niedziela, 29 października 2017

MOJA PIWNICZKA: 4-LETNI CIECHAN PORTER 22°

   "Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.


Drugi sezon cyklu  „Moja Piwniczka” uważam za oficjalnie otwarty! Jak wiecie latem odpuszczam tą zabawę, ale gdy tylko przychodzi jesień i robi się chłodno od razu sięgam w głąb mojej piwnicy po wyleżakowane cymesy. Dla nowych, a także nieco mniej kumatych czytelników z tego miejsca polecam mój artykuł „Wszystko co powinieneś wiedzieć o leżakowaniu piwa”, który to stanowi swoiste preludium do tego działu. Zawarłem w nim wszystkie niezbędne informacje odnośnie zagadnienia leżakowania piwa. Naprawdę warto się z nim zaznajomić, by nie zadawać zbędnych i niekiedy mało sensownych pytań :)
Jak widzicie dziś zabieram się za ponad czteroletniego porterka z Ciechanowa. Początkowo Browar Ciechan produkował tylko portera 18-tkę, ale szybko poszedł po rozum do głowy, warząc cięższą ‘dwudziestkę dwójkę’ i tym samym dając beergeekom powód do zbiorowej masturbacji, czy innych osobistych uniesień. Nie ulega wątpliwości, że Ciechan Porter 22° to jeden z bardziej cenionych krajowych ‘bałtyków’. Żaden entuzjasta ciemnych klimatów nie przejdzie obojętnie obok takiego specjału. Obejrzy się choćby na moment ;p
Już świeże egzemplarze uwodzą głębią smaku i złożonym aromatem. Jak zatem wypada ponad czteroletni okaz, starzony w odmętach chłodnej i ciemnej piwnicy?

Producent
Browar Ciechan
Termin ważności
08.01.2014
Wiek (miesiące)
52
Zawartość alkoholu (%)
9
Ekstrakt (°Blg)
22


Ciechan Porter 22° to jeden z ciemniejszych porterów bałtyckich. W zasadzie jest niemal zupełnie czarny i totalnie nieprzejrzysty. Generuje niezbyt wysoką, acz ładnie zbudowaną pianę o puszystej, drobnej strukturze i zacnym beżowym odcieniu. Całość prezentuje się niezwykle dostojnie i elegancko. 


Smak… mhmmm… jest dość pełny, na pewno bogaty, niebywale ułożony i taki strasznie gładki. Alkoholu nie czuć tu absolutnie wcale. Nic, a nic! Czekolada deserowa w taki fajny sposób miesza się tutaj z wyraźnymi i jakże przyjemnymi akcentami kakao, drogich pralinek i łagodnej kawy ze śmietanką. Na dalszym planie dopiero koncert dają nuty winne, prażone słody, melasa, karmel oraz opiekane ciemne pieczywo a’la pumpernikiel. Akompaniują im rodzynki, suszone śliweczki oraz wiśnie. Mam wrażenie jakbym przed chwilą zjadł czekoladkę wypełnioną sokiem z tychże owoców. Wysycenie jest oczywiście niskie, ale to przecież standard. Goryczka niewielka, a całość kieruje się bardziej w te słodsze rejony, co zresztą nie jest żadnym zaskoczeniem. Cholernie smaczne to jest. Smaczne, bogate i złożone! Pychotka :D
W aromacie także na bogato. Przepych, dobrobyt oraz luksus na najwyższym poziomie. Piwo pachnie nad wyraz intensywnie i wielowątkowo. Od razu czuć, że ma już swoje lata. Jest w kompletny sposób ułożone i takie zharmonizowane można rzec. W tym elemencie aspekty słodowe są jakby silniejsze i wywołują mocne skojarzenia z lekko palonością, słodko-gorzką czekoladą, ciemnym pieczywem, melasą oraz delikatną kawą. Drugi plan to niezbyt odkrywcza, ale dość przyjemna nuta karmelu, suszonych owoców i coś jakby toffi i/lub cukru kandyzowanego. Owszem, jest słodko, ale bez wszelakich przesadyzmów. Nie jest chyba możliwe, aby porter bałtycki z biegiem czasu stawał się bardziej wytrawny i gorzki Zawsze przybędzie mu nieco słodyczy, poza tym generalnie styl ten już z definicji jest poniekąd słodkawy. Całość pachnie naprawdę cudownie, onieśmielająco. Wprost przepięknie! Żadnego alkoholu nawet ze świecą tu nie znajdziesz ;p

czwartek, 26 października 2017

FORTUNA WILD SOUR PIGWA - co to właściwie jest?



W zasadzie to nie wiem od czego zacząć, tak więc wybaczcie moje jąkanie i urwane zdania. Dziś na tapecie Fortuna Wild Sour Pigwa. Niektórzy zapewne słyszeli już o tym piwie, niektórzy być może nie. W każdym razie o „dzikusie” z Miłosławia było dosyć głośno. Najnowsze dziecko spod szyldu Fortuna światło dzienne ujrzało już jakiś czas temu (jeszcze było ciepło). Ja jak zwykle spóźniony sięgam po nie dopiero teraz. Refleks leniwca jak zawsze bardzo skutecznie dał o sobie znać ;p
Piwo tuż po premierze wywołało spore oburzenie wśród piwnej gawiedzi. Ponoć miał być to prawdziwy Lambic, kooperacja ze słynnym belgijskim browarem Boon Brouwerij, cuda wianki, spojlery i inne szmery bajery. Fakt – kooperacja jest, ale Lambic stanowi zaledwie 28% nowej Fortuny. Miny zrzedły, co nie? Pozostała część to sok jabłkowy, sok z pigwy oraz… cukier i aromat naturalny (pigwowy jak mniemam). Aha, mimo sporej listy dodatków, oczywiście lwią część tego, co jest w butelce zajmuje jasny lager, ponoć Fortuna Wiśniowa (tyle, że bez soku z wiśni rzecz jasna). Taka kurde sytuacja. Dosyć to popaprane, ale cóż począć? Może lepiej po prostu nie czytać etykiety i się tego wszystkiego nie dowiadywać?




Kontrowersyjne na papierze piwo w rzeczywistości smakuje szalenie rozsądnie, a do tego wygląda niezwykle zachęcająco. Jasno złocista barwa, której towarzyszy lekkie zmętnienie. No i ta cholernie bujna i urodziwa piana – biała, drobna, zbita, sztywna, trwała, po prostu betonowa! Lacing też niczego sobie. Takie piwka to, aż chce się przelewać ;)
Lambikowa Fortuna smakuje niebywale lekko i rześko. Ciała jest tu niewiele, a kwasek sprawia przyjemnie kwaskowe i cholernie świeże wrażenie. Nut typowo funky czy wild to ja tu nie czuję, za to sour jak najbardziej. Nie jest to typowo lambikowa kwaśność, bo jak dla mnie to niewiele ona różni się od zakwaszenia bakteriami Lacto. Tak, czy siak kwasek jest i to wyraźnie wyczuwalny (choć bez żadnej przeginki). Co my tu jeszcze mamy? Nieco białych winogron i wyraźną pigwę, kojarząco się trochę z sokiem cytrynowym, a nawet z limonką. Słodowość jest mocno wycofana, majaczy gdzieś z tyłu wnosząc delikatne chlebkowe cienie. Przez chwilę pojawia się też taka nieco sztuczna słodycz, może to ten cukier? Na szczęście całościowo piwo wypada umiarkowanie kwaskowo, a nie umiarkowanie słodkawo. Goryczki w zasadzie nie ma, więc ten akapit pomijamy. Bąbelków jest tu natomiast całkiem sporo, co już było widać przy nalewaniu. Wysycenie jest dosyć wysokie, ale drobne, gładkie i perliste. Podoba mi się :)

wtorek, 24 października 2017

SHORT TEST: Knagowe z Browaru Spółdzielczego




Prolog: No i nam się zrobiła na oknami jesień średniowiecza kurna jego mać. Ciemno, zimno i do domu daleko. Do tego jeszcze mokro.
O co kaman: Knagowe z Browaru Spółdzielczego to Wheat IPA, czyli popularna ajpijejka ze słodem pszenicznym na pokładzie. Żaden to ewenement, ale człowiekowi może zrobić dobrze (na podniebieniu rzecz jasna).
Wdzianko: Złociste piwo. Oczywiście przyjemnie mętne z bujną czapą średnio ziarnistej, trwałej, białej piany, która dziarsko trzyma się ścianek.
Kichawa mówi: Fajnie naqrwia mi tu owocami. Od melona, gruszki i brzoskwini, po mango, marakuję i papaję. Na drugim planie dopiero pobrzmiewa delikatny grejpfrut oraz słodowość w postaci pszenicy i białego pieczywa. Z tyłu natomiast dolatują subtelne echa karmelu, kwiatów, nut żywicznych, a nawet gumy balonowej.
Jadaczka mówi: Średnio pełny, półwytrawny i dość smakowity napitek z dobrze zaznaczoną obecnością słodu pszenicznego. Czuć zarówno słodkawą pszenicę, jak i tradycyjne akcenty chlebowo-zbożowe. Klimaty te nieźle współgrają z pokaźną dawką białych owoców oraz owoców tropikalnych, a także z niewielkim muśnięciem cytrusów oraz żywicy. Wysycenie średnie. Goryczka umiarkowanie mocna, w miarę krótka i dobrze ułożona o żywiczno-grejpfrutowym profilu. Całość pije się nawet dobrze, choć nie jakoś superowo.
Komu mogę polecić: Wszystkim wujkom i cioteczkom, którzy nie wierzą w to, że piwo może zajeżdżać owocami, mimo iż nie ma ich w składzie.
Epilog: Sumarycznie jest to niezłe piwko. Spazmów i orgazmów co prawda nie wywoła, ale jak najbardziej wypić można. Choćby dla tej całej palety owoców buchających ze szkła :)

OCENA: 7/10
CENA: nieznana
ALK. 6,2%
TERMIN WAŻNOŚCI: 15.01.2018
BROWAR SPÓŁDZIELCZY 

niedziela, 22 października 2017

BOJAN MUSCOVADO - Nowość od Marka Jakubiaka



Chcieliście, to macie. Lud się domagał i lud dostał. W związku z fejsbukowym głosowaniem z trójki przedstawionych przeze mnie kandydatów do degustacji, najbardziej ciekawił Was najnowszy wypust BeeRJotu. Co nie ukrywam – jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, no ale cóż. Nie pozostaje mi nic innego, jak się podporządkować.
Bojan Muscovado, to w ostatnich tygodniach jedna z najgłośniejszych piwnych premier. Internety dość mocno huczały na jego temat, a materiały propagandowe same pchały się do skrzynek pocztowych ;) Rzeczona nowość to lekki Stout z dodatkiem kakao i cukru trzcinowego Muscovado, używanego m.in. do wyrobu rumu (Jack Sparrow byłby wniebowzięty). Oczywistą oczywistością jest, że to właśnie owe dodatki są magnesem dla tych wszystkich beergeeków i innych popaprańców. Poza tym aspektem, na papierze piwo niczym się nie wyróżnia. No może jeszcze bardzo płytkim odfermentowaniem, zwiastującym rzecz jasna wysoką ulepkowatość (słodycz, treściwość). To trochę kłóci się z tym, co twierdzi sam browar, który wciska nam, że nowy Bojan jest wytrawny w smaku. Nie lubię dzielić skóry na niedźwiedziu, więc werdykt wydam w trakcie degustacji, a nie teraz. Tymczasem…. do boju!


Mój dzisiejszy gość w szkle wygląda całkiem apetycznie. Piwo jest klarowne i niemalże idealnie czarne (w wąskim szkle wyglądałoby na ciemno brunatne). Piana tworzy się niechętnie, ale coś tam udało mi się wymusić. Beżowa, drobna, umiarkowanie trwała kołderka w fajny sposób zdobi mi szkiełko. Lacing też niczego sobie. Pianka dziarsko trzyma się ścianek.
Smakujemy. Pierwsze zaskoczenie – piwo wcale nie jest ulepkiem! No, ale oczywiście do wszelakiej wytrawności daleko mu jak mnie do bycia Księciem Walii. Umówmy się, że jest półsłodkie w smaku, a będzie ok. Strasznie zajeżdża w nim kakałkiem. Kakao porządnie zdominowało ów napitek. Nie to, żebym nie lubił sypanego Puchatka. Ja tylko stwierdzam fakt. Dalej mamy sporo mlecznej czekolady, nieco łagodnej posłodzonej kawy oraz trochę przypalonego karmelu. Palone słody też coś dają tutaj od siebie, ale umówmy się – RIS to to nie jest, więc paloność została tu dość oszczędnie wtrącona. Podobnie jak szlachetna i krótka, palono-kawowa goryczka. Niby jest obecna, ale jej profil sprawia totalnie nieinwazyjne wrażenie. Daleko w głębi majaczy słodka nutka cukru trzcinowego, choć skojarzeń z samym rumem raczej nie mam. Piwo jest gładkie, półpełne w smaku. Finiszuje długo lekkim kawowo-kakaowym sznytem. Wysycenie prawilne, czy stosunkowo niskie. Smaczne to jest muszę przyznać, choć do picia wiadrami niezbyt się nadaje.

piątek, 20 października 2017

IMPERATOR BAŁTYCKI leżakowany w beczce po Sherry Oloroso!



Dzisiaj zrobiłem inaczej niż zwykle. Zrobiłem odwrotnie. Miałem jak zawsze napisać wstęp przed degustacją piwa – wiecie, taka gadka szmatka, pierdu pierdu jak zwykle o niczym. Ale na widok piwa Imperator Bałtycki Sherry Oloroso BA zmieniłem zdanie o 180°. Ten trunek zasługuje na zupełnie odrębne traktowanie. Jest jak księżniczka z bajki lub Wasza kochana kobieta, którą na każdym kroku adorujecie i doceniacie.
Słynny na całą Polskę Imperator Bałtycki leżakowany w dębowej beczce po słynnym hiszpańskim winie gronowym Sherry Oloroso! Dokładnie ten sam Imperator, który to prawie cztery lata temu dostał ode mnie maksymalną notę, miażdżąc system ocen na tym blogu, a mi robiąc z dupy jesień średniowiecza. To po prostu nie mogło się nie udać! Nie ma opcji, nie ma bata. To musiał być sztos. I jest!
Piwo pojawiło się w sklepach już jakieś pół roku, ale ja spokojnie sobie czekałem na odpowiedni moment. Dobrze wiedziałem, że czas jest jego sprzymierzeńcem, że mu służy, że zrobi mu dobrze jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało.


Już samo opakowanie mówi nam, że w środku czai się coś niezwykłego. Czarno-biała grafika, morska opowieść, ekskluzywny szorstki papier i wisienka na torcie, czyli kartonowe pudełko. No i też odpowiednia do otoczki cena, choć z drugiej strony nie jakaś kosmiczna jak na obecne czasy.
Imperator w wersji po Sherry jest piwem niebywale gładkim i esencjonalnym. Do tego dochodzi niespotykana złożoność, olbrzymia pełnia oraz odpowiednia do ekstraktu gęstość. Protagonista urzeka smakiem słodko-gorzkiej czekolady, drogich pralinek, mocnego kakao oraz łagodnej kawy z niewielką ilością cukru. W drugiej fazie przełykania do głosu dochodzą akcenty suszonych owoców (śliwka, wiśnia, rodzynki) palonych słodów i przypieczonej skórki chleba. W dalszej kolejności na piedestał pchają się przyjemne nutki cytrusów, chmielu oraz ziół. Niuanse drewniane są bardzo subtelnym, acz przyjemnym tłem, który dodaje piwu głębi i charakteru. O tak, skurczybyk ma charakter, o czym świadczy dość  mocno zarysowana palona goryczka. Jest umiarkowanie krótka i w miarę szlachetna, ale porządnie kopie dupsko, świetnie kontrując opasłe słodowe cielsko. Obok drewna w tle majaczy jeszcze odrobinka akcentów orzechowych oraz winnych, co na bank jest zasługą wiadomych beczek po wiadomo jakim trunku. Finisz jest długi, kawowo-palony, półwytrawny. Alkohol został tutaj dobrze ukryty. Coś tam może i z lekka smyra w gardełku, ale sumarycznie piwo jest porządnie ułożone. Wysycenie jest średnie w kierunku niskiego, pasujące do całości. Cholernie wielowątkowe i smaczne piwo. Sztos jak nic! :D

środa, 18 października 2017

SHORT TEST: The Lumberjack z Brokreacji




Prolog: Dzisiaj bez prologu ;p
O co kaman: Lumberjack od Brokreacji to Rye American Stout. Wytrawny Stout chmielony po nowofalowemu, dodatkowo ze słodem żytnim w zasypie. Amerykańskie stałty lubię o wiele bardziej niż tradycyjne, więc są przesłanki na fajne piwko. Być może nawet na urywanie tyłka.
Wdzianko: Piękne! Piwo jest totalnie czarne. Jak węgiel, czy smoła. Piana bardzo obfita, drobna, zbita i gęsta niczym bita śmietana. Opada horrendalnie wolno, zostawiając solidne firany na szkle.
Kichawa mówi: Zapaszek jest prosty w swojej konstrukcji, ale za to bardzo przyjemny. Tęga kawa, gorzka czekolada, fest palone słody z lekką domieszką popiołu. Na drugim końcu kija nowa fala pod postacią cytrusów, mango i żywicy.
Jadaczka mówi: Kurde bele jakie fajne piwko! Jakie smaczne, jakie świeże, jakie gładkie i oleiste. Niebywale pełne w smaku, wyraźnie palone, mocno kawowe z solidną porcją palonego słodu, gorzkiej czekolady i amerykańskich chmieli. Są cytrusy i jest sporo żywicy, która płynnie przechodzi w szalenie wytrawny finisz. Goryczka jest naprawdę mocna, kawowo-żywiczna. Nieco zalega na podniebieniu, ale sumarycznie jest ułożona, miękka i szlachetna. Świetnie się to pije :)
Komu mogę polecić: Napalonym i zaprawionym w bojach beergeekom, co to "z niejednego Polmosu wódkę pili". Raczej nie jest to trunek dla początkujących fanów craftu.
Epilog: Bardzo smaczne i złożone piwo z tego Lumberjacka. Każdy element został świetnie wkomponowany w całość, dając w efekcie napitek niemalże kompletny, cholernie esencjonalny i niebywale satysfakcjonujący.

OCENA: 8/10
CENA: 6.99ZŁ (Auchan)
ALK. 6,7%
TERMIN WAŻNOŚCI: 07.03.2018
BROWAR BROKREACJA//SZCZYRZYCKI BROWAR CYSTERSÓW „GRYF”

poniedziałek, 16 października 2017

HOP! SARENKA - Belgian Blond IPA z Łąkomina



Październik niezłego psikusa nam sprawił. Myślałem, że już w tym roku nie pokażę się na mieście w krótkim rękawku, a tu proszę – 21 kresek na termometrze :) Żyć nie umierać! W związku z powyższym natchnęło mnie na jakieś fajne piwko. Pogrzebałem trochę w swoich zapasach i wymacałem sarenkę…
Hop! Sarenka jest w moim posiadaniu dzięki uprzejmości Krzysztofa Śmiglaka, który to razem ze swoim bratem urzęduje w Browarze Pałacyk Łąkomin. BTW Łąkomin to naprawdę magiczna okolica. Cisza, spokój, przyroda, zasięg telefonu znikomy. Wokół pełno lasów, zwierząt i nic więcej. Jest to świetne miejsce na weekendowy wypad. Byłem tam w maju tego roku, zwiedziłem browar, a przy okazji poznałem Adama Śmiglaka (to on właśnie miesza w garach w browarze).
Nie mam pojęcia, czy Hop! Sarenka to jakaś nowość, ale w sumie nie ma to żadnego znaczenia. Człek się cieszy, że jak mu podsyłają piwo, którego nigdzie nie idzie kupić. Coś tam ponoć wysyłają w Polskę z tego Łąkomina, ale wciąż piwa stamtąd traktowane są jak białe kruki.
Co my tu mamy? Belgian Blond IPA. Brzmi rozsądnie muszę przyznać. Koniec pierdolenia. Biorę się za tą sarenkę ;)


Co, jak co, ale piana w tym piwie jest niepojęta! Ciecz pieni się jak szalona. Nad niewielką ilością piwa w szkle góruje olbrzymia warstwa białej, drobnej i zbitej piany, która jest trwała jak szwajcarskie zegarki. Pierzynka trzyma się cholernie długo, do tego porządnie oblepia ścianki. No naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem. By móc dolać piwo upływa tyle czasu, że spokojnie można korzenie zapuścić i to dwukrotnie!
Wyglądem można by się jeszcze długo jarać, ale przecież Krzychu  nie po to wysłał mi piwo, żebym się tu spuszczał nad pianą. Chcąc nie chcąc, trza się napić… Co ja gadam – oczywiście, że chcąc! Smakujemy. Pełnia smaku wysoka. Brzoskwinka, morela i gruszka huczą aż miło. Dalej mamy słodowy trzon o typowo zbożowo-biszkoptowym profilu. Tuż za nim do gry włącza się solidna porcja wyrazistej, chmielowej goryczki o lekko ziołowym charakterze. Niestety goryczka odrobinę zalega, sprawia też delikatnie taninowe (ściągające) wrażenie, co nie jest zbyt miłe. Oczywiście da się z tym żyć, no ale jak to się mówi – wolę bez. Tłem sunie lekka doza żywicy, cytrusów, przypraw i subtelnego karmelu. Całość jest umiarkowanie rześka, średnio treściwa, półwytrawna na finiszu. Sumarycznie nieźle to smakuje i to nawet pomimo tej niezbyt sprzyjającej goryczki.

sobota, 14 października 2017

SHORT TEST: Budziszyńskie Pale Ale z Browaru Perun




Prolog: Piwo nabyte dość nieoczekiwanie w Delikutasach Centrum. Właściwie to coś na kształt spontanicznego prezentu od mojego Dziewczęcia. Dziękuję :) Nie spodziewam się po nim wiele, ale czasem nawet tak proste napitki potrafią "zrobić dobrze".
O co kaman: Nie wiadomo o co dokładnie chodziło Perunowi, bowiem nie ma tu pełnego składu. Zakładam jednak, że w piwie wylądowały kontynentalne chmiele (może nawet polskie). Tak więc nie jest to chyba kolejna APA. Nazwa Budziszyńskie pochodzi od miejscowości, w której to Perun wybudował sobie własną miejscówkę.
Wdzianko: Piwo jak piwo. Wygląda jednakowo, czyli wspaniale ;p Nieco mętna złoto-pomarańczowa barwa (zdjęcie przekłamane). Do tego średnio obfita czapa kremowej w odcieniu piany, która opada w dość szybkim tempie niestety.
Kichawa mówi: Fajny, rześki i przyjemnie pachnący napitek. Są jakieś owoce, jest chmiel, akcenty trawiaste i kwiatowe. Tło buduje lekka słodowość o zbożowo-chlebowym profilu. Nie mam żadnych zastrzeżeń Wysoki Sądzie ;)
Jadaczka mówi: Z całą pewnością Budziszyńskie z jankesami nie ma nic wspólnego. To klasyczny Pale Ale z dobrze zaznaczoną chmielowością w postaci świeżej trawy oraz kwiatów. Podstawą jest miękka słodowo-chlebową podbudowa. Finisz jest delikatnie goryczkowy z lekkim ziołowym wtrętem. Całość fajnie nasycona, świeża, dobrze gasząca pragnienie.
Komu mogę polecić: Wszystkim, którzy w piwie nie szukają Bóg wie jakiej złożoności, a chcą się napić dobrego pejl ejla. Będzie też dobrą szkołą dla Januszy chcących wyrwać się z koncernowych szponów.
Epilog: Dobre, fajnie pijalne i niezobowiązujące piwo stołowe. Takie do picia na co dzień, ale bez większych uniesień i bez rozkminiania, czy aby na pewno nie ma w nim diacetylu lub DMSu.

OCENA: 7/10
CENA: 5.29ZŁ (Delikatesy Centrum)
ALK. 5,1%
TERMIN WAŻNOŚCI: 25.04.2018
BROWAR PERUN