sobota, 4 lutego 2017

ŁÓDŹ I MŁYN - kooperacja Piwoteki i browaru De Molen




Nadszedł wielki finał „Tygodnia z Browarem Piwoteka”. Łącznie miałem do przetestowania sześć piw. Niektóre zaskoczyły mnie nader pozytywnie, inne wręcz przeciwnie. Na zakończenie całego cyklu zostawiłem sobie prawdziwą perełkę. Piwo, które ukazało się w październiku zeszłego roku z pewnością wywołuje szybsze bicie serca każdego świadomego beer geeka. Co niektórzy już od samego patrzenia na parametry tego monstera mają ciepło w gaciach. Ja na przykład ;)
Mowa tu o kooperacyjnym trunku Piwoteki i holenderskiego De Molena – legendę jeśli chodzi o europejski craft, której chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Łódź i Młyn, czy też Mill & Wherry lub Molen & Boot (nazw od cholery) to RIS z dodatkiem jarzębiny, uwarzony w kraju legalnego jarania zioła, prostytucji, aborcji, eutanazji i ogólnie wszystkiego, co u nas jest zabronione. Już za samą jarzębinę należy przyklasnąć, bo dodatek ten jak dotąd nie był stosowany przez polskich rzemieślników. Ale nie tylko o rowanberry tu chodzi. Piwo ma zabijać parametrami. Spójrzcie tylko na te cyferki: 29,7°Blg!!! 13,8% alko!!! Łał. Naprawdę grubo się to prezentuje. Można się posikać z podniecenia. Parametry wyglądają groźnie i zdradziecko. Pobudzają wyobraźnię, dając nam do zrozumienia, że z tym trunkiem nie ma już żartów. Szkoda czasu na nawijanie makaronu na uszy. Czas chwycić diabła za rogi!


Szczerze – nie mam zielonego, ani nawet różowego pojęcia jak smakuje jarzębina. Za dzieciaka miałem to w rękach wiele razy, ale nigdy nie próbowałem, bo tak mnie nauczono. Całkiem słusznie zresztą, bo owoc ten nadaje się do spożycia dopiero po blanszowaniu, czy tam gotowaniu (whatever). Czas na pierwszy kontakt. Wpierw smakujemy. Jest olbrzymia pełnia, wyraźna gęstość oraz bardzo przyjemna gładkość. Płatki owsiane zrobiły co trzeba. Piwo jest bardzo zadziorne, takie charakterne, z pazurem. Jest mocna kawa, świeżo parzona, bez mleczka, czy jakiegoś innego badziewia. Jest też wyraźna gorzka czekolada i sporo palonych słodów. O tak, paloności jest tu w pytę! Co ciekawe nie żałowano tu również chmielu, bo w posmaku wychodzi on na wierzch, dając od siebie jakieś 40% goryczki, bo większość pochodzi od ciemnych słodów rzecz jasna. Goryczka jest naprawdę konkret. Mocna i zdecydowana, palono-chmielowo-ziołowa. Na pewno nie dla leszczy. Trochę zalega, ujmując pijalności. Typowo suszonych owoców jest raczej niewiele, ale w tle majaczy mi coś nieznanego – zapewne to ta jarzębina. Całkiem dobrze komponuje się to z charakterem tego mocarza. Obok jarzębiny pobrzmiewają jeszcze subtelne akcenty popiołu i alkoholu w typie likieru kawowego. Alko grzeje w przełyku i nieco piecze na języku. Czuć go wyraźnie, ale jak na taki woltaż, to jest to całkiem znośny poziom. Nie mniej jednak z biegiem czasu robi się to trochę dokuczliwe.
Do wyglądu przyczepić się nie sposób. Wiem, że to najmniej ciekawy fragment każdej recenzji, dlatego skrócę go do minimum. Piwo jest niemalże czarne, ale widziałem wiele czarniejszych. Piana jest niesamowicie bujna, drobna, trwała i zbita. Ciemno beżowa w kolorze. Opada naprawdę wolno, ślicznie brudząc przy tym szkło.

Zapach także pierwsza liga. Jest wyraźny i złożony jak na klasowego RISa przystało. Tutaj od razu czuć dodatek w postaci jarzębiny, bo coś nieznajomego mi tu huczy od pierwszego niucha. Z pewnością jest to jakiś owoc, więc zakładam z czystym sumieniem, że to rowanberry. Co ciekawe aromat nie jest już tak zadziorny. Jest wręcz dobrze ułożony. Czekolada przybrała postać odmiany deserowej, kawa jest już wyraźnie odstana i posłodzona. Palone słody są, ale już nie tak mocno palone, jak sugerowały mi to kubki smakowe. Chmiel jest na granicy autosugestii, podobnie jak wszelkie formy spalenizny, czy popiołu. Pojawiają się za to nader przyjemne suszone owoce w postaci śliwek, rodzynek i czarnych porzeczek. Z tła można jeszcze wyłapać nieśmiałe akcenty gorzkiego kakao, karmelu i ciemnego, razowego pieczywa. Zapach jest naprawdę porządnie rozbudowany. Co ciekawe – jakże inny od tego, co piwo oferuje nam w smaku. Tu wszystko jest takie wygładzone, ułożone i zrównoważone. Żaden składnik nie przytłacza innego. Świetnie się to wącha :)
Piwo jest naprawdę gęste, choć nie aż tak gęste, jak sugerowałby nam to olbrzymi przecież ekstrakt. Pełnia wymiata, podobnie jak goryczka, która porządne walcuje kubki smakowe. W rzeczy samej mogłaby być trochę bardziej ułożona. To samo tyczy się alkoholu. Ja nie wymagam od piwa o prawie 14 voltach, abym wcale nie czuł w nim etanolu. Tutaj jego poziom jest umiarkowanie wysoki, ale z każdym łykiem odkłada się on na języku, co skutecznie odstrasza od wzięcia kolejnego łyka. No właśnie – cierpi na tym głównie pijalność, o ile w ogóle przy takich parametrach można mówić o jakiejkolwiek pijalności. Łódź i Młyn to dość dobrze zbalansowane piwo. Przez pierwsze sekundy sprawia wrażenie treściwego, lecz po chwili, gdy już dopadnie Cię sroga goryczka i etanol, ciecz przeistacza się w typowo wytrawnego „potworka” z bardzo długimi pazurami.
Zapach jest wręcz niebiański, w smaku zaś jest nieco do poprawy. Generalnie jednak piwo pozostawia miłe wrażenie, choć jak mówiłem, leszcze lepiej niech sobie odpuszczą ;)
Nie mogę powiedzieć, że się na tym trunku zawiodłem, ale przyznam się, że po cichu liczyłem na większą petardę. Zamiast solidnego „sztosu” otrzymałem tylko „sztosik”. Dobre i to.
OCENA: 8/10
CENA: 24,90ZŁ (Skład Piwa i Alkoholi)
ALK. 13,8%
TERMIN WAŻNOŚCI: 19.10.21
BROWAR PIWOTEKA & BROUWERIJ DE MOLEN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz