niedziela, 26 lutego 2017

BAŁTYK ADRIATICO PORTER



Witojcie, witojcie. No i mamy kolejny porter bałtycki na blogu. Goddamn. Ileż można powiecie? To ja odpowiem: można, można. Tej zimy obrodziło nam porterami. Jest tego w pytę, od cholery, w ciul i jeszcze trochę ;D
Mój dzisiejszy gość to jednak nie byle jaki porterek. Jak głosi etykieta „uwarzony, fermentowany i lagerowany w górach u wybrzeży Adriatyku”. A konkretnie to w Italii - kraju pizzy, makaronu, wina, no i Fiata rzecz jasna. O piwku zrobiło się dosyć głośno w styczniu, kiedy to była jego premiera. Jest to klasyczny porter bałtycki, bez żadnych udziwnień, bez kupy nosorożca, wąsów hinduskiego pasterza, czy pyłu zebranego z ciemnej strony Księżyca. Co jedynie pokuszono się o dodanie czarnego ryżu Wenus. Nie wiem po co, na co i w jakim celu. Jest to kooperacyjne dzieło naszych craftowych wyjadaczy, czyli Pinty i włoskiego browaru Birra Amarcord.
Na uwagę zasługuję szczególnej urody butelka. Smukła „gęsia szyja” oraz minimalistyczna etykieta prezentują się niezwykle okazale. Widać, że ci makaroniarze to esteci ;)


Piwo w moim TeKu również jest cudne. Niemal czarna ciecz okryła się niezwykle drobną, puszystą, ale też zwartą pianką, która do złudzenia przypomina bitą śmietaną (wyłączając kolor, który jest beżowy). Rzeczona kołderka jest mega żywotna, do tego świetnie lejsinguje.
Czas na pierwszy kontakt. Ludzie nawet chwalo to piwo i ja się chyba pod tym podpiszę, choć od razu mówię - do najwyższej półki trochę mu brakuje. Ciecz jest odpowiednio gęsta i niebywale gładka, taka kremowa wręcz. Wysycenie bardzo niskie, czyli stylówa jak się patrzy. Pełno tu umiarkowanie mocnej kawy, sporo paloności, ciemnych słodów i gorzkiej czekolady. Stawkę zamyka natomiast dość wyraźny pumpernikiel, wspierany przez przypalony karmel z elementami spalenizny i popiołu. Daleko w tle brzęczy też chmielowa nuta, co jest oczywiście rzadkością w tym stylu (pewnie Włosi się nie znajo). Nie sposób tu także zapomnieć o goryczce – mocnej i wyrazistej (choć bez przesady), chmielowo-palonej, która może troszkę zalegać, ale nie robiłbym z tego większej afery. Alko dobrze ukryte, w zasadzie go nie czuć, poza lekkim pieczeniem w przełyku. Bardzo dobrze to smakuje, lecz fajerwerki można z powrotem chować do pudełka. Za mało doznań, by załapać się do TOP10.

piątek, 24 lutego 2017

IMPERIAL STOUT WHISKY OAK CHIPS od WRĘŻELA



Nie mam weny. Nic mi się nie chce. Mało sypiam. Wszystko mnie męczy, smuci. Jak żyć? Gdzie sens, gdzie logika?
Nawet mój ulubiony „napój” już nie przynosi mi takiej frajdy jak kiedyś. Piwo – moje hobby, mój konik, moja wielka życiowa pasja. Mój drugi świat. Ot zwykła woda z procentami można by rzec. A jednak potrafi zaskoczyć. Potrafi otworzyć szeroko oczy, dać zupełne inne spojrzenie na świat. Potrafi rozbawić, zdziwić, zszokować, dać odrobinkę szczęścia, poczucia wartości, a może nawet wyjątkowości i splendoru.
Dziś „na kranie” nowość od Wrężela. Kolejny RIS moi mili państwo. Ale nie taki zwykły RIS jak mogłoby się wydawać. Piwko leżakowało sobie z płatkami dębowymi whisky, co oczywiście robi różnicę. Jak smakuje? Już Wam mówię. 


Piwo wygląda mega apetycznie. Jest klasycznie czarne w kolorze. Pianka beżowa, puszysta, obfita, drobna i diabelnie trwała. Skubana prawie że nie opada. Lacing wręcz genialny! Piękności :)
Smakujemy. Łuuu.. jest moc, jest ciało, jest gęstość, jest charakter. Ależ to esencjonalne, ależ pełne w smaku. Treściwe, ale finisz jest mega wytrawny. Pełno tu świeżo parzonej kawy, mocnej jak siekiera. Pełno paloności i cholernie gorzkiej czekolady. Tłem sunie gorzkie kakao, akcenty dębu wraz ze szczyptą popiołu, ciemnych owoców, przypalonego karmelu i spalenizny. Typowych klimatów słodu whisky tu nie znajdziemy, ale wióry dębowe i owszem. Pojawia się też dość wyraźny posmak alkoholu, który nieco piecze od środka. Niezbyt fajne to odczucie. Od pierwszego łyku kubki smakowe walcuje bardzo solidna goryczka. Mocarna, tęga, kawowo-palona z lekkim ziołowym zacięciem. Jest trochę długa i zalegająca. Nie zna litości dla pijącego. Piwo konkret. Jest strasznie zadziorne, charakterne. Nie dla laików.

środa, 22 lutego 2017

MOJA PIWNICZKA: 4,5-LETNI KOMES PORTER



Obiecywałem Wam comiesięczne wizyty w Mojej Piwniczce, ale jak zwykle nic z tego nie wyszło. W styczniu nie znalazłem po prostu „luki antenowej”, by wlać w siebie kolejne porządnie wyleżakowane piwko, bowiem zdegustowałem tyle nowych porterów bałtyckich, że nie jeden browar nie ma nawet takiego wybicia na warzelni ;p Ale spokojnie nerwusy – czas jest tutaj moim sprzymierzeńcem, więc rozluźnijcie poślady i poluzujcie gumkę w majtkach.
Tak, czy siak biję się mocno w pierś, chłostam pejczem po plerach i obiecuję obowiązkową poprawę w tym temacie. Zima wciąż trwa, więc prócz dzisiejszego Komesa na pewno coś jeszcze się pojawi w tym, jakże ciekawym cyklu.
A właśnie, Komes Porter – ikona polskich porterów bałtyckich. Jeden z najbardziej znanych w kraju, cenionych i chwalonych przedstawicieli tego gatunku. Zdobywca medali na międzynarodowych konkurach piwnych. Już świeża wersja smakuje wybornie. Jak zatem wypadnie ponad czteroletni egzemplarz?


Producent
Browar Fortuna
Termin ważności
19.05.2014
Wiek (miesiące)
56
Zawartość alkoholu (%)
9
Ekstrakt (°Blg)
21

W sferze wizualnej mamy porterową klasykę – niemal czarne piwo przystrojone bardzo ładną pianką. Umiarkowanie obfitą, ale nader zgrabną, drobną i powabną (zupełnie jak taka Kasia z mojej pracy ;)). Do tego długo utrzymującą się. Pięknie się to prezentuje w firmowym goblecie. 


Na wąchanko przyjdzie jeszcze czas, wpierw powiem Wam jak to smakuje. A smakuje oczywiście wybornie, ale chyba troszkę mniej odlotowo niż dobrze wyleżakowany Warmiński. Ciecz jest umiarkowanie gęsta, pełna w smaku i dość gładka. Gazu jest mało, czyli stylowo. Sporo tu mlecznej, słodkawej czekolady, pralinek i kakao. Kawa jeśli już jest, to bardzo łagodna i z mleczkiem. Mistrzem drugiego planu są lekko palone słody oraz subtelne pokłady lukrecji. Goryczka jest bardzo przeciętna, ale smaczna, ułożona i nad wyraz sympatyczna. W tle hałas robią suszone owoce, ale przyznam szczerze, że jak na czteroletnie piwo, to nie jest ich jakoś strasznie dużo. Bardzo smaczne to jest, ale jakiegoś szału, to ja tu nie widzę niestety. Jestem z lekka skonsternowany. Świeże Komesy są dużo bardziej zadziorne, palone i przede wszystkim wytrawne. Ten egzemplarz wraz z wiekiem poszedł w smaku w kierunku treściwości i słodyczy. Dziwne.

poniedziałek, 20 lutego 2017

LODOŁAMACZ z BROWARU SPÓŁDZIELCZEGO



Dwie wymrażane nowości z Browaru Spółdzielczego wywołały kolejną gównoburzę w piwnym półświatku. Jak zwykle poszło o ceny i to głównie w kontekście Kopyra, który jak wiadomo jest zwolennikiem wysokich cen piwa, czy mówiąc dokładniej piwnych sztosów. Ja tradycyjnie mam to wszystko w dupie i robię swoje. Wiecie, że nawet nie chce mi się pisać komentarzy na temat tego, co o tym sądzę?
Dziś drugi wymrażany mocarz z Pucka. Królowa Lodu spisała się znakomicie, ale to właśnie Lodołamacza jestem bardziej ciekaw. Wymrażany koźlak, czy RIS raczej nikogo nie dziwi, ale żeby wymrozić podwójną ipę, to albo trzeba mieć wyobraźnię pięciolatka, albo jaja ze stali. Kto to w ogóle wymyślił? Kto na świecie widział, by wymrażać kultowe dziecko piwnej rewolucji? Jaki to ma cel? Żeby było jeszcze bardziej gorzkie? Czy bardziej owocowe? Bardziej słodowe, a może bardziej chmielowe? Sprawdźmy. 


Piwo ma ładną prezencję. Może nie jest to Natalia Siwiec, ale też jest wporzo. Ciecz jest lekko zamglona, bursztynowa z niewielką domieszką miedzianych odcieni. Piana ładna, zwarta, bujna i drobna. Pięknie krążkuje i diabelnie długo cieszy oko.
Smak nie jest jakiś nadzwyczajny. Z pewnością mocno słodowy i okrutnie wyrazisty. O tak, słodu tu na pewno nie brakuje. Są też tosty, opiekane pieczywo, biszkopty, melanoidy, karmel i morze żywicy. Z tyłu chowają się niewielkie akcenty chmielu, ziół oraz cienie bardzo subtelnych owoców, niech będzie że tropikalnych. Do gry dość szybko włącza się chmielowa goryczka. Mocna i zdecydowana, ale też raczej krótka, niezalegająca i bardzo przyjemna. Świetnie sobie radzi z opasłym słodowym cielskiem. Troszkę też czuć gryzący alkohol, który nieco piecze w gardełko. Nie najgorzej to smakuje, choć całość jest taka trochę mdła. Chyba za dużo tu tej słodowości. Brakuje mi tu większego owocowego kopa, głównie cytrusów ma się rozumieć.

sobota, 18 lutego 2017

Porównanie dwóch porterów z Browaru Przystanek Tleń



Jak widzę po statystykach bardzo Wam się spodobała niedawna degustacja porównawcza dwóch imperialnych porterów bałtyckich. W związku z tym postanowiłem temat pociągnąć dalej, bo mam akurat dwa takie piwa, które wręcz trzeba ze sobą porównać, aby wyłapać różnicę.
Tu również chodzi o dwa portery bałtyckie – dwie nowości z malutkiego Browaru Przystanek Tleń z Borów Tucholskich, który to tym samym, debiutuje u mnie na blogu. W zasadzie to dwa te same piwa, tyle że jedno z nich to wersja Barrel Aged, a to już zmienia postać rzeczy prawda? Piwo leżakowało sobie w beczce po żytniej whiskey :) Brzmi to niezwykle interesująco, gdyż prawda jest taka, że w naszym kraju, przy całym tym bogactwie ‘bałtyków’, wciąż mało jest wersji leżakowanych w drewnie.
Trochę martwi mnie i jednocześnie mocno zastanawia dlaczego w tych piwach jest tak niska zawartość alkoholu? Zaledwie 6,1%!!! I jak się tu nawalić takim piwem się pytam? ;p Przecież wg BJCP nazi nie jest to żaden porter bałtycki! Wg mnie woltaż w ‘bałtykach’ nie powinien schodzić poniżej 8% i kropka. Ekstrakt też jest niski (19%), ale to jeszcze rozumiem. W Polsce nie brakuje nawet ‘osiemnastek’ w tym stylu, także luuuzz…


PORTER

Ów egzemplarz nosi totalnie czarne wdzianko. Poważnie jest to jeden z najczarniejszych porterów bałtyckich, jakie w życiu widziałem. Piwo pieni się niezbyt okazale. Puszysta kołderka posiada za to niebywale drobną strukturę i piękny beżowy kolor. Opada jednak dość szybko, generując bardzo symboliczny lacing.
W smaku piwo jest odpowiednio pełne, mając na uwadze stosunkowo niewielki jak na styl ekstrakt. Jest też bardzo gładkie i niebywale ułożone. Chociaż z drugiej strony, co tu się niby miało układać, skoro woltaż jest na poziomie Żubra, czy innego Harnasia. Umiarkowana głębia smaku oferuje całkiem sporo czekoladowych klimatów, głównie w typie czekolady deserowej i tańszych pralinek. Tuż za nią maszerują ciemne słody o iście prażonym charakterze. Samej paloności bowiem w zasadzie tu nie ma. Daleko w tle natomiast majaczą nutki karmelu, tostów, kawy zbożowej i łagodnej kawy z mleczkiem. Goryczka na minimalnym poziomie, dzięki czemu całość wypada trochę słodkawo, jednak nie na tyle, być dołączyć do #teamslodyczka. Wysycenie jest niskie, czyli poprawne. Dość smaczne to jest, ale to chyba za mało, by wznieść się do panteonu sław porterów bałtyckich. Piwo wchodzi gładko i bez oporów, choć przyznam, że wolę bardziej zadziorne i mocniejsze wersje ‘bałtyków’.
Zapach też jest całkiem w porządku. Jego intensywność jest średnia, a w ofercie znajdziemy na przykład bardzo przyjemną czekoladowość, podszytą domieszką słodkich pralinek, kawy zbożowej oraz gorącej czekolady, takiej do picia w postaci płynnej. Dalej mamy lekkie nutki prażonych słodów, słonecznika, skórki od chleba i ogólnie pieczywa razowego. Tłem suną subtelne, ale tak wyczekiwane przeze mnie suszone owoce! Całość polana jest karmelowym sosem. No naprawdę nieźle to pachnie. Chyba nawet lepiej niż to, co oferuje nam piwo w smaku.
OCENA: 7/10
CENA: nieznana
ALK. 6,1%
TERMIN WAŻNOŚCI: 01.07.2017
BROWAR PRZYSTANEK TLEŃ


PORTER BARREL AGED

Już na wstępie uprzedzę Wasze pytania i powiem, że jest różnica. Może nie jakaś kolosalna, ale na pewno zauważalna (rymy oczywiście nie zamierzone. Tu nie Kopyr MC z blogu blogkopyracom). Pełnia smaku, głębia, gładkość oraz bąbelki są tu takie same jak wyżej, czyli prawilne. Aha, wygląd w sumie też identyczny, tyle że pianki jakby trochę mniej.
W czym zatem jest różnica? Ano w różnorodności. Piwo z beczki oferują większe bogactwo smaku. Prócz słodkawej czekolady, pralinek (w lepszym wydaniu), kawy zbożowej i opiekanej słodowości pojawiają się też bardzo przyjemne i dość wyraźne akcenty suszonych owoców – rodzynek, śliwek oraz fig. Frukty wnoszą tu pewną dozę świeżości. Słodycz oraz goryczka są na tym samym poziomie, czyli piwo wciąż wypada dość słodko, ale bez przegięcia w tej materii. Szkoda, że nie czuć tutaj niuansów typowych dla łychy, choć mam wrażenie, że gdzieś daleko na horyzoncie pobrzmiewa bardzo subtelna dębina, a to już coś. Alkohol oczywiście zupełnie nieobecny, ale czemu się tu dziwić? Piwo jest bardzo lekkie w odbiorze, czuć że to waga lekka porterów bałtyckich. Lekka, ale bardzo smaczna. Fajnie się to pije, choć wciąż twierdzę, że przydałby się tu chociaż lekki pazur.
W aromacie różnica też jest bardzo wyraźna. Beczka wniosła zajebiste pokłady suszonych owoców. Rodzynki, figi, czarne porzeczki, daktyle i węgierki ślicznie się tu wpasowały, wynosząc to piwo na wyższy level. Akcenty beczkowe, a konkretnie mokrego drewna też jakby nieco wyraźniejsze, niźli w smaku. Reszta w zasadzie bez zmian, czyli całe morze różnej maści czekolady, pralin, ciemnych słodów, karmelu, łagodnej kawy i chlebka razowego. Wszystko wyraźne, wręcz namacalne i świetnie ze sobą spasowane. Naprawdę pięknie to pachnie :)
OCENA: 8/10
CENA: nieznana
ALK. 6,1%
TERMIN WAŻNOŚCI: 01.08.2017
BROWAR PRZYSTANEK TLEŃ

czwartek, 16 lutego 2017

KRÓLOWA LODU z BROWARU SPÓŁDZIELCZEGO



Chyba każdy z nas lubi dostawać podarki lub mówiąc żargonem – dary losu. Czasem są to rzeczy przyjemne, czasem nie. Ot, na przykład taki mandacik z fotoradaru, albo list polecony z Urzędu Skarbowego o niezapłaconym podatku. O rzeczach nieprzyjemnych jednak nie będziemy dzisiaj mówić, bo dzisiaj dzień jest niezwykle przyjemny. To znaczy przedwczoraj był, kiedy to mój kochany listonosz wręczał mi paczuszkę. Moje serduszko od razu jakby szybciej zabiło. Patrzę na nadawcę – Browar Spółdzielczy z Pucka. Wery najs, fenk ju wery macz. Otake dary losu walczyłem można rzec ;)
W środku oczywiście dwa najnowsze wywary z tegoż przybytku, a więc Królowa Lodu oraz Lodołamacz. Skojarzenia z lodem są jak najbardziej na miejscu, bo obydwa specjały to piwa wymrażane! I to nie byle jakie. Jeden to RIS (!), a drugi to Double IPA. Tym samym sezon na wymrażane piwa uważam za otwarty :) O ile jeszcze wymrażanie ruskiego stałtu wydaje się zabiegiem nad wyraz zrozumiałym i rozsądnym, o tyle wymrażanie nowofalowego stylu, to zabieg iście nowatorski, pomysłowy i bardzo śmiały. Dzisiaj jednak zajmę się tym bliższym memu sercu, a więc RISem.
Spójrzcie tylko na to opakowanie. Zazwyczaj przemilczam ten wątek opowieści, ale tym razem nie sposób mi przejść obojętnie. Etykieta została zrobiona z materiału! Jest szmaciana, żebyście mnie dobrze zrozumieli! A cała grafika została jakby wyhaftowana piękną srebrną nitką, która błyszczy się jak psu jajca, tym samym z pewnej odległości imituje brokat. Genialny i bardzo oryginalny sposób na przystrojenie butelki. Zdjęcie w pełni tego nie oddaje, ale na żywo butelka wygląda po prostu świetnie, niesamowicie. Daje nam poczucie obcowania z czymś niezwykłym, wytwornym i eleganckim. Cudo po prostu! :D


W szkle też cudo. Ciecz czarna. Pianka beżowa, niebywale drobna i puszysta niczym bita śmietana. Do tego długowieczna jak najstarsi Japończycy. Lacing także z pierwszej ligi. Świetna robota. Aż chce się oglądać.
No, ale napić też się w końcu trzeba. Ło qrwa! Ależ to mocne, ależ zadziorne, ależ charakterne. Fest paloność, fest goryczka, alkohol też niestety fest. Wszystko jest tu na fest. Piwo jest bardzo gęste i cholernie pełne w smaku. Na butelce nie napisali ile to ma Plato, ale wiem ze źródła, że po wymrożeniu wartość ta kształtuje się na poziomie 28-29° Blg. I w rzeczy samej czuć ten balling. Głębia smaku jest niesamowita. Pełno tu gorzkiej czekolady, ogrom palonych słodów, do tego cała masa mocnej, świeżo parzonej kawy i popiołu. Daleko w tle majaczą subtelne suszone owoce oraz nieśmiałe niuanse chmielu i w sumie to by było na tyle, ale czy trzeba nam czegoś więcej? Palona goryczka jest mocna i zadziorna jak Szpilka w ringu. Chwyta za gardło żelaznym uściskiem, ale nie jest jakoś nadmiernie zalegająca. Mija po kilku minutach, zostawiając na języku mieszaninę spalenizny i popiołu. Zdecydowanie największym minusem jest tutaj nieco zbyt ordynarny poziom alkoholu, który chwilami piecze w przełyku, dołączając się do mega wytrawnego, goryczkowego finiszu. Troszkę mi to piwo przypomina swoich charakterem Lilith od Golema, tylko że to mi bardziej podchodzi.

wtorek, 14 lutego 2017

IMPERIALNY NAFCIARZ DUKIELSKI od DUKLI I BROKREACJI



Niecały rok temu piłem jedno z najbardziej charakternych piw na naszym krajowym podwórku. Nafciarz Dukielski – żytni Double Brown Porter na słodzie whisky. Konkretnie dojebany torfem. Piwo strasznie mi posmakowało, porządnie zryło czachę i sfilcowało skarpetki. Dość powiedzieć, że specjał ten został wówczas Piwem Miesiąca!
Kiedy Brokreacja i Dukla wypuściły na rynek Imperialnego Nafciarza Dukielskiego niemalże spadłem ze stołka, czy innej pufy. Jeśli coś w sobie zawiera słowo „imperial”, a przy okazji jest na słodzie whisky, to ja już mam mokro w majtach. Ślinotok murowany, podobnie jak nieprzespane noce i niekontrolowane napady głupawki. Piwo zapowiada się kosmicznie ciekawe. Cena zaporowa, ale czego się nie robi dla takich cyferek: 24°Blg, 10% alko. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacierać rączki i zaopatrzyć się w śliniaczek ;)
Śliniaczek zajumałem od najmłodszej córki, uzbroiłem się także w otwieracz i aparat. Jestem zatem gotowy zmierzyć się z potencjalnym z tym wyzwaniem.


Otwieram i przelewam. Piwo jest ciemno brązowe, niemal czarne i nieprzejrzyste, ale zaraz, zaraz. Gdzie podziała się piana? Ktoś się nie bał i zaje… Ciecz jest praktycznie bez piany. Jakoś to przeżyje. Samą pianką człowiek nie użyje. Ważne jest to, co piwo oferuje w smaku. A oferuje naprawdę wiele. Ciało jest gęste, cholernie pełne, treściwe i bezkompromisowe. Niebiańska gładkość, aksamit, jedwab, oleistość – to wszystko tu jest. Żyto robi mi dobrze. Robi też dobrze moim kubkom smakowym. Mniam! Czekolada też robi mi dobrze, jeszcze jak! Gorzka, ciemna czekolada, solidna, mocna kawa, obficie palone słody, popiół, no i oczywiście torf – rozgrzany asfalt, bakelit, masa bitumiczna, zjarane kable oraz nafta, a wszystko to polane gorącą smołą i przyjemnym karmelem. Jest moc. Całość równoważy świetnie dobrana goryczka. Wyraźnie palona, krótka, dość mocna, ale nie przegięta. It feels so good ;) Mega smaczne piwko. Mega bogate, mega złożone, mega ułożone, mega gładkie. Body pierwsza klasa. Alko zupełnie nieobecny. Coś wspaniałego :D

niedziela, 12 lutego 2017

EISBOCK GRAND PRIX z PINTY



Jest! Mam go! W końcu się doczekaliśmy wymrażanego koźlaka z Pinty. Jest sztos, jest moc, będzie dobrze. Wierzę w to. Nie może być inaczej :)
Na początek kilka słów wyjaśnienia, dla tych, co to nie śledzą zbytnio polskiej sceny piwnego craftu. Eisbock Grand Prix to piwo uwarzone wg receptury Artura Piasecznego, zwycięzcy 5. edycji Warszawskiego Konkursu Piw Domowych. Szacun dla chłopa. Jest to piwo bardzo szczególne. Jego całkowity czas „produkcji” wyniósł łącznie, aż 9 miesięcy! Chłopaki z Pinty robili z nim cuda-wianki. Najpierw warzyli i fermentowali, potem leżakowali, potem zamrażali, później znowu leżakowali. W międzyczasie przynosili mu kapcie, poranne gazety i pilot od dekodera Polsatu. Dbali o nie jak o własne dziecko. Powaga. Efekt? Nielichy mocarz: 27°Plato, 11,2% alko. Moja facjata, jak widzi takie parametry natychmiastowo przybiera kształt pewnego żółtego, podłużnego, lekko zakrzywionego owocu ;D
Koźlak lodowy od Pinty to w zasadzie dopiero trzecie tego typu piwo w Polsce. Wcześniej światło dzienne ujrzało wymrażane WWA z Bazyliszka i słynna Buba Extreme, co prawda w trzech wersjach, ale piwo bazowe było jedno. Na dniach wymrażane DIPA oraz RISa wypuści także Browar Spółdzielczy. Czyżby zaczynała nam się lansować nowa moda w polskim crafcie? Być może, ale kilka rzeczy o wymrażaniu trzeba wiedzieć – jest to proces bardzo kosztowny i zazwyczaj dość długi. Marnuje się przy tym jakieś 30-50% piwa i nie na każdym sprzęcie da się to zrobić.
Jaram się jak Rzym za Nerona, bo w mojej birgikowskiej karierze nigdy jeszcze nie piłem żadnego wymrażanego piwa. Jakoś do tej pory nigdy nie było mi dane spróbować niemieckiej klasyki, bo to właśnie tam zrodził się ten rodzaj napitku. Wymrażać można oczywiście każde piwo, ale w świecie to właśnie koźlaki wiodą tutaj prym.



Jak na wymrażanego jegomościa parametry nie są jakieś powalające (Buba miała np. 16% alko), można by je spokojnie uzyskać normalną metodą produkcji, jednak mimo to czuję sporą dawkę adrenaliny. Dreszczyk emocji nie opuszcza mnie od chwili zakupu tego specjału.
Łapki drżą, mróz trzyma, ale dziarsko otwieram Eisbocka od Pinty. Piwo ładnie się prezentuje. Jest prawie że idealnie klarowne, burgundowo-miedziane w barwie z ładnymi rubinowymi refleksami (nie pytajcie mnie skąd znam takie kolory, widocznie w poprzednim wcieleniu musiałem być kobietą ;p ). Pianka też niczego sobie – bardzo obfita, mieszano ziarnista, puszysta i trwała, w kolorze ecru (na bank musiałem być kobietą).
W ustach jest bardzo dobrze. Piwo jest gęstawe (choć nie jakoś szalenie gęste), pełne w smaku, niezwykle gładkie, treściwe i niesamowicie ułożone. I tu niby jest ponad 11 voltów? Wolne żarty. Dałbym co najwyżej 8. Dominuje opiekana słodowość. Mocna i zdecydowana jak moja żona tuż przed zakupem kolejnej pary butów. Są melanoidy, wszędzie walają się tosty, skórka od chleba, ciemne pieczywo, a wszystko to polane jest subtelnym karmelem. Nie, nie jest zbytnio słodko. Czuć też chmiel i dosyć wyraźne suszone owoce, a nad wszystkim czuwa bardzo przyjemna goryczka. Krótka, niezalegająca, niezbyt mocna, ale wystarczająca. Dobrze skomponowany smak czuję w tym piwku. Strasznie ułożony i taki kompletny. Pije się żwawo i bez oporów, choć przyznam, że tych 27 ballingów za bardzo tu nie czuję.

piątek, 10 lutego 2017

Pojedynek na Imperialne Portery Bałtyckie



W ostatnim czasie można zaobserwować sytuację, w której niemal każdy browar zapragnął mieć w swojej ofercie portera bałtyckiego, czy też jego imperialną wersję (bądź też RISa). W jednej chwili wszyscy poczuli rozluźniające się zwieracze i nagłą potrzebę uwarzenia ‘piwowarskiego skarbu Polski’. Nie będę jednak tego zjawiska nazywał porterową sraczką, gdyż po prostu to nie przystoi. Mi, jako wielkiego fana tego rodzaju napitków nie pozostaje nic innego, jak tylko zacierać rączki i cieszyć michę. Choć bardzo cierpią na tym moje domowe fundusze, a piwnica zaczyna powoli pękać w szwach, no bo przecież wszystkiego muszę mieć po dwie sztuki :)
Jakieś dwa tygodnie temu w moje lepkie łapska wpadły dwa imperialne portery bałtyckie o jakże zbliżonych parametrach – Deep Dark Sea z Brokreacji (24°Blg) oraz „P” Imperial Porter (25°Blg), będący kooperacją Browaru Bytów i nowego kontraktowca Rockmill. Bez chwili wahania postanowiłem je ze sobą porównać. A co mi szkodzi? Niech stoczą między sobą potyczkę. Dodam, że ich cena znacznie się od siebie różni i w sumie to był główny powód tego pojedynku. Czy ten dużo droższy okaże się wyraźnie lepszy? Czek dis ałt ;)



DEEP DARK SEA

Wygląd: Barwa piwa jest czarna. Do tego dochodzi wysoka, drobna i puszysta piana w kolorze ecru, która jest umiarkowanie trwała. Lacing obecny, ale niewielki.
Zapach: Średnio intensywny, taki dość rześki, że się tak wyrażę. Ponownie wyraźnie czuć nuty chmielu Magnum, co oczywiście nie jest zgodne ze stylem. Prócz niego objawiają się tutaj słodkie tony czekoladowych klimatów, wpierane przez ulotne muśnięcie suszonych owoców, ciemnych (nie palonych) słodów i karmelu. W tle majaczy cukier kandyzowany i śladowe ilości melasy. Ładnie to pachnie, ale ten chmiel mogli sobie darować. Alko znakomicie ukryte. Brawo.
Smak: Mamy tu nie dominujące, ale wyraźnie chmielowe akcenty, które może znajdą swoich zwolenników, ale nie mnie. Dalej jest mleczna czekolada, pralinki, opiekane słody i nieco przypalonego karmelu oraz lukrecji w tle. Alkohol został dobrze ukryty. Goryczka umiarkowana, czyli stylowa.
Wrażenie ogólne: Piwo jest nieźle ułożone, gładkie w smaku, o dość wysokiej pełni. Balans jest tu odpowiedni do stylu, podobnie jak dobrze dobrana goryczka. Pijalność też jest całkiem wporzo. Nie trzeba się zmuszać do picia. Byłoby naprawdę bardzo dobrze, gdyby nie ta nadmierna, jak na ten styl chmielowość.
OCENA: 7/10
CENA: 25ZŁ (Skład Piwa)
ALK. 10,1%
TERMIN WAŻNOŚCI: 17.01.2018
BROWAR BROKREACJA

„P” IMPERIAL PORTER

Wygląd: Barwa czarna – identyczna jak u konkurencji. Piana jednak jest znacznie gorsza – zaledwie półcentymetrowa, ale jej kolor jest ciemniejszy – przyjemnie beżowy. Lacingu brak.
Zapach: Tutaj już mamy prawie, że klasykę. Pokłady słodkiej czekolady, subtelnej kawy zbożowej, karmelu, rodzynek, suszonych daktyli i moreli (!). Ciemne, lekko opiekane słody pełnią tu rolę tła. Nieźle to pachnie, choć bardziej przypomina mi wyleżakowanego portera, aniżeli świeżynkę. Etanolu i jego pochodnych nie czuć absolutnie wcale! Po całkowitym ogrzaniu zaznacza się wyraźna dominanta estrowych naleciałości, zaś ciemne klimaty tracą na znaczeniu. Dziwne.

czwartek, 9 lutego 2017

NUT CRACKER od DEER BEAR i WHISKER.BEER



Tak jak obiecałem jedziemy dalej z mocarzami. Dziś na wokandzie Nut Cracker, będący wynikiem kooperacji Whisker.beer i Deer Bear, a uwarzono go oczywiście „tuż za moją stodołą”, czyli w Wąsoszu. Jak wiecie jest to Imperial Coffee Milk Stout.
W styczniu, gdy piwo to wespół z Crackerem, ujrzało światło dzienne, w sieci rozpętał się niezły shitstorm. Niby dwa takie same piwa, a jednak różne. Otóż Nut Crackera nafaszerowano naturalnymi aromatami! Czaicie kurna?! Aromaty w piwie rzemieślniczym od dwóch cieszących się uznaniem piwnych inicjatyw. Duch Kraftu w momencie dostał białej gorączki, niemalże zszedł na zawał. Piwna gawiedź zaczęła wrzucać autorom tego piwa, że tak nie można, że tak się nie robi, że to nie fair, że Duch Kraftu się na was zemści, że to, że tamto. Oczywiście znalazła się część osób, którym to zupełnie nie przeszkadzało, a jakie jest moje zdanie? Mi to zwisa koło ch…. Nie no, żarcik oczywiście ;p Wg mnie o ile są to aromaty naturalne (a są), o ile browar się do tego jawnie przyznaje (a przyznaje) i o ile dodatku tego nie jest zbyt dużo, ani za mało, to ja nie mam nic przeciwko. Chodzi o to, żeby dodatek ten dobrze się komponował z charakterem całego napitku, żeby nie dominował i nie przykrywał zanadto piwa bazowego. No właśnie. Niestety Nut Cracker z tą tezą nie nic wspólnego. 


Do wyglądu nie sposób się przyczepić. Czarne jak noc piwo okryło się bardzo obfitą, drobną i puszystą czapą ciemno beżowej piany. Rzeczona pierzynka trzyma się nad wyraz dzielnie i  opada w naprawdę iście ślimaczym tempie. Lacing obecny, ale nie jakiś strasznie oszałamiający.
Kogo, by jednak obchodził lejsing, gdy ma przed sobą takie piwo? Piwo na wskroś przeszyte orzechem! Naturalny aromat zdominował ów napitek, że głowa boli. Dominantą jest orzech laskowy, ale gdzieś z tyłu majaczy także włoski, a nawet odrobina orzeszków ziemnych, czyli popularnych fistaszków. Dopiero w posmaku można wyczuć solidne czekoladowe ciało, podszyte lekką, ale słodką kawą oraz akcentami palonych słodów i karmelu. Całość smakuje wyraźnie słodko, może nawet nieco muląco. Kawowa goryczka jest raczej nikła. Z pewnością nie jest w stanie sobie poradzić z tak opasłym ekstraktem (25Blg). Wysycenie jest niskie, czyli pasuje. Całość mimo nadmiaru rzeczonego dodatku smakuje dość naturalnie, ale nie zmienia to faktu, że komuś się ręka omskła podczas przyprawiania tego piwa.

wtorek, 7 lutego 2017

JAGIEŁŁO VIENNA LAGER



Czasem w życiu trzeba zrobić coś dziwnego, albo coś głupiego. Tak po prostu, aby nie zwariować. Aby nie zabiła nas rutyna, czy inne licho. Jedną z takich rzeczy jak dla mnie jest na przykład kupno i konsumpcja piwa z Browaru Jagiełło (malutki browar z Lubelszczyzny cieszący się niezbyt pochlebną opinią). Powiedzcie mi po kiego grzyba w dobie piwnej rewolucji, całej masy craftów wokół, miałbym zaprzątać sobie głowę oraz nadwyrężać napięty grafik piwem z Jagiełły? Ja też do końca tego nie wiem, ale wiem jedno – raz na jakiś czas przyda mi się zimny prysznic. Co jakiś czas trzeba się napić słabego piwa, by potem móc docenić te naprawdę fajne, zajebiaszcze trunki. Gdyby człek non stop wlewał w sobie same sztosy, to z biegiem czasu tak by do nich przywykł, że już nie robiłyby na nim prawie żadnego wrażenia. Teoria może lekko naciągana, ale na pewno z dupy nie wzięta.
Ja swoje kubki smakowe zamierzam dzisiaj przepłukać lagerem wiedeńskim, który kupiłem dobrych parę miechów temu. Przy każdym zejściu do piwnicy omijałem to piwo szerokim łukiem, na tyle szerokim, że niemal mi się przeterminowało. W sumie Vienna Lager to nuda jak cholera, ale na pewno mniejsza nuda niż zwykłe ‘jasne pełne’. Jak zwykle piszę te słowa jeszcze przed degustacją i zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno jest to takie złe piwo, jak można by sądzić po opinii Browaru Jagiełło? Ja tu Wam piszę o zimnym prysznicu, a jak piwko okaże się niezłe, to będzie zonk w mojej strony. Zatem kończę to teoretyzowanie i przechodzę do rzeczy. 


Otwieram i przelewam. Co jak co, ale piwko wygląda ślicznie. Jest idealnie klarowne o pięknej bursztynowej barwie. Pianka też niczego sobie. Jest bardzo bujna, średnio pęcherzykowa, o ładnym kremowym kolorze. No i trwała. Opada naprawdę powoli zostawiając solidne firany na szkle.
Niestety czar pryska już po pierwszym łyku – piwo jest zbyt wodniste, płaskie w smaku. Wyraźnie brakuje mu głębi, a efekt ten dodatkowo wzmaga niskie wysycenie. Sam smak jakiś tragiczny nie jest. Trochę słodowych naleciałości, szczypta opiekanego pieczywa, może jakaś skórka od chleba oraz odrobina karmelu. Chmielu jak na lekarstwo. Pojawia się niewielka namiastka trawiastych tonów, ale to naprawdę poziom minimalny. Goryczka znikoma, ale piwo nie jest jakieś wyraźnie słodkawe. Na pewno nie jest. Da się to pić, ale tak jak pisałem, tylko po by przepłukać paszczę. Innej funkcji tego napitku nie widzę. Całe szczęście, że trafnie obstawiałem doznania, jakie ten trunek mi oferuje, tym samym nie zrobiłem z siebie idioty ;)

poniedziałek, 6 lutego 2017

PIWO MIESIĄCA - STYCZEŃ 2017



Pora na krótkie podsumowanie stycznia i wyłonienie kolejnego Piwa Miesiąca.
Uff, to był naprawdę szalony miesiąc. Przelały się przez moje gardło hektolitry mocarnych piw. W większości dobrych lub bardzo dobrych. Dość wspomnieć, że Dzień Porteru Bałtyckiego zamienił się u mnie na „tydzień porteru bałtyckiego”. Zima jest, więc trzeba se jakoś radzić ;)
No, ale do rzeczy. W styczniu mimo wielu naprawdę ciekawie zapowiadających się piw, tylko dwa zrobiły na mnie oszałamiające wrażenie. Konkretnie wgniotły mnie w fotel. Chodzi tu o dwa portery rzecz jasna. Nie mogło być inaczej.

Porter Bałtycki z Wąsosza był bardzo blisko zdobycia tego wyróżnienia, ale niestety dla niego, tytuł PIWO MIESIĄCA – STYCZEŃ 2017 wędruje do Browaru Zamkowego Cieszyn za Porter Ze Szwestką Jubileuszowy!!! :D

Uwarzony z okazji 170-lecia browaru cieszyńskiego specjał, to naprawdę porter bałtycki klasy światowej. Dodatek suszonej śliwki czuć w nim z nawiązką. Wióry z dębowej beczki już znacznie mniej, ale nawet mimo to piwo jest wręcz genialne. Niesamowicie pełne w smaku, gładkie, mega aksamitne, treściwe, wielowątkowe, ułożone jak jasna cholera. Po prostu palce lizać. Lizać i cmokać z zachwytu. W zapachu także euforia zmysłów. Porterek pachnie naprawdę obłędnie. Żadnego alkoholu, a jaka różnorodność! Jeśli macie w sakiewce zbędne sześć dyszek, to szukajcie tego piwa w Tesco ;) Podobno jeszcze można je spotkać. Wiem, że to w ciul papy, dlatego napisałem „zbędne sześć dyszek”.

Browarowi Zamkowemu Cieszyn mocno gratuluję tak cudownego napitku, a Wam życzę możliwości spróbowania go :)