau. Mój dzisiejszy ziomal natomiast to, tak jakby jego starszy/większy brat, który został już ochrzczony kultowym mianem IPA, jednakże bez przedrostku American. Jest to bowiem New Zealand IPA, gdzie całą robotę wziął na barki chmiel odmiany Waimea.
Obydwa piwa mają takie same parametry i najprawdopodobniej również identyczny zasyp, a różnią się tylko odmianą użytego chmielu i zapewne jego ilością, bo Maori Kiss wg etykiety ma wyraźnie więcej goryczki – 60 IBU.
No, ale dosyć już ględzenia, bo przecież mam tu piwo do wypicia ;)


Zrzucam kapsel (widelcem), przelewam i cykam kilka mniej lub bardziej beznadziejnych fotek. W szkle ląduje wyraźnie mętny, bursztynowy trunek. Wieńczy go przeciętnie urodzajna piana, która ma białą barwę, bardzo drobną strukturę i nader puszystą konsystencję. Piana opada długo i niespiesznie, zostawiając na ściankach bardzo urokliwe firany. Nice!
Czas napić się tego specyfiku, na wąchanie przyjdzie jeszcze pora. Od razu czuć, że piwo jest lekkie i wytrawne (w sam raz na lato, a tu zima niestety). Wysycenie ponownie nie za wysokie, czego akurat nie jestem zwolennikiem, bo ujemnie rzutuje to na rześkość takiego napitku. W smaku prym wiodą owoce, głównie mam przed oczami brzoskwinie, morele oraz mandarynki, ale skłamałbym, gdybym nie wymienił również cieni mango i grejpfruta. Owoce kontrastują z obfitym słodowy ciałem, które - mimo, że piwo sprawia wrażenie lekkiego – moim zdaniem zbyt ochoczo bierze się do pracy. W tle odnalazłem również łyżkę karmelu oraz szczyptę sosny, wspartej subtelną żywicą. Całość wieńczy bardzo wyraźna ziołowo-łodygowa goryczka, która niestety trochę zalega i w połączeniu ze sporą słodowością sprawia mdłe i raczej mało ciekawe wrażenie.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

KRAINA WELESA

Końcówka roku obrodziła nam w mocarne i rozgrzewające RISy. Nagle niemal każdy browar zapragnął mieć w swojej ofercie czarnego jak noc, niezwykle treściwego i tęgiego Russian Imperial Stouta. I nieważne, że często, gęsto są to wysoce niedoleżakowane wersje, którym niezmiernie daleko do ideału tego stylu, który sobie wyśnił konsument tuż po tym jak zobaczył na etykiecie magiczne trzy literki: RIS.
Wiele zarzutów padło między innymi na grudniową nowość od Peruna, która zowie się Kraina Welesa. Niedoleżakowanie wielu polskich RISów to jedna strona medalu, ale imperialny Stout o ekstrakcie 19% to już duży cios poniżej pasa, który mało kto jest w stanie wybaczyć. Generalnie wg BJCP piwo o takim ekstrakcie może już nosić miano RISa, ale mimo to wielu beer geeków poczuło się urażonym, bo spodziewali się co najmniej 5° Plato więcej. 
Moim zdaniem i jedni i drudzy mają rację, a prawda leży gdzieś pośrodku. Według wszelakich standardów Kraina Welesa jest RISem. Na etykiecie są widoczne parametry piwa, więc klient wie co kupuje, a jak mu nie pasuje, to przecież wcale nikt go nie zmusza do zakupu. 


Rzeczony trunek posiada iście królewską prezencję. Smoliście czarna i głęboka barwa świetnie komponuje się z beżową pianą, która jest niezwykle drobna, gęsta i zbita. Kolejnym jej atutem jest niespotykana żywotność – piana opada niezmiernie wolno, zostawiając umiarkowanie duże zacieki na szkle.
Piwo jest dość nisko wysycone, a ciała ma tyle na ile wskazuje zadeklarowany ekstrakt. Nie jest ani wodniste, ani tym bardziej jakoś szalenie pełne w smaku. Pierwszy akord należy tutaj do łagodnej kawusi, podsyconej nieco lekko palonymi słodami i szczyptą przyjemnej czekolady, która rozwija skrzydła dopiero w drugim akordzie. Oprócz niej mamy tu jeszcze trochę karmelu, odrobinkę suszonych owoców i kapkę popiołu w głębi. Finisz został wypełniony niezbyt mocną, acz wyraźną paloną goryczką, która nosi wszelkie znamiona szlachetności. Jest krótka, ale skuteczna. Robi co do niej należy i szybko zmyka w kąt. Piwo nie jest tak gęste i wyklejające jak większość tego typu napitków, aczkolwiek podoba mi się jego wielowątkowość i dobry balans.

piątek, 25 grudnia 2015

RAKAU in KRAKAU

Rakau in Krakau to nie kolejne hasło reklamowe promujące w świecie naszą dawną stolicę, lecz nowe piwo z Fabryki Piwa. Ten stosunkowo nowy kontraktowiec zadebiutował czterema piwami na tegorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. Od tamtego czasu milczał jak zaklęty, a jedynymi oznakami życia, jakie dawał było majstrowanie przy recepturach już istniejących piw. Aż w końcu po ponad półrocznej przerwie na świat przyszły dwa nowe napitki. Jedno w stylu New Zealand Pale Ale (taki uboższy braciszek APA), drugie New Zealand IPA. Obydwa są piwami typu single hop.
Dzisiejszy specjał – jak głosi nazwa – oparty został na odmianie Rakau, drugi natomiast został nachmielony odmianą Waimea.
Każdy wie, że single hopy to świetny materiał instruktażowy/szkoleniowy, pokazujący jak tak naprawdę pachnie i smakuje dana odmiana Humulus Lupulus. Zobaczmy zatem, czym charakteryzuje się nowozelandzki Rakau w wykonaniu Fabryki Piwa. 


Rakau in Krakau jakoś niespecjalnie chciał się pienić. Skąpa kołderka drobno ziarnistej piany to z pewnością nie jest to, czego oczekiwałem. Jej żywotność była równie lichutka, co wysokość, a o lacingu można sobie tylko pomarzyć.
Piwo jest dość ciemne jak na APA, tudzież New Zealand Pale Ale. Ze szkła zerka na mnie piękna i głęboka bursztynowa barwa, której może pozazdrościć niejedna AIPA.
W smaku nowość z Fabryki Piwa przemawia do mnie mocnym owocowym akcentem z wyraźnie zaznaczoną gruszką, czerwonym jabłkiem, dojrzałą morelą, śliwką renklodą, białym winogronem i brzoskwinią. Daleko w głębi majaczą jakieś tropiki, ale to nie one grają tutaj pierwsze skrzypce. Na drugim torze można spotkać łagodne słodowe tony, z delikatnym herbatnikiem w tle. Piwo jest wyraźnie słodkawe, a goryczki jest tutaj jak na lekarstwo. Ni cholery nie czuję tutaj obiecanych na etykiecie 45 IBU! Całość jest nisko nasycona, przez co po części kojarzy mi się z kompotem z suszu, tyle że pozbawionym charakterystycznych cech dymnych. Nie najgorzej to smakuje, lecz jest troszkę za bardzo jednorodne. Widocznie chmiel Rakau tak ma i nic się nie poradzi.

wtorek, 22 grudnia 2015

BOŻONARODZENIOWE

Czarny jak Stout, ale to nie Stout, mocny jak porter bałtycki, ale to także nie on. To Piwo Bożonarodzeniowe z Browarów Regionalnych Wąsosz. Nie byłoby jednak tego piwa, gdyby nie częstochowskie Bractwo Piwne i VI Częstochowski Konkurs Piw Domowych. Główną nagrodą tego przedsięwzięcia było uwarzenie komercyjne zwycięskiego piwa w browarze w Wąsoszu właśnie. Piwem tym został trunek z kategorii Świąteczne autorstwa Krzysztofa Czechanowskiego, który dosłownie zmiażdżył konkurencję (poza Świątecznym Jacka Stachowskiego) notą 46 pkt na 50 możliwych!!! Miałem sposobność skosztować go podczas tego konkursu (sędziowanie, et cetera) i doprawdy wyrywało z butów – dla mnie najlepszy Christmas Ale jaki w życiu piłem, ever! Z tego właśnie powodu ogromnie byłem ciekaw jakie ono będzie, gdy zostanie uwarzone w „dużym browarze”. Rzeczą normalną jest, że identyczne nie będzie, a pytanie raczej brzmiało: w jakim stopniu będzie się różnić od oryginału?
No dobra, to co my tu mamy? Piwo jest bardzo konkretne, parametrami przypomina nasz polski skarb narodowy, czyli portera bałtyckiego.  W składzie wylądował słód pilzneński, słód palony, pszenica palona (!), cukier kandyzowany ciemny, świeży imbir, cynamon, gałka muszkatałowa, goździki oraz jakkolwiek to zabrzmi przyprawa do piernika. 


Jak już wspomniałem trunek jest czarny jak noc. Tworzy bardzo obfitą pianę o dość drobnej strukturze i ciemno beżowej, wręcz brązowej barwie. Jej kolejnym atutem jest olbrzymia żywotność, której chyba nawet żółwie mogłyby pozazdrościć ;p Czekałem całą wieczność, by dolać resztę piwa. Lacing to najsłabszy element całego wizerunku – jest obecny, ale firanek nie ma zbyt wiele.
Bożonarodzeniowe zostało oklejone całkiem sympatyczną etykietą. Co prawda granatowe barwy raczej mało kojarzą się ze Świętami, ale całość jest dobrze wykonana. Papier posiada wysoką jakość, poza tym mamy tu zarost Mikołaja, złote gwiazdki, choinkę i sanie z reniferami. Czego chcieć więcej?
W smaku piwo jest mocno złożone i już od progu czuć, że ma sporo ciała (19 Blg). Sowita słodowa podbudowa została złożona z dużej ilości gorzkiej czekolady, lekkiej kawy, palonego zboża (pszenicy) oraz szczypty mocnego kakao. W pierwszym akordzie jest dosyć słodko, choć nie zamulająco. Ową słodycz w miarę sprawnie kontruje umiarkowana goryczka pochodząca bardziej od palonego słodu, aniżeli od chmielu. Na sąsiednim torze egzystują całkiem wyraźne przyprawy, z których mogę wymienić imbir, cynamon oraz ociupinkę goździków. Bardziej w głębi czają się suszone owoce, czyli przyjemne śliwki i rodzynki. Nie jest ich zbyt wiele, ale dobre i to (w oryginale to właśnie one mnie tak urzekły). Chwilami pląta się tu i ówdzie znikoma ilość alkoholu, nie mniej jednak jest on bardzo szlachetny i ułożony. Kojarzy się z jakimś drogim likierem owocowym, a nie ze spirytem spod ukraińskiej granicy.

piątek, 18 grudnia 2015

URSA NO GURU

Dzisiaj napiję się piwa z Ursa Maior. Wiem, że to brzmi dosyć nadzwyczajnie, ale zaraz wszystko wytłumaczę.
Bieszczadzka Wytwórnia Piwa ponad półtora roku nie gościła na tym blogu, w zasadzie z bardzo prozaicznego powodu. Po prostu w mojej okolicy pewnego pięknego dnia piwa z tego browaru przestały interesować hurtowników, a być może nieco wcześniej sklepikarzy i w końcu samych konsumentów. Ponoć Ursa Maior wówczas dużo straciła na jakości swoich produktów, chociaż ja myślę, że udział miał w tym także pewien shitstorm na FB. Chodzi o pewną dyskusję klientów z włodarzami browaru, dotyczącą jakości bieszczadzkich trunków. Ech... stare dzieje.
Ostatnio chyba niemal wszystkie sklepy (jak jeden mąż) ponownie skierowały wzrok i zainteresowanie w stronę Wielkiej Niedźwiedzicy. Wystarczyło wypuścić na rynek RISa! Na szczęście nie byle jakiego RISa, bo nie dość, że naprawdę tęgiego, to jeszcze na belgijskich drożdżach. Tym samym Ursa Maior dała piwnej gawiedzi pierwszego polskiego Belgian Russian Imperial Stouta!


No Guru nalewa się ze średniej wielkością pianą o przeuroczej, głębokiej barwie beżu. Piana jest drobna i puszysta, jednak opada, powiedziałbym dość szybko. Po dojściu do domu (jakieś 50 metrów) już niewiele z niej zostało.
Piwo jest czarne i nieprzejrzyste, jednak widywałem w swoim żywocie jeszcze bardziej czarniejsze trunki. Wysycenie raczej nie wymyka się wszelakim standardom – jest niskie i takie właśnie ma być.
Smak został zdominowany przez mleczną czekoladę, tudzież słodkie pralinki nasączone niewielką ilością alkoholu. Chciałoby się, by w tych pralinkach były jakieś owoce, jednak w tym temacie nie jest za różowo. Jak na RISa to trochę mało tu suszonych owoców, które zostały stonowane do naprawdę niskiego poziomu. Jest za to szczypta kawy (ale takiej zbożowej), nieco przypraw oraz sporo ciemnych, lekko palonych słodów, które wnoszą tutaj sporo ciała. W tle pałęta się niezbyt mocna goryczka, będąca wypadkową palonego zboża i alkoholu (chyba koniaku). Etanol jest wyraźnie obecny, a im cieplejsze piwo staje się bardziej dokuczliwy. Sumarycznie średnio mi się to podoba.

środa, 16 grudnia 2015

TENCZYNEK ABORYGEN

Dziś na blogu kolejne (po imperialnym Stoucie i Milk Stoucie) piwo z Tenczynka, a jest nim Aborygen, czyli rdzenny mieszkaniec danego regionu, w tym wypadku Australii, będącej po części  i w potocznej mowie Antypodami.
Rzeczone piwo to popularne IPA, tyle że okraszone nutką australijskich chmieli - Galaxy i Topaz. Próżno tu szukać jakiegoś magicznego składnika, czy specjalnej metody warzenia. Po prostu Australian IPA i tyle. Kropka.


Gość z Australii pieni się wyśmienicie! Podczas nalewania piana rosła i rosła, nie znając umiaru. Biała pierzynka jest niezwykle drobna, gęsta i zwarta, dzięki temu opada niezmiernie wolno. Lacing również należy do światowej czołówki – obfite zacieki na szkle można podziwiać godzinami! Taką aparycję to ja rozumiem! :)
Piwo nosi zgrabne, jasno bursztynowe wdzianko, przy czym jest wyraźnie mętne (nie przelewałem syfu z dna).
Pora się napić tego specjału. Już od progu wiadomo, że jest to dość wytrawny trunek i to nawet pomimo bardzo wyrazistej słodowej bazy. A właśnie – słodowe ciało, umiejętnie zahacza o lekkie rejony karmelu oraz opiekanego pieczywa, tudzież skórki od chleba. Tuż za nimi z cienia wychodzą przyjemne owoce spod znaku tropików i bardzo subtelnych cytrusów (chodź one są bardziej w domyśle). Dalej dumnie maszeruje garść chmielu, nieco igliwia (lasu) oraz sporo ziołowych i żywicznych akcentów. Nie trwa to jednak zbyt długo, bo na piedestał wdziera się olbrzymich rozmiarów goryczka. Potężna ziołowo-żywiczna gorycz, która niemiłosiernie orze moje kubki smakowe, niczym ośmioskibowy pług podpięty pod najnowszy model John Deere! Horrendalna gorycz długo siedzi na podniebieniu, choć poza tym niewielkim mankamentem jest całkiem wporzo. Gdzieś tam wyczytałem, że piwo ma 150 IBU (to zapewne wyliczenia teoretyczne) i faktycznie jestem w stanie w to uwierzyć. Nie pamiętam, abym pił kiedykolwiek bardziej gorzkie piwo. Respect!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

POLSKIE BROWARY - Grupa Żywiec




Rok założenia
1998
Prezes
Guillaume Duverdier
Główna lokalizacja
Żywiec
Właściciel
Heineken (Holandia)
Logo



Tak, dzisiaj przyjrzymy się bliżej poczynaniom drugiego co do wielkości koncernu piwnemu w Polsce – Grupie Żywiec.

Trochę historii

Spółka ta powstała pod koniec 1998 roku (niektórzy dzisiejsi kraftowcy wtedy jeszcze sikali w pampersy) z połączenia Zakładów Piwowarskich w Żywcu z firmą Brewpole BV, władającą browarami w Elblągu, Leżajsku, Warce, Radomiu oraz Gdańsku. Wówczas do jednej firmy należały już oprócz ww.: Browar Żywiec, Browar w Łańcucie, Browar w Braniewie i Bracki Browar Zamkowy z Cieszyna. W 2004 roku GŻ dokupiła (od grupy Brau Union Polska) Browar Kujawiak w Bydgoszczy i stołeczne Browary Warszawskie Królewskie, które już wówczas nie produkowały piwa. Zresztą taki sam los, tyle że dwa lata później spotkał także przyczółek z Bydgoszczy. Wcześniej GŻ pozbyła się również (na zasadzie likwidacji, sprzedaży, bądź darowizny) Browaru w Łańcucie, Gdańsku, Braniewie i Radomiu. Ufff... trochę tego było.
Do obecnych czasów zatem produkcja utrzymywana jest w Żywcu, Elblągu, Leżajsku, Warce i Cieszynie, który de facto jakiś czas temu formalnie odłączył się już od Grupy Żywiec. Browar w Cieszynie zyskał ponoć pełną autonomię, nowy zarząd, niezależność finansową oraz wolną rękę, co do swojego portfolio. W dalszym ciągu jednak warzy dla Żywca kilka piw, więc jakieś tam powiązania wciąż istnieją. 


GŻ w 2014 roku posiadała około 27% udziału w rynku, co czyniło ją wiceliderem tuż za Kompanią Piwowarską. Warto tu jednak zaznaczyć, że w czasach „swojej świetności” udziały w rynku tej grupy sięgały aż 35%! Na szczęście te czasy bezpowrotnie (mam taką nadzieję) minęły...

No to jedziemy z koksem...

Ja jako piwny maniak, beer geek i bloger piwny raczej rzadko sięgam po ich piwa, aczkolwiek uważam, że Grupa Żywiec na chwilę obecną ma najciekawszą i najszerszą ofertę spośród ‘wielkiej trójcy’ krajowych koncernów piwowarskich. Aby ułatwić Wam rozeznanie czego warto się napić z gie żetu, zrobiłem małą ściągę piw, które bez obawień mogę Wam polecić. Oczywiście nie są to trunki na jakimś bardzo wysokim poziomie (to przecież nie Artezan, czy Pinta), ale myślę, że nadają się na dobry początek przy wkraczaniu w świat piw ciekawszych, innych niż wyprany ze smaku i aromatu, bezpłciowy jasny lager :)

Zestawienie zacznę od najbardziej znanego polskiego porteru bałtyckiego, który dostępny jest niemal za każdym rogiem, od morza, aż do Tatr i od Bugu, po Odrę. Żywiec Porter to już niemal legenda, po którą musi sięgnąć każdy człek, zaczynający przygodę z piwem rzemieślniczym. Co prawda od jakiegoś czasu nie smakuje już tak dobrze jak kiedyś (zmiana receptury wraz ze zmianą etykiety) i obecnie mamy na rynku wiele lepszych piw w tym stylu, nie mniej jednak wciąż ma u mnie zasłużone miejsce w szeregu. A tak przy okazji – Żywiec Porter warzony jest w Cieszynie!
Jednym z moim ulubionych piw z GŻ jest Żywiec Bock, który jest całkiem niezłym koźlakiem. Pita na blogu pierwsza warka ani trochę mnie nie urzekła, głównie za sprawą nadmiernego alkoholu, jednakże kolejne warki były już dużo lepsze. Obecnie piwo generuje przyjemne karmelowo-tostowe nuty, uzupełnione opiekanym słodem i delikatnymi suszonymi owocami. Naprawdę polecam.
Żywiec APA również zasługuje na uwagę, bowiem jest to pierwsze polskie piwo koncernowe oparte na nowofalowym chmielu. American Pale Ale z Żywca (a w zasadzie z Cieszyna), to przysłowiowy krok milowy w strategii piwnych molochów. Co do wrażeń smakowych, to rzecz jasna piwo to niewiele wystaje ponad przeciętność, ale zawsze to jakaś odskocznia od Żubra, czy Leszka. Poza tym jest to najtańsza polska APA na rynku i przede wszystkim najbardziej dostępna, co czyni ją pozycją obowiązkową w menu każdego piwosza.
Nie znoszę cytrynowych radlerów, jednak piwa dla rowerzystów o innym smaku niż cytrynka czasem się napiję. W ten oto sposób odkryłem Warkę Radler Jabłko. Przyjemny kwasek, naturalny smak, niebywała świeżość i moc orzeźwienia to jej znaki szczególne. Wiem, że nie jest to trunek dla beer geeków, ale przecież nie każdy nim jest.
Najnowszym nabytkiem pod szyldem Żywca jest Żywiec Saison. Tu rzecz się ma podobnie jak z APA. Należy przyklasnąć za pomysł uwarzenia pierwszego koncernowego piwa w belgijskim stylu Saison, nie mniej jednak samo wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Do craftowców piwo to nie ma startu, choć z drugiej strony spokojnie daje się wypić, szczególnie jako odskocznia od zwykłych koncernowych szczochów. Jego głównym mankamentem jest zbyt mała rześkość, nadmierne słodowe ciało i niezbyt przyjemny drożdżowy posmak. Mimo, tych wad, koniecznie trzeba go spróbować, zwłaszcza że piłem egzemplarz z pierwszej warki. Być może dopracowali recepturę, podobnie jak przy koźlaku.

sobota, 12 grudnia 2015

TENCZYNEK IMPERIAL STOUT

Ostatnimi czasy jest u nas spory urodzaj na mocarne piwa typu RIS, czy Baltic Porter. Co prawda już parę ładnych miesięcy temu przestałem liczyć polskie RISy, bo zwyczajnie brakło mi już palców (mimo, że mam ich o jeden więcej niż płeć piękna ;p). A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu jaraliśmy się Dziadkiem Mrozem z Artezana (pierwszym w kraju imperialnym Stoutem).
Odrestaurowany i uruchomiony na nowo Browar Tenczynek, chcąc dotrzymać kroku rodzimym craftowcom, także dorobił się własnego RISa, co odbiło się dość szerokim echem wśród piwnej społeczności. Tenczynek zaczynał przecież tak skromnie (Lager i Marcowe), a jeszcze w pierwszym półroczu działalności podaje ludziom na talerzu imperialnego Stouta! Mając na uwadze moce produkcyjne tego przybytku i jego szeroką dystrybucję z całą dozą pewności można założyć, że będzie to najbardziej dostępny polski Russian Imperial Stout! :D


Piwo pieni się niemiłosiernie obficie. Beżowa czapa jest niezmiernie drobna, zupełnie jakby ktoś potraktował ją azotem. Drobna i niezwykle puszysta pierzynka nie bez kozery wywołuje skojarzenia z bitą śmietaną. Jeśli do tego dołożymy kosmiczną wręcz trwałość i sowity lacing, no to już rączki same składają się do oklasków ;)
Tuż po przelaniu w szkiełku ukazał się czarny jak smoła kolor, który nawet pod światło nie przepuścił ani promyka.
Teraz dopiero się zacznie. Biorę pierwszy łyk. Imperial Stout z Tenczynka miękko i gładko sunie po przełyku, lekko go rozgrzewając. Od razu dają o sobie znać słody żytnie, bo ciecz jest dość gęsta i oleista. Na pierwszym planie spotykamy owoce w czekoladzie, coś jakby wiśnie, suszone śliwki i rodzynki. Dzięki temu po każdym łyku mam wrażenie, że zjadłem przed chwilą pralinki, typu wedlowskie Baryłki. Uczucie to dodatkowo wzmaga delikatny, acz całkiem wyraźny udział alkoholu, który jednak nie jest jakiś nieprzyjemny, za to subtelnie rozgrzewający. Idźmy dalej. Poza morzem gorzkiej czekolady mamy tu jeszcze trochę nut kawowych, wyraźnie palone słody, szczyptę mocnego kakao oraz nieco chmielu w tle. Finisz został obsadzony umiarkowaną goryczką, która jest krótka i nie zalegająca, jednakże ma ona lekki podtekst alkoholowy. Sumarycznie jednak piwo jest bardzo smaczne i złożone.

środa, 9 grudnia 2015

CHERRY LADY

Cheri, cheri lady... going through a motion....”
No, trzeba przyznać, że piosenka Modern Talking wpada w ucho, choć w rzeczywistości dzisiejsze piwo nie ma z nią nic wspólnego, poza łudząco brzmiącą nazwą.
Cherry Lady z Browaru Na Jurze to kolejny Sour Ale w arsenale tego dziarskiego i coraz bardziej nowofalowego przybytku wprost z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Na chwilę obecną według mnie jest to (obok Kormorana) najbardziej obiecujący browar z segmentu tzw. browarów regionalnych. Co rusz zaskakuje nas jakimś ciekawym i nieźle zapowiadającym się trunkiem. Nie inaczej jest z Cherry Lady. To już trzeci owocowy kwach z Zawiercia! Tym razem postanowiono skorzystać z owoców wiśni nadwiślanki, nie rezygnując rzecz jasna z dobrodziejstwa bakterii kwasu mlekowego (tak, bakterii!). 


O dziwo, Wiśniowa Pani jak na kwasa pieni się bardzo obficie. Nader wysoka pierzynka o średnich i dużych pęcherzach dość szybko jednak się dziurawi i opada do półcentymetrowej warstwy. Lacing za to już bez zarzutu – na ściankach tworzą się solidne zacieki.
Piwo nosi ładny ciemno czerwony odcień (na zdjęciu tego nie widać), a jego wysycenie jest umiarkowanie wysokie, drobne i lekko szczypiące. Akurat w tym przypadku to zaleta.
Biorę pierwszy łyczek. Od razu wiem, że jest dobrze, a nawet bardzo dobrze :) Solidna wiśniowa podbudowa stanowi sporo ponad połowę doznań, nie mniej jednak absolutnie mi to nie przeszkadza (przecie ananasa się tu spodziewałem). Wiśnia jest nieprzyzwoicie naturalna, wyraźnie kwaskowa, w posmaku zaś subtelnie słodka i okrutnie przyjemna. Kwasek też niczego sobie – konkretny, ale z pewnością nie przesadzony o szlachetnym octowo-winnym zacięciu. Tło przywodzi na myśl czerwoną porzeczkę, granat i niedojrzałą malinę. Całość bardziej smakuje jak półwytrawne czerwone wino, aniżeli napój słodowy, ale w piwnych kwasach takie rzeczy nie są przecież rzadkością.

niedziela, 6 grudnia 2015

RED ROESELARE ALE

Raz w roku Browar Zamkowy Cieszyn (dawniej Bracki Browar Zamkowy) wypuszcza piwo, na które czeka 99% beer geeków, hop headów i wszelkiej maści fanów piwnego craftu. Tym trunkiem jest oczywiście Grand Champion, czyli najlepsze piwo największego w Polsce konkursu piw domowych, który do niedawna odbywał się w ramach ś.p. Festiwalu Birofilia w Żywcu. Birofilii już co prawda nie ma, ale konkurs się ostał. Dzięki temu 5 grudnia miała miejsce oficjalna premiera Grand Championa 2015. Autorami zwycięskiej receptury, która posłużyła do uwarzenia tego piwa są Piotr Marczyk i Piotr Terka.
Rzeczony wywar reprezentuje belgijski kwaśny styl Flanders Red Ale, gdzie za dzikość i kwasek odpowiadają specjalne szczepy drożdży, a w tym przypadku również bakterii kwasu mlekowego.
Red Roeselare Ale (nazwa piwa pochodzi właśnie od mieszanki drożdży) dodatkowo zostało naszpikowane kostkami dębowymi i płatkami owsianymi, ale nie ma co dłużej owijać w bawełnę, czas otworzyć ten specjał :)


Mój dzisiejszy gość pieni się dość przeciętnie. Podczas nalewania piana jakby się wstydziła pójść na całość. Nie mniej jednak jest drobna i puszysta, a jej barwa w kolorze ecru to piękno samo w sobie. Niestety jej żywotność nie należy do najwyższych lotów, podobnie zresztą jak niemal zupełnie nieobecny lacing.
Piwo jest wyraźnie mętne, a jego kolor to połączenie szlachetnego brązu, głębokiej miedzi i refleksów ciemno czerwonego burgundu. Podoba mi się taki obrazek.
Umiarkowanie wysycony trunek smakuje nader złożenie i wielowątkowo. Kwasek jest bardzo wyraźny, jednak nie zdominował on smaku w takim stopniu, jak w Berliner Weisse, czy piwach typu Lambic. Delikatnie octowa kwaśność nieźle współgra z czerwonymi owocami, przypominającymi wiśnie, czerwone porzeczki, niedojrzałe maliny i żurawinę. Tuż za nimi wyłania się lekko opiekana słodowość, zgrabnie przechodząca w rejony tostów i skórki od chleba. Dalej mamy suszone owoce (śliwki, rodzynki), okraszone subtelną dawką drewna i ulotnych przypraw. Bardzo mało w tym dzikości, ale i bez tego piwo jest świetne.

piątek, 4 grudnia 2015

ANSTADT NA MIODZIE GRYCZANYM

Browar Staropolski jaki jest każdy widzi. Daleko mu do nowej fali, chodź lada chwila ma się to zmienić, bowiem na rynku pojawi się obiecująca seria piw „Piwna Mapa Świata”. Na chwilę obecną jednak prym wiodą tam jasne lagery, tudzież posmarowane większą lub mniejszą ilością miodu.
Anstadt to najbardziej prestiżowa (czyt. najdroższa) linia piw browaru ze Zduńskiej Woli i jest to niejako hołd złożony Zenonowi Anstadtowi, który był założycielem tego przybytku. Browar ten posiada tak dużą ilość piw miodowych w swojej ofercie, że aż trudno mi to ogarnąć. Naliczyłem ich co najmniej pięć (tak, pięć!), a może jest ich i więcej! Nie wiem na co, aż tyle, ale w politykę browaru to ja się mieszać nie będę.
W każdym bądź razie fajne jest to, że podają ilość użytego miodu, gdzie punktem wyjściowym jest 30gram na litr piwa. Niektóre miodziaki z oferty są „podwójnie miodowe”, czyli mają 60gram/litr, a mój dzisiejszy Anstadt to iście królewska liga – 90gram miodu na litr piwa! Czy, aby przypadkiem potrójnie doładowany miodem trunek nie będzie zbyt słodki i zamulający? Zaraz się przekonam. 


Piwo nalewa się z bujną czapą zwartej, gęstej i sztywnej piany o białej barwie i dość drobnej strukturze. Co ważne jej trwałość jest nad wyraz duża – długo musiałem marznąć na dworze, by zmieścić resztę piwa. Piana wspaniale i wyraźnie krążkuje, co tylko potwierdza jej szlachetny rodowód.
Kolor tegoż napitku jest bardzo ładny i przyjemny dla oka. Jest to (a jakże!) miodowy i nader mętny odcień – brak filtracji plus miód robi swoje.
Później obwącham to „cudo”, czas na pierwszy łyk... Cholercia... jest słodko, bardzo słodko, zdecydowanie za słodko! Ratunku! Tego właśnie się obawiałem. Piłem już przecież dość słodkawe Zduńskie Miodowe, gdzie zawartość miodu wynosiła 30gram na litr, a tu jest go przecież trzy razy więcej! Miód tak zdominował smak, że ciężko wyczuć tu coś więcej. Chyba jest karmel oraz delikatna słodowość w tle, zahaczająca o zbożowo-biszkoptowe klimaty. O chmielu można sobie jedynie pomarzyć, podobnie rzecz się ma z goryczką, której nawet z mikroskopem tu nie znajdziecie. Całość nieludzko słodka i ulepkowata, choć obiektywnie muszę stwierdzić, że cholernie naturalna. Widać, że miód gryczany, to nie byle jaki miód.

środa, 2 grudnia 2015

SHAMAN

Kurcze, fajne są te etykiety Kingpina. Nie jestem wielkim zwolennikiem bajkowo-obrazkowych etykiet, ale akurat te nad wyraz mi się podobają. Motyw przewodni świni jest super, do tego ich minki i wygląd niekiedy kładą takich gości jak ja na łopatki. Poza tym kolorystyka też robi swoje i zazwyczaj od razu kojarzy się z tym, co mamy w butelce. Do tego już z daleka widać nazwę browaru, nazwę piwa oraz z nieco bliższej odległości zaaplikowane do trunku mało spotykane składniki, które szybko stały się cechą charakterystyczną dla tej inicjatywy.
Czerwony jak burak Shaman to piwo w stylu Red Summer Ale, które dodatkowo zostało okraszone owocami dzikiej róży i kwiatem hibiskusa – stąd konotacje z czerwoną barwą jak sądzę. Jak dotąd dziką różę i hibiskusa kojarzę tylko z herbat owocowych, ciekawe czy wyczuję je w tym piwie?


Shaman może nie jest aż tak czerwony jak na etykiecie, jednakże faktycznie kolor piwa to połączenie brązu z subtelną czerwienią. Przy czym całość jest wyraźnie mętna, ale to przecież norma u kraftowców, wszak unikają oni filtracji jak ognia.
Ciecz generuje dość obfitą pianę o barwie przybrudzonej bieli. Piana zbudowana jest ze średniej wielkości pęcherzy, cechuje się umiarkowaną żywotnością i raczej znikomym lacingiem.
Umiarkowanie intensywny aromat bez wątpienia zalatuje Ameryką. Pięć jankeskich chmieli objawia się głównie jako tropikalny tercet – mango, liczi i granat. Cytrusa natomiast jest tutaj raczej niewiele, w przeciwieństwie do przyjemnego i dosyć wyraźnego zapachu kwiatów. Stawiam kamienie przeciwko orzechom, że jest to obiecany hibiskus. Tło zostało wypełnione nienachalnym, wręcz subtelnym słodem o cechach lekko opiekanych i ciasteczkowych. Poziom urozmaicenia aromatu może i nie jest najwyższy, nie mniej jednak piwo pachnie dość przyjemnie i ciekawie.

niedziela, 29 listopada 2015

GLAPA

Glapa to bodajże najnowszy trunek od Szałupiw z serii etykiet ze zwierzakami, którą de facto bardzo lubię. Ich nieodłącznym elementem jest historyjka pisana w gwarze poznańskiej, której bez jakiegoś translatora raczej nie zrozumiemy.
Mniejsza jednak o to, ważniejsze jest co siedzi w butelce, a z pewnością nie są to wrony ;p
Glapa to Coffee Milk Stout, czyli słodki stout mleczny podsycony dodatkiem kawy, a w tym przypadku także prażonej cykorii. W składzie znalazł się również słód żytni, karmelowy i palony, a całość nachmielono polską Marynką. Prawda, że brzmi ciekawie? 


Nie dość, że brzmi ciekawie, to jeszcze wygląda. Piękna i nieskazitelna czerń uroczo na mnie spogląda ze szkła – piwo jest czarniejsze niż najczarniejsza wrona, jaka istnieje na tym świecie. Piana także niczego sobie – może i nie jest zbyt wysoka, ale za to niebywale drobna i puszysta. Jej barwa to mocny odcień beżu, kojarzy mi się z kawą z mlekiem.
Wiele razy przypominam, że nie pijam kawy, bo nie lubię jej smaku. Jednak do stoutów powoli zaczynam się przekonywać, nawet do tych kawowych.
Specjał od Szałupiw w rzeczy samej jest iście kawowy. Na wskroś i na wylot. Świeżo parzona kawa o umiarkowanej mocy, tyle że zimna i nieco nasycona dwutlenkiem węgla – takie właśnie mam odczucie (mimo, że nie pijam kawy, to wiem jak smakuje, bo kilka razy próbowałem). Poza kawą jest tu także całkiem sporo mlecznej czekolady (zasługa laktozy), chwilami zahaczającej o rejony kakao, które akurat lubię. W tle pojawiają się przyjemnie palone słody, mocno przypieczona skórka od chleba oraz obiecana cykoria. Tuż za nią uaktywnia się nieźle zarysowana goryczka, pochodząca od palonego słodu, która jest krótka, ale zdecydowana. Wystarczająco kontruje słodkie aspekty, tego napitku. Całość jest nader lepka, wręcz gęsta, a zarazem aksamitna i gładka – słód żytni zrobił co do niego należało. W zasadzie mamy tu wszystko, co obiecała nam etykieta – jest laktoza, jest kawa i cykoria. Super!

czwartek, 26 listopada 2015

KWAS PRUSKI

Kto by pomyślał, że Browar Na  Jurze stanie się czołowym - obok Pinty i Szałupiw - producentem kwachów piwnych?
Jedną z ostatnich (albo nawet ostatnią) ich nowością jest Kwas Pruski, czyli piwo w stylu Berliner Weisse. Nie żadna hybryda upstrzona tysiącem rożnorakich dodatków, lecz czyste stylowo niemieckie, lekkie i kwaśne piwo pszeniczne, którego mekką jest Berlin, a domeną bakterie kwasu mlekowego. Może nie jest to żadne novum na polskim rynku piwa, ale nawet biorąc pod uwagę cały świat, jest to bardzo rzadko uprawiany styl piwa. Z tego też względu cieszy fakt, iż w Polsce mamy już kilka piw w tym stylu, jednak niektóre z nich to różnego rodzaju wariacje oryginalnego Berliner Weisse.
Z tą czystością stylu w przypadku Kwasu Pruskiego, to też nie do końca prawda, ponieważ oprócz polskiej Marynki, niemieckiego Hallertauer Tradition, użyto tu nowofalowych odmian chmielu (Citra i Amarillo), by jak mniemam dodatkowo podbić cytrusową stronę piwa.


Kwas Pruski tak obficie się pieni, że naprawdę ciężko zmieścić piwo do szklanki. Olbrzymich rozmiarów czapa zbudowana jest z mieszanej wielkości pęcherzy, a jej śnieżno biała barwa i kosmiczna wręcz trwałość pochodzą chyba z innej planety! Nie inaczej jest z lacingiem – gruba i zwarta koronka przepięknie zdobi ścianki, szkoda, że tego nie widzicie...
Piwo jest rzecz jasna mętne, a jego kolor to słomkowe wcielenie złota, do złudzenia przypominające typową barwę naszego Grodziskiego (zdjęcie tego nie oddaje).
Czas obwąchać to cudo. Zapach jest dość intensywny jak na tak lekki trunek. Dominuje tu wyraźna cytrusowa rześkość, aż chwilami kręci w nosie. Tuż obok dumnie pierś wypina nader przyjemna kwaskowa nuta, która jest szlachetna jak tylko jest to możliwe. Żadne tam ogórki kiszone, czy kapusta – po prostu czysta i świeża kwaskowość, nieco kojarząca się z obraną przed chwilą cytryną, czy limonką. Na samym końcu dopiero egzystuje niewielka dawka lekkiego słodu pszenicznego, która w kulturalny sposób daje o sobie znać. Nie narzuca się i cichutko siedzi sobie w koncie. Całość pachnie czysto i wyraźnie, naprawdę namiętnie stylowy aromat :D

poniedziałek, 23 listopada 2015

POMORSKIE z Intensywną Goryczką Szlachetnego Chmielu

Jakiś czas temu dostałem piwną przesyłkę z Browaru Staropolskiego, wobec tego postanowiłem wszamać dziś jedno z piw opatrzonych szyldem Pomorskie. Swoją drogą w życiu bym się nie spodziewał takiego posunięcia z ich strony, no ale skoro Browar Pilsweiser vel. Grybów wysłał paczki blogerom, to czemu Browar Staropolski miałby być gorszy?
Generalnie jak do tej pory tylko trzy razy piłem trunki z tej warzelni i jak można było się tego spodziewać – szału nie było (mówiąc bardzo delikatnie). Wobec tego już na wstępie muszę pogratulować niebywałej odwagi, a za otrzymane dary serdecznie podziękować.
Dziwi mnie natomiast fakt, iż Browar Staropolski w tak krótkim czasie po reaktywacji (niewiele ponad rok) ma w swojej ofercie, aż tyle pozycji. Wymienię choćby serię piw Zduńskie, Łódzkie, Staropolskie, Bestbir, Anstadt, czy rzeczone Pomorskie. Naprawdę jest tego sporo, szkoda tylko, że wszystkie te trunki to jasne lagery, czasem tylko niefiltrowane, a czasem posmarowane większą lub mniejszą zawartością miodu (poza Bestbir, bo to smakowa linia piw). Rzecz jasna zawartość ekstraktu oraz woltaż nieco się wahają w poszczególnych piwach, ale nie sposób odnieść wrażenia, że niektóre z nich to klony innych marek, różniące się w zasadzie tylko etykietą (choć pewności nie ma). Nawet jeśli tak nie jest, to zapewne receptura jest co najwyżej lekko modyfikowana. No, ale wróćmy już do Pomorskiego...


Piwo nalało mi się z całkiem obfitą czapą białej, mieszano ziarnistej piany, która jednak chyba nie za bardzo mnie polubiła. Szybko zaczęła się dziurawić, a jej trwałość była raczej umiarkowana. Lacing za to był pierwsza klasa! Potężne firany, można było podziwiać bez końca :)
Barwa piwa to mętne wcielenie pomarańczowego i złotego odcienia, przy czym jest to raczej ciemne złoto. Całość wyglądała dość apetycznie, niestety tylko wyglądała...
W smaku bardzo rzuca się w oczy potężna słodowa podbudowa, okraszona chlebowo-zbożowymi wtrętami oraz szczyptą chmielu. Finisz został naznaczony całkiem wyraźną, ziołowo-trawiastą goryczką, która co prawda nie zalega, ale jest nieco mdła i sumarycznie mało ciekawa. Z tła natomiast wyłapać można lekkie, acz obecne nuty piwniczne, kojarzące się z nie pierwszej młodości piwem.

sobota, 21 listopada 2015

MUERTO

W tym roku listopad nie obrodził zbytnio w piwa dyniowe, wobec tego dzisiaj na tapecie nie żadna nowość, lecz zeszłoroczny wypust Browaru Kingpin, który postanowił uczcić Hallowen Pumpkin ejlem z dodatkiem rokitnika, palonego jęczmienia icukru kandyzowanego oraz jankeskich lupulin (bo Kingpin nie znosi nudy ;)).
W rzeczy samej piwa dyniowe nie należą do najsmaczniejszych cymesów na świecie, bowiem sam miąższ dyni prawie nic nie wnosi lub wnosi bardzo niewiele do gotowego trunku. Dlatego też niepisanym zwyczajem jest pakowanie do tego typu piw wielu różnych rodzajów przypraw. Kingpin postawił na oryginalność i wybrał owoce rokitnika zwyczajnego, który w stanie dzikim rośnie również w Polsce. Jego sadzonki często wykorzystywane są jako roślina ozdobna w ogrodach, z owoców zaś można przyrządzać soki, dżemy i przeciery, a także maseczki kosmetyczne i herbatki lecznicze. Szczerze – nie mam pojęcia jak to cholerstwo pachnie, ani jak smakuje. 


Otwieram i przelewam. Cykam kilka fotek i jadę z koksem. Piwo jest bardzo mętne (to zrozumiałe), a jego barwa cechuje się brunatnymi naleciałościami z lekką domieszką ciemnego bursztynu. Mało apetycznie to wygląda, ale co tam...
Muerto tuż po przelaniu okrył się umiarkowanie wysoką czapą jasno beżowej piany, zbudowanej ze średniej wielkości pęcherzy. Niestety nie obcowała ona ze mną zbyt długo – po dłuższej chwili nastąpiła redukcja do symbolicznego kożuszka. Mówi się trudno.
Biorę pierwszy łyk, bo chyba piwko jest jeszcze troszkę za zimne na wąchanie. Czuję wyraźną mętność i gładkość tego specjału, który wolno i niespiesznie spływa mi po przełyku. Na pierwszy plan wysuwa się bardzo przyjemna owocowa nuta, pochodząca od chmielu. Mamy tu całkiem przystępną ilość tropików oraz garść cytrusów, które jednak są dość stonowane. Na drugim planie egzystuje lekko opiekana słodowość, tosty, karmel, nieco chmielowych aspektów, trochę ziół, a także szczypta żywicznych doznań. Na samym końcu być może majaczy ten rokitnik. Wyczytałem w internetach, że jego owoce są kwaśne i cierpkie i właśnie coś takiego siedzi sobie cichutko w tle. Nie mniej jednak jest to smaczne i rześkie zarazem. Śladu dyni oczywiście nie wyczułem. Aha, na finiszu pojawia się i szybko znika bardzo szlachetna, chmielowa goryczka, która mimo, że nie jest zbyt mocna, to idealnie kontruje słodową pełnię. Dosłownie pasuje do tego piwa, jak dłoń do rękawiczki (o ile to nasz rozmiar).

środa, 18 listopada 2015

KWAS DELTA

Browar Pinta nie ustaje w eksperymentach, czego efektem jest Kwas Delta (ciekawy jestem kiedy dojdą do Omegi?), czyli czarny Berliner Weisse, albo jak woli Pinta – Berliner Schwarze. Jest to już czwarty kwasior z tego browaru, który należy także do rodziny Pinta Miesiąca. Wrześniowa nowość została specjalnie uwarzona na trzecią edycję Beer Geek Madness, jednakże większość zgodnie twierdzi, że piwo wcale takie szalone nie jest.
A czy właściwie jest Berliner Schwarze? To z wyglądu ciemne i bardzo lekkie piwo pszeniczne, którego kwaśność pochodzi od bakterii Lactobacillus Plantarum. I w zasadzie to by było na tyle. Nie ma tu żadnych dziwnych dodatków w stylu zmielone bycze jądra, czy odchody skunksa macerowane w dwudziestoletniej Whisky ;p


Mój dzisiejszy gość generuje dość obfitą pianę barwy ecru, jednakże jej żywotność pozostawia wiele do życzenia. Z początku wysoka pierzynka szybko się rozrzedza i ulega metamorfozie do postaci cienkiej koronki, by po kilku minutach zupełnie zniknąć.
Kwas Delta to w zasadzie niemal czarne piwo, lecz nie jest to zasługa ciemnych słodów, a ekstraktu słodowego barwiącego – taka sytuacja. Jest to więc zabieg celowy, bowiem czarne piwo ma smakować jak jasne (trochę podobnie jak w Black IPA). I w rzeczy samej zaraz ten smak zweryfikuję, wpierw jednak muszę to obwąchać.
Skłamałbym, gdybym napisał, że aromat jest intensywny. Wręcz przeciwnie – jest okrutnie słaby! Naprawdę ciężko wyczuć tu coś konkretnego, poza wyczuwalną kwaskowatością, będącą wypadkową zapachu wody po kiszonych ogórkach i kiszonej kapuście. W tle pałęta się jeszcze nieco soku z cytryny, delikatna słodowa nutka oraz szczypta niuansów chleba razowego, które są na granicy mojej percepcji. Na tym niestety koniec.

niedziela, 15 listopada 2015

TENCZYNEK MILK STOUT

Browary Regionalne Jakubiak znane są z tego, że kupują stare i zniszczone, zabytkowe browary, a potem remontują je i wznawiają produkcję. W tym roku właśnie zrobiono tak z Browarem Tenczynek w Małopolsce. Fajne to i zacne zarazem, bo dzięki nim już cztery polskie browary odzyskały swój dawny blask. Nic tylko się cieszyć :)
Jednak miny szybko zrzedły naszym krajowym beer geekom, gdy na starcie Tenczynek wypluł z siebie jasnego Lagera i Marcowe, które de facto też jest przecie jasnym lagerem... Na szczęście całkiem niedawno na salony wkroczył budzący craftową nadzieję Milk Stout, a chwilę później Aborygen (Australian IPA). Nic to jednak w porównaniu z petardą jaką jest Tenczynek Imperial Stout, który na dniach zawita do sklepów! Takiego posunięcia to żem się kurna nie spodziewał.
Pierwsze dwa premierowe piwa sobie darowałem (ze względu na niezbyt obiecujące doznania), jednak nad Milk Stoutem nie mogłem przejść obojętnie. 


Butelkę nowości z Tenczynka zdobi przedniej urody etykieta, która nie posiada jednak kontry (czyżby zainspirowali się Kompanią Piwowarską?). Wszystkie informacje znajdują się z przodu, choć szczerze powiem, że nie pisze tu nic więcej o piwie poza podanym składem i stylem. Trochę słabo jak na trunek mający konkurować z krajowym craftem.
Otwieram i przelewam. Co jak co, ale piany to w tym piwie nie uświadczymy. Mimo lania z dużej wysokości na powierzchni pojawiła się tylko skąpa i rzadka koronka barwy ecru, którą nawet nie sposób nazwać pianą.
Kolejne zdziwko to kolor, który tylko z pozoru jest czarny, bo w rzeczywistości piwo jest ciemno brunatne. A przecież każdy stout powinien być raczej czarny....
Wygląd wyglądem, no ale jak to w końcu smakuje? Na pierwszym planie świeżo parzona kawa, która jednak nie jest jakoś szalenie mocna. Wtórują jej mleczno-śmietankowe akcenty, czyli w tym wypadku wymieniona w składzie laktoza. Na drugim planie maszerują lekko palone słody, oblane całkiem przyjemną czekoladą, która jest mieszanką odmiany gorzkiej i mlecznej. W tle chowa się szczypta popiołu, łagodnego chmielu oraz symboliczna i szlachetna goryczka. Nie mniej jednak całość ma raczej wydźwięk słodkawy, czekoladowo-kawowy, a przy tym gładki i aksamitny za sprawą słodu żytniego. Wysycenie jest okrutnie niskie, prawie że zerowe, co tłumaczy tak niską pienistość tego piwa.

czwartek, 12 listopada 2015

POLSKIE BROWARY - Browar Cornelius




Rok założenia
1999
Prezes
Mariusz Supady
Siedziba
Piotrków Trybunalski
Właściciel
Sulimar Sp.z o.o.
Motto
Kogut wśród piw
Logo


Browar Cornelius jest częścią przedsiębiorstwa o nazwie Sulimar, którego historia sięga aż 1981 roku. Założyli je Henryk Supady i Eugeniusz Lisowski, którzy początkowo zajęli się rozlewem piwa na zlecenie największych państwowych browarów. W 1993 roku firma została przeniesiona na przedmieścia Piotrkowa, gdzie wybudowano dość duży i nowoczesny budynek, w którym już rok później otwarto winiarnię Winmar. Natomiast w roku 1999 zdecydowano się samodzielnie produkować piwo i tak powstał Browar Kiper (główną marką było piwo o tej właśnie nazwie).
Browar systematycznie się rozrastał i unowocześniał, a w 2007 roku za jego sterami zasiedli synowie założycieli, zmieniając nazwę browaru na Cornelius. W owym czasie na rynek została wprowadzona także marka piw Cornelius, która po dziś dzień jest głównym motorem napędowym tej firmy. Obecnie Sulimar oprócz piwa i wina jest również producentem napojów energetycznych, oprócz wytwarzania swoich marek firma aktywnie działa też na zlecenie innym firm.


Browar Cornelius należy do grupy tzw. browarów regionalnych, jednak w rzeczywistości jest to całkiem potężny zakład o zdolnościach produkcyjnych sięgających 1000000 hektolitrów rocznie, co czyni go dużym graczem na rynku.
Czy dla typowego beer geeka Cornelius ma coś ciekawego do zaoferowania? No niestety próżno tu szukać jakichś nowofalowych trunków, choć portfolio browaru jest dosyć szerokie. Na szczęście nie każdy przecież jest zapalonym hop headem, dla którego liczy się tylko wykręcająca gębę wartość IBU, leżakowanie w drewnie, czy nowe odmiany chmielu hodowane na marsie... Ludzie nie dajmy się zwariować. Piwna rewolucja jest fajna, ale tradycyjne niemieckie, czy belgijskie style też są nam potrzebne.
Specjalnie dla Was zrobiłem przegląd piw z Corneliusa, po które wg mnie warto czasem sięgnąć i mówię to ja, czyli typowy beer geek ;) Nie ma tego dużo, ale jak to mówią: lepszy rydz, niż nic.


Główną marką tego browaru jest Cornelius, a jak piwa z kogucikiem to koniecznie polecam ich Portera – jedno z dwóch piw na blogu, które dostało ode mnie maksymalną ocenę, czyli 10/10!!! Genialny aromat i przyprawiający o palpitację serca głęboki smak. Kwintesencja porteru bałtyckiego, po którą często sięgam. Jest to jednak jeden ze słodszych na rynku porterów, wobec czego nie każdemu będzie smakować tak jak mnie. Ja jednak jestem zdania, że Baltic Porter powinien być dosyć słodkawy, a wysoką goryczkę i palone akcenty zostawmy RISom.

niedziela, 8 listopada 2015

ARGUS PORTER

Jest listopad – porterowy sezon czas zacząć! Wreszcie nie trzeba już chować się po kątach, by napić się naszego polskiego skarbu narodowego. Teraz już żaden piwny purysta nie wyskoczy Ci z tekstem: „Pijesz portera bałtyckiego latem?! Weź przestań, przecież i tak nie będzie Ci smakował...”
To oczywiście bzdura, ale faktem jest, że w letnie miesiące zazwyczaj nie mam większej ochoty na wychylenie kufelka „czarnego złota”, jak niekiedy jest nazywany Baltic Porter. Co jednak wcale nie znaczy, że mi się to nie zdarza. Ogólnie mam taką regułę, że od wiosny do jesieni raczej chomikuję porterki, by raczyć się nimi w te chłodniejsze miesiące.
Mimo, że listopad, to temperatury są stosunkowo wysokie. W związku z tym na otwarcie sezonu wybrałem lekki porter z Lidla pod marką Argus. Od razu zaznaczam, że to nie jest to samo piwo, co Argus Porter Czarny, który pojawił się w sklepach tej sieci w zeszłym roku. Tamten był produkowany przez Browar Amber, a ten zjechał z linii rozlewniczej Browarów Łódzkich (mam tylko nadzieję, że nie jest to rozwodniona wersja Porteru Łódzkiego). 


Po przelaniu rzeczony trunek prezentuje się bardzo przyzwoicie – beżowa, obfita, drobno i średnio pęcherzykowa piana pięknie góruje nad niemal czarnym piwem (pod światło lekkie brązowe refleksy). Co prawda jej trwałość mogłaby być nieco większa, ale i tak jest nieźle. Lacing nie za duży, ale obecny.
No to teraz czas obwąchać ten specjał. Aromat nie jest jakoś szalenie intensywny, choć nie jest najgorzej – króluje w nim silna czekoladowa ulepkowatość, wspierana przez prażone i lekko palone ciemne słody oraz karmel. Nieco z tyłu do drzwi puka subtelna kawa z mlekiem wespół z kawą zbożową. W tle natomiast można uświadczyć delikatne muśnięcie chleba razowego. Spory plus za doskonale ukryty alkohol, minus za brak jakiejkolwiek owocowości. No, ale nie wymagajmy zbyt wiele od świeżego porteru bałtyckiego. Zapewne po odpowiednio długim leżakowaniu pojawiłyby się tu jakieś wiśnie, suszone śliwki czy rodzynki.

poniedziałek, 2 listopada 2015

STOUT CIESZYŃSKI

Stout Cieszyński to póki co ostatnie piwo z Browaru Zamkowego Cieszyn, którego jeszcze nie piłem, a które wygląda zarazem na całkiem obiecujące. Zresztą generalnie większość napitków tego producenta (po „uzyskaniu niepodległości” od Grupy Żywiec) prezentuje wysoki poziom, a zwłaszcza mogę polecić Wam Sezonowe, Pszeniczne i Double IPA.
Stout Cieszyński to nie taki zwyczajny stout jak można by pobieżnie sądzić, bowiem za dodatkowe wrażenia podczas degustacji odpowiedzialność ponosi tu wanilia oraz kakao. Bardziej hardcorowi piwosze także mogą czuć się ukontentowani, gdyż do piwa dorzucono również nieco papryczek chili! Rzecz jasna nie można nazwać tego wyczynu szczytem piwnej kreatywności (zwłaszcza w obecnych czasach), no ale z drugiej strony dobrze, że coś tam pokombinowali, bo przecież stout sam w sobie jest dość nudnym i monotonnym stylem. 


Cieszyński specjał prezentuje się iście królewsko – olbrzymia czapa puszystej i gęstej jak bita śmietana piany, nieludzko długo utrzymuje się przy życiu. Beżowa pierzyna co prawda zbudowana jest z mieszanej wielkości pęcherzy, ale jej trwałości naprawdę można tylko pogratulować. Na dokładkę wrażeń na ściankach tworzy nam się piękny i nader urokliwy lacing.
Piwo posiada ciemny, niemal czarny kolor, choć pod silne światło można dojrzeć ciemno brązowe przebłyski.
Biorę pierwszy łyk i bez ogródek stwierdzam, że piwo jest stosunkowo słodkie, a nie jest to przecie żaden milk stout (widocznie cukier w składzie to niezbyt trafny pomysł). Czekoladowa słodycz jest tutaj podbita lekkimi nutami kakao, a także minimalnie palonym słodem, który de facto bardziej jest prażony, a niżeli palony. W tle majaczą śladowe ilości kawy z mlekiem oraz przypieczonej skórki chleba. Niestety spodziewanej wanilii nie odnotowałem, a szkoda, bo jestem wielkim fanem tej przyprawy (wszelakie ciastka, wafelki i ciasteczka to tylko waniliowe!). Z początku myślałem też, że zrobili mnie w bambuko z tym chili, ale chyba jednak się myliłem. Po kilkunastu łykach w przełyku zacząłem odczuwać nasilające się piekące uczucie, które jednak nie należało do przyjemnych. Piłem kilka piw z chili, gdzie naprawdę ostrość robiła dobrą robotę, a tutaj jakoś mi ona nie pasuje do profilu tego słodkawego piwa. Na finiszu natomiast pałęta się symboliczna i delikatnie palona goryczka - krótka, nikła i jakaś taka bez wyrazu.

środa, 28 października 2015

LUBUSKIE WITbier

Gro czasu nie piłem już nic z cieszącego się złą sławą browaru w Witnicy, więc czemu bym miał nie sięgnąć po tamtejszego Witbiera?
Nie, nie jestem szalony - zapewne olałbym to piwo ciepłym moczem, gdyby nie fakt, że zostało ono uwarzone na podstawie zwycięskiej receptury I Lubuskiego Konkursu Piw Domowych. Konkurs ten odbył się w 2014 roku w ramach Witnickich Piwowariów (lokalnego festynu piwnego organizowanego przez wspomniany browar), a uhonorowanym szczęśliwcem zwycięskiej receptury jest Piotr Kowalski.
W składzie tego ‘witka’ oprócz słodu pszenicznego znalazły się także płatki pszenne, płatki owsiane, a także kolendra, skórka gorzkiej pomarańczy i skórka cytrynowa. Na dokładkę wrażeń trunek potraktowano hamerykańskim chmielem Cascade! Zapowiada się zatem naprawdę zacnie, lecz jestem ciekaw jak sobie tu poradzono z diacetylem i metalicznością, które są przecież zmorą niemal każdego piwa witnickiego browaru.


Rzeczony trunek przywitał mnie nad wyraz obfitą i bujną pianą o białej barwie i bardzo drobnej strukturze. Wysoki kożuszek dzielnie się trzyma, opadając naprawdę wolno i niespiesznie, zostawiając przy okazji wyraźne firany na szkle – super!
Piwo posiada złocisty kolor, przy czym jest to bardziej ciemny odcień złota, aniżeli jasny. Wysycenie dwutlenkiem węgla oscyluje na średnio wysokim poziomie jak na Witbiera, odrobinę wyższe z pewnością by nie zaszkodziło.
Wygląd wyglądem, ale czas na ocenę organoleptyczną. Zapach dość mocno trąca cytrusem z niewielką, acz zauważalną dominacją skórki pomarańczy. Nieco dalej siedzi sobie cichutko skryta i jakby zakompleksiona kolendra, której sumarycznie jest raczej niewiele. Tłem natomiast łagodnie sunie przyjemna chmielowa nuta oraz mało wyraźna i stonowana słodowość, która wypełnia luki pomiędzy cytrusem, chmielem, a kolendrą. Na szczęście nie wyczuwam tu ani żelaza, ani masełka, nie mniej jednak gdzieś tam w głębi majaczy ta słynna, nieco mdła i mydlana witnicka woń, którą poznam wszędzie.

niedziela, 25 października 2015

ZUPA DĘBOWA

Dziś kolejne piwo z browaru kontraktowego Piwoteka, a jest nim Zupa Dębowa. Co tym razem zgotowałem dla nas Marcin Chmielarz? Jest to klasyczne, czyli angielskie Pale Ale. Żeby jednak nie było tak nudno i drętwo potraktowano je amerykańskim chmielem na zimno, dosypano słodu żytniego i dodano płatków dębowych do leżaka... Od razu inna bajka prawda?
Od jakiegoś czasu etykiety z Piwoteki stały się spójne i przemyślane, posiadające jedną wspólną koncepcję. Zazwyczaj nazwa piwa odnosi się w ten, czy inny sposób do Łodzi lub okolic i to jest jak najbardziej fajne. Z tyłu butelki mamy szereg dodatkowych informacji, od temperatury serwowania, po polecane przy piwie potrawy i to też jest fajne. Niestety w tej beczce miodu jest też łyżka dziegciu – niektóre etykiety, czy też ich fragmenty są mało czytelne. Wszystko się tu zlewa, bo czcionka jest mała, a przy okazji czasami nazbyt wymyślna, kolory jakieś takie nijakie, mdłe i wyblakłe... Sam pomysł mi się podoba, ale nad wykonaniem bym jeszcze posiedział. W końcu nie o to przecież chodzi, by klient mając w ręku butelkę zastanawiał się jaka jest nazwa tego piwa.


Zupa Dębowa generuje tak obfitą i drobną czapę piany, jakby ktoś nafaszerował ją azotem. Nie mam fotki, ale bez mała jedna trzecia szklanki to biały puch... sorki – bardziej ecru niż biały. Rzeczona piana cechuje się nadzwyczajną puszystością i żywotem, którym nawet żółwie by nie pogardziły ;) Natomiast na ściankach wzrok przyciąga niezwykle sowity i urokliwy lacing. Taką piankę to ja rozumiem!
Bursztynowo-miedziany trunek jest wyraźnie zmętniony, a w cieczy gołym okiem widać niewielkich rozmiarów farfocle. Niezbyt apetycznie to wygląda, ale wystarczy przecież zamknąć oczy, albo mieć silną wyobraźnię. Mi bynajmniej wcale to nie przeszkadza.
Piwo jest przyjemnie aksamitne i gładkie, co zapewne jest zasługą  żytniego słodu. W smaku pierwsze skrzypce gra oczywiście solidna słodowa baza, okraszona nutką przypieczonej skórki chleba i średnio wypieczonych tostów. Nieco dalej pojawia się dość wyraźny karmel oraz nie mniej wyraźna chmielowość typu ziołowego. Na samym końcu dopiero majaczy delikatna dębina, która bardzo płynnie przechodzi w umiarkowanie goryczkowy finisz, gdzie spotyka nas szlachetna i krótka, ziołowo-łodygowa goryczka. Wysycenie jest niskie, ale w końcu to angielskie Pale Ale.

poniedziałek, 19 października 2015

ŻYWIEC SAISON VS. SEZONOWE CIESZYŃSKIE


Czy dziełem przypadku jest, że w stosunkowo krótkim czasie na rynku pojawiły się dwa piwa w tym samym stylu, w zasadzie od tego samego producenta? Sezonowe Cieszyńskie przywitało nas gdzieś w połowie wakacji, a Żywiec Saison trafił na półki sklepowe pod koniec września.
Wciąż trwają spory wielu piwoszy, czy cieszyński browar nadal należy do Grupy Żywiec, czy też na tyle odciął pępowinę od firmy-matki, że można go uznać za zupełnie oddzielny byt? Jakkolwiek by na to nie patrzeć w Cieszyńskim Browarze Zamkowym po dziś dzień warzone są piwa z portfolio GŻ (Brackie, Brackie Mastne, Żywiec Porter, Żywiec APA), więc jakieś tam układy istnieją. Tak się akurat składa, że nowy Żywiec Saison także powstał w Cieszynie, dokładnie na tej samej warzelni co Sezonowe Cieszyńskie! Zwykły zbieg okoliczności? No fucking way!
Wiele osób podejrzewa jakiś szwindel i sądzi, że obydwie nowości to jedno i to samo piwo, choć nieco różniące się „cyferkami”. Sam mam pewną wątpliwość gdzie leży prawda, więc postanowiłem zabawić się w detektywa i to sprawdzić. Degustacja porównawcza to niezastąpione „narzędzie” w tego typu sytuacjach.
Obydwa piwa są w belgijskim stylu Saison (o stylu tym pisałem więcej tutaj, więc nie będę drugi raz na darmo strzępił klawiatury). W obydwu przypadkach jedyną użytą przyprawą jest skórka pomarańczy, reszta belgijskich klimatów jest efektem pracy specjalnych szczepów drożdży.


Żywiec Saison                         Sezonowe Cieszyńskie

Alk.6,5%. Ekstrakt 13,8%.                                   Alk.5,9%. Ekstrakt 13,6%.
Piana - biała, dość wysoka, drobna i puszysta.     Piana - biała, drobna i puszysta, lecz odrobinę
Opada w średnim tempie, lacing praktycznie         bardziej obfita niż w Żywcu. Lacingu także nie
nieobecny.                                                          ma.
Barwa - klarowna, ciemno złota.                          Barwa - identyczna jak w Żywcu, tyle że                                                                             lekko opalizuje.
Aromat - intensywny, wyraźnie przyprawowy        Aromat - równie intensywny, lecz zdecydowanie
z dużą dozą skórki pomarańczy i innych               bardziej owocowy. Dominuje tu przyjemna
cytrusów. Nieco w głębi pobrzmiewa chmiel          cytrusowość i dosyć wyraźny aldehyd octowy (zielone  oraz ciasteczkowy słód okraszony szczyptą         jabłuszko). Jest także trochę niuansów chmielowych i
słodkich biszkoptów. W tle można odnaleźć         słodu, przy czym ten ostatni mniej rzuca się w oczy,
niewielką nutkę drożdży, która jest trochę             aniżeli miało to miejsce w Żywcu.
niepokojąca.

piątek, 16 października 2015

OWOCOWE LOVE Czarne

Gdzieś w okolicy lata Browar Na Jurze wypuścił Owocowe Love Czerwone, którego nie dane mi było skonsumować. Niedawno ów przybytek poszedł za ciosem, wydając na świat ciemne wcielenie tego piwa, dodatkowo okraszając je szczyptą bakterii kwasu mlekowego. Mamy więc tu klasyczny przykład owocowego Sour Ale! Co prawda w tym momencie nie jest to już żadne novum na polskim rynku, ale i tak propsy się należą, choćby za sam niezwykle odważny i ciekawy koncept.
Oprócz tych małych, skubanych żyjątek w piwie tym znalazły się soki (dodane na etapie fermentacji) z czarnej porzeczki, czarnego bzu oraz aronii. Za tą ostatnią zbytnio nie przepadam, ale jakoś to zdzierżę. Na dokładkę mamy tu nowozelandzki chmiel Pacific Gem na goryczkę i nowalijkę w postaci aromatycznego Huell Melon, który ostatnio robi się coraz popularniejszy.
Przyznacie, że zapowiada się niezwykle ciekawie??


Iście różowa piana może i nie wygląda zbyt zachęcająco, ale przynajmniej mamy dowód, że soki były dodane na etapie fermentacji, a nie tuż przed rozlewem do butelek. Wspomniana pierzynka jest dość obfita, niezwykle drobna i puszysta. Opada wolno, zostawiając po sobie liczne i gęste zacieki na szkle. Przepięknie to wygląda.
Kolor tegoż napitku nie jest rzecz jasna czarny, lecz bardziej przypomina mi sok z malin. Jest to bordowo-różowa barwa, która swoją mętnością niemal dorównuje owocowemu shake’owi.
Biorę pierwszy łyk, bo ciekawość zżarła mi już pół żołądka. Dominuje octowa kwaśność, której nie powstydziłby się chyba nawet Lambik, czy Flanders Red Ale. Lactobacillus Helveticus poszalał sobie tutaj, aż miło. Drugi plan natomiast to owocowe morze, czyli mariaż czarnej porzeczki i równie wyraźnej aroni (czarny bez gdzieś się schował). Mam również wrażenie smaku kwaśnej wiśni i w mniejszych stężeniach innych owoców, ale to pewnie ten kwasior wypalił mi już kubki smakowe ;p Nieco dalej dają o sobie znać akcenty dzikie z przewagą belgijskich klimatów, czyli stajni, końskiej derki, siana, itp. Piwo jest niezwykle wytrawne i odpowiednio nasycone dwutlenkiem węgla, dając niesamowite wrażenie rześkości i orzeźwienia.

wtorek, 13 października 2015

SALVADOR

Seria piw z wąsem z Browarów Regionalnych Wąsosz to niewątpliwie ciekawa i atrakcyjna oferta dla każdego (brodatego, czy też nie) beer geeka. Ostatnim piwem z zarostem jest Salvador w stylu Smoked Coffe Stout.
Inspiracją dla tego trunku jest oczywiście Salvador Dali – słynny hiszpański malarz, surrealista, często, gęsto uznawany za dziwaka i ekscentryka.
W zasypie tego specjału znajdziemy między innymi słód jęczmienny wędzony bukiem, a także słód żytni czekoladowy. Wiele razy powtarzam, że nie jestem wielkim fanem stoutów, jednak gdy dany egzemplarz może mnie zaskoczyć jakimś specjalnym dodatkiem, to chętniej się na niego skuszę. Tak też było i tym razem. Zobaczcie sami, czy wąsaty jegomość spełnił pokładane w nim nadzieje. 


Salvador przywitał mnie całkiem miłą dla oka pianą. Beżowa, niezwykle drobna i puszysta pierzynka może nie była nad wyraz okazała, jednak jej trwałość jest iście mistrzowska! Skubana opada naprawdę w żółwim tempie, powolutku odsłaniając niezwykle obfite i urodziwe „firany” na szkle.
Piwo jest nisko nasycone dwutlenkiem węgla, a jego barwa jest czarna jak górnik pod koniec swojej szychty.
Najpierw zacznę od smaku, by tymczasem trunek nieco mi się ogrzał i oddał całą feerię swoich aromatów.
Nowość z Wąsosza to pełne i bogate w smaku piwo, posiadające stosunkowo sporo ciała jak na ten ekstrakt (13°Blg). Mamy tu nadzwyczaj urodziwy kolaż słodko-gorzkiej czekolady, pralinek i świeżo parzonej kawy, której lurą z pewnością nazwać nie można. Akompaniują im wyraźnie palone słody oraz lekko popiołowe naleciałości. Piwo jest gładkie i aksamitne od słodu żytniego, lecz przyznam, że obiecanej wędzoności to ja tu nie czuję. Finisz to umiarkowanie mocna i doskonale zbalansowana goryczka o podwójnym charakterze, będącym wypadkową paloności oraz chmielu.

czwartek, 8 października 2015

REBEL Z CORNELIUSA RAZY TRZY


Wiem, że lato skończyło się już jakiś czas temu, ale mimo to ostatnio sprawdziłem dla Was trzy typowo letnie piwa – radlery (jak chcecie to możecie mnie za to ukamienować).
Mam tu na myśli najnowsze wypusty od Corneliusa marki Rebel, którą swego czasu swoim nazwiskiem firmował były Wielki Mistrz Bractwa Piwnego, czyli Marek Suliga.
Rzeczone trunki to kolejno radlery o smaku coli, liczi oraz rabarbaru&jabłka. Trzeba przyznać, że jest to dość oryginalna propozycja, no może z wyjątkiem tej o smaku coli, wszak mamy już z tej serii Lecha i Okocimia. Dla mnie sprawa jest o tyle ciekawa, że uwielbiam liczi, no i rabarbar też (ciasto z rabarbarem – pycha!). Nie mogłem więc nie spróbować..., a najlepsze jest to, że wcale tego nie pożałowałem :)

 

Rebel Cola Mix


ALK.2,2% (napój o smaku cola 55%, piwo jasne pełne 45%).
Piana – średnio wysoka, drobna, puszysta, barwy ecru. Opada szybko, nie zostawiając po sobie nawet cienia śladu na szkle.
Barwa – brązowa jak każdy napój typu cola.
Zapach – piwo pachnie niemal identycznie jak Coca-Cola, czy inna Pepsi, czyli dominacja karmelu i orzeszków drzewa kola z niewielką domieszką toffi, a także miodu. Całość zalatuje mocno słodyczą, ale jest dość przyjemna.
Smak – słodki, ale dość naturalny. Przypomina nieco rozwodnioną colę z wyraźnym akcentem karmelowym. Wysycenie wysokie, grube.
Podsumowanie – piwo to pachnie i smakuje niemal identycznie jak Coca-Cola. Zero w tym śladu normalnego piwa, choć złe nie jest. Jednak to nie moje klimaty.
OCENA: 6/10
CENA: 2.69ZŁ (Tesco)
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.12.2015
BROWAR CORNELIUS/SULIMAR

 

Rebel Lychee


ALK.4% (napój o smaku liczi 30%, piwo jasne pełne 70%).
Piana – bardzo wysoka, drobna, gęsta i puszysta o białej barwie. Opada dość wolno, zostawiając wyraźny lacing.
Barwa – mleczno-żółta, bardzo mętna, zawiesista.
Zapach – bardzo mocne liczi i nieco innych owoców tropikalnych z nader wyraźnym grejpfrutem. Aromat jest bardzo naturalny, lecz nie ma w nim nic w piwa.
Smak – lekko słodkawy z liczi i grejpfrutem w roli głównej. W tle śladowe ilości innych owoców rodem z tropików. Na finiszu wyraźna i krótka grejpfrutowa goryczka, co w radlerach raczej się nie zdarza. Całość naturalna i ciekawa.
Podsumowanie – bardzo oryginalny radler. Nie za słodki z nieźle zaznaczoną goryczką. Brawo za pomysłowość i solidne wykonanie.
OCENA: 7/10
CENA: 2.69ZŁ (Tesco)
TERMIN WAŻNOŚCI: 06.02.2016
BROWAR CORNELIUS/SULIMAR

 

Rebel Rabarbar & Jabłko


ALK.2,5% (napój o smaku rabarbar-jabłko 50%, piwo jasne pełne 50%).
Piana – dość wysoka, biała, drobna i puszysta. Opada w średnim tempie, lacing na przeciętnym poziomie.
Barwa – jasno złota, opalizująca.
Zapach – bardzo silny aromat rabarbaru i dojrzałych zielonych jabłek. Oprócz tego pojawiają się akordy białych winogron, gruszek i odrobiny melona. Całość iście owocowa, naturalna i przyjemna.
Smak – lekko kwaskowy, wyraźnie jabłkowy z nie mniej wyraźnym rabarbarem. W tle majaczy nieco limonki i cytryny. Piwo mocno orzeźwia za sprawą przyjemnej kwaśności oraz wysokiego i drobnego wysycenia.
Podsumowanie – bardzo rześki i smaczny napitek, choć piwem bym tego nie nazwał. Wielki plus za znakomite połączenie ww. owoców, a drugi plus za brak słodyczy.
OCENA: 7/10
CENA: 2.69ZŁ (Tesco)
TERMIN WAŻNOŚCI: 07.12.2015
BROWAR CORNELIUS/SULIMAR

niedziela, 4 października 2015

POLSKIE BROWARY - Carlsberg Polska



Z góry uprzedzam komentarze wszelakich typów purystów językowych – wiem, że Carlsberg Polska to nie jest browar, lecz grupa piwowarska. Nie mniej jednak na moim blogu piwa z poszczególnych koncernów piwowarskich wrzucam do jednego wora, bez rozkminiania z którego browaru pochodzi dany wywar.
Zgodnie więc z moimi zasadami w dziale Polskie Browary opisuję producentów napoju z pianką, których liczba piw na blogu osiągnęła min. 25. No i właśnie jakiś czas temu przekroczyłem ową liczbę, jeśli chodzi o trunki opatrzone logiem Carlsberg Polska.

 

Carlsberg Polska

Rok założenia
2001
Prezes
Tomasz Bławat
Główna lokalizacja
Brzesko
Właściciel
Carlsberg Breweries (Dania)
Logo

Carlsberg Polska to polski koncern piwowarski, którego głównym i zarazem jedynym udziałowcem (czyt. właścicielem) jest duński gigant Carlsberg Breweries A/S, zajmujący obecnie czwartą lokatę na świecie pod względem wielkości producentów piwa.
Grupa CP powstała w 2001 roku z połączenia browarów w Brzesku, Szczecinie, Sierpcu i Wrocławiu, który to został zamknięty trzy lata później. Tak więc na chwilę obecną mówiąc Carlsberg Polska mamy na myśli Browar Okocim, Browar Bosman i Browar Kasztelan. Jako ciekawostkę dodam, że CP ma jeszcze w swoim posiadaniu nieczynny browar w Chociwlu.

Grupa Carlsberg Polska to trzeci pod względem wielkości producent piwa w kraju, który na naszym rynku radzi sobie ostatnio bardzo dobrze. Podczas, gdy udziały pozostałych dwóch koncernów piwnych (GŻ, KP) od kilku lat systematycznie spadają, to słupki sprzedażowe CP powoli, ale równomiernie pną się w górę. W 2014 roku udziały rynkowe tego koncernu wynosiły już ponad 20%, podczas gdy w momencie jego powstania liczba ta nie przekraczała 12,5%. Zapewne głównym motorem napędowym jest tutaj namiętnie promowana marka Harnaś oraz Kasztelan, lecz w portfolio tego producenta można także znaleźć troszkę bardziej ciekawsze piwa niż wyprane ze smaku i odfermentowane do granic możliwości ojrolagery. Rzecz jasna nie ma tu żadnego Smoked RIS, Barel Aged Barley Wine, AIPA, czy innego typowo rzemieślniczego specjału, bo to przecież okrutny, zły i podły koncern, jak myśli wielu beer geeków ;)

Jednym z godnych polecenia piw jest na przykład Pszeniczne Naturalnie Mętne (dawniej Okocim Pszeniczne), które co prawda nie jest produkowane w Polsce, ale kto by się tym przejmował... Z pewnością nie jest to najlepsza ‘pszenica’ jaką piłem, ale dla odmiany smaku, między jednym, a drugim Harnasiem bez obawień można łyknąć.
Pozycją obowiązkową jest już natomiast Porter Mocno Dojrzałe (wkurzają mnie te idiotyczne dopiski), które jest następcą piwa Okocim Porter. Nowy porter jest sporo lepszy niż stary i może być niezłą gratką dla wszystkich miłośników mocnych i czarnych trunków.
Jakiś czas temu CP wypuścił serię Piw Sezonowych, które dostępne są w sprzedaży tylko w określonej porze roku. O ile jeszcze Dożynkowe (niepasteryzowany lager) i Świętojańskie (niefiltrowany lager) możemy sobie darować, o tyle po Wielkanocne (koźlak) oraz Świąteczne śmiało można uderzać do monopolki. Zwłaszcza, że niewygórowane ceny czynią je bodajże najtańszymi piwami w swoim segmencie. Grupa ta posiada w swoim portfolio jeszcze jedną linię piw Sezonowe (dostępne tylko w Biedronce), ale one akurat nadają się jedynie do zasilania miejscowego systemu kanalizacji.
CP zadbał także o miłośników radlerów, gdzie do dyspozycji konsumentów mamy, aż trzy rodzaje tego typu napitków. Ja wielkim fanem piw z lemoniadą nie jestem, ale wg mnie z czystym sercem mogę polecić Okocim Radler z Limonką, który wspaniale orzeźwia swoim kwaskowym smakiem limonki.


Najnowszą serią piw są natomiast Kasztelan Specjały (Chmielowe, Białe i Niefiltrowane). Niefiltrowane przemilczę, Chmielowe też brzmi bardzo oklepanie, wobec tego Białe wydaje się być najciekawsze z tej trójki. Wg mnie jest to ichni Hefe-Weizen, choć niektórzy twierdzą, że czują tam kolendrę i biorą go za Witbiera. Tak, czy siak piwo większego szału nie robi, ale lepsze to niż zwykłe ‘jasne pełne’.
Na koniec jeszcze słowo o piwie, które jest stosunkowo nowe i na początku, gdy je opisywałem na blogu nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, jednak z biegiem czasu sporo zyskało w moim oczach (może pierwsza warka była niedopracowana?). 
Mowa tu o Harnasiu Wysokochmielowym, który z definicji ma wyróżniać się wyraźnym aromatem chmielowym, przy minimalnej dawce goryczy. W rzeczy samej piwo jest równie gorzkie, co i słone, ale faktycznie zapach, a po części także smak zdecydowanie różnią się od pozostałych koncerniaków. Są tam przyjemne nutki owocowe (głównie lekkie cytrusy) oraz coś jakby białe owoce z zielonym jabłkiem na czele. Teoretycznie aldehyd octowy (bo tak się to fachowo nazywa) w wysokich stężeniach jest uznawany za wadę, ale akurat w koncernowym jasnym lagerze mi to pasuje i można przyjąć, że to zaleta. Piłem to piwo wiele razy i tu muszę nadmienić, że są wahania formy. Raz jest przyjemnie chmielowe/owocowe, a czasem pachnie i smakuje jak zwykły Harnaś. Może warki są nierówne, a może poszczególne egzemplarze pochodzą z różnych browarów, tego nie wiem, ale na pewno warto zaryzykować. Nieudane butelki na szczęście trafiają się niezbyt często.



 Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe artykuły – zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>