środa, 31 lipca 2019

JuRajska Jeżyna. Takie piwa to ja rozumiem!


Za Browarem Na Jurze naprawdę ciężko nadążyć. Są płodni niczym jurny buhaj w kwiecie wieku. Trzaskają nowe piwa jedno za drugim, nie dając ani chwili wytchnienia poszukiwaczom nowości.
JuRajska Jeżyna to jeden z nowszych napitków, choć debiutował już ponad pół roku temu. Znając pomysłowość Browaru Na Jurze możemy być niemal pewni, że nie będzie tu wiało nudą. Generalnie jest to piwo pszeniczne z dodatkiem soku z jeżyn oraz owoców pigwowca i miodu. Brawo! Naprawdę odjechany pomyślunek, choć oczywiście jeżynę do piwa już kilka browarów dodawało. Na dokładkę jednak włodarze tego zawierciańskiego browaru dorzucili do piwa sok z jabłek, kolendrę, belgijskie drożdże oraz amerykańskie chmiele. No i tu już robi się naprawdę ciekawie i oryginalnie. Oni to potrafią namieszać w tym kotle (piwie) :)
Bez zbędnych ceregieli przechodzę do konsumpcji, bo ślina już do samej ziemi…


Tak, dobrze widzicie. Piwo w zasadzie jest czerwone, ale pieni jak rasowy pils. Piana jest gęsta, zbita i drobna. Z jej trwałością też nie ma problemów. Do tego pięknie zdobi szkło.
W smaku jest słodko, ale też jednocześnie delikatnie kwaskowo. Umiarkowane wysycenie dobrze współgra z takim klimatem. Jeżyna jest dobrze wyczuwalna, ale nie zdominowała piwa. Kwaskowy pigwowiec bowiem też daje o sobie znać, podobnie jak lekki powiew akcentów miodowych, które pasują tu o dziwo bardzo dobrze. Tłem porusza się delikatna słodowość, chlebek oraz niewielka porcja kwiatów i czerwonych owoców (coś jakby żurawina, truskawka, poziomka). Sok jabłkowy może i też tu występuje, ale to już naprawdę obrzeża mojej percepcji. Kolendry natomiast nie odnotowałem i to pomimo usilnych starań. Piwo jest lekkie, ale z pewnością nie wodniste. Czuć pszeniczną pełnię oraz przyjemną gładkość na podniebieniu. Smaczniutkie to! :D

sobota, 27 lipca 2019

SHORT TEST: Saint Satanislav z Browaru Bednary



Prolog: Święty Satanislav ma już swoje lata. Mało kto już pamięta jego premierę. Ale co tam. Liczy się tu i teraz. Zresztą z takimi piwami nie ma się co spieszyć. Czas jest ich sprzymierzeńcem :)
O co kaman: Kiedyś był to torfowy RIS, teraz jest zwykły imperialny Stout beż żadnych dodatków. Receptura była zmieniana chyba więcej niż jeden raz. Kiedyś było 8% alko i 22º Blg, później 9,5%, a obecnie jest 10% etanolu, a ekstraktu bodajże 24 Plato. Przy okazji tych „szlifów” gdzieś po drodze dodano także kartonik.
Wdzianko: Czarne jak kret po wędrówce przez kopalnię węgla kamiennego. Piany brak.
Kichawa mówi: Najs, najs, ale bez fajerwerków, czy innych wodotrysków. Piwo pachnie słodko, deserowo, wybitnie czekoladowo i kakaowo. Są pralinki, mleczna czekolada, kawa zbożowa, opiekane słody. W tle trochę wanilii, karmelu, cukru trzcinowego oraz melasy.
Jadaczka mówi: No fajne, fajne piwko. Dosyć stylowe. W miarę palone, ale nie zadziorne. Kawusia ze śmietanką, lekko palone słody, przypieczony spód od ciasta, czekolada deserowa, a do tego odrobina belgijskich pralinek, nieco lukrecji, kakałka, wanilii i crème brûlée (tak, znam takie słowa). Całość bardzo gładziutka, dosyć gęsta i taka kremowa w ustach. Alkohol bardzo dobrze ułożony, goryczka nie za duża. W sumie bardziej to słodkie niż gorzkie.
Komu mogę polecić: Fani naprawdę tęgich i palonych risów mogą mieć mały ból dupy. Ale trunek z pewnością posmakuje wielbicielom ciemnych, raczej słodkawych piw, a także smakoszom łagodnej kawy jak sądzę.
Epilog: Smaczne, deserowe piwko o niezbyt wysublimowanym smaku, ale może się podobać. Bardzo fajna pełnia, przyjemna gęstość i nienaganna gładkość. Ułożenie pierwsza klasa, pijalność także bez zarzutu. Całość dobra, ale daleki jestem od jakiejś euforii. Zwłaszcza przy takiej cenie. 

OCENA: 7/10
CENA: ok 21ZŁ
ALK. 10%
TERMIN WAŻNOŚCI: 2022
BROWAR BEDNARY

środa, 24 lipca 2019

OKO W OKO - Portermass vs Portermass Mead BA


Dwa sztosy od Pinty w jednym poście?! Why not?
Hola, hola. Czy sztosy, to się dopiero okaże.
Jakiś czas temu ojcowie polskiego kraftu wypuścili na rynek dwa imperialne portery bałtyckie o całkiem konkretnych cyferkach (27,5º Blg, 11,5% alko). Jedno piwo to wersja bazowa, drugie natomiast to Mead Barrel Aged. Czyli to samo piwo, tyle że leżakowane w beczce po miodzie pitnym. Kopyr z wiadomo-jakiego-blogu przez pewien zbieg okoliczności wywołał wokół tych trunków znaną w środowisku gównoburzę. Wszystko przez miód gryczany w składzie tego drugiego piwa. Okazało się jednak, że Pinta nie poleciała sobie w kulki, a piwo faktycznie leżakowało w beczce po miodzie pitnym, a konkretnie po trójniaku gryczanym. Tyle tylko, że wcześniej w tej beczce leżakował sobie… Bourbon.
To jednak nic nie znaczy. Miód jako alergen musiał zostać wymieniony na etykiecie, mimo że fizycznie do piwa żadnego miodu nie dodano. To tyle gwoli wyjaśnienia. Czas na kolejne piwne starcie! 


Portermass

Piwo wygląda na zupełnie czarne i nieprzejrzyste, co jest rzadkością w porterach. Beżowa pianka raczej mizerna, niska, mieszano ziarnista, niezbyt trwała.
Podstawka w smaku jest całkiem spoko, choć bez większych fajerwerków. Z pewnością na pochwały zasługuje zajebiste ułożenie. Serio to ma aż 11,5% alkoholu?! Chyba każdy by się nabrał. Poważnie prawie nic nie czuć alko. W smaku drzemie olbrzymie ciało, spora gęstość i fajna gładkość na podniebieniu. Jest czekolada deserowa, gorzkie kakao, belgijskie pralinki, łagodna kawa ze śmietanką oraz lekko palone słody. Na deser dostajemy subtelną nutkę orzechów laskowych, ciemnego pieczywa, cukru trzcinowego, karmelu oraz brownie. Goryczka jest z tych łagodniejszych i szybko mijających. Faktycznie bardzo dobrze to smakuje. Złożoność stylowość pierwsza klasa :)

niedziela, 21 lipca 2019

Oat Wine leżakowany po Single Malt Whisky


Projektu Barrel Aged od Maryensztadtu chyba nikomu nie muszę przedstawiać. W tym Zwoleniu naprawdę robią kawał dobrej roboty, kawał piwnego rzemiosła. Zresztą Projekt 30 tylko potwierdzą tą tezę, tak jak i zdecydowana większość piw tego producenta.
Nie tak dawno temu był czas, kiedy to już byłem na bieżąco z Projektem Barrel Aged, ale niestety przespałem kilkanaście tygodni i znów jestem w plecy. O dwa piwa. Starszym z nich jest Oat Wine Single Malt Whisky. Swoją premierę piwo miało w marcu, więc aż tak źle jeszcze nie jest z moimi zaległościami. Bywało gorzej.
No i co my tu mamy? Oat Wine to kolejne pokłosie niezwykle popularnego Barley Wine. I z tego co się orientuje jest to najmłodsze dziecko z całej serii łajnów. Widocznie owies dopiero wkracza na salony. W tym konkretnym piwie w składzie prócz płatków owsianych znalazły się jeszcze płatki żytnie, a całość jest cholernie mocno odfermentowana. Z 22 ballingów wyciągnięto aż 12% alko!!! Szok.


Piwko w szkle prezentuje się całkiem zwyczajnie. Jest lekko zamglone, miodowo-herbaciane w barwie. Piana skąpa, mizerna. W zasadzie nie ma o czym mówić.
Kurcze, pierwszy łyk i od razu rozdziawiona gęba ze zdziwienia. W ogóle nie przypomina mi to barli łajna, czy tym podobnego ustrojstwa. Ciało jest w stosunkowo lekkie, gęstość też raczej nie duża, a na pewno mniejsza niż można by się spodziewać. Słodyczy zero – czyli tu akurat wyczułem sprawę. Dziwnie się to pije. To zupełnie inna kategoria niż Barley Wine, Rye Wine, czy Wheat Wine. Daleko mu do ulepu, czy olbrzymiej pełni smaku. W rzeczy samej drożdże się tutaj napracowały. Piwo jest odfermentowane praktycznie do zera. Jest wytrawne i takie smukłe w odczuciu. Dominuje łagodna i zwiewna słodowość, są też ciastka, chlebek i sporo nut kwiatowych. W tle majaczy nieco miodku (ale takiego nie słodkiego) oraz coś jakby cytrusowe owoce, a przynajmniej coś lekko kwaskowego (owies?). Stawkę zamyka subtelna chmielowość, dębina, a także bardzo delikatna nuta łiskacza. Niestety alkohol trochę daje o sobie znać. Odczuwam lekkie pieczenie spirytusowe, co zapewne jest zasługą Whisky. Goryczka reprezentuje raczej łagodne klimaty, ale w to w zupełności wystarcza. No dziwne to piwo. Jeszcze nie piłem podobnego wynalazku.

środa, 17 lipca 2019

Bim-Bom od Pinty. Czy warto się skusić?


Bim-bom, bim-bom! Na na na na na na….
Do świąt jeszcze w ciul daleko, ale pojawiła się u mnie mała nutka sentymentu, choć piwo o którym mowa, z Bożym Narodzeniem ma tyle wspólnego, co ja z Zakonem Iluminatów. Po raz kolejny sięgam po trunek, który swoją premierę ma już dawno za sobą, ale jak widać to już takie moje prywatne, osobiste fatum. Człowiek obkupi się jednego dnia, a potem miesiącami degustuje, odcinając się od nowości.
Bim-Bom to American Abbey Single – taki belgijsko-amerykański mariaż od Pinty. Najlżejszy przedstawiciel belgijskich piw klasztornych, ale nachmielony nową falą. Czyli zasyp i drożdże belgijskie, ale chmiele jankeskie. Co ciekawe na pokładzie melduje się Sabro. Nigdy nie słyszałem o takim chmielu, a przecież trochę już piw się w życiu wypiło…


Piwo oczywiście jest jasne, przyjemnie złociste i lekko zamglone. Pianka biała i dosyć drobna. Może nie wysoka, ale bardzo puszysta, umiarkowanie trwała.
Piję. Ciężko tu oddzielić wpływy drożdży od chmieli, bo piwo faktycznie wypada dosyć owocowo. Z jednej strony atakuje nas delikatny cytrusik, ale jest też tu całkiem sporo białych i żółtych owoców, które cytrusami na pewno nie są. Mam tu na myśli morele, brzoskwinie, białe winogrono, a nawet gruszki, agrest i odrobinę ananasa. Słodowość jest raczej wycofana do defensywny, acz wnosi pewną dozę ciastek, biszkoptów i jasnego pieczywa. Goryczka jest zauważalna, niezbyt mocna, taka chmielowo-grejpfrutowa, krótka i szlachetna. W sumie całkiem przyjemna i wystarczająca. W tle mamy delikutaśne przyprawowe fenole oraz subtelne nuty kwiatów i żywicy. Fajne piwko, dosyć smaczne, ale z pewnością nie zaskakujące, czy jakieś odkrywcze.

sobota, 13 lipca 2019

OKO W OKO - Lech Free Lager vs Lech Free


„Ale jak to Panie kochany?! Testujesz dwa takie same piwa?! Czyś Ty do reszty zgłupiał?”
I tak i nie. Po prostu chcę obalić lub potwierdzić pewien mit. Otóż przyczynkiem do napisania tego artykułu był wpis „typa z Piwolucji”. Łukasz nie tak dawno temu testował bezalkoholowe jasne lagery z koncernów. W jego teście pojawił się dwa razy Lech Free (z białą oraz niebieską etykietą). Bloger myślał, że to dwa zupełnie różne piwa, bo w smaku różnica była ogromna. Zresztą do niedawna sam tak sądziłem. Łukasz twierdzi, że już kilkukrotnie potwierdził owe doznania. Okazało się jednak, że chodzi tu jedynie o odświeżenie etykiety. W środku wciąż jest ten sam Lech Free (info potwierdzone u producenta). Zrezygnowali jedynie z dopisku „lager”, bo niebieskie barwy to te po lifcie ;)  
I  tu rodzi się moje pytanie – czy faktycznie ja także będę odczuwał tak kolosalne różnice w smaku i aromacie? Czy rzeczywiście jak robili Lecha Free z białą etykietą to piwko było bardzo dobre, a jak z niebieską to syf, kiła i mogiła? No właśnie. Zapraszam do lektury :)



Lech Free Lager

Złociste i mega klarowne piwo w szkle prezentuje się całkiem apetycznie. Tylko ta piana jakaś mizerna, skąpa i nietrwała, ale przynajmniej drobna.
W smaku faktycznie nie jest źle. Ciecz rześko buzuje w jamie ustnej – duże wysycenie, jak to u koncernów. Słodowość nie jest nachalna, a wręcz łagodna. Towarzyszy jej wyraźny powiew świeżego chmielu z dodatkiem ziół oraz świeżo skoszonej trawy (zapewne polskie chmiele). W tle subtelne posmaki chlebowe, ale zero brzeczki. Ciała nie ma tu za wiele, ale to przecież zrozumiałe. Goryczka jest też nikła, ale na pewno zauważalna. Chmielowo-ziołowa, krótka, szlachetna, w sumie całkiem sympatyczna. Żadnego kartonu, miodu, czy innego utlenienia. Piwo jest świeże i rześkie. Smakuje niemal identycznie jak zwykły Leszek, choć w sumie bardzo dawno go nie piłem. W każdym razie nie wiem, czy bym odróżnił.

środa, 10 lipca 2019

TAURA. Pyszne NZ Double IPA


Browar Trzech Kumpli rzadko u mnie gości, a szkoda, bo piwa majo dobre. Taką przynajmniej opinię sobie o nich wyrobiłem. Niby są dostępni nawet w dużych sieciach handlowych, ale jakoś mi z nimi nie po drodze.
Kiedyś gdzieś tam usłyszałem, że Pia i Taura to dwa znakomite nowozelandzkie ipy od Trzech Kumpli. Pierwsze z nich to Session IPA, drugie natomiast to NZ Double IPA. Ślepy los zadecydował, że trafiłem akurat na Taurę i długo się nie wahałem przed zakupem.
Na etykiecie Browar Lotny chwali się, że do piwa nie zostały użyte żadne dodatki, owoce, czy aromaty, a cała owocowość pochodzi tutaj od chmieli. Nie omieszkam za chwilę tego zweryfikować, wszak u mnie słowo droższe od pieniędzy ;) 


Och, piwko w szkle wygląda obłędnie! Jest okrutnie soczkowate, bardzo mętne i wybitnie oczojebne. Dawno nie widziałem w piwie tak intensywnie żółtej barwy. Pianka też niczego sobie. Może nie jest strasznie obfita, ale jest drobna, dosyć trwała, kremowa i puszysta. Do tego pięknie osadza się na ściankach.
Ciała jak na 18,5º Blg jest aby-aby. Tak na styk. Ale nie to jest najważniejsze, bo faktycznie owocowości to tu nie brakuje. Owoce tropikalne (marakuja, papaja, ananas) ochoczo buszują po moim podniebieniu. Do spółki wtóruje im różowy grejpfrut, białe winogrono, morela i brzoskwinia. W rzeczy samej białych owoców jest tu od groma. Dopiero w trzecim rzucie pojawia się nieśmiała, acz obecna słodowość w typie biszkoptów i herbatników. Tło natomiast zostało zajęte przez przyjemne akcenty kwiatów, lekkiej żywicy, nafty oraz ziół. Goryczka nie jest potężna, wręcz bliżej jej do niskich niż wysokich wartości, ale swoją rolę spełnia. Ilość gazu także na propsie. W sumie cholernie smaczne piwo. Po prostu pyszne :)

niedziela, 7 lipca 2019

CZARNOLAS - klasyka w ciemnym wydaniu


Czarnolas to już dosyć leciwe piwerko, ale dawno nie piłem nic w tym stylu. A musicie mieć świadomość, że to jeden z moich ulubionych gatunków piwa. Kiedyś jarałem się jak belka słomy na wieść o każdej nowej czarnej ipce. Maryensztadt trochę utrudnia moim zdaniem i nazywa to Double India Black Ale. Ja wolę jednak bardziej powszechną nazwę – Double Black IPA, ewentualnie Imperial Black IPA.
No. Tak więc, jak już wiemy co to za piwo ten Czarnolas, to chyba czas na degustację. Aha, właśnie wróciłem od dentysty, ale na szczęście nie mam w ustach „apteki”. Druga rzecz, że na dworze jest kulminacja upałów - 37ºC w cieniu! Zakładam zatem, że piwo szybko będzie mi wchodzić, bo pić się chce jak diabli… 


Piwo z pozoru wydaje się czarne, ale w rzeczywistości jest bardzo ciemnobrązowe. Piana jest ładnie zbudowana, obfita, sztywna i drobna. Opada powoli dość pokaźnie znacząc szkło.
W smaku mamy poczciwe Black IPA. Albo nie poczciwe – smaczne. Stara szkoła, czyli mariaż ciemnych oraz odchmielowych klimatów. Jest sporo cytrusów i owoców tropikalnych (mango, liczi, papaja). Jest wyraźna żywica oraz garstka iglaków. Są też ciemne, lekko prażone słody, subtelna kawa i gorzka czekolada. W tle jakby prażony słonecznik oraz przypieczona skórka chleba. Wysycenie optymalne, czyli średnie. Goryczka umiarkowana, nie za mocna i nie za słaba. Chmielowo-palona, naprawdę idealna, szlachetna i nie zalegająca. Bardzo smaczne piwko. Może bez efektu wow, ale pije się nader szybko.

czwartek, 4 lipca 2019

Barley Wine z hibiskusem od Manufaktury Piwnej


Browar Jabłonowo już dawno przestał być kojarzony z producentem tanich marketowych mózgotrzepów (choć te wciąż istnieją). Próbkę swoich możliwości pokazał choćby w genialnym Porterze Podbitym Śliwką, który dla wielu osób był nawet lepszy (a przy tym dwu-trzykrotnie tańszy) niż słynne Imperium Prunum.
Pod koniec zeszłego roku ten podwarszawski browar ponownie rozdziawił szeroko oczy piwnym niedowiarkom, wypuszczając dwa potencjalne sztosy w niebagatelnych opakowaniach. Okazuje się, że aby zabłysnąć wcale nie potrzeba wszędobylskiego ostatnio kartonika. Wystarczy malowana farbą butelką w nowoczesnym dizajnie. No spójrzcie tylko jak zajebiście wygląda ta flaszka! A co mamy w środku? Oczywiście tęgi Barley Wine z dodatkiem kwiatów hibiskusa. Nie jest to może zupełnie pionierski dodatek, ale nie sposób odmówić browarowi pomysłowości w tej kwestii. Po genialnym imperialnym Stoucie mam naprawdę duże oczekiwania, co do tego napitku. Szklanki w dłoń i do dzieła! :p


Piwo w szkle nie wygląda zbyt apetycznie. Jest ciemno brązowe i mętne jak woda z kałuży. Piana niewysoka, ale bardzo drobniutka i zbita, beżowa w kolorze. Lacing symboliczny.
Ale smak już od progu wynagradza nam niekoniecznie apetyczny wygląd. Potężne ciało daje nam solidnego kopa w postaci przyjemnie podpieczonego słodu, polanego dość wyraźną warstwą karmelu. Tak, jest słodko, ale jeszcze w graniach normy dla tego stylu. Sporo tu również tostów i skórki od chleba. W drugim rzucie na talerzu dostajemy garść rodzynek i suszonych daktyli. Very najs! Z tła natomiast puszcza do nas oczko subtelna doza kwiatów (hibiskusa), chmielu, miodu i…. mlecznej czekolady. Powaga. Wysycenie średnie w kierunku wysokiego i to nie jest zbyt fajne. Goryczka umiarkowana, chmielowo-ziołowa, krótka i ułożona. Alkohol jest tu bardzo dobrze ułożony i szlachetny. Coś tam grzeje w trzewiach, ale w gardzieli nie pali, więc gra gitara. Całość gęsta, oleista i bardzo gładka. Palce lizać :)

poniedziałek, 1 lipca 2019

Browar Nook i jego Faza Wstępna


Faza wstępna – określenie, które Browar Nook powinien już chyba mieć za sobą, wszak niedługo strzeli im roczek obecności na kraftowym podwórku. Owszem, to niby wciąż niedługo, ale według mnie to wystarczający czas, by zadomowić się na rynku i wyrobić sobie pierwsze opinie wśród kraftopijców. W sumie można rzec, że to najważniejszy okres w działalności każdego browaru, bo od tego jak dany projekt wystartuje zależy jego dalsza przyszłość. Przy obecnym nasyceniu rynku i już stosunkowo sporej konkurencji, pierwszy rok to dla niektórych ‘być, albo nie być’. Minęły czasy, gdy rynek chłonął każdy wypust jak gąbka wodę. Teraz to trzeba się już naprawdę postarać, w jakiś sposób wybić, wyróżnić, pokazać. Oczywiście wciąż podstawą ku temu jest dobre piwo. Bez niego żaden browar daleko nie zajedzie.
Dla mnie to dopiero drugie podejście do Nooka, więc opinii jeszcze jako takiej nie mam. Być może zatem Faza Wstępna coś mi tu podpowie. To klasyczna AIPA beż żadnych udziwnień. Czy w obecnym, cholernie silnym trendzie na wszelakie Vermonty i DDH, zwykła ipka ma jeszcze rację bytu? Czy jest w stanie mnie czymś zaskoczyć?


Piwo jest dosyć ciemne jak na styl. W zasadzie ma kolor bursztynu i jest niebywale mętne. Co gorsza przez przypadek zlałem do szkła osad z dna butelki. Dzięki temu w toni piwnej mogłem cały czas „podziwiać” tysiące całkiem sporych rozmiarów farfocli. Fuj! Piana niska, średnio pęcherzykowa, ale w miarę trwała.
Już pierwszy łyk zdążył mnie uświadomić, że to East Coast. W dodatku bardzo mdły i toporny. Silna słodowa podbudowa bazuje na sporej ilości karmelu, a nawet szczypcie opiekanych klimatów (skórka chleba). Tuż za nimi wybrzmiewają jakieś tam owoce, ale czy cytrusy w czystej postaci to nie jestem pewien. Bardziej może tropiki, ale i tak to wszystko jest jakieś przytłumione. Mamy tu za to wyraźną ziołowość, mocną żywicę oraz chmiel. Goryczka też niczego sobie – mocna, zdecydowana, ale niestety też szorstka, chropowata i trochę za bardzo zalegająca. Finisz jest długi i wyraźnie wytrawny. Wysycenie średnie w kierunku niskiego. Całość wypada dosyć blado. Nie smakuje mi to zbytnio.