wtorek, 31 stycznia 2017

KOŃSKA DAWKA z PIWOTEKI




Naprawdę są w tym kraju piwa, które – jak by powiedział Ferdek Kiepski – się nawet fizjologom nie śniły. Lekarzom też nie, ani nawet architektom. Totalnie zakręcone, wręcz porąbane. Dzisiaj właśnie będzie o takim piwie. Trunku z Piwoteki, bo jak wiecie trwa u mnie właśnie „Tydzień z Browarem Piwoteka”, który przecież słynie z cudacznych dodatków w piwie.
Końska Dawka to Saison na amerykańcach i ze słodem pszenicznym w zasypie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden ekstremalny składnik, zupełnie nie kojarzony z piwem – chrzan! Horseradish we własnej osobie. Marek z Mateuszem nieźle pojechali po bandzie serwując nam taki wynalazek.
Cholernie byłem ciekawy tego piwa. Zachorowałem na nie odkąd tylko się o nim dowiedziałem. Piwo z chrzanem! Czaicie? W teorii zupełnie mi to nie pasuje. No nie podchodzi mi i już. Jedynym piwnych freakiem o równie odjechanym charakterze, który przychodzi mi tutaj do głowy jest chyba Orkiszowe z Czosnkiem od Kormorana. Tamto mi totalnie nie podeszło (mimo, że lubię czosnek), a jak będzie z tym cudakiem?


Noooo… zdecydowanie lepiej. Końska Dawka nie jest taka straszna jak ją sobie wyobrażałem. Zaraz wszystkiego się dowiecie, ale po kolei.
Piwo wygląda zwyczajnie. Ciemno złota barwa, lekka mętność i słaba piana. Fakt – piwko pieni się słabo. Piana tworzy się trudno. Jest grubo pęcherzykowa, brzydka i bardzo nietrwała. Opada w zastraszająco szybkim tempie. Szkoda gadać, lepiej od razu przejść do smaku.
Czy czuć chrzan? A jakże! Czuć bardzo wyraźnie, ale na pewno nie jakoś ekstremalnie. Końska rzodkiew raczej tutaj nie dominuje, nieźle dogadując się z resztą towarzyszy. Umiarkowanie wysycone piwo sprawia nieco piekące wrażenie, co na bank jest zasługą wiadomego składnika. Po przełknięciu prócz chrzanowych naleciałości pojawia się też fajna, lekka słodowość, może nawet odrobina jasnego pieczywa. W tle majaczą natomiast całkiem przyjemne chmielowe niuanse, podbite nieśmiałym akcentem kwaskowych cytrusów i innych owoców. Goryczka niemal niezauważalna. Na pewno nie ma tutaj tych deklarowanych 40 IBU. W sumie dość ciekawe piwo. Smakuje naprawdę nieźle i na pewno nie tak strasznie jak to sobie wyobrażałem.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

MAWASHI GERI z PIWOTEKI




He, he „Tydzień z Browarem Piwoteka” czas zacząć. Dawno nie było już „Tygodnia z…”, a nazbierało mi się ostatnio kilka piw od Marka Puty, więc czemu by nie? Kto bogatemu zabroni? No właśnie. Nikt kuwa, Nikt!
Browar Piwoteka zna chyba każdy szanujący się w tym kraju birgik. Ekipa jako jedna z nielicznych w Polsce słynie z ekstremalnych dodatków do piwa. Skubańcy wrzucają do kadzi, co tylko się da. No i dobrze. Mają przynajmniej cojones ;)
Tydzień rozpoczynam od piwa Mawashi Geri, choć za cholerę nie wiem co te słowa znaczą. W ogóle mam problem z piwotekowymi nazwami, które wg mnie są jakieś takie…. dziwne. No, ale zostawmy to. Mawashi to Sushi IPA, czyli taka IPA po japońsku. Piwo oparto na tylko jednym chmielu o japońskich korzeniach - Sorachi Ace. Okraszono je płatkami ryżowymi oraz imbirem. A śmiałym składnikiem – jak byśmy powiedzieli w przypadku piwa z serii Miłosław – są tutaj wodorosty Nori, powszechnie używane do zawijania sushi właśnie. Polecieli chłopaki po bandzie, nie ma co. Żeby mi tu jakieś glony do piwa wtykać? A co ja, jakiś glonojad jestem kuwa mać?! ;p
No, ale spróbuje. Boję się, ale spróbuję. Przecież nie wyleję piwa za dziewięć ziko. Jak już kupiłem, to wypiję. Trzeba mieć cojones jak w Piwotece majom. 


Otwieram i przelewam. Piwo wygląda ładnie. Posiada przyjemną dla oka złocistą barwę. Jest lekko zamglone, ale jeszcze nie mętne. O pianę nie muszę się prosić. Czapa białej i drobnej piany jest bujna jak fryzura typowego Afroamerykanina w latach 70-tych XX wieku. Skubana, a jaka trwała! Prawie wcale nie opada, a jak już to zrobi, to i tak jej znaczna część zostaje na ściankach. Lejsing pierwsza klasa. Brawo.
Samym wyglądem się jednak nie użyje. Od patrzenia jeszcze się nikt nie najadł, czy w tym wypadku nie napił. No to siup, w ten głupi dziób. Są owoce, jest spora słodowość. Normalne piwo w zasadzie. Przez chwilę wydaje się nawet lekko słodkawe, czuć delikutaśny karmelek i słodkie białe owoce w typie ananasa, białych winogron i mango. Jednak po niedługim czasie zza winkla wyłazi chmiel oraz goryczka, które spuszczają nam łomot. Na szczęście jest to delikatny łomot. Goryczka jest dosyć przyjemna, choć troszkę zalega. Posiada łodygowo-pestkowy charakter, a jej moc wydaje się optymalna. W tle chowa się lekka żywiczna nuta z nieznacznym cytrusowym podbiciem oraz fajnym imbirowym zacięciem. Ogólnie bardzo mało tu tych cytrusów właśnie, a szkoda. Szukam teraz tych wodorostów, no ale ciężko mi tu je konkretnie wskazać. Coś tam w posmaku majaczy takiego „zielonego” i azjatyckiego. Może to właśnie to?

piątek, 27 stycznia 2017

KWAS THETA od PINTY



No i kolejny ruski imperialny Stout na blogu. Który to już? Dwudziesty? Czterdziesty? Sto pięćdziesiąty drugi? Cholera wie. Nie liczę tego, tylko zacieram rączki z podniecenia.
Dziś na tapecie Kwas Theta od Pinty. Grudniowa nowość zbiera bardzo pochlebne opinie. Chwalo to w tych internetach i chwalo. Nie mogłem zatem przejść obojętnie obok najnowszego pintowskiego kwacha. Piwo już w teorii jest arcyciekawe, a zarazem dziwne i nowatorskie. No bo tak – generalnie jest to RIS. Jeśli jego nazwa rozpoczyna się od słowa „kwas”, to oczywiście musi to być Sour, a więc piwo zakwaszone blendem bakterii kwasu mlekowego. Na dokładkę mamy tu jeszcze wyraz „wild”, a więc blend dzikich drożdży Brettanomyces! Na drugą dokładkę swoją pracę wykonały tu także drożdże do Whiskey. No i jeszcze to cherry, czyli sok z polskich wiśni. Czaicie? Kwaśny, dziki, wiśniowy RIS! ;D Chłopaki z Pinty przez siedem miesięcy „męczyli” się nad tym piwem. Codziennie głaskali tank i chodzili wokół niego na paluszkach, by te wszystkie drożdże i bakterie im się nie zestresowały. Taka sytuacja. Powaga.
Zazwyczaj milczę na temat pintowskich etykiet, ale w tym wypadku muszę dać upust swoim emocjom. Ta eta jest genialna. Czarno-czerwone barwy spasowały się tutaj nad wyraz dobrze. Do tego ten srebrny napis Kwas. Naprawdę świetna robota. 


Tuż po zrzuceniu kapsla głośno zakląłem. W sumie to kląłem jak szewc całą drogę do domu. Ależ to pachnie ludzie kochani! Ale od początku. Wpierw wygląd. Piwo jest ciemno brunatne w barwie. Nie totalnie czarne jak rasowy RIS, ale spójrzcie tylko na tą pianę. Kwas Theta pieni się jak szalony, a trzeba powiedzieć, że lałem ostrożnie i powoli. Beżowa piana jest niebywale drobna, zwarta i puszysta. Opada w takim tempie, że można się przy niej zestarzeć. Do tego ten nieziemski wręcz lacing! Firany pierwsza klasa. No naprawdę cudnie to wygląda :)
Biorę łyczka do dzioba. Wow! Ależ tu się dzieje! Panowie zrobili robotę. Szczena ląduje na panelach. Piwo jest bardzo gęste, gładkie, złożone i cholernie pełne w smaku. Wysycone dość wysoko, choć 10 minut od otwarcia już prawie tego nie czuć. Czuć za to kwach i wiśnię. Świeży sok z wiśni jak ta lala. Do tego dochodzi umiarkowanie mocna kawa oraz palone słody. W to wszystko próbuje wmieszać się wyraźna cierpkość (od wiśni jak sądzę), która wnosi tu spore pokłady wytrawności. O tak, piwo jest mocno wytrawne, bardzo kwaśne dla kogoś, kto nigdy nie pił Soura. Tłem sunie subtelna nuta drewna, pestek z wiśni i prawdziwa gorzka czekolada, podbita lekkim muśnięciem popiołu i niewielkimi nutami funky. Ciężko mi jednak nazwać, to co wniosły tutaj bretty. Jest tutaj taka subtelna dzikość, może to nieśmiałe akcenty skórzane, starego siana, czy cuś w ten deseń. Tak, czy owak w piwie jest moc. Alkoholu nie czuć praktycznie wcale. Na finiszu pojawia się za to stosunkowo niewielka goryczka o lekkim palono-pestkowym zacięciu. Świetnie się to pije.

środa, 25 stycznia 2017

CRACKER od DEER BEAR I WHISKER.BEER



Istnieje w Etiopii pewne wioska, która jest zupełnie odcięta od świata. Jej ludność nie przekracza dwustu  mieszkańców, a czas jakby się tutaj zatrzymał. Od najbliższego miasta wioskę tą dzieli odległość ponad dwustu kilometrów. To trzy godziny jazdy samochodem po wyboistej i nieutwardzonej drodze, albo pięć dni „jazdy” na wielbłądzie. Ludzie żyją tu w skrajnej nędzy i rozpaczy. W wiosce brakuje żywności, a nawet wody. W pobliżu znajduje się tylko jedna studnia, oddalona od „centrum” wioski o dwa kilometry. Kobiety co najmniej raz dziennie idą tam i na swoich głowach w olbrzymich i ciężkich glinianych garnkach przynoszą jednorazowo po 20 litrów wody, której daleko do spełnienia europejskich norm czystości wód pitnych. Piwo to nie ma jednak nic wspólnego z tą wioską.
Dziś na wokandzie Cracker. Styczniowa nowość uwarzona w Wąsoszu, będąca wynikiem kooperacji Browaru Deer Bear i Whisker.beer Marcina Ostajewskiego. Jak głosi etykieta to Imperial Coffee Milk Stout, czyli nic innego jak RIS z dodatkiem kawy i laktozy. Parametry w dechę, więc degustujemy. 


Cracker ma prezencję Krzysia Ibisza, albo nawet lepszą (i to bez pomocy skalpela). Ciecz jest ekstremalnie czarna, coś jak dupa nosorożca, czy odbyt innego zwierza. Do tego ta piana. Zwarta, drobna, obfita i nieznośnie puszysta. W barwie ciemno beżowa. Diabelnie trwała. Lacing wzorowy. Piękny kożuszek nam się tu utworzył na ściankach. Brawo!
W smaku jest słodko, ale to było do przewidzenia. Laktoza huczy niemiłosiernie. Cukier też huczy. Dawno nie piłem piwa, w którym tak wyraźnie czułbym te białe kryształki. Wbrew pozorom jednak rządzi tu kawa. Mała czarna rozdaje tu karty. Kawa jest mocna i wyraźna, świeżo parzona. Za to niewątpliwy plusik. Nie brakuje tu również palonych słodów, które pełnią tu rolę łącznika pomiędzy poszczególnymi składowymi. Coś jak zaprawa w murze pełnym cegieł. Tak więc zaprawa… znaczy się palony słód łączy się tutaj z akcentami prawdziwej gorzkiej czekolady, po brzegi wypełnionej gorzkim kakao. Finisz jest długi, kawowo-palony z lekką domieszką popiołu. Piwo jest dość gęstawe, umiarkowanie gładkie. Goryczka jest stosunkowo niewysoka. Posiada fajny kawowo-palony profil, ale wyraźnie nie radzi sobie z olbrzymim słodowym ciałem. Całość niestety jest zbyt słodka, nawet jak dla mnie.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

SALTY BARBARA z ALEBROWARU



Uff, to był szalony tydzień. Mega porterowy tydzień. Sześć dni, sześć porterów bałtyckich, a szóstego dnia jeszcze wieczorna wiksa z kumplami. Degustowaliśmy Ciechana, Łódzki, Corneliusa, Raciborski, świeży Okocim i 2,5-letni Okocim. Ciechan i Łódzki jak zawsze w najwyższej formie. Cornelius oraz Raciborski też całkiem wporzo. Świeży Okocim kicha, ale ten wyleżakowany to prawdziwa perełka była! Akcentów porto oraz sherry nie zapomnisz do końca życia. Do tego pełno suszonych owoców :) Piłem już parę razy kilkuletniego Okocimia i powiem Wam, że to piwo świetnie nadaje się do leżkowania.
Dziś pora jednak odpocząć od tęgich, solidnych piw. Pora dać zasłużony odpoczynek zapracowanym kubkom smakowym. Z tego powodu wybrałem coś lekkiego, coś zwiewnego, wręcz sesyjnego. Salty Barbara od AleBrowaru to ichnie Gose z solą, kolendrą i w tym wypadku także z sokiem z rabarbaru. Niespecjalnie przepadam za piwami w tym stylu, ale raz na rok mogę się napić. Trochę szkoda, że jest teraz środek zimy, bo takie specjały są idealnym wyborem w sezonie letnim. No, ale czekać nie będę, bo do lata termin ważności szlag by trafił. 


Słona Barbara zbiera dobre opinie i ja to potwierdzam. Piwo jest naprawdę smaczne, takie kompletne. Nie jest jakoś strasznie słone. Sól jest wyczuwalna, ale na szczęście nie zdominowała tego napitku. Na pierwszy plan wysuwa się lekka pszeniczna słodowość, okryta subtelnym płaszczem kolendry. Przyprawy tej także nie jest jakoś bardzo dużo. Większość Witbierów w tej kwestii jest bardziej wyrazista. Z tła przebija się również nieznaczna chmielowa nuta oraz słabo zaznaczony, ale obecny rabarbar. Bardzo lubię tą roślinkę i trochę szkoda, że tak słabo została tutaj zaakcentowana. Liczyłem na większego rabarbarowego kopa, a tu mam tylko lekkie muśnięcie. Mimo to piwo smakuje całkiem dobrze.
Do wyglądu też nie można się zbytnio doczepić. Piwo jest przyjemnie złote w kolorze, lekko zmętnione, choć jakbym chciał, to mógłbym przelać je kompletnie klarowne. Ciecz pieni się jak na piwo pszeniczne przystało. Biała jak świeży śnieg piana zbudowana jest z drobnych pęcherzy. Utrzymuje się długo przy życiu, zostawiając niewielki lejsing na szkle.

sobota, 21 stycznia 2017

PORTER ZE SZWESTKĄ JUBILEUSZOWY z CIESZYNA



Jest! Mamy to! Wielki finał „Tygodnia z Porterem Bałtyckim”, czyli Baltic Porter Day 2017. To właśnie dzisiaj koniecznie musisz napić się jakiegoś porteru. Inaczej nie możesz nazywać się piwoszem. Nie możesz nawet nazywać siebie Polakiem. Polska porterem bałtyckim stoi! Hip hip, hurra! :D
Kocham portery bałtyckie. Piję je regularnie i często. Nawet latem. Takie święto to dla mnie prawdziwy raj. Dzisiaj na pewno opróżnię kilka butelek na wieczornej posiadówce z kumplami. Świętowanie jednak zaczynam już teraz i to z grubej rury. Cały tydzień raczyłem się polskimi porterami, ale na dzień dzisiejszy przygotowałem cholernie wyjątkowe piwo. Jedno z najdroższych polskich piw, o ile nie najdroższe w dniu swojej premiery. Nie, nie jest to słynne ostatnio Imperium Srunum. To Porter ze Szwestką Jubileuszowy z Browaru Zamkowego Cieszyn. Piwo miało swoją premierę we wrześniu ubiegłego roku na Brackiej Jesieni. Byłem tam i tak się składa, że jako bloger piwny miałem do niego w zasadzie nielimitowany dostęp! (raz w życiu się blogerowi poszczęściło). Zarówno z butelki, jak i z beczki. Nie powiem, trochę tego wypiłem i naprawdę nie rozumiem tego całego hejtu na temat tegoż piwa. Nie mówię tu o cenie, która faktycznie była przegięta, ale o samym trunku. Gro osób zarzucało mu w dniu premiery, że nie jest tak powalające jak powinno być. Że jakość nie adekwatna do ceny i tego typu rozkminy. Mi tam jednak smakowało i to jeszcze jak! A wydaje mi się, że na czym jak na czym, ale na porterach bałtyckim, to się trochę znam ;p Zobaczmy zatem, czy w warunkach domowych piwo też zrobi na mnie takie wrażenie.


No dobra, a cóż to jest za piwo? Trunek ten został uwarzony z okazji 170-lecia istnienia browaru w Cieszynie. Szacun. Do piwa została dodana suszona śliwka węgierka (po śląsku szwestka) i wióry z dębowej beczki po Whisky. Podwójny szacun. Ale to jeszcze nic. Prawdziwą petardą jest fakt, że specjał ów leżakował i dojrzewał w tanku przez – uwaga – 18 miesięcy!!! Szacun do końca życia! To niewątpliwie krajowy rekord w tym temacie. Pojawiły się już u nas piwa leżakowane pół roku, dziewięć miesięcy, czy nawet rok, no ale Panie półtora roku to dopiero jest wynik! Klękajcie narody. Sam z chęcią przyklęknę.
Piwo zostało wlane do pięknej butelki zamykanej modną krachlą i zapakowane do wielkiej tuby. Do środka upchano także firmowy pokal. Oczywiście cudnie to wszystko wygląda. Bardzo elegancko i wytwornie. Wszystko to sprawia, że cena idzie w górę, ale płacić za to 60-70 patyli, to i tak jest przegięcie. Płacenie za Imperium Srunum więcej niż 40zł to też jest przegięcie. To mówię ja – Amator Piwa!
Piwo po przelaniu prezentuje się równie ślicznie co w opakowaniu. Ze szkła spogląda na mnie totalnie czarna i nieprzejrzysta ciecz (coraz więcej porterów jest zupełnie czarne, co jest?). Na jej powierzchni uformowała się bujna, puszysta, mieszano ziarnista piana o pięknej beżowej barwie. Wery najs. Piana jest bardzo dzielna. Utrzymuje się okrutne długo, do tego generuje wyraźny i miły dla oka lacing Klasa sama w sobie.
Czas na pierwszy kontakt. Pierwszy łyczek, drugi, trzeci. Niesamowita gładkość, głębia smaku. Piwo jest dosyć gęste (ale nie jakoś strasznie), cholernie aksamitne i bardzo pełne w smaku. To się dopiero nazywa ułożenie! Wszystko pracuje tu jak w szwajcarskim zegarku. Rozlewa się po podniebieniu i niespiesznie spływa do brzuszka. Lekko palone słody, mleczna czekolada, drogie praliny, łagodna kawa i te śliweczki. Ach, pięknie czuć suszoną węgierkę. Coś niesamowitego. W tle baraszkują subtelne rodzynki, figi, a także nuty porto oraz sherry, dodające nieco winnego charakteru. Czy jest bardzo słodko? Nie sądzę. Słodycz jest umiarkowanie zaznaczona, choć samej goryczki też jest w sumie niewiele. Dębina i jej pochodne występują tutaj na bardzo minimalnym poziomie. Jakieś tam niuanse drewna majaczą na horyzoncie, ale jak nie wiesz czego szukać, to nawet tego nie zauważysz (wióry drewniane to jednak nie to samo, co leżakowanie w beczce). Mimo to piwo smakuje wybornie. Światowy level. Top10 polskich porterów bałtyckich.

piątek, 20 stycznia 2017

Cała prawda o IMPERIUM PRUNUM



Zgodnie z zapowiedziami trwa u mnie na blogu „Tydzień Porteru Bałtyckiego”. Dziś wpis już poszedł, ale muszę jeszcze coś skrobnąć, bo nie wytrzymam. Pierwszy raz w historii bloga pojawiają się dwa posty dziennie. Tak się wkur… zdenerwowałem.

Imperium Prunum Gate

Afera z tytułowym piwem z Kormorana trwa w najlepsze. Pojawiło się już kilka artykułów na ten temat, więc mój nie jest pierwszy, a pewnie i nie ostatni. Mój punkt widzenia odnosi się oczywiście do perspektywy klienta, który chcąc kupić tegoroczne Imperium Prunum mógł niejednokrotnie zejść na zawał albo przynajmniej porządnie się wkurzyć. Tak też było i ze mną. Wczoraj wykonałem kilka telefonów, zrobiłem małe śledztwo, poczytałem internety i zebrałem wszystko do kupy.


Wydaje mi się, że obecnie jest to najbardziej pożądane polskie piwo w historii naszego craftu, ever! Piłem je w zeszłym roku i powiem tak – cholernie smaczny to napitek. Nie najlepszy na świecie, ani nawet w Polsce, ale smaczny jest. Wręcz okrutnie smaczny. Rok temu dałem za niego 22 złote. Sporo, ale mając na uwadze mega hipsterską butelkę, dodatek Suski Sechlońskiej, rok leżakowania oraz ekskluzywne kartonowe opakowanie wart jest tej ceny. Butelki rozeszły się na pniu, bo i piwa nie było jakoś bardzo dużo (chyba mniej niż zwykła warka innych piw z Kormorana). W tym roku natomiast to, co się wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie! Sklepy oraz hurtownie walczą o IP nie przebierając w środkach. Klienci to samo. Podobno nierzadko dochodzi do potyczek słownych i przepychanek. Wszyscy chcą je mieć, a nigdzie go nie ma. Praktycznie nie ma mowy o rezerwacjach, nawet po znajomości. Wszyscy pytają o to gdzie można je kupić i dlaczego jest tak horrendalnie drogie. No właśnie – dlaczego?!

Czemu tak drogo?

Ludziska, to tylko piwo. Może i zajebiste, ale wciąż tylko piwo. Mam znajomych, którzy prowadzą hurtownię z piwami rzemieślniczymi/regionalnymi. Mam też znajomości w sklepie specjalistycznym z piwami. Dowiedziałem się dzięki temu paru istotnych faktów:
1)      Piwa zostało uwarzone nieco mniej niż rok temu, ale strata jest niewielka, bo mniej niż 10%
2)      Sklepy specjalistyczne jednak dostały wyraźnie mniej sztuk, bo sporo butelek pojechało do sieci Makro!
3)      Kormoran podniósł ceny, ale nie jakoś bardzo dużo (5-7zł netto na butelce)
4)      W tym roku jest dużo większy hype na nie, w związku z czym strasznie wzrósł popyt
5)      Pogłoski jakoby część piwa została wysłana za granicę, to tylko plotki
6)      Z tego co zauważyłem cena w sklepach specjalistycznych jest mocno zróżnicowana. Zazwyczaj wynosi 40-85zł, ale zdarza się i ponad 100! Cena w Makro 61zł brutto.

Czyli wychodzi na to, że za to samo piwo musimy dać 3-4 razy tyle niż rok temu! O ile w ogóle gdzieś je dostaniemy. Paranoja. Trzeba jeszcze mieć na uwadze, czy piwo jest równie udane jak rok wcześniej, bo oczywiście mogło nie wyjść już tak cudownie. Taka kurde sytuacja. Naprawdę jestem w szoku. Nie winię za to Kormorana (który podniósł cenę nieznacznie), bo to raczej wina pośredników i sklepikarzy. Wyczuli, że piwo sprzeda się za każdy pieniądz, no to wyjebali cenę w kosmos, chcąc się nachapać ile się tylko da. Jeszcze nie tak dawno "obrażali się" za to, co zrobił Browar Zamkowy ze swoim porterem, a teraz sami wcale nie zachowali się lepiej. Piwa jest mało, zatem narzuty sięgają 300-400%. Głupi lud i tak wszystko kupi. Mrzonki typu, że cena spadnie za kilka tygodni/miesięcy można już teraz odłożyć między bajki. Cena nie spadnie, bo piwo rozeszło się w jeden dzień! Zrozumcie to.
Oczywiście jest wolny rynek, więc sprytni handlowcy mogli tak zrobić. Żaden urząd im tego nie zabroni. To jest czysty marketing. Prawo popytu i podaży, czy jakoś tak. Z drugiej strony nikt przecież nie zmusza nas do zakupu tego piwa. Za pięć dyszek można w tym kraju kupić naprawdę niezłe sztosy i to z zagranicy. Leżakowane w czym tylko się da RISy i inne urywające dupę mocarze. 

Czy zatem Imperium Prunum jest wart swojej tegorocznej ceny? Moim zdaniem nie. Owszem, jest urywające co nieco, ale to jest przecież piwo na poziomie Samca Alfa, Mr Hard’s Rocks, czy Imperatora Bałtyckiego, a dobrze wiecie ile one kosztują. Chorym zjawiskiem jest dla mnie kupowanie piwa bez leżakowania w drewnie, bez wymrażania za tak kosmiczną kasę. Jedynym jego wyróżnikiem jest ta Suska Sechlońska. Oczywiście robi ona robotę, ale nie na tyle, żeby oszaleć na punkcie Imperium Prunum. Prunum Srunum, he, he. Przecież w Polsce istnieje wiele piw tak samo zajebistych jak to. Tyle tylko, że ich cena zazwyczaj nie przekracza 20PLN.

Ps. W sklepie, gdzie na co dzień się zaopatruje w zeszłym roku cena wynosiła 22zł. W tym 50zł. Mimo znajomości nie dało się piwa „zaklepać”, ani kupić więcej niż jednej sztuki jeśli już się pojawiłeś osobiście. Do sklepu trafiło 15 butelek. To i tak sporo, bo niektóre przybytki dostały zaledwie 2-3 sztuki, a wiele obeszło się smakiem! Chciałem sobie kupić sztukę do leżakowania, ale zwyczajnie w świecie zrezygnowałem. Nie będę specjalnie gnał do miasta (mieszkam poza) na równi z otwarciem sklepu, by dać tyle hajsu za piwo, które ponoć na leżakowaniu tylko traci. Nie będę jeszcze bardziej nadmuchiwał balona z napisem „Imperium Prunum”! 

Ps2. W Makro jeśli ktoś odpowiednio wcześniej zadzwonił i zarezerwował, to piwo miał do odbioru "spod lady" za 37zł brutto! Tylko skąd ludzie mieliby to wiedzieć? Poza tym trzeba mieć działalność, albo od kogoś pożyczyć kartę.

PORTER GALICYJSKI od PILSWEIZERA



No i mamy kochany piąteczek. Piątunio mój ulubiony. Może trochę mniej ulubiony dla tych, którzy mają akurat nockę, ale co tam. Ważne, że łykendem już pachnie. Pachnie wiksą i piwami. Świętem Porteru Bałtyckiego pachnie. Wódką nawet czasem pachnie. No, ale ja nie o wódce, tylko o piwie rzecz jasna. To nie na tym blogu ludzie. Wódka jest be, a piwo jest cacy ;)
Fajnie, że na tym świecie są jeszcze persony, które lubią pomagać. Tak bezinteresownie, tak po prostu. Nic z tego nie mając. Dzięki takim ludziom, a konkretnie jednemu człowiekowi w me ręce trafiło dziś takie oto piwo – Porter Galicyjski z Browaru Pilsweizer. Tak, tak, kolejny ‘bałtyk’ na naszym rynku. Mało znany i zapewne na razie mało dostępny. Wątpię, czy któryś piwny bloger wziął go do tej pory na warsztat. Grudniowa nowalijka z Grybowa (czy może raczej z Siołkowej) to tradycyjny porter jest. Bez żadnych dodatków, udziwnień. Klasyka. 22° Plato, ponad 9% alko. Szacun. Szacun dla tego piwa i dla tego Pana, co mi to piwo załatwił. Jedziem z koksem. 


Porter Galicyjski został zamknięty w ładnej, czarnej jak noc butelce, ozdobionej nie mniej ładną, dostojną i elegancką etykietą. Złote emblematy na czarnym tle wyglądają naprawdę gustownie. Tak wykwintnie jakoś. Samo piwo też jest gustowne. Niemal zupełnie czarne, nieprzejrzyste jak typowy RIS. Wieńczy je obfita pierzynka beżowej piany. Jest ona drobno ziarnista, zwarta i bardzo trwała. Zostawia fajną koronkę na szkle. Zacnie to wszystko wygląda.
W smaku też jest dość zacnie i solidnie. Piwo jest dosyć gęstawe, umiarkowanie gładkie i nawet pełne w smaku. Jeśli chodzi o treściwość zostało w punkt zbalansowane. Nie jest ani odrobinę za słodkie, ale też zbyt gorzkie. Mamy tu spore pokłady ciemnej, gorzkiej czekolady oraz pralinek, ale tych mniej słodkich, a bardziej ciemnych w kolorze. Tuż za nimi na scenę wkracza kawusia. Średnio mocna kawa z niewielką ilością cukru, bez żadnych śmietanek i tego typu badziewia. Są też i palone słody. Naprawdę palone, a nie prażone jak w niektórych porterach. W tle natomiast pojawiają się niewielkie akcenty popiołu, przypieczonej skórki chleba, przypalonego karmelu i ogólnie ciemnego pieczywa. Finisz jest przeciętnie długi z lekką, ale wystarczającą goryczką o delikatnie kawowo-palonym sznycie. Niestety gdzieś daleko w głębi majaczy taka charakterystyczna „grybowska”, ciężka do sprecyzowania nuta. W jasnych piwach z tego browaru jest ona bardziej uwypuklona, tutaj została mocno przykryta przez ciężar piwa. Niektóre browary po prostu mają takie cuś, co czuć w każdym piwie (np. Witnica, Fuhrmann, Głubczyce, czy Koreb). Tutaj na szczęście prawie wcale to nie przeszkadza. Sumarycznie dobrze to smakuje, choć do orgazmu oczywiście daleka droga. 

czwartek, 19 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI z BROWARU STAROPOLSKIEGO



Wiadomość dla tych, co ostatnie kilka dni przespali pod kamieniem lub nie dostali przepustki z „wariatkowa” – na blogu trwa „Tydzień Porteru Bałtyckiego”. Od poniedziałku do soboty codziennie obalam jeden nowy krajowy porter, a żona nawet nie kwęknie ;) Ma się ten fart co nie? Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Załóż bloga piwnego, a też będziesz tak miał ;p
Jak brzmi staropolskie piwne powiedzenie – porterów ci u nas dostatek. W ostatnich kilku miesiącach browary dosłownie bombardują nas ‘bałtykami’. Od browarów regionalnych po typowych rzemieślników. Wygląda to tak, jakby każdy chciał mieć w ofercie to piwo. Nic tylko się cieszyć. Mordka mi się nie zamyka! :D
Dziś jak widzicie na załączonym obrazku – Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego. Po raz kolejny ukłony i wielkie brawa za wyróżniającą się nazwę! Naprawdę z niczym nie da się tego pomylić ;p
Jak głosi etykieta napitek ów leżakowany jest w browarze przez 180 dni! Za takie posunięcie mają u mnie szacun na ‘dzielni’ do końca życia. Porter spoczywa w solidnej butelce zamykanej zamknięciem patentowym/pałąkowym/krachlą/korkiem ceramicznym, etcetera. Opakowanie takie kojarzy mi się z czymś wybornym, dostojnym, eleganckim i szykownym. Od takiego opakowania wiele się oczekuje. Można na przykład oczekiwać wyrywania z kapci, czy filcowania kaleson. Czy tak jest w rzeczywistości?


Do prezencji na pewno nie  można się przyczepić. Piwo jest klarowne, ciemno brązowe, z pozoru nawet czarne. Generuje solidną pierzynkę ładnej i zwartej piany o jasno beżowych barwach, która długo się utrzymuje. Dosyć fajnie oblepia też ścianki. Nie jest to gwiazda porno, ale naprawdę miło rzucić okiem na taki widok.
Pooglądałem, więc pora zanurzyć kinola w szkle. Piwo pachnie ładnie i intensywnie. Daleki jestem od jakiegoś mocnego skupiania się, a i tak wszystko czuję ostro i wyraźnie. Zapach jest przyjemnie czekoladowy, pralinkowy. Słodyczy wtórują suszone aspekty spod znaku rodzynek, wiśni, czarnych porzeczek oraz fig. Nie chodzi o damską bieliznę, tylko owoc! Super się tą wącha. Mega przyjemne odczucie. Ta owocowość jest trochę inna niż zwykle to bywa w porterach, co jest jak najbardziej na plus. Z biegiem czasu z tła wyłaniają się lekkie tony ciemnych słodów, choć nie jest to typowa paloność. Akompaniuje im zwiewna nuta karmelu, orzechów i kawy zbożowej. Alkohol jest świetnie ułożony. Objawia się co jedynie delikatnym muśnięciem szlachetnego likieru. Bardzo miło wącha się takie cymesy :)

środa, 18 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI z BROWARU WĄSOSZ



Świętowania, czy może raczej wlewania w siebie porterów bałtyckich ciąg dalszy. Jedziemy dalej z cyklem „Tydzień Porteru Bałtyckiego” na blogu Piwa Naszego Powszedniego.
Trzecim piwem tego tygodnia jest niedawna nowość z Browaru Wąsosz o jakże wszystko mówiącej nazwie „Porter Bałtycki”. Uwielbiam takie nieskomplikowane nazwy piw! Nazwy, które każdy w mig zapamięta i nigdy nie pomyli ich z żadnym innym piwem. Wystarczy wspomnieć komuś, że wczoraj piłeś Porter Bałtycki i już każdy wie o co kaman. Twój rozmówca dokładnie i bezbłędnie będzie wiedział, które piwo i z jakiego browaru miałeś na myśli. Genialne! ;p
Trochę mnie dziwi, że jakoś cicho było o tym piwie. Na blogach, na fejsach cichosza. Nikt nic nie wie, nic nie słyszał. Czeski film. A tu proszę – niepozorny Porter Bałtycki z Wąsosza w XIII Degustacji Piw Bractwa Piwnego zajął miejsce tuż za podium! Czwarta lokata wśród siedemnastu porterów to naprawdę zacny wynik. Dokopać takim tuzom jak Warmiński, czy Komes to nie lada sztuka. Świetne piwo to musi być. Sprawdźmy jak wypadnie sam na sam ze mną w domowym zaciszu ringu ;)


Zaczniemy od prezencji i parametrów. Stajemy na wadze. Ja lekko przekraczam 70 kg, mój przeciwnik jest wyraźnie cięższy - 21°Blg (dla niekumatych: 1°Blg = 4,5kg). Ja jestem w stanie w stanie wziąć na klatę nie wiele więcej niż pięcioletnie dziecko, mój oponent jest dużo silniejszy – ma aż 10 voltów mocy, co odpowiada „stówie” branej na klatę. Jest przy tym dobrze zbudowany, tęgi, gęsty, a zarazem gładki na skórze. Moja czupryna się już trochę przerzedziła, pojawiły się też pierwsze siwe włosy. Rywal ma zdecydowanie milszą aparycję – jest totalnie czarny oraz nosi bujną i zwartą czapę o pięknym beżowym odcieniu. Czapkę nie łatwo mu zdmuchnąć – jest trwała i puszysta. W tym elemencie także jestem na przegranej pozycji. Podobnie jeśli chodzi o szatę. Koleś odjebał się jak stróż w Boże Ciało - piękny, gładki i lśniący materiał najwyższej jakości. Atłas, czy jedwab jakiś. Do tego te złote emblematy. Ja w starych, porządnie już znoszonych łachmanach wyglądałem przy nim jak jakiś bezdomny żul!
Jak już tak staliśmy obok siebie, to chcąc nie chcąc czułem też jego zapach. O dziwo bardzo przyjemny i okrutnie wyrazisty. Koleś pachniał iście czekoladowo, jakby przed sekundą dobrych  pralinek się nawpierdzielał. Chyba też pił niedawno łagodną kawę, bo zalatywało trochę małą czarną. Na bank zagryzał to suszonymi owocami w czekoladzie i karmelu, a na przepojke miał jakiś drogi i szlachetny likier. Nie waliło od niego wódą, czy spirytem, tylko właśnie owocowym likierem (pewno kupił gdzieś na promocji w markecie cwaniak jeden). Też bym się takiego likierku napił. Gdy odszedł nieco dalej poczułem natomiast lekki powiew czegoś palonego, jakby zboża, a może nawet ciemnego pieczywa – pumpernikiel, czy jak to się tam zwie ten hipsterski chleb... A ja? Nie licząc przepoconych skarpetek pachniałem co najwyżej wczorajszą wodą po goleniu i moczem, bo żem się ze strachu posikał na tej wadze…

wtorek, 17 stycznia 2017

PORTER BAŁTYCKI od DEER BEAR



Baltic Porter Day zbliża się wielkimi krokami. Jako że jestem z deka niecierpliwy (czyt. pierdolnięty) i nie mogę doczekać się soboty, to zrobiłem sobie na blogu „Tydzień z Porterem Bałtyckim” :) Co dzień jeden porterek i tak, aż do soboty! Mogłem też wybrać inną alternatywę – w sobotę obalić wszystkie sześć sztuk, ale po primo nie stać mnie na przeszczep wątroby, a po drugie primo obawiam się, że zmiotłoby mnie pod stół już po czwartym…
Tak więc wszystko przemawia za tym, aby to było jedno piwo dziennie. Jako drugie na warsztat biorę Porter Bałtycki od Deer Bear, powstały na bazie receptury piwowara domowego Mariusza Bystryka. Niezwykle bystry ten Mariusz musi być, skoro nosi takie nazwisko ;) Mamy tu klasyczny porter bałtycki, co jedynie okraszony płatkami owsianymi oraz cukrem Muscovado – czyli brązową odmianą cukru trzcinowego.
Znowu musiałem iść przez śniegi i zaspy, by cyknąć focie. Wybór padł na mój ulubiony pagórek do robienia zdjęć, znajdujący się tuż za moim obejściem. Śniegu było więcej niż sądziłem, toteż wróciłem z częściowo mokrymi skarpetkami. No, ale nie o skarpetkach miało być, tylko o piwie. 


Ciecz wygląda na czarną i bardzo mętną. Widać to już podczas nalewania. Bez problemu udało mi się uformować całkiem okazałą czapę drobnej i puszystej piany o barwie cappuccino. Piana jest niebywale zwarta i trwała. W tej materii przypomina bitą śmietanę. Lejsing też niczego sobie. Firany są liczne i okazałe. Jestem na tak :)
Od patrzenia na piwo nie poczuje się procentów, więc w końcu trzeba zamoczyć dzioba. Piwo jest bardzo gładkie, puszyste i aksamitne. Sprawia bardzo podobne uczucie jak porter z Podgórza. Tylko, że tutaj wiem, że to zasługa płatków owsianych, a tam nie wiedziałem czyja. Piję i mlaskam, piję i wywracam ozorem na lewo i prawo. Kurde, albo brakuje mi tu trochę pełni, albo nie nazywam się Amator Piwa. Jak na 21 ballingów, to chyba ciut za wodniste jest to piwo. Mamy tu spore pokłady mlecznej i deserowej czekolady, ale niekoniecznie tej z najwyższej półki. Są też praliny, akcenty kakao i melasy. Dosyć słodko, ale bez przesadyzmów. Palone słody udzielają się tutaj w bardzo ograniczonym zakresie, raczej są to prażone słody jeśli już. Czystej paloności jest tutaj tyle, co kot napłakał i to kot twardziel, który nie płacze z byle powodu. Na finiszu przez moment pojawia się lekka kawa i to by było na tyle. Goryczka jest niewielka, a całość jakaś taka mdła i niewyraźna.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

652 M N.P.M. z BROWARU PODGÓRZ



Wierzę, że większość z Was to kumaci birgicy, którzy z niejednej warzelni piwo pili. Zatem na pewno wiecie, że 21 stycznia wypada Baltic Porter Day, czy mówiąc poprawną polszczyzną - Święto Porteru Bałtyckiego. To już druga edycja tego, jakże zacnego przedsięwzięcia, na którą wpadł nie kto inny, jak Marcin Chmielarz, czyli popularny w środowisku Mason. Co w tym dniu należy spożywać chyba nie muszę przypominać?
W ubiegłym roku moje świętowanie polegało na zorganizowaniu w domowym zaciszu Wielkiego Testu Porterów Bałtyckich. Sztos impreza, oczywiście w gronie najlepszych przyjaciół. Jednak idiotyzmem byłaby powtórka tego wydarzenia. Na ten rok przygotowałem coś innego. Zamiast Dnia Porteru Bałtyckiego u mnie na blogu będzie cały Tydzień Porteru Bałtyckiego! Nieźle co? :D Jak się bawić, to się bawić. Nie uznaję kompromisów, nie lubię dziadowania i chodzenia na skróty. Przez pięć dni będę sobie popijał po jednej sztuce jakiegoś nowego porterka, a w sobotę, czyli w ten właściwy dzień odpalę konkretną armatę, tak że mi gacie spadną. W sumie to byle jakiś piw, to się w tym tygodniu nie spodziewam, bo przecież w Polsce nie robi się słabych porterów bałtyckich (no, może poza Black Boss z Witnicy i Bearnarda od Czarnego Kota). 


Na pierwszy ogień idzie słynny porter z Browaru Podgórz – 652 m n.p.m. Jest to druga edycja (warka) tego piwa, która wzorem poprzedniego leżakowała w tanku przez okrągły rok! Świetna sprawa. Łukasz Jajecznica odwalił za nas całą robotę, bo już w momencie sprzedaży kupujemy roczne piwo, które w teorii powinno być już ułożone i gładziutkie jak murawa na Stadionie Narodowym.
Nad pierwszą warką rozpływała się cała Polska. Druga edycja zbiera natomiast umiarkowanie pochlebne recenzje. Czy słusznie? No niekoniecznie. Roczny porter z Podgórza to bardzo smaczne piwo. Ułożone, gładkie, gęste i aksamitne. Piwo jest nisko wysycone, co zrozumiałe. Mamy tu całe bogactwo tego stylu – mnóstwo czekolady deserowej, nie mniej drogich pralinek i lekkiej, dobrze posłodzonej kawy ze śmietanką. Całość jest cudnie gładka, kremowa i puszysta. Dosłownie jakby potraktowaną to laktozą, czy jakimś żytem. Nieco dalej prym wiodą suszone owoce – śliweczki, rodzynki, figi oraz daktyle. Jak na Baltic Porter jest ich całkiem sporo. Niejeden RIS mógłby pozazdrościć takiej ilości. Tłem suną okrutnie przyjemne nuty prażonego słodu, oblanego odrobiną słodkiego karmelu, cukru kandyzowanego i melasy. Słodkawo tu, ale bardzo smacznie. Goryczka jest znikoma, a alkohol zupełnie nieobecny. Nie czuję ani krzty etanolu! Genialnie :)

sobota, 14 stycznia 2017

CECHOWE IPA z BIEDRONKI



Pamiętacie jak w połowie 2016 roku znęcałem się w pewnym poście nad piwami marki Cechowe z Biedronki? No, już widzę ten las rąk… Jeśli Wasze szare komórki wzięły sobie dzisiaj wolne, to tu macie linka do tamtego artykułu. Podsumowałem wówczas pięć piw z tej serii, przy czym żadne nie zrobiło na mnie jakiegoś dużego wrażenia (ogólnie to raczej padaka była). Bardzo plułem sobie wtedy w brodę (czy w co tam się pluje, gdy się brody nie nosi), bo nie udało mi się zgromadzić do kolekcji ipy. Zaliczyłem pisiont Biedronek w Czewie, ale nigdzie kurna jej nie było.
W sumie to nie było jej, aż do teraz. Do stycznia 2017! Parę dni temu jestem w biedrze, patrzę – jest. Biere. Na spróbowanie biere. IPA za trzy zeta. Toż to za pół darmo Panie jest. W kraju, w którym nie ma porządnego pilsa za trzy złote, mamy ipę za trzy złote! Szok. No, ale czy to faktycznie smakuje i pachnie jak pierwszoligowa AIPA?


Jak to mam w zwyczaju, nie liczyłem na cud. Nie liczyłem na wiele, ale tym razem akurat zaskoczyłem się bardzo pozytywnie. Cechowe IPA to naprawdę wypijalne piwo. Z hamerykańskimi chmielami! Absolutnie nie żałuję tych trzech PeeLeNów. Nie jest to oczywiście wybitnie rasowy przedstawiciel gatunku, ale za tą cenę, to nic tylko żłopać. Piwo jest naprawdę rześkie, odpowiednio nasycone. Jest chmiel, są cytrusy, może nawet odrobina słodszych tropików się tu znajdzie. Podstawą są jednak akcenty słodowe i chlebowe. Nawet dość przyjemne bym powiedział. Dodatkowo karmel w asyście żywicy majaczy mi gdzieś na horyzoncie. Finisz jest krótki i dość wytrawny. Zakończony umiarkowanie mocną goryczką o ziołowo-żywiczno-grejpfrutowym zacięciu. Goryczka może nie wyrywa z kapci, ale jest wyraźna, szlachetna i krótka. Mi to pasuje. Smaczne pifko.
Na razie jest naprawdę nieźle. Zanim skupię się nad aromatem, skrobnę dwa zdania o wyglądzie. Piwo w szkle wygląda naprawdę elegancko. Jest idealnie klarowne, złociste, nie za blade i nie za jasne. Po prostu piękne. Wieńczy je wysoka czapa białej i drobnej piany o puszystej strukturze i zajebistym lacingu. Piana jest okrutnie trwała, opada w żółwim tempie. I like it.

czwartek, 12 stycznia 2017

KAWKO I MLEKOSZ od PIWOWAROWNI



Mrozy w końcu nieco zelżały, w związku z tym pora wytoczyć działo mniejszego kalibru. Odpuszczam na jakiś czas portery bałtyckie, ale obiecuję, że jeszcze w tym miesiącu będzie o nich głośno. Oj, bardzo głośno ;)
Dziś na tapecie ląduje Kawko i Mlekosz z PiwoWarowni. Prywatnie dobrzy koledzy Kajko i Kokosza (to ci od Janusza Christa). Razem dzielnie walczyli z hordą Hegemona, popijając po walce najmocniejsze ówczesne krafty ;p
W środku czai się Milk Stout. PiwoWarownia mocno go jednak podrasowała, dzięki czemu o piwie tym było bardzo głośno pod koniec ubiegłego roku. Powiem więcej – wielu osobom tak posmakował Kawko i Mlekosz, że zaczęli go niejednokrotnie wymieniać w różnego typu zestawieniach i plebiscytach na „najlepsze Piwo Roku 2016”. Tak więc Panie i Panowie mam tu jedno z najlepszych piw niedawno zakończonego roku. Milk Stout oczywiście nie jest typowym obiektem pożądania rasowego piwnego freaka, no ale jeśli dodamy do niego kawy, a dodatkowo wanilii, to od razu inna historia nam się rozpoczyna. Zupełnie inny poziom wtajemniczenia. Wyższy level. Czy tak zestrojony mleczny Stout jest w stanie zrobić mi z dupy jesień średniowiecza? Sprawdźmy.


Pierwsze co rzuca się tutaj w oczy, to bardzo niskie wysycenie. Efektem czego jest praktycznie zupełny brak piany. Lałem agresywnie jak tylko mogłem, a dopiero pod sam koniec uzbierał się cieniutki kożuszek ciemno beżowej i drobnej pianki, przypominającej mi cappuccino. O jakimkolwiek lacingu można tylko pomarzyć. Samo piwo natomiast nosi totalnie czarne i nieprzejrzyste barwy, jak na Stout przystało.
Smak to naprawdę jest niezły szok dla mnie. Bierzcie pod uwagę, że ja nie lubię kawy, nie pijam w ogóle pod żadną postacią. To piwo zaś tak mocno przesiąkło kawą, że czuję jakbym pił małą czarną, a nie piwo. Świeżo parzona kawa – stawiam na rozpuszczalną, choć podkreślam, że się nie znam. Powiem więcej, odnoszę nawet wrażenie, że przed chwilą rozgryzłem prażone ziarno kawy (to oczywiście kolejna teoria). Prócz kawy mamy tu jeszcze całkiem sporo palonego słodu, popiołu i ogólnie pojętej spalenizny. Tłem natomiast sunie prawdziwa gorzka czekolada, podszyta szczyptą wanilii. Czekolada pochodzi z naprawdę wysokiej półki. Mimo totalnie czarnych klimatów piwo nie jest jakoś mocno gorzkie. Zapewne to zasługa laktozy, choć nieszczególnie potrafię ją tu wyodrębnić. Kawowo-palona goryczka jest obecna, ale jej moc jest raczej przeciętna. Wystarcza jednak z zupełności, by zrównoważyć słodowe ciało. Mimo, że nie pijam kawy, o dziwo dobrze mi smakuje ten cymes.

wtorek, 10 stycznia 2017

BRANIEWO CHMIELONE NA ZIMNO



W przerwie pomiędzy dwudziestym siódmym porterem bałtyckim, a trzydziestym dziewiątym RISem wypitym w ciągu ostatnich 12 miesięcy, postanowiłem wrzucić coś lekkiego na ruszt. Coś jasnego, coś lekkiego, coś lagerowego, coś chmielowego. Coś, co przepłucze mi kubki smakowe i da wytchnienie szarym komórkom. Coś, nad czym nie trzeba będzie spinać pośladów. Ot, zwykłe piwo, bez żadnych dywagacji, orgazmów, czy uniesień. Po prostu piwo do picia.
Idealnym rozwiązaniem wydaje mi się tutaj Braniewo Chmielone Na Zimno z Browaru Braniewo, który to należy obecnie do Browaru Namysłów. Tak nam się porobiło. Namysłów koło kraftu nawet nie stał, ale fajnie, że 2,5 roku temu reaktywował braniewski przybytek. BTW, Browar Braniewo ma bogatą historię. Powstał już w 1854 roku, jednak podczas drugiej wojny światowej uległ zniszczeniu. Odbudowano go dopiero w latach 1962-65. Przez pewien czas był nawet we władaniu „złego i okrutnego koncernu” (GŻ). Jako ciekawostkę dodam, że kiedyś rozlewano tu nawet soki Dr Witt! 


Po przelaniu do szkła piwo prezentuje się iście koncernowo. Jest przyjemnie złociste i do bólu klarowne. Ale nie jest jakieś blade, jak Leszek, czy inny Harnold. Kolor złota jest tu pełny i wyrazisty. Piwo zostało zwieńczone białą jak śnieg pianą. Początkowo dość drobną i obfitą, jednak z każdą sekundą piana robiła się coraz brzydsza i dziurawa. Koniec końców szybko opadła do symbolicznego kożuszka, zostawiając liczne zacieki na ściankach.
W smaku Braniewo Chmielone Na Zimno niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ani na plus, ani też na minus. Piwo jest lekko kwaskowe, z przewagą akcentów słodowych i chlebowych. W tle majaczy niby jakiś chmiel o trawiastym zacięciu, ale jak dla mnie to trochę za mało, by trunek nazwać „chmielowym”. Goryczka jak można się było spodziewać pozostaje jedynie w sferze moich marzeń. Jest nikła i symboliczna, niczym udział Polski w światowym wydobyciu ropy naftowej. Całość jednak pije się dość żwawo. Piwo sprawia stosunkowo rześkie wrażenie. Nie jest jakoś nadmiernie wodniste, a to już coś. Zalatuje trochę koncerniakami, ale raczej tymi z wyższej półki. Optymalne i drobne wysycenie dodatkowo podbija pijalność. Naprawdę nieźle się to pije. Powaga.

niedziela, 8 stycznia 2017

XIII DEGUSTACJA PIW - PORTER BAŁTYCKI



To była tylko kwestia czasu, kiedy na degustację Bractwa Piwnego trafi to znakomite i chwalone na tej planecie piwo. Już od samego początku wiadomo było, że jest to nieuniknione. Równie nieuniknione jak demonstracje KODu, gejów, czy lesbijek. To po prostu musiało się wydarzyć. Już jakiś rok temu rozważałem to w swojej małej główce, ale ostatecznie temat odżył dopiero w grudniu Anno Domini 2016. To właśnie wtedy  miała miejsce XIII Degustacja Piw Częstochowskiego Kręgu Lokalnego Bractwa Piwnego. Wiecie już jaki styl piwa wzięliśmy tym razem na warsztat, zatem zapraszam do lektury.


Porter Bałtycki

Porter Bałtycki – piwowarski skarb Polski, czy też ‘czarne złoto’ jak mawiają niektórzy. Jeden z dwóch (obok Grodziskiego) stylów piwa, z którego możemy być dumni w świecie. To ciemne, bardzo mocne, tęgie i złożone w smaku piwo warzone jest w wielu krajach basenu Morza Bałtyckiego (i nie tylko), ale największą renomą w piwnym środowisku cieszą się polskie portery. Świadczą o tym medale wielokrotnie zdobywane na największych międzynarodowych konkursach piwnych (European Beer Star, World Beer Cup).

Porter bałtycki na ziemiach polskich warzy się od drugiej połowy XIX wieku. Jego źródeł należy szukać w Anglii. To właśnie tam na początku XVIII wieku powstały dość mocne, ciemne i palone piwa zwane Porterami. Słowo porter oznacza tragarza, pracującego w porcie przy rozładunku i załadunku statków. To właśnie początkowo wśród tego typu robotników piwo to stało się niezwykle popularne. Stąd też wzięła się jego nazwa. Po pewnym czasie zaczęto warzyć jego mocniejszą wersję – Stout Porter, czyli tłumacząc na polski "mocny, tęgi porter", który pod koniec XVIII wieku cieszył się dużą popularnością nie tylko w Anglii, lecz także w Sankt Petersburgu na dworze carskim, gdzie sprowadziła go caryca Katarzyna Wielka. Niewiele później piwo to zyskało także uznanie wśród mieszczaństwa (tak właśnie narodził się protoplasta dzisiejszego RISa). Początkowo Stout Porter był do Imperium Rosyjskiego importowany, jednak import skończył się wraz z wprowadzeniem embarga na produkty z Wysp Brytyjskich na kontynent. Co jak podają źródła było następstwem wojen napoleońskich. W związku z tym w Europie Wschodniej szybko zaczęto szukać substytutu i warzyć piwo na wzór Stout Porteru. Angielski pierwowzór z czasem stawał się coraz słabszy, ale jego kontynentalne odpowiedniki wciąż pozostały trunkami o znacznej zawartości alkoholu i ekstraktu. Zmienił się też sposób produkcji - zamiast górnej fermentacji, stosowanej w Anglii, portery bałtyckie mniej więcej od początku XX wieku stały się w większości piwami fermentacji dolnej, czyli lagerami.


Parametry wg BJCP:
 - ekstrakt początkowy 14,7-22% (w Polsce przyjmuje się tą wartość w granicach 18-22%)
 - alkohol objętościowo 6,5-9,5% (w Polsce w granicach 8-9,5%)
 - goryczka 20-40 IBU

Aromat
W piwach tych spotyka się pokłady słodowej słodkości, często z nutami karmelowymi, toffi, orzechowymi, głęboko tostowymi i lukrecjowymi. Profil estrowy i alkoholowy jest umiarkowany. Pojawiają się aromaty przypominające suszone śliwki, rodzynki, wiśnie, czarne porzeczki, okazjonalnie też nuty wina porto. Prócz tego w porterach jest sporo cech ciemnych słodów takich jak głęboko czekoladowy, kawowy albo melasy, ale nigdy spalenizny. Aromatów chmielowych brak, podobnie jak kwaskowatości występującej w Stoutach.

Barwa
Piwo posiada klarowną barwę od ciemno miedzianego do nieprzejrzystego, ciemno brązowego koloru. Nigdy jednak nie powinno być zupełnie czarne.

Piana
Na piwie tworzy się lepka, długo utrzymująca się czapa koloru żółtobrązowego.

Smak
Tak jak w aromacie porter bałtycki posiada bogatą słodową słodkość wraz ze złożoną mieszaniną smaków: głębokiego słodu, estrów suszonych owoców oraz alkoholu. Ma umiarkowane i gładkie smaki palone jak w piwie Schwarzbier, które trochę zbliżają się do smaków spalenizny. Piwo jest bardzo treściwe i bardzo gładkie. Posiada czysty charakter lagerowy, brak w nim dwuacetylu. W pierwszej chwili piwo wydaje się słodkie, ale smaki ciemnych słodów szybko dominują i utrzymują się do finiszu, łagodnie zahaczając o rejony palonej kawy i lukrecji. Posmaki słodowe mogą być karmelowe, toffi, orzechowe lub melasy. W tle pojawiają się też delikatne posmaki czarnej porzeczki i innych ciemnych owoców. Smaki chmielowe, które pochodzą od lekko przyprawowych odmian chmielu (Lubelski albo Saaz), są w przedziale od braku do średnio niskich.

Goryczka
Jest średnio niska do średniej i wynika ze słodu oraz chmielu. Goryczka jest na tyle mocna, by tylko zapewnić odpowiedni balans.

Odczucie w ustach
Trunek posiada generalnie pełną treściwość i gładkość, wraz z dobrze dojrzałym ciepłem alkoholowym. Średnie do średnio wysokiego nagazowanie nadaje wrażenie jeszcze większej treściwości. Piwo nie powinno być jednak ciężkie na języku w wyniku nagazowania.



Ostatni rok, czy nawet dwa lata to generalnie porterowy urodzaj w naszym kraju. Bardzo dużo nowych browarów (nie tylko regionalnych) sięgnęło w ostatnim czasie po ten, jakże zacny i wdzięczny styl piwa. Nawet nie musiałem się specjalnie wysilać, a i tak wspólnie z moim imiennikiem udało nam się zebrać 17 sztuk różnych marek porteru bałtyckiego. Mogłoby tego być jeszcze więcej, ale jeszcze większa liczba tak mocnych trunków mogłaby się negatywnie odbić na uczestnikach naszej degustacji (if you know what I mean).