środa, 31 sierpnia 2016

RAISA


Spoko, jestem, żyję. Sorki za tak długą (jak na moje standardy) przerwę w aktywności bloga. W ostatni łykend wakacji postanowiłem odpocząć nad wodą. Całe trzy dni bez neta i laptopa. Nic tylko plaża, woda, grill oraz zimne piwo ;> Były też tańce, hulanki i swawole, ale ten temat wolałbym przemilczeć…
Czas jednak w końcu wrócić do normalnego trybu życia. No, a jak wiadomo nie samą pracą człowiek żyje. Jakiegoś dobrego piwka też od czasu do czasu trzeba się napić. Ostatnio jak byłem w piwnicy stwierdziłem, że „dziwnym trafem” obrodziło mi tam w ciężkie i mocne piwa typu RISy i portery bałtyckie. W sumie nie dziwota, wszak jestem wielkim fanem tego typu napitków. Wręcz mam zboczenie zawodowe (może bardziej hobbistyczne) w tym temacie. Dziś więc na wokandzie ląduje RAISA z Browaru Maryensztadt ze Zwolenia. Trudniejszej nazwy nie mogli już chyba wymyślić. Okazuje się, że formalnie jest to pierwsze piwo na blogu z tego przybytku. Nie wiem, czy się chwalić, czy żalić, ale taka jest prawda. 


RIS ze Zwolenia wygląda zupełnie normalnie. Czarna i nieprzejrzysta barwa. Ciemno beżowa, średnio obfita i dość rzadka piana, która opada chyba odrobinę zbyt szybko. Zostawia za to bardzo wyraźny lacing na szkle.
Po co jednak mam się podniecać wyglądem, skoro już teraz mogę się go napić. Piwo mam bardzo dobrze ogrzane, więc żaden niuans mi nie umknie. RAISA ma fajne gładkie ciało i jest wybitnie czekoladowym napitkiem. Poza słodko-gorzką czekoladą mamy tu jeszcze całkiem sporo kawy i trochę palonych słodów. Głęboko w tle natomiast baraszkują sobie nieśmiałe akcenty popiołu, palonego ziarna, opiekanego karmelu i owocowych estrów. Wg mnie jednak jest ich zbyt mało. Osobiście preferuję mocno owocowe RISy. Finisz został naznaczony umiarkowaną, lekko paloną, ale też i alkoholową goryczką, która jest krótka i nie zalega niepotrzebnie. Alko nieco grzeje w gardełku, ale przy tym woltażu jestem w stanie to zrozumieć. W miarę smaczny to napitek, choć niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, zwyczajny, pospolity ruski Stout jakich wiele na rynku.

sobota, 27 sierpnia 2016

FORTUNA RABARBAR


Moje marzenia się spełniły. Moje modlitwy zostały wysłuchane, a fantazje stały się rzeczywistością! W końcu mamy prawdziwe lato. O to właśnie chodziło! Temperatura dochodzi lub nawet lekko przekracza 30 stopni. I to nie przez jeden dzień, który jest jakimś szczęśliwym trafem. Cała końcówka wakacji i początek września obfitować będą  w takie oto klimaty. Żyć nie umierać. W końcu czuję, że są kurna wakacje i jest lato :D
Po cichu cały czas liczyłem na taką właśnie aurę, toteż zostawiłem sobie jedno wybitnie pasujące na tę okazję piwo – Fortuna Rabarbar. Ot, piwo smakowe jakich wiele. Nafaszerowane sokiem z rabarbaru i cytryny. W składzie prócz słodu pilzneńskiego (standard) znalazła się także pszenica (szacun), słód pszeniczny (spoko), aromat naturalny (na cholerę?), cukier (o w mordę!) oraz naturalny koncentrat czarnej porzeczki (WTF?). No to lecimy z koksem, bo pić mi się chce jak prawiczkowi seksu ;)


Rabarbarowy wynalazek z Fortuny wygląda dosyć zwyczajnie. Jest piana i to całkiem bujna, mieszano ziarnista. Opada w średnim tempie, tworząc liczne zacieki na szkle. Kolor piwa natomiast to jasno czerwony odcień. Coś jakby delikatny róż zmieszany z jasno złotym odcieniem. Od razu widać tu wpływy soku z rabarbaru.
Generalnie to mam gdzieś jak piwo wygląda, bo to nie konkurs piękności tylko degustacja. Biorę zatem pierwszy łyczek, potem drugi, trzeci, piąty. Ależ to pijalne jest! Smaczne, rześkie, dobrze nasycone. Spodziewałem się sporej słodyczy, ale mimo cukru w składzie piwo nie jest nadmiernie słodkie. Występuje tu swoista równowaga pomiędzy lekkim kwaskiem, cukrową słodyczą i łagodną goryczką. Pestkowa, krótka i szlachetna goryczka genialnie kontruje delikatnie zaznaczoną słodową bazę. Jest to wybitnie owocowy trunek z rabarbarem na czele, jednak w tle czai się również subtelna nuta poziomek, brzoskwiń oraz cytryn. Fajny, świeży i super zbalansowany napitek. W sam raz na lato :)

środa, 24 sierpnia 2016

WEST COAST IPA CIESZYŃSKIE


Fajny jest żywot piwnego blogera (nie zawsze, ale czasem). Budzisz się rano, idziesz do pracy, wracasz, a w domu czeka już na ciebie paczuszka. Zaglądasz do środka, a tam piwa. Browarki! Jedno, dwa lub trzy w porywach do dziesięciu. I to wszystko za free! Za frajer jak to mówią niektórzy. Taki właśnie los spotkał mnie kilka dni temu. Wielkie dzięki Browarze Zamkowy Cieszyn! :>
Jedynym piwem z owej przesyłki, którego jeszcze nie piłem jest West Coast IPA Cieszyńskie. Piwo jest zwycięzcą Konkursu Piw Pracowniczych tegoż browaru. Fajnie tam mają jak widać. Nawet jako szary pomywacz, czy kosiarz trawników może być o Tobie głośno i możesz zrobić karierę. Wystarczy, że Twoje piwo wygra taki konkurs. Później piwo oparte na Twojej recepturze będzie dostępne w całej Polsce! Szacun dla Kamila Morawskiego – zwycięzcy pierwszej edycji Konkursu Piw Pracowniczych browaru w Cieszynie!


Wpierw jak głosi tradycja będzie o wyglądzie. Tuż po przelaniu mocno zmarszczyłem brwi. West Coast, a tu taki ciemny kolor? Ze szkła spogląda bowiem na mnie wybitnie bursztynowa barwa. Bursztynowa i delikatnie mętna. Ciecz okryta została umiarkowanie wysoką czapą białej piany. Białej i mieszano ziarnistej, która szybko się dziurawi. W konsekwencji jej żywotność nie jest wysoka. Piana opada szybciej niżbym sobie tego życzył.
Łest kołst ipę z Cieszyna pije się dosyć przyjemnie, jednak daleki jestem od twierdzenia, że to wersja z zachodniego wybrzeża. Są tu słody  i to całkiem sporo. Takie lekko opiekane, tostowe  i oblane niemałą ilością karmelu. Na drugim planie mordę smyra mi wyraźna żywica, nuty rześkich cytrusów oraz igieł sosnowych. Jest świeżo i lekko wytrawnie, choć także wyraźnie słodowo. W tle i na finiszu objawia się dość mocna, ale niebywale krótka i szlachetna goryczka o fajnym żywiczno-ziołowym profilu. W punkt kontruje słodową pełnię, po czym szybko czmycha w krzaki. Piwo jest umiarkowanie wysycone. Jak dla mnie ilość bąbelków jest wystarczająca. Nieźle to smakuje, ale spodziewałem się większej dominanty jankeskich lupulin.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

MR. HARD


Dziś na tapecie piwo szczególne i wyjątkowe. Prawdziwy rarytas, klasyk wśród rodzimych piw. Coś jak Ford Mustang  w świecie motoryzacji, Barbie wśród lalek, jak muzyka Beethovena, czy obrazy Leonarda da Vinci. Nie ma chyba w piwnym krafcie osoby, która nie słyszałaby o słynnym Mr. Hard z Pracowni Piwa. Trunek powstał już dość dawno temu. Tak dawno, że wówczas jeszcze zdecydowana większość obecnie istniejących browarów nie była nawet w planach ich właścicieli. Na szczęście Pan Twardowski to nie jednorazowy wybryk, tylko piwo, które co jakiś czas pojawia się na rynku, ciesząc michy wszystkich kraftopijców.
Mr. Hard to pierwszy w kraju Barley Wine. Nie ma tu żadnych ekscytujących dodatków, marsjańskich przypraw, czy chmieli uprawianych w tajnych bazach po ciemnej stronie Księżyca. Tylko woda, słód, jeden amerykański, jeden brytyjski chmiel i drożdże. Po prostu wino jęczmienne. Proste, niemalże klasyczne, szablonowe, wręcz konserwatywne. Potrafi jednak powodować szybsze bicie serca, a u niektórych niekontrolowany ślinotok. Czy specjał ten wart jest swojej horrendalnej ceny i owianej nim legendy? Czy obecnie wyróżnia się czymś na tle kilkunastu krajowych barli łajnów, a jego wyjątkowość to zwykły bullshit? Zaraz się przekonam. 


Otwieram i przelewam. Rzeczony napitek wygląda bardzo zacnie. Piana jest niewysoka, ale drobna i puszysta, koloru ecru. Opada w średnim tempie. Barwa piwa jest przecudna! Wyraźnie rubinowo-wiśniowa z lekkim przebłyskami miedzi. Do tego jest klarowna. Całość wygląda nader apetycznie. Rzadko ma się okazję oglądać takie piwa.
Czas chwycić diabła za rogi. Ciecz jest dość gęsta, lepka i słodkawa. Typowo słodowe klimaty dominują. Towarzyszy im morze karmelu, opiekanego pieczywa, podsyconego lekkim muśnięciem toffi. Nieco w głębi pojawiają się suszone owoce oraz nuty likieru owocowego, który jest jedynym świadectwem obecności alkoholu w tym piwie. Etanol jest bardzo szlachetny i ułożony, lekko piecze i grzeje w przełyku, ale nic ponadto. W tle i na finiszu spotykamy chmielowo-ziołową goryczkę, która jest umiarkowanie mocna, krótka i niezalegająca. Bardzo sprawnie kontruje słodową podbudowę. Wyjątkowo smaczny i złożony to napitek. Wybitnie degustacyjny. Grzechem byłoby go wypić „na hejnał”.

sobota, 20 sierpnia 2016

BYDGOSKI APACZ




„Tydzień z Browarem Osowa Góra” się właśnie kończy. Sześć piw to i tak dużo. Co prawda mógłbym jeszcze jutro coś dziabnąć, ale w niedzielę to ja raczej nie degustuję piw (a nuż ksiądz coś wyczuję ;) ). A tak na poważnie, to zazwyczaj mam za dużego kaca po sobotnich melanżach, by w niedzielę mieć sprawny aparat węchowy oraz kubki smakowe w formie.
Na zakończenie zostawiłem sobie amerykańca. Bydgoski APAcz się zowie. Nie trzeba być synem Einsteina, by wyczaić o jaki styl chodzi. To już druga APA z tego browaru po Singlu, który mówiąc delikatnie nie spełnił moich oczekiwań. Tym razem mamy mieszankę jankeskich chmieli, więc powinno być lepiej. Obym się nie zawiódł na koniec. 


Bydgoski APAcz prezentuje się wybornie. Mógłbym tu napisać o bardzo obfitej, śnieżnobiałej, drobnej, puszystej i sakrucko trwałej pianie, ale nie będę Was zanudzał Mógłbym pisać o wyśmienitym lacingu, ale po co? Mógłbym napisać o ładnym złocistym kolorze, ale także nie będę Was nudzić. W skrócie więc napiszę, że piwo w szkle wygląda przepięknie i apetycznie.
Czas na pierwszy kontakt, ale pamiętajcie, że to nie Blondyna, więc żadnego barabara nie będzie ;> Łyk, dwa, trzy. Kurde dobre to jest. Smaczne, wielowątkowe, rześkie, chmielowe, optymalnie wysycone. Jest żywica, jest las, są cytrusy i odrobina słodszych tropików. W tle cyka sobie cichutko lekka ziołowość, karmel i opiekany słód. Całość spięta jest dość mocną i wyraźną goryczką o fajnym ziołowo-żywicznym pochodzeniu. Finisz jest długi, wytrawny, żywiczny. Goryczka minimalnie zalega, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Piwo wchodzi jak złoto i o to właśnie chodzi (rym niezamierzony).
W zapachu też się dzieje. Lubię niuchać sobie takie smakołyki :D Nie trzeba się zbytnio wysilać, a do nosa z miejsca włażą mi owoce (dobrze, że mam duże dziurki). Mariaż kwaskowych cytrusów i słodkich tropików robi robotę! Dalej pojawia się sympatyczna kwiatowość, zwiewna żywica, nuty leśne oraz subtelny karmel. Całość spina słodowa podbudowa – dość wyraźna, ale nie dominująca. Na szarym końcu, tuż nad horyzontem majaczą cienie owocowych landrynek. Landrynek nie jadam, bom już duży chłopiec, ale lubię ich zapach. Fajnie pachnie to piwo. Bogato i intensywnie. Podoba mi się.
Całość jest przyjemnie rześka i świeża. Piwo pije się szybko, bo jest smaczne i złożone. Ma świetny balans, fajną i wyraźna goryczkę oraz umiarkowaną pełnię. Nie jest ani zbyt tęgie, ani wodniste. W sam raz, by żłopać je w większych ilościach. Trzy, pięć, siedem, w porywach do dwunastu.
Singiel mnie rozczarował, ale Bydgoski APAcz to naprawdę bardzo dobre piwo. Jestem pod dużym wrażeniem! :D Aż się oplułem z zachwytu…
OCENA: 8/10
CENA: nieznana
ALK.5,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.10.2016
KUJAWSKI BROWAR REGIONALNY OSOWA GÓRA

piątek, 19 sierpnia 2016

BLONDYNA




Schodzę dzisiaj do piwnicy, patrzę, a tam Blondyna! Leży sobie cichutko w kącie i czeka. Czeka, aż ktoś się nad nią zlituje i zabierze ją na powierzchnię (piwnica jest poniżej poziomu gruntu). Hej Blondyna, kto cię dyma jak mnie nima? - rzuciłem przelotnie. Blondyna jednak milczy wyraźnie onieśmielona moim sarkastycznym tekstem. Ech… nie martw się – mówię – dzisiaj jest twój wielki dzień. Po czym wziąłem Blondynę pod pachę i wyszedłem na zewnątrz co, by się jej lepiej przyjrzeć. Urocze to dziewczę trzeba przyznać. Smukła talia, fajny biust, długie nogi, jędrna pupa, duże usta i cudowne niebieskie oczy. Blondyna jak z obrazka. Belgian Blond się zwie. Wiem, bo miała napisane na ubraniu. Swoją drogą niezbyt ciekawym – takim kremowo-żółtawym, dość monotonnym i nudnym można rzec. Nie szata jednak zdobi człowieka – pomyślałem sobie. Najważniejsze jest przecież wnętrze. 


Czym prędzej zatem dobieram się do jej wnętrza. By zdjąć z niej odzienie wystarczy jeden mały przyrząd – może być otwieracz, ostatecznie nawet śrubokręt. Po chwili jasnowłosa ukazuje mi się w całej krasie. Okazało się, że wraz z sukienką spadła jej też peruka i Blondyna okazała się być rudą, mówiąc metaforycznie. Kolor jej włosów przypominał bowiem bursztyn, miedź, a nawet rdzę. Tak się przy tym wkurwiła, że z ust zaczęła się jej toczyć piana – drobna i obfita o lekko kremowym odcieniu. Sporo jej było i długo nie chciała zniknąć, toteż aby dobrać się do jej seksownych warg musiałem nieco tej piany spożyć. Mówi się trudno.
W końcu nadszedł ten moment. Zbliżam swoją ohydną mordę do jej facjaty i następuje kontakt. Blondyna smakuje słodko, słodowo, nieco też ciasteczkowo. Coś jak biszkopty lub herbatniki. Po chwili docierają też do mnie subtelne nuty chmielu i przypraw, choć tych jest naprawdę niewiele. Robię krótką pauzę, po minucie jadę dalej z koksem. Wczuwam się, mlaskam i wywijam ozorem. Mam wrażenie obcowania z jakimiś owocami. Europejskimi owocami, może nawet polskimi. Majaczą tu ulotne cienie brzoskwiń, białych winogron i takich dużych żółtych śliwek (renklody głupcze). W tle pojawia się też odrobina karmelu i miodu. W posmaku zaś poczułem lekko goryczkowe klimaty o chmielowo-ziołowych naleciałościach. Goryczka była krótka, szlachetna i sympatyczna. Dosyć przyjemnie było obcować z taką Blondyną, która smakuje wielowątkowo i bogato. Podobało mi się, choć orgazmu nie dostałem. Fajna z niej sztuka, ale trzeba mieć świadomość, że na mieście są lepsze dupy do wyrwania.

czwartek, 18 sierpnia 2016

SINGIEL




Wróciłem niedawno z roboty… z pracy znaczy się. Pogoda w dalszym ciągu mnie wkur… Dzisiaj na przykład słupki rtęci pokazują 19 kresek. Rzygać mi się chce jak patrzę na termometr. Lato w pełni, a tu taka wiocha. I jak w tym kraju się kurna opalić?! Jak tu założyć krótkie spodenki, jak ci zaraz jajka zmarzną? Na szczęście mam takie cudowne hobby, po którym każdy stres staje się mniejszy - jestę blogerę :D Piwnym blogerem. W takim dniu jak dzisiaj nie pozostaje mi zatem nic innego, jak wypić jakieś dobre piwo i się trochę wyluzować. Nie zapomnieć, bo wtedy to musiałbym wychlać co najmniej osiem dobrych piw.
Skoro trwa tydzień z Browarem Osowa Góra, to nie będzie dzisiaj żadnej Pinty, czy Wąsosza. Będzie za to Singiel. Klasyczna APA single hop Mosaic. Na moje skołatane nerwy powinna się nadać. 


Najsampierw trza piwo obejrzeć, rzucim okiem, okularem, czy co tam się ma pod ręką. Singiel wygląda zwyczajnie, po prostu piwnie. Złoto-bursztynowa barwa, do tego biała, drobna i umiarkowanie wysoka piana, która opada w średnim tempie. Zostawia liczne zacieki na szkle. Jest tak jak ma być, czyli dobrze.
Pociągam łyk i lukam na etę. Parametry dość wysokie jak na APA. Górna granica widełek. W zasadzie podchodzi to już pod AIPA. Tylko IBU niezbyt wysokie - 30 jednostek , więc szaleństwa nie będzie. Orgazm goryczkowy wykluczony. Chmiel Mosaic za to jest wyczuwalny bardzo dobrze. Są białe owoce, lekkie cytrusy (głównie grejpfrut) i mnóstwo żywicy oraz cienie sosny. Tłem suną jakieś zioła i bardzo delikatne warzywa, coś jakby kalafior, albo seler? Ciężko powiedzieć, ale nie jest to specjalnie miłe odczucie. Ciekaw jestem, czy to od chmielu, czy to jakiś feler. Feler, seler, he, he. Na drugim planie pojawia się umiarkowanie intensywna, lecz niestety mdła słodowa nuta. Finisz zaś został naznaczony wyraźną ziołowo-żywiczną goryczką, która minimalnie zalega. 30 IBU jak w mordę strzelił, może nawet ciut więcej.

środa, 17 sierpnia 2016

DYMY OSOWEJ




Jedziemy dalej z koksem. Dla tych, co nie wiedzą, bo nie wytrzeźwieli jeszcze po długim łykendzie - to już trzecie piwo żłopane w ramach cyklu „Tydzień z Browarem Osowa Góra”. Jak na razie nie jest źle – jeden bardzo udany trunek, a drugi raczej przeciętny, ale do wypicia. Dzisiaj natomiast mam w rękawie bardzo dobrze zapowiadające się piwo – Rauchbock. Wiadomo, nowa fala to to nie jest, ale z reguły piwa wędzone mi smakują.
Zaraz, zaraz, ktoś tu chyba leci sobie w kulki. Koźlak o ekstrakcie 14 Ballingów?! Alko zaledwie 5,5%? Wolne żarte. Gdyby BJCP wiedziało o tym piwie, to jej członkowie dostaliby białej gorączki ;p Co prawda piłem już nieraz takie pseudokoźlaki, ale zazwyczaj mnie one nie urzekały. Zaniżanie parametrów przy tym stylu jest po prostu nie na miejscu. 


Po Dymach Osowej spodziewałem się naprawdę dużo, choć było to zanim uważnie przeczytałem etykietę. Po pierwsze lubię koźlaki. Może nie jakoś ekstremalnie, ale wolę to niż jasne lagery, czy zwykłe Pale Ale. Po drugie kocham piwa wędzone. Uwielbiam je. Rodzaj wędzonki to dla mnie sprawa drugorzędna, lubię je wszystkie. Rauchbock z Osowej Góry już po pierwszym łyku sprawił uśmiech na moim fejsie. Czuć bukową wędzonkę, ale nie jest to jakieś ekstremalne odczucie. Dym z ogniska i szyneczka pełnią raczej rolę tła. Prym natomiast wiedzie słodkawy karmel i fajna, lekko opiekana słodowość. Na drugim planie mamy przypieczoną skórkę chleba oraz nuty tostowe. Całość dość nisko wysycona, zakończona lekką i sympatyczną goryczką. Bardzo klasyczne podejście do tematu. Klasyczne, ale bardzo smaczne.

wtorek, 16 sierpnia 2016

WITEK




Muszę Wam coś wyznać. Mam dzisiaj kaca. Lekkiego, ale jednak. Wczorajszy Dubbel, wielozbożowy lager, porter bałtycki oraz ‘korposikacz’ zrobiły swoje. Delikatnie suszy mnie w gardziołku, ale to nic. Nic, bo za chwilę się nawodnię. Browar Osowa Góra przyjdzie mi z pomocą. Mam jeszcze siedem piw od nich. Do wyboru, do koloru. Dziś z racji efektu dnia wczorajszego wybieram rześkiego Witbiera o wdzięcznej nazwie Witek. Nazwa w dechę. Może trochę prostolinijna, ale pasuje jak stringi do zgrabnej kobiety lub jak ‘reformy’ do grubej, starej baby. Kto co woli.
Jak zawsze czytam etę. Pierdzielą coś na niej o nucie kolendry i skórce pomarańczy curacao. Patrzę na skład i albo od wczoraj oślepłem, albo ktoś coś tu przeoczył. Nie ma tam ani słowa o kolendrze i rzeczonej skórce. WTF?! Nie wyobrażam sobie Witbiera bez tych przypraw! Mam nadzieję, że to tylko zwykłe niedopatrzenie. Może ktoś był na kacu jak ja i po prostu dał plamę? Zaraz się przekonam…


Otwieram i przelewam. Patrzę. Piwo jak piwo. Jest piana. Biała, w miarę wysoka, ale jakaś taka rzadka i grubo ziarnista. Opada szybko i bezgłośnie. Nie tego się spodziewałem po piwie pszenicznym. Ze szkła spogląda na mnie mętna, blado złota barwa. Klasyka.
Biorę do dzioba (piwo znaczy się). Dobre, rześkie to jest. Lekko kwaskowe. Jest wyraźna kolendra, są też przyjemne cytrusy, jest skórka. Jak widać niepotrzebnie się martwiłem. Na drugim planie pobrzmiewa lekka słodowość, pszenica oraz nuty chlebowe. Wysycenie umiarkowane, mogłoby być ciut wyższe. Całość lekka, świeża i do tego smaczna. Na kaca w sam raz. Piwo nieźle orzeźwia i gasi pragnienie. Smakuje mi. Obie łapki w górę.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

WĘGLISZEK




Skoro ostatnio stałem się szczęśliwym posiadaczem ośmiu różnych piw (szał w trampkach) z Osowej Góry, to czemu by nie zrobić cyklu „Tydzień z…” – pomyślałem. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Tylko jest jeden problem – tydzień ma kurna tylko siedem dni i za cholerę się nie wydłuży. Problem robi się większy, bo zazwyczaj ‘tydzień z jakimś browarem’ trwa u mnie od poniedziałku do piątku. Które zatem z piw wybrać? Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał kłopot z nadmiarem napoju z pianką ;)
Kujawski Browar Regionalny Osowa Góra to nowa inicjatywa, która zadebiutowała pierwszym piwem w kwietniu tego roku. Jest to browar fizyczny, mieszczący się na rubieżach Bydgoszczy, na osiedlu Osowa Góra. Za sterami tego przybytku siedzi Piotr Andres, który jest piwowarem domowym od ośmiu lat. Ponoć jego konikiem są piwa belgijskie. Dzisiaj zamierzam właśnie sprawdzić jak radzi sobie z tym tematem. Bohaterem pierwszego dnia cyklu „Tydzień z Browarem Osowa Góra” jest Węgliszek w stylu Belgian Specjalty Ale. Styl szeroki jak Wisła przy ujściu do morza. Wszystko zależy tutaj od inwencji piwowara. Piotr naszpikował Węgliszka laktozą i skórką curacao. Zobaczmy zatem co z tego za czort wyszedł.


Otwieram i wiecie co robię. Nie spodziewałem się aż tak ciemnego piwa. Z daleka wydaje się wręcz czarne, ale naprawdę posiada ciemno brązową barwę skubaniec jeden. Jest też i piana koloru ecru (a mówią, że faceci odróżniają tylko pięć podstawowych barw). Czapa jest średnio wysoka o różnej wielkości pęcherzach. Opada raczej szybko, zostawiając miłe dla oka osady na szkle.
W smaku piwo jest jakieś takie nijakie. Po pierwsze chyba brakuje mu ciała. W życiu bym nie powiedział, że to coś ma 16°Blg! Po drugie niewiele się tu dzieje. Królują opiekane słody, tosty i karmel. Jest trochę słodko, ale bez jakiejś przesady. Nieco z tyłu czają się nieśmiałe akcenty czekolady i laktozy. Piwo jest wyraźnie gładkie i aksamitne. Fajnie przesuwa się po podniebieniu. Głęboko w tle majaczy odrobinka suszonych owoców i przypraw, co jest jedynym wyznacznikiem belgijskości tego napitku. Finisz zakończony lekką i dość sympatyczną goryczką o delikatnym ziołowo-opiekanym rodowodzie. Wad jako takich nie stwierdziłem, ale wszystko jest tutaj takie przygaszone, stonowane. Piwo jakby się bało buchnąć feerią smaków.

piątek, 12 sierpnia 2016

BABSKIE



O złośliwości aury panującej tego lata pisałem już w poprzednim poście. Nie zamierzam się tu wkurzać i ponownie przytaczać moich argumentów. Na cholerę ciśnienie ma mi skakać. Skoro pogoda ma mnie w dupie, to ja ją też. Dzisiaj wytaczam więc ciężką artylerię. Prawdziwe działo armatnie wśród piw – RISa.
Mam ich kilka na stanie, ale wybór padł na ruskiego Stouta z Browaru Spółdzielczego. Babskie się zwie. Nie mam jednak pojęcia dlaczego. Przecież baby… pardon, kobiety zazwyczaj nie gustują w mocarnych i wyrazistych trunkach. Może dlatego, że to wiśniowy RIS? Naprawdę nie wiem. A właśnie – „wild cherry RIS” brzmi dopisek. Piwo to bowiem przez pół roku leżakowało sobie z wiśniami. W tym czasie przypadkowo również zdziczało. Był to efekt niezamierzony o czym browar informuje z tyłu etykiety (wielkie propsy). Chwalę sobie takie postępowanie i rozumiem je. Jeśli piwo nadawało się do picia, to czemu mieliby je wylewać? A to, że akurat skwaśniało, to tylko zwiększa jego oryginalność i wyjątkowość. Fajnie, że stawiają sprawę jasno, a nie mydlą oczy, jak niektóre browary. 


Babskie nalewa się z umiarkowanie wysoką pianą. Beżową, ale też dziurawą. W efekcie pierzynka opada nader szybko i redukuje się do postaci cienkiej obwódki i kilku wysepek pośrodku. Piwo jest tylko pozornie czarne, bo pod światło przebija się ciemno brunatna barwa.
Nie jest to jednak aż tak ważne, bo tutaj tak naprawdę liczą się  tylko wrażenia organoleptyczne. A jest o czym pisać. Już pierwszy łyk dał mi obraz sytuacji - kwach pełną gębą. Może nie jakiś ekstremalnie kwaśny, ale aż nadto wyraźny. Zupełnie jakby ktoś dorzucił tutaj Lactobacillusy. Wiśnia też jest obecna i wyraźna. Wiśniowy kwasior to dobre określenie. Subtelna czekolada, palony słód i bardzo delikatna kawa są tylko tłem. Finisz jest lekko cierpki i płynnie przechodzi w pestkową goryczkę, która jest bardzo łagodna. Wręcz ledwie zauważalna. Wysycenie niskie, poprawne. Mimo dużego ekstraktu (22) piwo nie jest jakieś gęste, czy wyklejające. Wchodzi gładko i bez oporów. Zapewne to przez tą kwaśność.

środa, 10 sierpnia 2016

CORNELIUS TROPIC



Wiecie co? Wkur… mnie to lato! Pogoda jest w kratkę. Jeden lub dwa dni ciepła, a za chwilę jesienne chłody typu 18°C. Poza tym deszcz. Wg moich obliczeń od początku lipca średnio pada u mnie co drugi dzień, a bywało nawet pięć dni pod rząd pluchy. Osobiście lubię ciepło, wręcz gorąc. Fajnie jest, gdy żar leje się z nieba,  a ja siedzę w cieniu i piję chłodne piwo. Naprawdę nie rozumiem dlaczego tak wiele osób nie znosi upałów (upał = ponad 30 Celsjuszów).
Dziś jest jeszcze spoko (ok 23 stopnie), ale jutro na przykład szlag mnie trafi na miejscu, bo meteorolodzy przewidują zaledwie 14°C!!! Zajebiście. Póki więc chłód do mnie nie zawita postanowiłem wypić jakieś typowo letnie piwo. Takie jakieś lekkie i sesyjne. Wybór padł na nowość z Corneliusa. Lekkie piwo pszeniczne w wersji tropik, czyli z dodatkiem soków z owoców tropikalnych. Niestety czytając skład niechcący natrafiłem także na aromaty, stabilizator oraz barwnik. Cóż Cornelius nigdy browarem craftowym nie był i tym piwem to potwierdza. 


Przelewam Ci ja tego Corneliusa Tropica, patrzę u to barwa soku Multiwitamina – intensywny i cholernie mętny pomarańcz (barwnik karoten zrobił swoje). Niby ładny to kolor, ale tak samo piwny jak słynny Leśny Dzban. Piana rośnie jak szalona. Jest dość pokaźna i grubo ziarnista, ale posiada tzw. efekt coli – szybko opada z głośnym sykiem. Po cyknięciu około sześciu fotek pozostał po niej już tylko cienki kożuszek. No, ale wyglądem przecież człowiek se nie użyje. Ważne jak smakuje ten wynalazek.
Ostrożnie biorę do dzioba. Piję i smakuje. No kuźwa soczek! Multiwitamina jak nic. Słodycz, owoce tropikalne, głównie mango, marakuja, ananas i pomarańcza. Gdzieniegdzie przemknie jakiś banan oraz nieznaczny kwasek cytrynowy. Wysycenie na średnim poziomie intensywności. Generalnie jednak piwo jest wyraźnie słodkie i takie jednostajne. Żadnego słodu niestety to ja tu nie czuję. Na szczęście dość naturalnie to smakuje. Rześko i naturalnie. Nie jest źle o  ile ktoś lubi soczki owocowe.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

BLACK WIDOW


Browar Baba Jaga bardzo rzadko gości na tym blogu. Toteż cieszę się podwójnie, że dzisiaj wypiję jedno z najbardziej pożądanych piw z tego przybytku. Ba! Dla wielu osób Black Widow to jedno z najbardziej pożądanych piw w ogóle. Ja też dość długo na nie polowałem. W internetach panuje opinia, że Czarna Wdowa z Baby Jagi to jedno z trzech najbardziej torfowych polskich piw (kolejne dwa to Biohazard i Nafciarz Dukielski). Wobec takiego stanu rzeczy moje ślinianki natychmiastowo biorą się do pracy.
Dla fanów słodu whisky piwo to stanowi nie lada gratkę. Każdy amator (w tym ja) rozgrzanego asfaltu i smoły nie może przejść obojętnie obok Extra Whisky Stoutu od Baby Jagi. Jedni lubią kwasek i sól w piwie, a inni bandaże i naftę. Co zrobić? Jak śpiewał Czesław „Dziwny jest ten świat…”


Po przelaniu piwo wygląda obłędnie! Czarna barwa i ta niebiańska, obfita  piana. Zbita, drobna, puszysta i gęsta niczym bita śmietana. Jestem niemal pewien, że można by ją było jeść widelcem! Normalnie jakby ktoś azotem potraktował to piwo. Beżowa, zwarta pierzynka do tego jest okrutnie trwała. Całe wieki musiałem czekać na możliwość dolewki. Piana jest niebywale lepka, przez co wspaniale zdobi szkło. Aż chce się na to patrzeć. Patrzeć i konsumować.
Black Widow jest nisko wysycony. Akordy słodu whisky nie są jednak tak mocno wyczuwalne jak sądzą niektórzy. Oczywiście bez problemu wyczuwam tu podkłady kolejowe, naftę, spalone kable oraz smołę. Nie dominują jednak one w tym piwie jakoś szczególnie, bowiem szybko przełamywane są akcentami czekolady, łagodnej kawy i palonych słodów. Jest też sporo popiołu, palonego jęczmienia, a nawet nuty kakao, spalonego karmelu i pralin. W posmaku przewijają się cienie tytoniu, ziół oraz chmielu, rozbijając nieco to „czarne towarzystwo”. Finisz został zaakcentowany umiarkowanej mocy goryczką o przyjemnym palono-kawowym rodowodzie. Goryczka jest krótka i niezalegająca. Dobrze wywiązuje się ze swojej roli. Bardzo smaczne i wielowątkowe jest to piwo. Czas na wąchanko ;)

czwartek, 4 sierpnia 2016

ZŁODZIEJSKIE


Tematem niniejszego wpisu jest Popieprzone ARA. Fajna nazwa stylu piwa. Lubię popieprzone filmy, lubię popieprzone książki, lubię też popieprzone pomysły, ale najbardziej to lubię dobrze popieprzone flaki (taka zupa). Taaa, nie ma nic lepszego niż dobrze doprawione flaczki ;)
OK. No, ale co z tym popieprzonym piwem? Kto go tak okrasił tym pieprzem? Ano sprawcą całego zamieszania jest dobrze mi znany Browar Spółdzielczy z Pucka i Browar Gzub. Dobrze kombinujecie cwaniaczki – jest to piwo kooperacyjne. Złodziejskie było piwem festiwalowym tegorocznego Craft Beer Camp, więc nie ma lipy.
Teraz do rzeczy. Co to jest ta cholerna ARA? Nie jestem jakiś totalnym bezmózgiem, ale  poza wielką papugą nic nie przychodzi mi do głowy. Na szczęście na etykiecie jest wyjaśnienie – American Rye Ale. To nie prościej byłoby nazwać je żytnie APA, albo Rye APA? 


Kooperacyjne dzieło Browaru Spółdzielczego i Gzuba nalewa się z sympatyczną czapą białej, mieszano ziarnistej piany, która jest bardzo trwała i żywotna. Trzyma się szkła jak rzep psiego ogona, tworząc wspaniały i niezawodny lacing. Piwo jest mętne i dość ciemne, jak na ten ekstrakt. Nie wiedzę tu złota, a bardziej bursztyn wykopany gdzieś nad Bałtykiem.
Jeden łyczek, drugi, trzeci. Kurde dobre to jest, niezłe. Gładkie, smukłe i bardzo aksamitne. Wyraźnie owocowe, z przewagą słodkawych tropików. Samych cytrusów jest tu raczej niewiele. Na dalszym planie egzystuje sowita słodowość typu zbożowo-herbatnikowego. Nieco dalej natomiast pojawia się nieco żywicy, ziół oraz trawy (WTF?). Całość spina fajna i przyjemna nuta karmelu. Jest też i chmielowo-ziołowa goryczka. Bardzo ułożona, krótka i szlachetna. Niezbyt mocna, ale zauważalna. Pozostawia miłe wrażenie w ustach. Pieprzu nie odnalazłem mimo usilnych poszukiwań.

wtorek, 2 sierpnia 2016

PIWO MIESIĄCA - LIPIEC 2016




Znowu miesiąc przeleciał mi przed oczami. Nawet nie wiem kiedy. Czmychnął szybciej niż kot spod kół samochodu. Latek przybywa, ale rozumu chyba już nie ;p Ja jednak nie o tym, a o kolejnym Piwie Miesiąca.
W lipcu, tak jak i w każdym miesiącu nie brakowało piw dobrych i bardzo dobrych. Wybitnych i urywających co nieco, nie było już tak dużo, ale wiadomo – im lepszy napitek, tym rzadszy. No, ale dobra. Bez owijania w bawełnę, bez nawijania makaronu na uszy powiem Wam, że tak naprawdę walka o tytuł Piwo Miesiąca Lipiec 2016 toczyła się pomiędzy dwoma zawodnikami. Jednym z Pinty i jednym z Widawy. Jeden to względnie jasny trunek, drugi to zupełnie czarny specjał. Dwa bardzo smaczne, ale różne piwa. Dwa zupełnie odmienne światy i weź się tu chłopie zdecyduj. Wybierz, a potem nie żałuj swojej decyzji.
Nie ma co się oczywiście nad tym spuszczać, bo to przecież nie wybór Prezydenta RP. Nikt mnie winić za to nie będzie.

Przeczytałem uważnie obydwie recenzje. Z otchłani pamięci przywołałem wspomnienia i już wiem. Tytuł PIWO MIESIĄCA – LIPIEC 2016 zgarnia Browar Pinta za specjał American Barley Wine Grand Prix!!! 


Co prawda autorem receptury tego piwa nie jest żaden z piwowarów Pinty, a Łukasz Kubicki. Trunek bowiem uwarzono w nagrodę za najlepsze piwo czwartej edycji Warszawskiego Konkursu Piw Domowych. Nie mniej jednak brawa i gratulacje oprócz Łukaszowi Pincie też się należą, choćby za wierne odtworzenie piwa w skali browaru komercyjnego. To oczywiście tylko moje domysły, bo nie piłem oryginału, ale mam podejrzenie, że był równie udany.
Rzeczony napitek to naprawdę zacne, wielowątkowe i porywające piwo. Na wskroś owocowe, słodowe, złożone, bogate, super zbalansowane i wspaniale pijalne. Mimo swojej ogromnej mocy pije się szybko i ze smakiem. Alkohol został świetnie zamaskowany. Totalny absolut. Piwo bardzo bliskie ideału! :D