piątek, 30 czerwca 2017

HORNET IMPERIAL IPA z OSOWEJ GÓRY



Czy ktoś zamawiał piwo z Osowej Góry? Strasznie dawno nic nie było z tego przybytku, więc proszę bardzo! Oto jest. Hornet IPA – wybitnie tradycyjne podejście do imperialnego aj-pi-ej. Żadnych dodatków. Cztery rodzaje słodu, pięć odmian chmielu. Wszystkie oczywiście zza Wielkiej Wody.
Też macie wrażenie, że ety z Osowej Góry są słabe i nijakie? Ja nie wymagam pięciu orgazmów pod rząd, ale mogli by się trochę bardziej przyłożyć. Grafiki są słabe, kolory nudne, jedynie papier jest dobrej jakości. A jak będzie z piwem?


Założenia tego piwa są oczywiste – tradycja pełną gębą. Już na wstępie powiem Wam, że założenia te zostały jak najbardziej spełnione. Piwo to jest typowym Imperial IPA – dość ciężkie, wybitnie słodowe, mocno karmelowe, ale też żywiczne i chmielowe. Słodowość jednak zdecydowanie zwycięża w tej walce. Solidnie wałkuje nam jęzor, dając odczucie niemałej pełni oraz ciała. Jankesi wprowadzili do trunku głównie nuty żywiczne i lekko tropikalne (choć ich jest naprawdę niewiele). Całość trzymana jest w ryzach za pomocą dość mocnej goryczki o fajnym i nawet nieco szlachetnym charakterze. Goryczka posiada żywiczno-ziołowy profil, może troszkę zalega, ale sumarycznie sprawia miłe wrażenie. Całość jest nawet gładka, treściwa i bardzo pełna w smaku. Balans jest wystarczający, a wysycenie średnie, czyli stylowe. No można to pić. Sprawia trochę frajdy, nie powiem.

wtorek, 27 czerwca 2017

GRODZISKA WHITE IPA - Piwo z potencjałem do urywania



Po zwykłej „apce” pora na drugą nowinkę z Browaru w Grodzisku Wielkopolskim (nie mogli się jakoś normalnie nazwać?). O tej drugiej mówi się więcej i częściej, bo jest już z teorii po porostu ciekawsza. Jest nią White IPA, czasem określana też jako Wit IPA. Wg wszelkich prawideł piwo takie stanowi luźne połączenie belgijskiego Witbiera i amerykańskiej IPY.
Biała IPA z Grodziska zbiera naprawdę cholernie pochlebne recenzje, toteż moje nadzieje są podwójnie rozbudzone. Lekarz rodzinny stwierdził nawet nadmierny ślinotok, więc coś musi być na rzeczy. Macherzy z Grodziska co prawda nie dosypali do piwa kolendry, ale prócz pszenicy i słodu pszenicznego zaaplikowali tutaj całkiem oryginalny zestaw chmieli z różnych kontynentów, a na deser dołożyli zieloną herbatę Sencha Earl Grey. Co to za chmiele? Niemieckie Magnum oraz Hallertau Blanc, amerykański Equinox i japoński Sorachi Ace. Ciekawa mieszanka muszę przyznać. Aha, bym zapomniał – pokuszono się też o chmielenie na zimno! :D To nie mogło się nie udać. 


Jak się nie mogło nie udać, to znaczy, że się udało. I to jeszcze jak! Matko Boska Częstochowska jakie to jest dobre! Jakie rześkie, jakie soczyste, jakie świeże, jakie cytrusowe! Już po pierwszym łyku moje podniebienie spowija wyraźna i okrutnie przyjemna nuta bergamotki (od herbaty), zielonej liściastej herbaty oraz kwaskowych cytrusów. Limonka wespół z odrobiną cytryny i zielonego grejpfruta harcuje tutaj, aż miło. W zasadzie są to bardziej skórki niż sam miąższ, ale to nic, bo piwo jest naprawdę wyborne. Ciało jest gładkie, pełnia odpowiednia do stylu. Delikatna pszeniczna słodowość spełnia się tutaj świetnie w roli nienarzucającego się tła. Lecz w tym tle majaczy także szczypta świeżych liści tytoniu, trawy, herbaty oraz ziół. Nie zapomniano tu również o goryczce. Ma ona fajny herbaciano-grejpfrutowy sznyt. Jest gładka, krótka, miękka i szlachetna. Mocą nie powala, ale i nie musi powalać. Jednym słowem pasuje tutaj jak księdzu koloratka ;) Strasznie klawe piwo! Dosyć wytrawne, umiarkowanie lekkie i szalenie pijalne! Zawartość znika szybciej niż ten tekst powstaje ;p

sobota, 24 czerwca 2017

Kukułkowy BLACK JACK z BROWARU HOPKINS



Wiele osób z piwnego środowiska twierdzi, że sztosowość (kreatywne słowotwórstwo) porterów bałtyckich oraz RISów polega między innymi na obecności cukierków kukułek w smaku i/lub w aromacie. Czaicie może z dzieciństwa takie tanie twarde cukierki? To właśnie kukułki. Ja nigdy za nimi nie przepadałem. Swoim dzieciom też nie kupuję tego badziewia.
Ale co mają one wspólnego z piwem? Otóż niektórzy twierdzą, że dobrze ułożony, wyleżakowany ‘bałtyk’ zalatuje nieco tymi kukułkami. Wręcz powinien nimi zalatywać! Że to niby pożądana cecha. Przyznam się bez bicia, że ja chyba nigdy jeszcze nie wyczułem w żadnym piwie takich klimatów, a jeśli nawet to po prostu ich nie skojarzyłem z rzeczonymi ciuciakami.
Dzisiaj mam przed sobą porterka od Hopkinsa. Jest to porter bałtycki właśnie z dodatkiem tychże cukierków! Po co mamy sobie wmawiać lub sobie wyobrażać te kukułki, jak po prostu można je fizycznie dodać do piwa. Sprytne, nie? Poza tym piwo niczym specjalnym się nie wyróżnia. No może jeszcze wzbogaceniem go o prażony jęczmień, co raczej jest domeną imperialnych stoutów


Black Jack – bo tak nazywa się to piwo – posiada bardzo prawilne parametry (21Blg, 9% alc). Biorąc kilka pierwszych łyków stwierdzam jednak, że ciało jest tu stosunkowo lekkie jak na ten styl. Nie może tu oczywiście być mowy o wodnistości, no ale gęby to to nie oblepia. Piwo jest strasznie nisko wysycone. Jak dla mnie chyba nawet trochę zbyt nisko, dzięki czemu smak wydaje się nieco płaski. Moje receptory wyczuwają sporo słodyczy. Stawce przewodzi karmel oraz coś jakby cukier brązowy, czy może kandyzowany. Jest naprawdę słodko, choć jeszcze bez przegięcia w tej materii. Opiekana słodowość to następne w kolejce smaczki. Tuż za nią stoją czekoladowe niuanse, odrobina kakao oraz nuty chlebka razowego. Kukułki majaczą dopiero na samym końcu, ale bez wątpienia coś jest na rzeczy. Brakuje mi tu odrobiny suszonych owoców, ale rzecz jasna nie każdy porter bałtycki jest w nie wyposażony, a szkoda. Goryczka jest raczej niewysoka, szlachetna, miękka i gładka, lekko opiekana. Sprawia miłe wrażenie, ale niespecjalnie radzi sobie z solidną słodową bazą. Ogólnie smak jest na plus, ale z drugiej strony niczym specjalnym się nie wyróżnia. Te kukułki jak dla mnie żadnej roboty tu nie robią.
Piwo nosi typowe dla porteru bałtyckiego ciemno brązowe wdzianko. Nalewa się z obfitą czapą beżowej piany, jednak bąbelki bardzo szybko stają się duże i rzadkie. Skutkuje to oczywiście szybkim ubytkiem rzeczonej piany. Po kilku minutach jest już po zawodach. Ani słychu, ani widu jak to mówią…

czwartek, 22 czerwca 2017

GRODZISKA APA - nowa fala za śmieszne pieniądze



Ufff… jak gorąco. Puufff… jak gorąco! W końcu! Nareszcie! Lato. Trzydzieści kresek na termometrze. To lubię. Zimne piwko w taką aurę też lubię. Najlepiej w cieniu :)
W ostatnim tygodniu dosyć głośno zrobiło się o na ogół cichym Browarze z Grodziska Wielkopolskiego, którego przypomnijmy – właścicielem jest nie kto inny, jak znany wszem i wobec Browar Fortuna. Otóż reaktywatorzy słynnego piwa grodziskiego wypuścili w świat dwa nowe piwa. Oczywiście już nie grodziskie, no bo ileż można jechać ciągle na tym samym koniu? Owe nowości wiążą się też z całkowitą zmianą szaty graficznej piw. Miast stylowych rzeźbionych butelek o pojemności 0,4 litra pojawiły się zwykłe półlitrowe flaszki…(zwrotne!). Do tego doszła zmiana wizerunku etykiet, które powiedzmy sobie szczerze wyglądają teraz okropnie! Strasznie topornie, staroświecko i cholernie amatorsko, by nie powiedzieć brzydko. Grafik płakał jak projektował. Zdecydowanie. Być może to celowa stylizacja na PRL, no ale ja tego po prostu nie kupuję. Z tyłu jest już trochę lepiej (jeśli chodzi o info). Mamy morską opowieść, pełny skład oraz kilka innych przydatnych wiadomości.
Całe szczęście, że piwo kupuje się dla smaku, a nie dla podziwiania etykiety i butelki, bo z pewnością omijałbym to dziadostwo na kilometr. 


Zaczynamy od piwa Grodziska APA. Apkę zawsze chętnie przytulę. Apka na lato to naprawdę świetny wybór. Tak naprawdę jednak to nie jest żadna APA, bo amerykańskich chmieli to piwo na oczy nie widziało. Polskie za to – i owszem! Lubelski, Marynka, polski Magnum (można?) i polski Cascade (też można). Nawiązaniem do oryginalnego grodzisza jest użycie tutaj słodu pszenicznego wędzonego dymem z dębu oraz słynnych drożdży „grodziskich”, no i rzecz jasna miejscowej wody.
Piwo jest dość ciemne jak na lekkie APA. Zdecydowanie bardziej bursztynowe niż ciemno złote. Ciecz jest lekko zamglona, spowita dość wysoką czapą białej, średnio ziarnistej piany. Niestety kołderka nie chce współpracować, szybko się dziurawi i opada do półcentymetrowej warstewki. Lacing obecny, ale niezbyt szałowy.
W smaku prawilnie. Ciało niewielkie. Pełnia odpowiednia. Dominuje typowa słodowość,  ale jest też sporo karmelowych nut oraz ciastek podszytych subtelnym zbożowym sznytem. Z naleciałości chmielowych na pewno można odnotować zioła, akcenty trawiaste i nieśmiałe cytrusy. Do dobrego APA jednak nie ma żadnego porównania. Wędzonki zupełny brak, ale tego akurat to się spodziewałem. Chmielowo-ziołowa goryczka jest raczej niewielkich rozmiarów. Powiedzmy, że to poziom takiego Żywca APA. Nie mniej jednak wystarcza to, by piwo dobrze zbalansować. Wysycenie średnie, pasujące do całości. Piwo jest nawet pijalne, nie ma wad sensu stricto. Mimo to szału ni ma, ale szału to ja nie oczekiwałem. Ciekawe czy zapach zaoferuje coś ciekawszego?

poniedziałek, 19 czerwca 2017

ŁÓDŹ KU*WA! z PIWOTEKI - przykład pozytywnego słownictwa



Mówi się, że chwytliwa nazwa to połowa sukcesu (sprzedażowego). Teorię tą zapewne zna Marek Puta, właściciel Piwoteki. Jednym z nowszych wypustów tegoż browaru jest piwo Łódź Ku*wa! Eeeeeeeeeee… przerwa w transmisji.
Wznawiamy transmisję. Zajebista nazwa! No wprost genialna :D Prosta i dosadna zarazem. Co ciekawe w obecnych czasach takie sformułowanie ma ponoć czysto pochlebny wydźwięk! Z niecierpliwością czekam zatem na piwo Wrocław Ku*wa z Profesji, czy Olsztyn Ku*wa z Kormorana ;)
W środku mamy nielichego mocarza – American Barley Wine. Duże dzieci już jesteście, więc chyba nie muszę nikomu tłumaczyć o co kaman. Dodam tylko, że to jeden z moich ulubionych stylów piwa. 26 ballingów, równo 12 procent alko! Wiesław byłby zadowolony. Ja też jestem! Uwielbiam czytać takie cyferki na etykiecie od piwa, które za chwilę opróżnię :D


Otwieram, przelewam i robię fotkę tosterem (tradycyjnie). Fuj, brzydko to piwo wygląda. Bursztynek jest okej, ale te pływające farfocle już niekoniecznie (z samego dna nie lałem zaznaczam). Pianka niewysoka, ale za to jaka drobna, zbita i puszysta! Jak po azocie normalnie. Kremowa w barwie i konsystencji, dziarsko trzyma się szkła. Opada niezmiernie wolno tworząc cudne i obfite firany na szkle.
Samą pianą człowiek nie wyżyje, trza się napić. Gęste i lepkie to to jest. Oleiste, choć do rekordzistów jeszcze trochę brakuje. Słodkie też co niemiara. Od cholery tu karmelu, toffi i cukru kandyzowanego. Delikatnie opiekana słodowość też mocno wali po mordzie. Gdzie te chmiele kurna? Oj ciężko jest im wydostać się spod solidnej dawki słodowych naleciałości. Gdzieś tam pojawia się odrobina tropików oraz żywicy, ale w ciemno byłbym w stanie uwierzyć, że jest to angielskie barli łajno. Powaga. Jankesów tu jak na lekarstwo. Przeszkadza też alkohol. Może nie jest jakiś zwalający z nóg, ale skłamałbym mówiąc, że piwo jest ułożone i nie czuć tu alko. Ciecz trochę piecze w trzewiach, może nawet nieco pali. Dalej mamy już tylko goryczkę chmielowo-żywiczno-alkoholową niestety. Goryczka nie jest jakaś pokaźna, mimo to troszkę zalega i pozostawia taki mdły i niesympatyczny posmak w ustach. Kurde bele da się to pić, ale daleki jestem od jakichkolwiek piwnych uniesień.

piątek, 16 czerwca 2017

ANTYMATERIA z ANTYBROWARU



Kolejny RIS na blogu! A co tam! Jak się bawić, to się bawić. Nie zamierzam czekać z nim do zimy przecież. Upałów jeszcze nie ma, więc Pan Bóg może mi wybaczy (bo na Wasze przebaczenie to już raczej nie liczę).
ANTYmateria to jeden z nowszych wywarów z łódzkiego Antybrowaru. Piłem go już wcześniej na tegorocznych Piwowarach w Łodzi. W sumie to ze trzy razy do niego podchodziłem… tak mi posmakował. Zapamiętałem go jako charakternego skurkowańca, bardzo palonego i złożonego. Piwo to wygrało nawet jakiś śmieszny plebiscyt na najlepszy Russian Imperial Stout tejże imprezy, pokonując (aż) trzech innych konkurentów! Nie śmiejcie się. Może niespecjalna to pociecha, ale zawsze jakaś. Ja wiem, że tkwi tu potencjał.
Jest to zwykły, klasyczny RIS. Bez żadnej nietypowej wkładki typu ziarna kakaowca, kawy, czy laski wanilii. Tylko woda, słody, drożdże i chmiel, przy czym jak wiadomo  w tym stylu, dwie ostatnie składowe praktycznie nie odgrywają większej roli. 


Czy w dzisiejszych czasach typowo klasyczne podejście jest w stanie cokolwiek urwać? Czy ANTYmateria czymś się wyróżnia na tle dziesiątków innych RISów? Niezupełnie, ale jest to naprawdę piwo kompletne. Klasyka pełną gębą jak to się mówi. Klasykę też przecież można kochać, a nawet trzeba.
Gęstość jest tu naprawdę duża. Wydaje mi się nawet, że jest tu większy balling niż w rzeczywistości. Czarna jak skrzydła nietoperza ciecz długo sunie po przełyku. Fajnie też oblepia każdy zakamarek ust. Piwo jest już po części ułożone, ale trzeba mieć świadomość, że do ideału jeszcze nieco brakuje. Alkohol smyra gardełko, dając efekt likieru czekoladowego. Przy okazji nieźle grzeje! Na szczęście nie ma mowy o żadnym pieczeniu, czy paleniu. Wybitnie czekoladowy profil tegoż napitku łączy się tutaj z mocną kawą oraz konkretnie palonym słodem. O tak, paloności tu nie brakuje. Czekolada jest z tych gorzkich odmian, kawa z tych bez mleczka i śmietanki. No naprawdę charakterny skurczybyk z tej ANTYmaterii. W tle egzystują wspaniałe nutki suszonych owoców – śliwki, rodzynki, figi i daktyle. Cholernie podoba mi się taki obrót sprawy! RIS bez owoców, to jak premier bez limuzyny. Daleko w głębi natomiast majaczą echa pumperniklu, gorzkiego kakao (z wiatraczkiem) i palonego jęczmienia. Kawowo-palona goryczka reprezentuje umiarkowany poziom intensywności. Nie ma pługu pięcioskibowego i nie orze kubków smakowych na potęgę. Sprawia raczej pobożne wrażenie - jest krótka, szlachetna i dobrze ułożona, choć chwilami łączy się nieco z alkoholem. Sumarycznie jednak bardzo smaczny jest to wywar. Konkretny, do bólu wyrazisty, no i urozmaicony jak na RISa bez żadnych dodatków i udziwnień.

wtorek, 13 czerwca 2017

MIŁOSŁAW ŻYTNIE SESSION IPA od FORTUNY



No! W końcu biorę na ząb coś lekkiego. Coś sesyjnego, w teorii pijalnego, dobrze gaszącego pragnienie. Tym czymś jest najnowszy Miłosław Warzy Śmiało :)
Nie wiem, które to już piwo z tej serii, ale widać, że Browarowi Fortuna póki co, pomysły się nie kończą. I dobrze. Za parę lat może doczekamy się nawet jakiegoś barel ejdża z Miłosławia. Who knows? ;p
Była już APA, a teraz uwarzyli IPA, dokładniej żytnie Session IPA. Jak już wspominałem żyto zawsze w modzie, zawsze na propsie. Ale chyba nie to miało być głównym wyróżnikiem tego piwa. Rozum podpowiada mi, że bardziej chyba chodzi tu o polski chmiel Izabella! Jest to polska odmiana chmielu, odrodzona po latach na Lubelszczyźnie za sprawą Pawła Piłata (gostka chyba nie muszę przedstawiać fanom polskiego kraftu).  Po ilu latach odrodzona to nie wiem, ale zapewne chodzi tu o dekady, jak w przypadku chmielu Tomyskiego. No nie ważne zresztą. Ważne, że w butelce nie kryje się American IPA, tylko Polish IPA! (nie ma to jak poczciwa PIPA).
Mamy tu trzy polskie chmiele: Marynka, Sybilla oraz wspomniana Izabella, a także niemiecki Magnum na goryczkę. Co ciekawe i cholernie rzadko spotykane, to fakt iż „izka” dodana była w formie szyszek! Oczywiście o tej porze roku były to suszone szyszki, no ale to zawsze większa estyma, niż powszechnie stosowany granulat, czy trochę rzadziej ekstrakt chmielowy. 


Miłosław Żytnie Session IPA w szkle wygląda bardzo poczciwie, wręcz dostojnie. Barwa złocista, może nawet ciemno złota, lekko opalizująca. Piana biała, bardzo obfita, puszysta, średnio pęcherzykowa i trwała. Opada naprawdę długo. To lubię! Lacing także wysokich lotów.
Pić mi się chce jak cholera, więc wąchanko będzie za chwilę. Bardzo ciepło dziś, a wiadomo człowiek nie wielbłąd, ale pić musi ;) Łykniem, bo odwykniem… Bardzo fajne piwko wyszło im z tych polskich chmieli (i jednego niemieckiego dla ścisłości). Świeżo to smakuje, dość rześko i wyraziście. Piwo jest lekkie, ale na pewno nie wodniste. Dominuje przyjemna trawiasta nuta, wspierana po bokach przez delikatne cienie ziół, tytoniu oraz igliwia sosnowego! Proste, ale jakież genialne. Ale to jeszcze nie wszystko! Są też owoce oraz lekki kwasek pojawiający się przez chwilę. Profil owocowy do złudzenia przypomina rześkie cytrusy, uzyskiwane za pomocą amerykańskich lupulin. Mhmm… niesamowite. Gdyby nie ta typowo polska trawiastość, rzekłbym, że to klasyczna APA. Naprawdę dałbym się nabrać. Rolę tła pełni tutaj bardzo przyjemna i lekka słodowość o zbożowo-herbatnikowym charakterze. Jest też i goryczka. A jakże! Niezbyt mocna, ale dobrze zaznaczona (podają 42 IBU). Prawilna jak to się mawia w niektórych kręgach. Goryczka jest krótka, gładka, miękka i szlachetna. Świetnie wywiązuje się ze swej roli. Wysycenie jest drobne, umiarkowanie intensywne. Kurde strasznie smaczne to jest i strasznie pijalne :D

sobota, 10 czerwca 2017

RYEWINE ARGENTINA od PINTY



Pinta to ma fajnie. Gdy już nie ma co wymyślać, to wymyśla takie coś jak Pinta Hop Tour. Raz na pół roku odwiedzają różne kontynenty i kraje w poszukiwaniu ciekawych i nieznanych odmian chmielu (się bawio chłopaki). Z założenia są to państwa niezbyt kojarzone z chmielem – a niesłusznie jak twierdzi Pinta.
Pierwszy cel: Argentyna - przełom listopada i grudnia 2016 roku. 3 tygodnie, ponad 5 tysięcy kilometrów z Buenos Aires do Ushuaia, po drodze 14 browarów i 4 plantacje chmielu! Trzeba dodać, że łączny areał chmielników w Argentynie jest dość niewielki – zaledwie 167 ha w 2016 (w Polsce 1490 ha). Z wyprawy Ziemek i spółka przywieźli: Cascade made in Argentina oraz rdzenne odmiany chmielu Traful, Catarata i Mapuche. Wrzucili to do kotła, dodali masę słodów, w tym żytni i uwarzyli Argentina Ryewine – takie barli łajno, tyle że ze znacznym udziałem słodu żytniego w zasypie. Jest to jedno z dwóch najbardziej ekstraktywnych polskich piw w historii (bez wymrażania), a zarazem jedno z najmocniejszych! Olbrzymie 30°Blg oraz zabójcze 12,9% alkoholu!!!! Carl Balling, gdy opracowywał swoją skalę nawet nie śnił o takim piwie. By uzyskać tak masywny ekstrakt posiłkowali się dodatkiem cukru, ale i tak wielki szacun im się należy. Czapki z głów lejdis end dżenelmens


Lecimy z tematem. Pierwsze wulgaryzmy posypały się z moich ust już podczas nalewania. Qrwa! Toż to kisiel jest, a nie piwo! Tak gęstego napitku chyba nigdy nie widziałem. Ciecz bardzo leniwie i wolno wylewała się z butelki. Barwa ciemno brązowa, brunatna jakaś (na zdjęciu wydaje się nawet czarna), bardzo mętna. Generalnie brzydka. Piana za to zajebiście apetyczna – beżowa, niebywale puszysta, drobna, zbita i strasznie trwała. No po prostu ideał :)
Piwo tanie nie było, więc i moje oczekiwanie nie są niskie. Pijemy. W tym właśnie miejscu po raz drugi rzuciłem mięsem. Jeden łyczek i już wiem, że to najbardziej gęste piwo, jakie miałem w gębie! Horrendalny ekstrakt to jedna strona medalu, ale żyto to druga. Takie połączenie dało trunek cholernie lepki, gęsty jak kisiel (nie żartuję), a zarazem gładki, śliski i aksamitny. Matko Boska Częstochowska i wszyscy Święci! Płyn totalnie oblepia wszystko, co napotka na swojej drodze.  Strasznie długo sunie w dół przełyku. Większość syropów na kaszel jest bardziej wodnista. Powaga! Dominuje tu słodowa podbudowa, podbijana przez miodowe oraz karmelowe nuty. Jest słodko, ale bez przesadyzmów. Dalej mamy odrobinkę suszonych fig i daktyli, które nieco odmulają – bądź, co bądź – jednostajny charakter tegoż piwa. Chmiel pojawia się dopiero w posmaku i ma on charakter wyraźnie ziołowy, ale też lekko żywiczny, trawiasty, a nawet sosnowy. Bez obaw – jest też i goryczka. Umiarkowanie mocna, krótka, szlachetna o fajnym ziołowo-żywicznym zacięciu. W to wszystko miesza się niestety nutka alkoholu – nie ma przebacz, w końcu to prawie 13 voltów! Alko trochę piecze w gardzieli, ale jakoś specjalnie mordy nie wykręca. Da się z tym żyć (ma się wrażenie, że to likier jakiś lub nalewka).

czwartek, 8 czerwca 2017

Żytni porter bałtycki od Browaru Stu Mostów i Jopena



Łobuzie znowu ‘Bałtyk’! Tak, ale nie byle jaki ‘Bałtyk’. Kooperacyjny! Piwo nie jest nowe (ma już z pół roku), ale jakoś cicho o nim było. Przeszło zupełnie bez echa, bez wieści. Stoi u mnie bodajże od lutego, no to się w końcu nad nim zlitowałem.
Jest to dzieło polskiego Browaru Stu Mostów i holenderskiego Jopena. Tak, to ten znany i ceniony Jopen. Jeden z najbardziej utytułowanych i najstarszych browarów rzemieślniczych w krainie rowerów, tulipanów, wiatraków oraz serów. Piwo uwarzono za gramanicą – żeby nie było, że to kolejny polski porter bałtycki ;) Mało tego – jest to żytni porterek. Propsy, bo każdy szanujący się kraftopijca ceni żyto w piwie. Trunek ma lekko ponad 9% alko, a ekstrakt to górna granica widełek dla stylu (22°Plato). Brzmi to bardzo rozsądnie muszę przyznać. Ślinianki ruszyły do pracy… lenie śmierdzące.
Mam pewną zagwozdkę co do nazwy, zresztą chyba nie tylko ja. Na różnych stronach widnieją różne wersje – Polished Black Gold lub Jopen Rye Baltic Porter, a czasem jedno i drugie. Do wyboru, do koloru. Niech każdy sobie dopasuje ;p


Piwo w szkle wygląda bardzo apetycznie. Wygląda jak klasyczny RIS – jest zupełnie czarne. Niemal tak czarne jak ludzie w Afryce. Zdobi je sporych rozmiarów pianka – beżowa, mieszano ziarnista i niebywale puszysta. A jaka skubana trwała jest! Opada w iście ślimaczym tempie, haftując piękne firany na szkle. Takie coś to ja rozumiem ;D
Koniec gapienia się na piwo jak wół na malowane wrota. Szkiełka w dłoń i jedziem z koksem! Bardzo fajną pełnię tutaj czuję. Jest konkretne ciało, gładkość, krągłość, aksamit i spora treściwość. Lecz piwo nie jest słodkie, o czym za chwilę. Dominuje tu miks czekolady deserowej, kakao oraz umiarkowanie mocnej kawy. Na pewno nie zbożówki. Kawusia jest prawdziwa, świeżo parzona. Drugi plan to popis palonych słodów. Jest ich tu całkiem dużo… fajnie palone piwko. Tłem suną akcenty palonego jęczmienia, przypalonego karmelu oraz subtelnego toffi. Finisz zostawia nas z lekkim popiołem w ustach. Goryczka też niczego sobie – wyraźna, kawowo-palona, dość mocna, ale krótka i szlachetna. Alkohol dobrze schowany, ułożony. W zasadzie go nie czuć. Kurde blade bardzo charakterny porter bałtycki. Zadziorny, krzepki, zdecydowany, bezkompromisowy. Po prostu smaczny!

wtorek, 6 czerwca 2017

1423 BRAGGOT od PIWOTEKI. Miód pitny, czy wciąż piwo?



1423 – to rok szczególnie ważny w dziejach historycznych państwa polskiego. W tym właśnie roku Władysław Jagiełło lokował miasto Łódź. Obecnie jest to jedno z największych polskich miast, a w czasach swojej świetności Łódź była bodajże największym ośrodkiem przemysłu włókienniczego, tkackiego i sukienniczego w naszym kraju. Miasto moloch, miasto wielkich zakładów przemysłowych, miasto szeroko pojętego industrializmu. No dobra, ale wróćmy może do piwa…
1423 od Piwoteki to Braggot – połączenie miodu pitnego oraz piwa. Przy czym trzeba tutaj zaznaczyć, że udział samego miodu ma być dość znaczny. Nie może on jednak przekroczyć 50% zasypu, gdyż wg polskiego prawa taki napitek nie mógłby się już nazywać piwem. Tak więc Braggoty to po prawdzie ani typowe piwa, ani typowe miody pitne (piłem kilka, polecam jako ciekawostkę. Cholernie słodkie). Historycznie trunki te powstawały albo w wyniku procesu browarniczego, albo miodosytniczego lub po prostu przez zmieszanie piwa i miodu pitnego tuż przed podaniem klientowi. Co jeszcze trzeba wiedzieć o tym wynalazku? Na pewno to, że podstawą Braggota może być niemalże każde piwo. W tym konkretnym przypadku jest to Foreign Extra Stout, czyli popularny FES. Prócz tego z Piwoteki na rynku pojawił się już Braggot od Peruna oraz Browaru Twigg, więc może  rodzi się na naszych oczach jakaś chwilowa moda?


Do sporządzenia tego napitku zużyto, aż 775kg miodu wielokwiatowego! To naprawdę olbrzymia ilość. Piwo leżakowało w browarze cztery miesiące, a jego obecne parametry (26°Blg, 11% alko) bez wątpienia zaliczają go do typowych mocarzy.
Najważniejsze pytanie jakie od początku chodziło mi po głowie brzmi: jak bardzo będzie słodko? Po kilku łykach już wiem, że nie jest bardzo słodko. Słodycz jest bardzo umiarkowana. Powiedziałbym nawet, że miód wyraźnie ustępuje tutaj miejsca podstawie piwnej, jaką jest wspomniany FES. Mamy tu spore pokłady umiarkowanie mocnej kawy, sporo palonych słodów, gorzkiej czekolady oraz lekkiej spalenizny w posmaku. Alkohol trochę grzeje w przełyk, może nawet nieco piecze, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Przypomina mi to jakiś ciemny likier kawowy/czekoladowy. Jest też szlachetna goryczka o kawowo-palonym zacięciu – niezbyt mocna, ale obecna. Dobrze kontruje słodową bazę, jak również sam miód. Smaczne to jest, choć szału żadnego nie robi.

niedziela, 4 czerwca 2017

PO GODZINACH - STOUT z AMBERA



Niedawno w jakimś wpisie ględziłem o serii „Po Godzinach” z pomorskiego Ambera. Więc proszę, oto Stout - dziesiąty i póki co najnowszy nabytek z cyklu limitowanych stylów od wspomnianego browaru. Najmłodszy w rodzinie… Najmłodszy ma zawsze najlepiej. Wiedzą o tym wszyscy starsi bracia i siostry ;)
Jak wiecie rodzina Stoutów jest dosyć spora. Browar z Bielkówka nie określił dokładnie z jakim konkretnie stylem mamy do czynienia, ale wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że mamy tutaj do skonsumowania najbardziej klasyczną wersję – Dry Stout. Tymi znakami są przede wszystkim dość niskie parametry, a także morskie opowieści o Irlandii na kontretykiecie. Aha, bym zapomniał – padło gdzieś tam słowo „wytrawne”, więc wszelkie wątpliwości rozwiane :)
Nie mam dzisiaj zbytnio czasu mydlić Wam tu oczy, bo za pół godzinki idę z żoną na długi spacer, a potem na pizzę, więc wpis będzie nieco krótszy niż zwykle. Łamiemy rutynę! Idziemy pod prąd ;p


W szkle ląduje czarne piwo zwieńczone pokaźną czapą beżowej i drobnej piany. Ciecz pieni się okropelnie jak na wyspiarski styl, no ale niech tam będzie. Widocznie taka jest filozofia Ambera, a ja jakimś okrutnym purystą znowuż nie jestem. Piana jest umiarkowanie trwała. Opadając zostawia pokaźne zacieki na szkle – lacing pierwsza klasa!
Smakujemy. Mamy tu 12,1 Ballingów, czyli niemalże górna granica widełek dla stylu, ale mimo to piwo wydaje się trochę puste w smaku i jednocześnie wytrawne na finiszu. Może nie jest jakoś strasznie wodniste, ale pełnia jest naprawdę mizerna. Po Godzinach Stout nie jest piwem ani zbyt słodkim, ani też gorzkim niestety. Paloności jest bardzo niewiele. W roli głównej występują ciemne, opiekane (nie palone) słody, tosty, szczątki czekolady deserowej oraz strasznie rozwodnionej kawy w posmaku.. Przypalony spód od ciasta pełni zaś rolę tła. Goryczka jest znikoma, mimo to balans jest całkiem niezły. Pewnie dlatego, że ciała/słodowej podbudowy nie tu zbyt wiele. Podsumowując piwo jest dosyć wodniste, puste, bez wyrazu i bez charakteru. Ja rozumiem, że miało być pijalne (no i jest) i lekkie w odbiorze, ale ono smakuje bezpłciowo, nijako. Nie kupuję tego…

sobota, 3 czerwca 2017

PIWO MIESIĄCA - MAJ 2017




Dziś przerwa w chlaniu… znaczy się w degustacjach. Początek miesiąca to tradycyjnie już czas, by wyłonić najlepsze piwo na blogu z ostatnich trzydziestu dni. To czas, kiedy doceniam jeden browar i jedno piwo. Niech wiedzą, że ich praca oraz kunszt nie idą na marne :)

W maju przez moje gardło przelało się sporo zajebistych trunków. Naprawdę ciężko było mi wyłonić to jedno jedyne, najlepsze. Pojawiło się kilka „dziewiątek”, więc naprawdę mówię tu o świetnych, genialnych piwach. Było ich kilka, np. Tanatos, The Gravedigger Blend, ale tytuł  PIWO MIESIĄCA – MAJ 2017 wędruje do Browaru Widawa za Porter Bałtycki Wędzony 24° Bourbon Barrel Aged!!! :D



Z całego serca gratuluję Wojtkowi Frączykowi uwarzenia tak wyśmienitego napitku! Szacun.

Nie jest to rzecz jasna pierwsza warka tego piwa. Wojtek warzy je co jakiś czas, a jego jakość ciągle utrzymuje się na najwyższym światowym poziomie! (siódme miejsce na rejtbirze).
Wersja leżakowana w beczce po Bourbonie to naprawdę kawał genialnego piwa. Jest tutaj wszystko: wyraźna wędzonka, beczka, olbrzymia pełnia, treściwość, gęstość, gładkość, niebywała złożoność smaku i aromatu. No po prostu piwo wymiata, zrywa dachówki, filcuje kalesony ;)
Trzeba tu jeszcze dodać, że podstawowa wersja tego piwa (nie leżakowana w drewnie) w kwietniu zeszłego roku też została Piwem Miesiąca!


czwartek, 1 czerwca 2017

RAISA Espresso z BROWARU MARYENSZTADT



Ło Jezu znowu Russian Imperial Stout! No kurde znowu, co zrobić? Mam zboczenie na tym punkcie i nic nie poradzę. Jedni uwielbiają Żubry, inni Weizeny, inni czystą z gwinta, a jeszcze inni RISy. Każdy ma jakieś odchyły…
Dziś RAISA Espresso z Browaru Maryensztadt ze Zwolenia (miałem kumpla na studiach ze Zwolenia. Paweł pozdrawiam). Jest to młodszy brat zwykłej RAISY, którą opisywałem jakiś czas temu. Tamto piwo mnie jakoś szczególnie nie urzekło. To dzisiejsze jest z dodatkiem kawy espresso. Nie jestem tego pewien, ale sądzę, że baza tych obydwu piw jest taka sama.
W sumie nie ma co więcej ględzić tytułem wstępu. Piwo ma 22% ekstraktu, więc taki risowy standard można rzec. Przejdźmy zatem do meritum, bo czas nie jest z gumy. Może nie każdy ma ochotę czytać o pierdołach. 


Piwo w szkle jest całkowicie, totalnie czarne. Najczarniejsze z czarnych bym nawet powiedział. Wieńczy je sympatyczna i kusząca pianka o ładnej, jasno brązowej barwie. Pierzynka jest nieprzyzwoicie puszysta, drobna i nader trwała. Opada wolno zostawiając obfite firany na szkle. No pięknie to wygląda muszę przyznać.
Czas zmoczyć dzioba. Noooo jest kawa, jest espresso. Może nie jakoś szalenie dominująco, ale mocną i wyrazistą kawę z ekspresu wyczuwam z dziecinną łatwością. Piwo jest dość gładkie, takie aksamitne jakby po płatkach owsianych. Mamy tu sporo nut palonych. Jest popiół i całe zastępy palonych słodów. Mocno palonych trzeba dodać. W to wszystko swoje trzy grosze wtrąca gorzka czekolada. W sumie to co ja pierdzielę? Jakie trzy grosze?! Pięćdziesiąt groszy, albo nawet cała złotówka! Czekolady jest tu co niemiara. Palone słody, kawa i prawdziwa gorzka czekolada – tak właśnie smakuje RAISA Espresso. W tle można odnaleźć nieśmiałe akcenty przypalonego karmelu oraz pumperniklu, ale to już są naprawdę totalne obrzeża. Nad całością pieczę sprawuje solidna kawowa goryczka. Jest wyraźna, dość tęga, ale też dobrze ułożona. Nie zalega jakoś specjalnie długo. Piwo jest niezłe, ale jak dla mnie trochę zbyt monotonne. Wszystko jest tu takie podobne do siebie.