środa, 31 sierpnia 2016

RAISA


Spoko, jestem, żyję. Sorki za tak długą (jak na moje standardy) przerwę w aktywności bloga. W ostatni łykend wakacji postanowiłem odpocząć nad wodą. Całe trzy dni bez neta i laptopa. Nic tylko plaża, woda, grill oraz zimne piwo ;> Były też tańce, hulanki i swawole, ale ten temat wolałbym przemilczeć…
Czas jednak w końcu wrócić do normalnego trybu życia. No, a jak wiadomo nie samą pracą człowiek żyje. Jakiegoś dobrego piwka też od czasu do czasu trzeba się napić. Ostatnio jak byłem w piwnicy stwierdziłem, że „dziwnym trafem” obrodziło mi tam w ciężkie i mocne piwa typu RISy i portery bałtyckie. W sumie nie dziwota, wszak jestem wielkim fanem tego typu napitków. Wręcz mam zboczenie zawodowe (może bardziej hobbistyczne) w tym temacie. Dziś więc na wokandzie ląduje RAISA z Browaru Maryensztadt ze Zwolenia. Trudniejszej nazwy nie mogli już chyba wymyślić. Okazuje się, że formalnie jest to pierwsze piwo na blogu z tego przybytku. Nie wiem, czy się chwalić, czy żalić, ale taka jest prawda. 


RIS ze Zwolenia wygląda zupełnie normalnie. Czarna i nieprzejrzysta barwa. Ciemno beżowa, średnio obfita i dość rzadka piana, która opada chyba odrobinę zbyt szybko. Zostawia za to bardzo wyraźny lacing na szkle.
Po co jednak mam się podniecać wyglądem, skoro już teraz mogę się go napić. Piwo mam bardzo dobrze ogrzane, więc żaden niuans mi nie umknie. RAISA ma fajne gładkie ciało i jest wybitnie czekoladowym napitkiem. Poza słodko-gorzką czekoladą mamy tu jeszcze całkiem sporo kawy i trochę palonych słodów. Głęboko w tle natomiast baraszkują sobie nieśmiałe akcenty popiołu, palonego ziarna, opiekanego karmelu i owocowych estrów. Wg mnie jednak jest ich zbyt mało. Osobiście preferuję mocno owocowe RISy. Finisz został naznaczony umiarkowaną, lekko paloną, ale też i alkoholową goryczką, która jest krótka i nie zalega niepotrzebnie. Alko nieco grzeje w gardełku, ale przy tym woltażu jestem w stanie to zrozumieć. W miarę smaczny to napitek, choć niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, zwyczajny, pospolity ruski Stout jakich wiele na rynku.

W aromacie jest bardzo podobnie. Równie normalnie i pospolicie. Dominuje czekolada deserowa wspierana przez łagodne nuty kawy i suszonych owoców (śliwka, rodzynki). Od razu powiem, że w zapachu są trochę wyraźniejsze niż w smaku. Dalej na swej drodze spotykam lekkie tony palonych słodów, przypieczonej skórki chleba i pralinek. Niestety raczej tych z niższej półki. W tle pobrzmiewa delikatne muśnięcie likieru i alkoholu, który nieco wierci dziury w nosie. Da się z tym żyć, ale nie jest to wybitnie przyjemne uczucie.
Trunek z marjensztadu nie zaskoczył mnie w ani jednym procencie. Z drugiej też strony nie posiada on żadnych szczególnych wad. Pełnia jest odpowiednio wysoka, balans też całkiem wporzo. Piwo jest zarówno nieco słodkie, jak i też lekko gorzkie. Pijalność nie jest za wysoka, ale przy takich parametrach to nawet lepiej. Piłem je grubo ponad pół godziny, a i tak słyszę szum morza w główce ;p
Dość dobre piwo, nieźle ułożone i nawet smaczne, choć dalekie od urywania czegokolwiek. Po prostu jest to do bólu zwyczajny, grzeczny, wręcz prozaiczny Russian Imperial Stout. Szału żadnego nie robi, można wypić, ale na pewno się w nim nie zakochasz.
OCENA: 7/10
CENA: ok 10ZŁ
ALK.9,4%
TERMIN WAŻNOŚCI: 26.04.2017
BROWAR MARYENSZTADT

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz