piątek, 30 września 2016

V.I.P. MOCNE Z BIEDRONKI - RÓŻNICE MIĘDZY PUSZKĄ A BUTELKĄ



Ludzie ratunku! „Bieda-piwo” z biedry wkracza na salony!
Kto nigdy w życiu nie pił V.I.P.a z Biedronki niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem. Żadnych chętnych? Tak myślałem. 

V.I.P. Mocne to piwo kultowe. Jest bezczelnie tanie, mocne (nieźle dmucha w kaszkiet) i można je kupić w każdym z tysięcy sklepów największej sieci handlowej w tym kraju. Stosunek ceny do procentów jest w V.I.P.ie tak korzystny, że wywołuje spazmy i inne orgazmy wśród głodnej alkoholu klienteli. Zna je każdy, a kto nie zna, ten musi poznać. Mi też kilka razy zdarzyło się mieć z nim kontakt. W czasach liceum człowiek nie miał zbyt wiele hajsu, więc musiał sobie jakoś radzić…
Ale nie o tym miało być, nie o tym. Odkąd pamiętam na biedronkowej półce zawsze dumnie stały puszki z V.I.P.em. Jednak ku mojemu zdziwieniu jakiś czas temu obok puszek pojawiły się także butelki! Biorę jedną do łapy i czytam: „Wyprodukowano przez – Zakłady Piwowarskie Głubczyce S.A.”. O żesz w mordę – pomyślałem. Przecież pucha jest od Van Pura! To samo piwo w zależności od opakowania robią dwa różne browary. Zupełnie ze sobą nie powiązane.
Ciekawe jak zrobiła to Biedronka? Domyślam się, że nie mają na etacie żadnego piwowara, który robi dla nich piwa (chyba). Dlatego zapewne zadzwonili do Głubczyc z ofertą: „Słuchajcie, kupimy od Was pół miliona hekto piwa. Płacimy w gotówce 99groszy za pół litra. Piwo ma być w miarę dobre w smaku i nie może zbytnio walić spirytem. Generalnie ma to być to samo piwo, co nasz słynny V.I.P. Original Mocne w puszce. Tyle, że Wy nalejecie je do butelek. Piwo ma mieć 7,2% alko i 15,1% ekstraktu. Reszta nas nie interesuje. Macie na to tylko trzy tygodnie, więc się spieszcie”.

 
A więc tak. Mam w rękach teoretycznie to samo piwo. Jedno w butelce, a drugie w puszce. Piwa mają identyczne parametry, ale pochodzą z dwóch różnych browarów. Nasuwającym się pytaniem nie jest zatem „czy piwa będę się różnić?”, tylko „jak bardzo będę się różnić?” Nawet, gdyby były robione na podstawie tej samej receptury (w co bardzo wątpię), to i tak raczej nie będą identyczne. Sprzęt użyty do produkcji także ma wpływa na smak oraz zapach. Co prawda jest możliwość, że jeden browar przekazał recepturę drugiemu, ale myślę, że jest to w praktyce bardzo rzadko spotykany obrazek. Nawet w sytuacji, gdy dane piwo jest robione na zlecenie jakiejś sieci handlowej. No chyba, że się mylę… Jedynym sposobem, aby to stwierdzić jest test porównawczy obydwu piw! Let’s go!


V.I.P MOCNE (puszka)

Piwo pieni się bardzo dobrze. Bialutka piana jest drobna, puszysta i okazała. Opada dość wolno i ładnie zdobi szkło. Ciecz posiada bardzo ładny ciemnozłoty kolor i jest totalnie klarowna.
W smaku dominuje słodowa pełnia o herbatnikowo-ciasteczkowym profilu. W tle majaczy delikatny karmel oraz subtelnie opiekana zbożowość. Piwo jest dosyć słodkawe, ale nie ma w tym jakiejś przesady. Alkohol został nawet nieźle ukryty, choć i tak czuć, że jest to mocne piwo. Na finiszu pojawia się niewielka, ale zauważalna goryczka o lekko chmielowych naleciałościach. Niestety z biegiem czasu goryczka coraz bardziej zalega i staje się coraz bardziej szorstka. Wysycenie jest średnie, poprawne.

środa, 28 września 2016

HAPAN


Chapnę sobie dzisiaj Hapana. Jest to drugie kooperacyjne piwo Browaru Wąsosz i fińskiego Humalove. Gdybym nie miał takiej sklerozy pewnie pamiętałbym ich pierwsze wspólne piwo, no ale jak widać mam.
Jak głosi etykieta Hapan to Polish Fruit Sour Saison. I co takie gały robicie? Trzeba było chodzić na anglika, to byście nie musieli teraz świecić oczami ;) Po prostu jest to Saison z dodatkiem owoców (agrestu i brzoskwini) zakwaszony bakteriami Lactobacillus helveticus i chmielony polską Sybillą. Proste nie?
W sumie Hapan to fajne piwo. Piwo, które prócz procentów dostarcza także porcję wiedzy. Mnie na przykład nauczyło, że hapan po fińsku znaczy kwaśny. Piwo, które uczy! Świetna sprawa.


Hapan nie chciał współpracować przy nalewaniu. Drobna piana nie była zbyt wysoka, mimo że lałem dość agresywnie. Do tego bardzo szybko zaczęła znikać. Kilka minut i już było po sprawie! Piwo zostało odziane w wyraźnie mętny, pomarańczowo-złoty odcień. Jedźmy dalej.
Smak jest rześki jak poranna bryza, świeży jak karp w dniu Wigilii. Dominuje w nim przyjemny kwasek o cytrynowym zacięciu, który nie jest ani za mocny, ani za słaby. Jest wycelowany po prostu idealnie. Na drugim planie prym wiedzie lekka słodowa nuta oraz przyjemna owocowość. Faktycznie czuć tutaj agrest, ale obecności brzoskwini nie odnotowałem. W tle czai się natomiast skórka limonki, odrobina niedojrzałych jabłek papierówek oraz symboliczna chmielowość w subtelnie ziołowej formie. Całość jest smaczna, przyjemnie kwaśna i okrutnie pijalna. Piwo wchodzi jak złoto! :D

poniedziałek, 26 września 2016

DEER BEARD


Szanowni Państwo przedstawiam Wam piwo Deer Beard z Browaru Deer Bear. Zapewne nie każdy jest poliglotą i nie włada tak biegle językiem Anglosasów, jak włodarze tegoż browaru. Z związku z tym pozwolę sobie co nieco wyjaśnić o co tutaj kaman. Browar nazywa się Deer (jeleń) Bear (niedźwiedź), a piwo Deer Beard (broda). Słowa deer nie należy też mylić z dear (drogi, kochany). Trochę to pomotane, ale da się ogarnąć.
Deer Bear to browar kontraktowy warzący w niedalekim dla mnie Wąsoszu. Jego debiut miał miejsce już w zeszłym roku, ale szczerze powiem, że nie śledzę ich kariery i nie wiem ile już piw (i kasy) mają na koncie. W każdym bądź razie Deer Beard (nadążacie) to ich pierwszy/debiutancki trunek. Fajnie, że w końcu go dorwałem. Broda Jelenia to żytnia IPA, jakich wiele na rynku. Ale na tymże właśnie rynku chyba nie ma ipy podrasowanej dodatkiem pędów sosny i skórki pomarańczy bergamotki. Czy może jest?


Otwieram i przelewam. Piwo pieni się jak szalone. Jest ciemno złote lub nawet lekko bursztynowe i wyraźne zamglone, można go nawet nazwać mętnym. Kolor to pikuś, ale piana to dopiero majstersztyk – obfita, wysoka, niesamowicie drobna i sztywna jak koci ogon. Skubana prawie wcale nie opada! Jest trwała jak piramidy egipskie, czy inne mumie. Wieki musiałem czekać na możliwość dolewki. W końcu się wkur… zdenerwowałem i trochę musiałem jej spić. Ale ludzie, jaki to ma lacing! Bardzo dawno nie widziałem na szkle tak zwartej i trwałej koronki. Piana praktycznie oblepia każdy centymetr kwadratowy szkła. A w niektórych miejscach nawet każdy milimetr!!!
Oczywiście spuszczając się nad wyglądem, trochę piwka sobie skosztowałem i już wiem, że smakuje wybornie. Piwo jest mocno owocowe, cytrusowe z mocnym naciskiem na skórkę pomarańczy, limonki i grejpfruta. Nie mniej wyraźnie wałęsają się tutaj nuty lasu, igieł sosnowych i żywicy. Mniam! Niewielkie cienie karmelu i lekko opiekanego słodu są tu natomiast bardzo fajnym tłem. Jeszcze bardziej w głębi, niemal na samym horyzoncie majaczą niewyraźne cienie olejku z bergamotki, kojarzące się z herbatą earl grey oczywiście. Rzecz jasna nie można zapominać o niezwykle urodziwej goryczce, która jest idealnie dobrana. Jej moc jest dość wysoka, ale nie ma tu mowy o wykręcaniu języka na lewą stronę. Posiada ona ładny żywiczno-grejpfrutowy sznyt. Jest krótka, bardzo szlachetna i stanowcza. Robi co trzeba i szybko chowa się w krzaki. Piwo jest nader rześkie, odpowiednio wysycone i bardzo smaczne.

piątek, 23 września 2016

WSZYSTKO CO POWINIENEŚ WIEDZIEĆ O LEŻAKOWANIU PIWA



Piwny Janusz: Stary, twierdzisz że piwo można leżakować jak wino?
Ja: Oczywiście kolego!
Piwny Janusz: Nie pierdziel. Niemożliwe. To nie zepsuje się jak data wyjdzie?
Ja: Spokojna twoja rozczochrana. W dupie żeś był i gówno żeś widział. Pij sobie dalej te korposiuśki. Zaraz wszystko wyjaśnię.


Piwem interesuję się od ponad dziesięciu lat. Od ponad czterech prowadzę tego bloga. Na pewno nie jest mistrzem w tym temacie, no ale powiedzmy, że trochę wiedzy liznąłem ;) Jak wiecie szczególnym umiłowaniem darzę wyraziste portery bałtyckie oraz inne mocarne i tęgie trunki. Ślinię się jak dzieciak na sam widok czarnego jak smoła RISa, czy Baltic Portera. Od kilku lat natomiast zgłębiam temat leżakowania piwa, głównie porterów właśnie. Mam sporego hopla na tym punkcie. Postanowiłem zatem napisać mały przewodnik odnośnie tego tematu, w którym chciałbym przekazać Wam moją dotychczasową wiedzę i moje spostrzeżenia. Do dzieła.

Allee o soo chooziii…???

W rzeczy samej niektóre gatunki piwa można leżakować. Są zupełnie jak wina – im starsze tym lepsze. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć, że jakieś 90% win dostępnych u nas na rynku nie nadaje się do leżakowania. Wiem, amatorzy ‘jaboli’ będą pewnie zawiedzeni. Ale niestety - tak jak nie zrobisz z Tico Ferrari (pozdro dla kumatych), tak z Fresco nie zrobisz Château Pétrus. O leżakowaniu wina i whisky wydano już pewnie z tysiąc książek, napisano z milion artykułów i zajmuje się tym hobbistycznie co najmniej połowa milionerów na świecie (a jest ich niemało). O leżakowaniu piwa natomiast wiadomo niewiele, bo ludzie myślą, że piwo szybko się zepsuje. Mają w tym trochę racji, ale na szczęście tylko trochę.
Chodzi mi tutaj o naprawdę długoletnie leżakowanie typu dziesięć, dwadzieścia, czy pięćdziesiąt lat. Piwo wśród alkoholi niesłusznie jest traktowane po macoszemu, jako bieda-trunek. Od wieków to wino było uznawane za trunek bardziej szlachetny, godny wznoszenia toastów, itepe, itede. W związku z tym leżakowanie piwa to wciąż temat  nie do końca odkryty, niewyeksploatowany. Zapewne bardzo niewiele osób na świecie zajmuje się na poważnie długoletnim leżakowaniem piwa, a jeśli nawet to raczej nie publikują oni wyników tych doświadczeń. Po prostu mało kto bawi się w tego typu „eksperymenty”. Mimo to pewne fakty są jednak powszechnie znane i to nie do dzisiaj.


Jakie piwa warto leżakować?

To jest pytanie podstawowe. Tak samo podstawowe jak: „co było pierwsze, jajko czy kura?” Generalnie do długiego przebywania w samotności najlepiej nadają się piwa mocne i ciemne, w których chmiel nie odgrywa większego znaczenia (chmiel źle znosi upływ czasu). Przyjmuje się, że piwo takie musi mieć co najmniej 7-8% alkoholu. Idealnymi do leżakowania piwami są porter bałtycki, Belgian Dark Strong Ale oraz Russian Imperial Stout, czyli popularny RIS. Od biedy możemy posłużyć się też jego słabszym bratem, czyli Foreign Extra Stoutem. Dość dobrze leżakowanie znosi też Barley Wine i Old Ale, choć nie są to piwa czarne. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi o klasyczną, angielską wersję BW. American Barley Wine z racji wyraźnego chmielowego charakteru nie będzie idealnym lokatorem naszej piwnicy. Upływ czasu dobrze zniesie też koźlak podwójny (Doppelbock), szkockie Wee Heavy oraz belgijski Quadrupel, gdyż ich woltaż nieraz przekracza nawet 10% alko, a ich barwa jest zazwyczaj półciemna (bursztynowo-brązowa).
Dłużej można potrzymać też belgijskiego Tripla – ma jasną barwę, ale to bardzo mocne piwo. Poza tym z biegiem lat zmienia swój charakter, dzięki refermentacji w butelce. Z tego samego powodu kandydatem do leżakowania może być też Dubbel. Piwnego orgazmu zapewne po nim nie dostaniesz, ale doświadczenie może być ciekawe. Odrębną kategorią są piwa na dzikich drożdżach (różnego rodzaju lambiki, Flanders Red Ale, Oud Bruin), które przez lata potrafią zmieniać swój charakter jednocześnie nie psując się.

Po co to całe leżakowanie?

Poco, to się nogi nocą. Piwo leżakuje się, aby było lepsze! Leżakowanie to inaczej starzenie się piwa. To szereg skomplikowanych reakcji chemicznych, z których najważniejszą rolę odgrywa utlenianie. Każde piwo się utlenia. Czy tego chcemy, czy nie. Problem w tym, że jasne i lekkie piwa utleniają się w niefajny dla nas sposób. Mokry karton, koci mocz, czy akcenty miodowe w rześkim pilsie nikogo raczej nie wprawią w błogi nastrój. Co innego piwa ciemne. 

środa, 21 września 2016

TYSKIE NIEPASTERYZOWANE CHMIELONE NA ZIMNO


Nowe Tyskie Niepasteryzowane Chmielone Na Zimno. Chwalo to w tych internetach i chwalo. Może nie wszyscy, ale większość. Czyżby blogerom się już we łbach poprzewracało? Co prawda jeszcze nikomu Kubotów z nóg nie zerwało, ale ludzie mówią, że to dość dobre piwo. Ja jednak ludziom nie ufam. Sam muszę się przekonać, by mieć swoje zdanie.
Kompania Piwowarska w stosunku do pozostałych koncernów wciąż pozostaje w tyle. Nie ma w ofercie ani jednego piwa, którego bez żenady mógłby się napić typowy beer geek. Ba, nie ma nawet porteru bałtyckiego w ofercie. A inni mają. No, a teraz wypuścili nowy wariant Tyskiego. Naprawdę piwo niepasteryzowane to obecnie szczyt błyskotliwości i wyczucia trendów! Jak kurna oni na to wpadli? Spryciarze jedni! ;> Nie dość, że niepasteryzowane, to jeszcze chmielone na zimno. Wow! To musi być sztos. Może do tej pory nie wiedzą, że Carlsberg Polska wpadł na to już ponad dwa lata temu….
Na początku nowy Tyskacz był oferowany tylko w Biedrze, ale teraz można go już kupić prawie wszędzie. O dziwo nieraz nawet taniej niż w popularnej stonce :D


Rzeczone piwo nalewa się z pokaźną białą czapą. Piana jest wysoka, drobna i puszysta, choć trochę za szybko się dziurawi. Jej żywot jest przeciętny, ale za to lacing robi wrażenie! Na szkle można podziwiać piękne firany, koronki, stringi, czy co tam kto widzi. Piwo jest klarowne i złociste, ale tu przecież standard.
Biorę pierwszy łyczek. Biorę drugi. Kurde pustka. Trochę herbatnikowej słodowości, lekki kwasek i nieco trawiastych naleciałości. Czy jest chmiel? Jeśli masz wyobraźnię siedmiolatka, to może coś tam wyczujesz, ale jeśli jesteś dorosłym, w miarę świadomym i doświadczonym przez los mężczyzną, to nawet się nie wysilaj. Chyba, że chcesz szukać wiatru w polu. A co z goryczką? Ona nigdy nie była i chyba nie będzie domeną wielkich piwnych molochów. Nie inaczej jest tym razem. Goryczka jest znikoma jak uzębienie mojej babci. Niczym nie różni się od innych korpolagerów.

poniedziałek, 19 września 2016

PSZENICZNIAK


Dawno nie piłem pszeniczniaka, typowego niemieckiego Hefe-weizena. Ciągle wlewam w siebie tylko te RISy, ipy-sripy, albo inne nowofalowe wynalazki, nad którymi muszę mlaskać i cmokać. Już mnie gęba boli od tego cmokania. Dlatego dzisiaj postanowiłem to zmienić. Czas wrócić do klasyki, do korzeni jak to mówią. Bawarskie Weizeny należały kiedyś do moich ulubionych piw. W sumie to nadal je lubię. W czasach, gdy nie  było w naszym kraju piw nowofalowych człek jarał się na przykład takim oto pszeniczniakiem. Na samą myśl, że możesz się napić czegoś innego niż korposiki, ślinka ciekła do samej ziemi. A dziś się tym beer geekom na tyle w mózgach poprzestawiało, że co niektórzy wręcz gardzą piwami bez jankeskich lupulin w składzie. Ja nie gardzę, bo jestem człowiek sentymentalny i bardzo szanuję tradycję oraz wszelakie dziedzictwo kulturowe.
Tak więc dziś tematem przewodnim jest Pszeniczniak z Browaru Osowa Góra. Klasyczne piwo pszeniczne w stylu Hefe-weizen


Napitek nalewa się z dość obfitą i drobną pianą, która umiarkowanie długo pozostaje przy życiu. Może nie aż tak długo jak żółw olbrzymi, ale wystarczy by oko nacieszyć. Lacing nie jest za specjalny, ale szczerze mam to gdzieś. Kolor piwa natomiast jest podejrzanie ciemny jak na tego typu piwo. Ze szkła spogląda na mnie jasno bursztynowy trunek, wpadający nawet w lekki brąz. Dziwne.
Popodniecałem się już wyglądem, to teraz czas podniecić się smakiem. A w smaku w rzeczy samej jest całkiem dobrze. Piwo jest słodkie, ale to przecież normalka. Pszeniczna słodowość dominuje i świetnie współgra z nutami biszkoptów, herbatników oraz drożdży. Całość jest też delikatnie kwaskowa, co przekłada się na relatywnie sporą rześkość. W dalszej kolejności na scenę wkraczają dojrzałe banany, subtelnie okraszone cieniami goździka. Nie ma go tu dużo, ale bez wątpienia da się go wyłapać. Piwo jest dość gładkie, lekkie i dobrze wyważone. Wysycenie jest przeciętne i mogłoby być nieco wyższe, ale to w sumie pikuś.

sobota, 17 września 2016

JAGIEŁŁO PILS


Końcówka lata obdarowała nas przepiękną pogodą. W dalszym ciągu możemy cieszyć typowo wakacyjnymi temperaturami. Dzięki temu w dalszym ciągu mam ochotę na lekkie i pijalne napitki. W ostatnich dwóch postach była mowa o pilsach, więc postanowiłem pociągnąć ten wątek jeszcze dalej.
Mam w zanadrzu jeszcze jednego pilsa, tym razem od Jagiełły. Spoko, spoko, koleś już dawno wącha kwiatki od spodu. Chodzi o Browar Jagiełło z Lubelszczyzny dawno przeze mnie nie eksplorowany. Odkąd piłem coś od niech wiele wody w Wiśle upłynęło, wiele dziewic zaszło w ciążę i wiele łapówek przyjęli nasi posłowie. Nigdy nie byłem fanem Jagiełły. Kiedyś mieli takie małe śmieszne buteleczki. Teraz jak widzę są chyba tylko typowe półlitrówki, oklejone wcale nie najgorszą szatą graficzną. Do tego dochodzi firmowy kapsel. Widać, że zaczęli zwracać uwagę na opakowanie (zobaczcie jak wcześniej wyglądały ich piwa). Mam nadzieję, że pociągnęło to za sobą również poprawę tego, co znajduje się w butelce. 


Jagiełło Pils ma nienajgorszą prezencję. Piwo jest złociste, idealnie klarowne. Spowija je średnio wysoka czapa białej, ale dość grubej piany, która opada raczej w szybkim tempie. Może nie tak szybko jak w coli jakiejś, no ale kwestia ta pozostawia wiele do życzenia.
Wygląd nie jest jednak tak ważny, gdy piwa możemy się napić. Wziąć go do ust i spróbować. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. W smaku piwo jest wyraźnie słodowe, pełne, biszkoptowe, a nawet lekko karmelowe! No, pilsa z tego nie będzie, ale nie jest tak źle. Wad jako takich nie stwierdziłem. Gdzieś tam w oddali majaczy nawet szczątkowa chmielowość i nieznaczne zboża. Całość jednak jest zbyt słodka i słodowa. W zasadzie smakuje to jak lepszego sortu koncerniak (istnieje taki?). Chmielowej goryczki jest tutaj tyle, co kot napłakał, czy skunks jakiś.

poniedziałek, 12 września 2016

BYDGOSKIE SESYJNE


Znowu będzie o pogodzie. Kto bardziej wrażliwy, niech zacznie czytać od końca, albo niech zmarszczy freda ;p
Cudownie piękna aura do Polski zawitała. Aż chcę się żyć. Słupki rtęci dochodzą do 30 kresek, a ja czuję się jak ryba w wodzie. Jajka się pocą, ale to nic. Ważne, że w takie dni bardziej legalnie niż zwykle mogę pić piwo. Żona raczej już nie krzyczy: znowu żłopiesz to piwsko?! Wiadomo, że trzeba się nawadniać, dużo pić. Ale ja wody nie tykam, bo to nie ma żadnego smaku. Generalnie to jestem zdania, że woda to jest dla zwierząt. My ludzie, pijemy piwo ;)
Tak więc dziś nawodnię się pilsem o wszystko mówiącej nazwie Bydgoskie Sesyjne. Miałem je zdegustować w ramach „Tygodnia z Browarem Osowa Góra”, ale tydzień ma tylko siedem dni, a piw miałem osiem. Czas to nie guma od majtek, że się rozciągnie. 


Przelewam tego pilsa i oglądam. Piwo jak piwo – jasno złota barwa, spora czapa białej i puszystej piany o drobnych pęcherzach. Fajnie, że piana jest trwała. Opada naprawdę wolno, wyraźnie brudząc przy tym szkło. Aż ślinka cieknie.
Biorę pierwszy łyczek. Smakuję, mlaskam i oblizuję wary. No niezłe piwko. Rześkie, lekko chmielowe, lekko słodowe z wyraźną i mocną goryczką na finiszu. Chmielowo-ziołowa goryczka jest odrobinę szorstka i trochę zalega na podniebieniu, ale da się z tym żyć. Tak wyrazistej goryczy właśnie mi brakowało ostatnio w Leżajsku. Bydgoskie Sesyjne dobrze wchodzi, jest pijalne i lekkie w odbiorze. Jednym słowem – daje radę.

sobota, 10 września 2016

BROWAR LEŻAJSK W NATARCIU


Moi drodzy czytelnicy dziś zajmiemy się piwem koncernowym. Skoro piwny celebryta Kopyr może na swoim słynnym blogu recenzować piwo za trzy złote, to ja mogę nawet za dwa pisiont ;p Kto biednemu zabroni? No kto?



Jak widzicie mowa tu o dwóch stosunkowo nowych piwach z Grupy Żywiec, konkretnie z Browaru Leżajsk. Chwała Bogu napisali miejsce produkcji, bo inaczej to trzeba by było zatrudnić do pracy szare komórki, albo dzwonić do tajnych informatorów ;) Jedno piwo to Leżajsk Chmielowe Pils, drugie Leżajsk Pszeniczne Klarowne. Z pierwszym sprawa jest jasna jak słońce – piwo jest pilsem, a przynajmniej ma takowego udawać. Drugie to niemiecki Weizen, tyle że filtrowany, stąd brak osadu i klarowna barwa. Czyżby zrzyna z Carlsberga i jego Kasztelana? ;>
Tak się składa, że ze dwa lub trzy razy piłem już te piwa. Oba. Obydwa. I powiem wam szczerze, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Powiem inaczej – nie byłem rozczarowany, a to już coś. Piwa nawet mi smakowały, jak na koncernowe warunki rzecz jasna. Wpadłem więc na pomysł, by sprawdzić je w typowo bojowych warunkach. Przetestować w realiach blogowych. Wziąć na warsztat i rozłożyć na czynniki pierwsze. Kapujecie? Zatem do dzieła!

Leżajsk Pszeniczne Klarowne w rzeczy samej jest klarowne i to do bólu. Piwo posiada ładną złocistą barwę, a wieńczy go obfita, biała piana o dość drobnych pęcherzach. Niestety czapa szybko się dziurawi i opada. Lacing obecny, ale żadnego szału nie robi.
W smaku jest słodko, słodowo. Czuć pszenicę, biszkopty, ciastka oraz bardzo subtelne banany. Z tła wypływają także nieznaczne nuty chmielu, psując i tak nie za specjalny już wizerunek Weizena. Goździka brak. Rześkość przeciętna. Wysycenie umiarkowanie wysokie, czyli takie jakie ma być.
Aromat również papy z dachu nie zrywa. Intensywność nawet nie jest taka zła, ale wielowymiarowość to tutaj leży i kwiczy. Słodki banan, sporo słodu pszenicznego oraz akcenty chlebowe. Na drugim planie występują w miarę wyraźne ślady miodu – utlenienie. Głęboko w tle może jeszcze majaczyć homeopatyczna ilość landrynek. Nic poza tym. O goździkowych fenolach można zapomnieć, tak samo jak o wolnym miejscu na premierze najnowszych Gwiezdnych Wojen.
Podsumowując jest to słodkie i utlenione piwo o przeciętnej pełni. O ile jeszcze banan wywiązuje się ze swej roli, o tyle goździk mówiąc wprost, dał dupy. Poza tym całość nie jest tak świeża, jak być powinna. Dzięki czemu pijalność oceniam jako średnią. Mimo to piwo da się wypić, nawet nie trzeba robić żadnych głupich grymasów na twarzy. Jako alternatywa wobec koncernowych ojrolagerów może być, ale jako konkurent do craftu, to nie ma nawet startu.
OCENA: 5/10
CENA: 2.38ZŁ (Auchan)
ALK.5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.01.2017
GRUPA ŻYWIEC

Leżajsk Chmielowe Pils wygląda zupełnie tak samo jak piwo powyżej. Ładna, złota barwa, wzorowa klarowność oraz równie bielutka, równie wysoka i równie nietrwała piana, która tylko delikatnie znaczy szkło. Przejdźmy więc do konkretów.
Wysycenie jest dla mnie optymalne – drobne i wyraźne, choć nie przesadzone. Walory świeżości i rześkości nie są złe. Piwo wydaje się być lekkie i pijalne. Chmielu nie ma tu za wiele, ale to oczywiście był niemal pewnik. Dominuje w nim słodowa podbudowa o delikatnie chlebowo-zbożowym zacięciu. Akcenty trawy i chmielu tworzą natomiast bardzo zgrabne tło. Goryczka jest niska, jak przystało na koncernowe standardy. I nie ważne, że na etykiecie jak wół napisano „Pils” – głupi lud i tak się nie kapnie. Tępe Janusze nie obczają, że Pils to głównie wyraźna goryczka i chmiel. Generalnie jednak poza tym elementem piwo jest nawet dobre.
W aromacie też nie ma żadnej tragedii. Zapach jest dość intensywny, świeży, o dziwo nawet chmielowy! Poważnie czuć muśnięcie chmielu, tytoniu i świeżo ściętej trawy. Zielone klimaty dobrze korespondują ze słodem o czystym zbożowym profilu. Fajnie się to wącha. Całość jest nieźle skomponowana i wyważona. Może się podobać. Chmielenie na zimno zrobiło robotę.
Ach, gdyby tylko ta goryczka była większa. Gdyby nie pożałowano chmielu do kotła warzelnego, gdyby polscy piwosze miele lepsze gusta, gdyby koncerny były bardziej odważne, gdyby babka miała wąsy…, gdyby Polska nie weszła do Unii…
Trochę szkoda, bo widzę, że zmarnowano potencjał tego piwa. Chmielowa goryczka zrównana poziomem z lechotyskaczożubrem to kamień u szyi tego napitku. A mogło być tak pięknie (choć i tak nie jest źle).
OCENA: 6/10
CENA: 2.38ZŁ (Auchan)
ALK. 5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 26.12.2016
GRUPA ŻYWIEC

czwartek, 8 września 2016

KPT. JACK


Lato wróciło! :D Ponownie można smażyć cycki na plaży. Koniecznością życia codziennego jest szukanie cienia, wygodnego hamaka oraz zimnego piwa. Jakiegoś lekkiego i sesyjnego, co byśmy nie spadli z tego hamaka.
Dlatego dziś moim łupem padł Summer Ale z Browaru Jana o nazwie Kpt. Jack. Za każdym razem kiedy to wymawiam słyszę w głowie słynny tekst piosenki „Heyo Captain Jack…” Ach, to były czasy…, różowe lata dziewięćdziesiąte. Wiem, gimby nie znajo. No, nie ważne. Ważne jest to piwo. Zwycięskie piwo w kategorii Summer Ale VII Częstochowskiego Konkursu Piw Domowych. Specjał ten został uwarzony w nagrodę dla Konrada Oczkowskiego przy jego udziale w Browarze Jana w Zawierciu. Szacun dla tego gościa – warzy piwa od niedawna, a już takie sukcesy. Jest to bardzo sesyjne piwko na amerykańcach podrasowane z lekka skórką pomarańczy, cytryny oraz limonki. Zapowiada się dobrze. W sumie to piłem je w Czewie na prapremierze, więc wiem co mówię. 


Po przelaniu do szkła piwo wygląda dobrze. Jest czapa wielkiej białej piany oraz piękny złocisty kolor. Nie żadne blade siuśki, wręcz przeciwnie. Kapitan Jacek jest pełno złoty, dość ciemny bym powiedział jak na tak niski ekstrakt (10,5Blg). Piana za to szybko się dziurawi i opada szybciej niż „mój mały” po dwukrotnym z rzędu numerku.
Oczekiwałem w pełni rześkiego piwa i takowy dostałem. Nie brakuje tu świeżości i lekkości. Cytrusy grają tu pierwsze skrzypce, drugie, trzecie i dziesiąte. Limonką rządzi, tuż za nią podąża skórka cytryny, a na końcu pomarańczy. Sprawia to wrażenie picia lekko kwaskowego wywaru, co mi oczywiście absolutnie nie przeszkadza. W tle cichutko siedzi sobie chmiel (w tradycyjnym wydaniu) oraz przyjemna, zwiewna słodowa nuta. Całość jest smaczna i rześka. Tylko wysycenie jakieś takie niskie. Nieco więcej bąbelków by nie zaszkodziło.

wtorek, 6 września 2016

IMPERIAL SMOKY JOE

Miałem dzisiaj ochotę na coś ciężkiego i mocnego. Ekstra, super zajebistego. Coś co porządnie skopie mi dupsko, tak że przez tydzień nie będę mógł usiąść. Po wejściu do mojego królestwa (czyli piwnicy) po jednej setnej sekundzie namysłu capnąłem Imperial Smoky Joe z AleBrowaru (zazwyczaj spędzam tam kilka minut).
Nie jest to żadna świeżynka, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że jest to imperialna wersja słynnego torfowego Stoutu od AleBrowaru, który już od dobrych kilku lat jest mokrym snem całej rzeczy beer geeków. Wszystkiego jest tu więcej – alkoholu, ekstraktu (24%) no i słodu whisky rzecz jasna. Asfalt ludzie, asfalt! Całość ma ryć beret jak pług sześcioskibowy, orać zwoje jak ekstazy jakieś, czy pigułka gwałtu. W sensie pozytywnym oczywiście ;>


Imperialny Smoky już po otwarciu znacznie zwiększył moje tętno. Od razu poczułem co jest grane. Nie będę Wam tu pierniczył o czarnym jak noc kolorze, o ładnej, bujnej, trwałej i beżowej pianie, bo zwyczajnie szkoda na to czasu. Wyglądem człek se nie użyje i kropka.
Czas chwycić diabła za rogi. Pierwszy kontakt, pierwszy łyk. Ależ to złożone i bogate. Ależ gęste i lepkie. Jak olej z tedeika. Aż chyba siorbnę sobie łyczek Castrola z mojej beemki ;p Jest słodko, likierowo i owocowo. Są rodzynki, suszone śliwki, figi oraz wiśnie. Torfowe klimaty też są bardzo wyraźne, ale chyba nie dominują zupełnie. One raczej współgrają z całą resztą – czekoladą, pralinami, palonym słodem i łagodną kawą. Wszystko w najlepszym wydaniu, eksportowym wręcz. Najwyższa światowa półka! Pięknie to smakuje. Jest też i goryczka. Lekko palona, lekko kawowa. Krótka, ale dość wyrazista. Szlachetna niczym dama z dobrego domu, co to nie bluzga i nie rzuca ‘kurwami’. Same plusy, same superlatywy. Nawet alkoholu nic nie czuć! Ani grama.

niedziela, 4 września 2016

Z WIZYTĄ NA BRACKIEJ JESIENI



Pierwszy łykend września to tradycyjnie już termin Brackiej Jesieni. W zeszłym roku nawet mi się tam spodobało, więc tym razem także postanowiłem swoje nogi skierować w stronę Cieszyna. Spokojnie – nie była to piesza pielgrzymka, lecz przejazd samochodem. Aż taki wysportowany to ja nie jestem ;)

Skoro już pojawiłem się w sobotę na Brackiej Jesieni, to podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami i wrażeniami. Wybaczcie mi jednak niemal zupełny brak zdjęć. Nie to było celem mojej podróży. Znacie mnie, więc wiecie, że nie pojechałem tam uganiać się za piwnymi celebrytami i robić sobie z nimi słit focie. Nie pojechałem także degustować tysięcy próbek piwa, gorączkowo ganiać z notesem od stoiska do stoiska i robić notatek. Ja na piwne festiwale jeżdżę, by trochę odpocząć, wyluzować się, pogadać z piwowarami, no i oczywiście napić się piwa. Celem moim jednak nie jest ich skrupulatne ocenianie pod względem sensorycznym. Wystarczy, że robię to w domu.

Tak więc tegoroczna edycja tej imprezy była wyjątkowa, bo oficjalnie obchodzono 170 rocznicę istnienie browaru. Największą z tej okazji atrakcją była rzecz jasna premiera Porteru, który przez równe 18 miesięcy leżakował i sobie dojrzewał w „piwnicach” browaru. Zacny to napitek, bo leżakowany z suszoną śliwką węgierką i wiórami dębowymi z beczki po whisky. Do sprzedaży piwo trafiło w specjalnej tubie, w której oprócz pięknej zamykanej krachlą butelki, był także firmowy pokal. No, ale niestety za piękne rzeczy trzeba srogo płacić. 60 dukatów za taki zestaw niejednego przyprawił o niekontrolowany ścisk dupy, a nawet ból zębów. Co ciekawe chętnych do jego zakupu nie brakowało mimo horrendalnej ceny. Kolejki do budki cieszyńskiego browaru jeszcze długo po rozpoczęciu sprzedaży sięgały 20-30 osób. Mniej zamożni mogli nabyć ów porterek z kija za „jedyne” 25 zeta. Czy to dużo? Jako zwolennik niskich cen piwa myślę, że tak. Mój portfel na szczęście tego nie odczuł, bo jako piwny bloger dostałem piwo za free :D Cały zestaw (tubę) znaczy się. 

W tym roku generalnie organizatorzy bardzo się postarali i docenili piwną niszę blogerską. Każdy, kto odpowiedział na zaproszenie i przyjechał do Cieszyna został obdarowany premierowym porterem i wejściówką do strefy VIP! Nie powiem, dostęp do całej serii piw cieszyńskich i żarło, to fajny gest ze strony browaru. Szanuję to i doceniam. Wielkie dzięki.
Co do rzeczonego Porteru to muszę przyznać, że robi robotę. Piwo jest niezwykle gładkie, ułożone i zbalansowane. Suszoną śliwkę czuć niewiele, ale wpływy dębowej beczki wywarły nader pozytywny wpływ na całokształt. Bez wątpienia jest to jeden z lepszych porterów bałtyckich na rynku, choć wg mnie do pierwszej trójki i tak by się nie załapał. Piłem też inne trunki. Najwięcej czasu na spożywaniu piwa i konwersacji spędziłem przy stoisku browaru Fabrica Rara, gdzie spróbowałem wszystkich czterech piw na kranach. Haiku oraz premierowe Egzotic wymiatały! Miło mi się też gawędziło np. z Profesją (gdzie smakowałem Listonosza) i Adrianem z Wrężela, który poczęstował mnie miętowym Misiem. Nie będę wymieniał tu wszystkich próbowanych napitków, bo nie o to chodzi. Zresztą kto by to spamiętał?
Cała impreza wciąż sprawia wysoce kameralne wrażenie. Stoisk z piwami było chyba ciut więcej niż rok temu, ale wciąż ich ilość raczej nie przekraczała liczby 10. W większości były to te same ekipy co rok temu. Ludzi też było więcej, zwłaszcza wieczorem. Nie można jednak tego porównać do ścisku i kolejek na wielkich piwnych imprezach we Wrocku, czy Wawie. Tu panuje typowo spokojna atmosfera. Jest czas by napić się piwa i spokojnie pogadać z właścicielami browarów/piwowarami. Piwnej blogerki nie było za dużo, ale tak jak mówię – lud ten woli pojawiać się na bardziej masowych i rozreklamowanych eventach. Oczywiście kilka blogerskich tuzów krążyło po dziedzińcu zamkowym – Kopyr, Michał Kopik, Tomek Gebel, Piwna Zwrotnica, Kuba Niemiec, Docent, Bartek Nowak. Może jeszcze ktoś, kogo nie widziałem albo nie znam…


Jak to zwykle bywa na piwnych festiwalach prócz piwa są także jakieś dodatkowe atrakcje typu wykłady, konkursy, szkolenia, panele degustacyjne, itepe. Mnie takie rzeczy średnio interesują, toteż lata mi koło tyłka, co się dzieje na scenie, czy obok niej. Jakieś grajki tam były, było też rozstrzygnięcie corocznego Konkursu Piw Pracowniczych Grupy Żywiec i konkursu na najlepszy porter bałtycki, czy jakoś tak. Moja obojętność w tym temacie jest spora. Nie mogłem jednak odmówić sobie wykładu mojego znajomego blogera Bartka Nowaka, który jakiś czas temu z piwowara domowego przeszedł na zawodowstwo i nawijał o tym, jak mu się to udało osiągnąć. Prelekcja była fajna, rzeczowa i konkretna. Podobało mi się.

Na koniec napiszę jeszcze o jednej atrakcji, która wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie – Silent Disco w komorze lodowej. W środku panuje dyskotekowa atmosfera, mimo że nie słychać muzyki. No, chyba że przy wejściu założysz bezprzewodowe słuchawki, z których leci fajna nuta. Co ważne, do wyboru masz aż trzy ścieżki dźwiękowe, przełączane przyciskiem na słuchawkach! Tak więc ty decydujesz czego słuchasz i przy czym się bawisz :) Bardzo fajna sprawa. Dla patrzącego z boku ciekawie, a zarazem komicznie wyglądają ludzie tańczący w ciszy i mający niekiedy bardzo zróżnicowane ruchy. Bo przecież słuchają innego rodzaju muzyki, mimo że stoją obok siebie. Polecam.

piątek, 2 września 2016

PIWO MIESIĄCA - SIERPIEŃ 2016




Początek nowego miesiąca to standardowo już czas na wybór najlepszego piwa, recenzowanego w ciągu ostatnich 30 dni. Robię to po to, by docenić trunki, które wymiatają i rwą papę z dachu. Po to, by browary rosły w siłę i warzyły jeszcze lepsze napitki.
W sierpniu na blogu pojawiło się całkiem sporo dobrych i bardzo dobrych piw. Niestety takiego, które wbiłoby mnie w fotel kurna nie było :/ Nie wystawiłem ani jednej „dziewiątki”. Trzeba więc wybrać najlepsze piwo spośród „ósemek”, które w rzeczy samej też są bardzo dobrymi wywarami.

Długo myślałem komu przyznać ten tytuł. Spać po nocach nie mogłem, w pracy brakowało mi koncentracji, a w domu przez dwa dni chodziłem mocno rozkojarzony. Przeczytałem uważnie każdą recenzję, próbując przypomnieć sobie także smak owych piw. Po naprawdę długim namyśle stwierdziłem, iż tytuł  PIWO MIESIĄCA – SIERPIEŃ 2016 wędruje do Kujawskiego Browaru Regionalnego Osowa Góra za specjał Bydgoski APAcz!!! :D


Niby zwykła APA, a jednak ma coś w sobie. Piwo jest niebywale dobrze zbalansowane, rześkie, świeże, mega pijalne i pachnące jankeskimi chmielami. Piwna rewolucja w pigułce chciałoby się rzec. Naprawdę świetnie się piło, mimo że niczego nie urywało. Ono nie miało niczego urywać. Ono po prostu miało dobrze wchodzić i dobrze smakować. I tak w istocie było.
Moje serdeczne gratulacje dla Browaru Osowa Góra!! Oby więcej takich fajnych piw w Waszym repertuarze.