wtorek, 30 kwietnia 2019

Sztos!!! CORNUS LUPUS z Kormorana!


Browar Kormoran zdążył nas już przyzwyczaić do wypuszczania tzw. sztosów. Wiadomo – niekonwencjonalna butelka, stylowy kartonik, a w środku tęgi mocarz, najczęściej z jakimś mało znanym dodatkiem. No i mamy gotowy przepis na zabijanie się o każdą butelkę. Wszystko zaczęło się od kultowego Imperium Prunum, które swego czasu było najbardziej pożądanym polskim piwem ever. Na szczęście te podły czasy minęły.
O dziwo jakoś cicho jest o najnowszym dziecku tego warmińskiego browaru. Cornus Lupus zadebiutował przecież już w styczniu, podczas tegorocznego Święta Porteru Bałtyckiego. Butelki co prawda pojawiły się dopiero przed Wielkanocą, ale póki co jakiegoś blogerskiego parcia na szkło, to ja tu nie widzę.
Przypomnijmy – Cornus Lupus to Boil Down Baltic Porter o ekstrakcie początkowym 36,6º Blg!!! Tak kozacki ekstrakt uzyskano tutaj nie poprzez wymrażanie, lecz gotowanie brzeczki w kotle jeszcze przed fermentacją. Przez 24 godziny! Jest to pierwsze tego typu piwo w Polsce. Dzięki temu zabiegowi piwo bardzo mocno się zagęściło, bo odparowała z niego znaczna część wody. Stąd ten horrendalny ekstrakt. Kormoran jednak nie byłby sobą, gdyby nie dodał czegoś ekstra – owoców derenia, z którym piwo leżakowało ponad dwa lata! Z tego co wiem jest to również pionierskie posunięcie na krajowym podwórku.
Tak się składa, że byłem na beczkowej premierze tego piwa, stąd wiem czego się spodziewać. Nie mniej jednak emocje i tak się bardzo duże. Ruszamy w tango ;)


Piwo nalewa bez piany. Jego kolor to pozorna czerń, ale pod światło widać, że jest bardzo ciemno brunatne.
Zacznę nietypowo, bo od gęstości, która jest… kosmiczna! To już nawet nie syrop, lecz zwyczajny olej silnikowy. Ciecz po prostu osadza się na szkle. Tak samo mocno lepi się do wnętrza jamy ustnej. Niesamowite wrażenie, porównywalne chyba jedynie z Jopejskim. Przy pierwszym kontakcie jest słodkawo, wyraźnie słodowo, czekoladowo i kakaowo. Po chwili jednak do głosu dochodzi lekka kwaskowość derenia, która w genialny sposób kontruje ową słodycz. Są ciemne, opiekane słody, sporo kawy zbożowej oraz pieczywa razowego. W tle delikatne tony karmelu, cukru brązowego i jakby lukrecji z domieszką suszonych owoców. Wysycenie bardzo niskie. Goryczka lekka i przyjemna. Alkohol wyśmienicie schowany, szlachetny, niemal niezauważalny. Piwo jest szalenie gładkie, intensywne, niebywale esencjonalne. P-y-ch-o-t-k-a!!!

sobota, 27 kwietnia 2019

OKO W OKO - Mangonel vs Mangoł


Pamiętacie marcowy, arcyciekawy tekst „Oko w Oko”, gdzie porównywałem ze sobą dwa piwa z mango? Jeśli nie, to wystarczy pacnąć tutaj.
Tak się składa, że dziś tematyka wpisu będzie niemal identyczna, bowiem do ringu ponownie wchodzą piwa mocno naznaczone mango :) Nie muszę chyba przypominać, że to jeden z moich ulubionych owoców? Oczywiście tym razem trunki są inne, bo przecież owoc ten jest bardzo popularny wśród polskich rzemieślników.
Żadnego z tych piw nigdy nie piłem, więc szanse na zabłyśnięcie są równe. Po mojej lewej ręce Mangonel (Wheat IPA) z Browaru Szpunt. W składzie amerykańce, słód pszeniczny i oczywiście pulpa z mango. Po mojej prawej ręce Mangoł (Milkshake APA) z Browaru Kazimierz. Na pokładzie mamy pure z mango, nowofalowe chmiele, laktozę, płatki owsiane oraz pszenne. Warto chyba zaznaczyć, że jest to blogowy debiut tegoż producenta :)


Mangonel

Z wyglądu bomba! Jaskrawo pomarańczowy odcień i totalna mętność. Kolor przypomina miąższ z mango, a w szkle wygląda to jak soczek typu multiwitamina. Piana niewysoka, ale obecna. Średnio pęcherzykowa, niezbyt trwała.
Piję. Mlaskam. Oblizuję się. Smaczne to, wybitnie soczkowate, wybitnie owocowe i zarazem mało piwne. Ciecz jest szalenie gładka, przyjemnie obła, nieco śliska i taka kremowa na podniebieniu. Mango dominuje – jest mega wyraźne, świeże i soczyste. Obok czai się lekka kwiatowa nuta, jak również kapka jankeskich chmieli. W tle żółte owoce tropikalne (głównie papaja). Stawkę zamyka łagodna goryczka o fajnym ziołowo-cytrusowym zacięciu. Bardzo przyjemnie się to pije, choć z czasem robi się nieco monotonnie.
Zapach jest w zasadzie powtórką powyższego. Sok z mango, sok z marakuji, papaji oraz innych owoców tropikalnych. Przy czym oczywiście mango rządzi. Akcentów typowo piwnych brak. Pojawia się za to dosyć intrygująca nutka arbuza. Całość pachnie bardzo intensywnie, bardzo rześko, świeżo i owocowo. Fani tego typu napitków będą wniebowzięci. Kobiety – mokre majtki gwarantowane ;)

środa, 24 kwietnia 2019

SHORT TEST: Konstancin z Dębowej Beczki



Prolog: Po kupnie Konstancina przez Browar Gontyniec vel Czarnków jakoś straciłem zainteresowanie piwami tej marki. Po prostu sentyment mnie blokował. Czułem się mocno zmieszany wiedząc, że produkcja piw Konstancin została przeniesiona do Kamionki. Ale trochę czasu już minęło, więc postanowiłem coś chlapnąć.
O co kaman: Konstancin z Dębowej Beczki to jasny lager leżakowany z płatkami drewna dębowego. Jest to doskonale znany zabieg w polskim piwowarstwie, chociaż zazwyczaj w piwach ciemnych. Czasem przynosi to wymierne rezultaty. Sprawdźmy.
Wdzianko: Bardzo ładne. Ciemne złoto i idealna klarowność. Do tego kremowa, średnio ziarnista i puszysta pianka o umiarkowanej trwałości.
Kichawa mówi: Przyjemny oraz intensywny to aromat. Ciastka, herbatniki, biszkopty, lekka słodowość, a także kwiaty, wanilia oraz muśnięcie karmelem. Pachnie słodko, ale przyjemnie.
Jadaczka mówi: Piwo jest przyjemnie gładkie, takie kremowe, nieco śliskie i obłe w odczuciu. Rządzi tu herbatnikowo-chlebowa słodowość, której towarzyszy ciasto typu biszkopt oraz garstka chmielu. W tle nuty nieśmiałej wanilii oraz kwiatów. Goryczka obecna, dosyć lekka i przyjemna, krótka i szlachetna. Fajnie się to pije, ale drewna nie odnalazłem.
Komu mogę polecić: Wszystkim kobietom z rodu Zawalscy. Będzie im smakować :)
Epilog: Całkiem dobre piwko. Fajna pełnia, świetny balans, odpowiednia złożoność, całkiem niezła intensywność. Pije się to naprawdę szybko i przyjemnie. Szkoda tylko, że nie czuć tego drewna, ale chociaż wanilia jest. W tych pieniądzach spoko piwo. 

OCENA: 7/10
CENA: ok 4ZŁ
ALK. 5,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.2019
BROWAR CZARNKÓW//BROWAR KAMIONKA

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Doctor Brew z Biedronki! Czy warto?


Doctora Brew piję ostatnio bardzo rzadko i to wcale nie za sprawą zagrożenia ongiś wybuchami. Po prostu ze dwa razy się mocno rozczarowałem. Zdarza się nawet najlepszym.
Jak już pewnie wiecie Doctorki mocno wszystkich zaskoczyli pojawieniem się ostatnio w Biedronce (choć w Lidlu też już przecież bywali). Można się tylko domyślać na jak dużą skalę musieli pójść w produkcję tego jednego piwa. Owszem, po zasiedleniu się w Lwówku Śląskim mogą sobie na to pozwolić, ale w tym miejscu właśnie pojawia się pytanie: czy to jeszcze jest kraft? Czy to wciąż rzemiosło? Nie mnie to oceniać, zresztą kilka tzw. browarów regionalnych już udowodniło, że śmiało może konkurować z mikrusami na tle piw typowo nowofalowych.
Amarillo APA to po prostu single hop APA , lecz o dość niskich parametrach, nawet jak na obiecywany styl. Postanowiłem dać piwu szansę i sprawdzić jak sobie radzi Doctor Brew po przejęciu Lwówka. 


Piwo w miarę ładnie się prezentuje. Jest klarowne i przyjemnie złociste, ale jest to intensywne złoto, a nie blada dupa. Piana odpowiednich rozmiarów, średnio pęcherzykowa, umiarkowanie trwała. Lacing za to nader obfity.
W smaku mamy lekkie piwo o lekko podkreślonym jankeskim pochodzeniu. Jest kapka cytrusów, wraz z niewielką domieszką innych żółtych (nie kwaśnych) owoców. Dominuje oczywiście delikatna słodowość o typowo chlebowym charakterze. Drugi plan został przejęty przez całkiem pokaźną ilość akcentów kwiatowych. W tle natomiast majaczą echa subtelnego karmelu, zielonego chmielu oraz ziół. Wysycenie jest stosunkowo niskie i większa ilość gazu z pewnością by tu nie zaszkodziła. Deklarowana goryczka 25 IBU faktycznie może tyle mieć. Piwo nie jest jakoś wyraźnie gorzkie, tym bardziej jak na trunek nowofalowy. Niby wszystko okej, ale po każdym przełknięciu ciecz pozostawia na języku taki nieprzyjemny mdły posmak, który nieraz właśnie czułem w piwach z Lwówka. Najbliżej mu do metalu, ale test skórny to wykluczył.

piątek, 19 kwietnia 2019

APACZ - American Wheat od Browaru Sir Beer


Miała już być wiosna, miało być ciepło i słonecznie. I co? I śnieg spadł. Wiem, że połowa kwietnia to jeszcze nie lato, ale takie sytuacje są wysoce wkur… Zwłaszcza, gdy tydzień wcześniej zmieniłeś oponki na letnie. Ale ja dzisiaj nie o tym, nie o tym.
Dziś debiut na blogu. Browar Sir Beer zagościł w mych skromnych progach. Śląska inicjatywa z Bytomia, w sumie to całkiem niedaleko Czewy przecież. O samym browarze wiem bardzo niewiele. Właścicielem jest Michał Podsiadło, a sam browar jest tak naprawdę browarem restauracyjnym, który zadebiutował w zeszłym roku. Mieści się w bytomskim rynku. Tam, gdzie kiedyś funkcjonowała Piwnica Gawronów.
Piwem, na którym dzisiaj się skupię jest Apacz w stylu American Wheat. Wszyscy chyba dobrze wiedzą o co chodzi, więc pozwolę sobie pominąć dyrdymały związane z wyjaśnianiem meandrów tego stosunkowo nowego stylu piwa. Przechodzimy zatem do konsumpcji. 


Apacz przywitał mnie nader dziarską i transparentną pianą, która jest wysoka i trwała niczym Wielki Mur Chiński. Lacing także jest książkowy. Piwo natomiast lekko mętne, blado złote w barwie. Jako całość, trunek ma prezencję nie gorszą niż Krzysztof Ibisz i to 20 lat temu ;)
Lejemy w mordę. Już wiem skąd taka natarczywa piana – wysokie wysycenie. Co oczywiście w tym stylu wpisujemy po stronie z napisem „plusy”. Piwo jest w miarę lekkie w smaku, choć do świeżości mam pewne zastrzeżenia. Panuje w nim swoista równowaga pomiędzy chlebową słodowością, a jankeskimi lupulinami. Jest nieco cytrusów i słodszych tropików, jednak nic konkretnego nie mogę tu wyróżnić. Ale najgorsze jest to, że z każdym łykiem piwo robi się coraz bardziej mdłe, a na piedestał pcha się dziwna, piwniczna i nieco stęchła nuta. A to już nie jest fajne. Goryczka natomiast jest w porządku. Odpowiednio zarysowana, chmielowo-cytrusowa, nie zalegająca. Da się to pić, ale z orgazmu nici…

środa, 17 kwietnia 2019

Dziki RIS z Browaru Tleń leżakowany w beczce po rumie!


No i ponownie jakieś risiątko zawitało na bloga. Nic tylko się cieszyć. Dobra Bozia wie, co sprawia mi radość :)
Przystanek Tleń z Borów Tucholskich od zawsze jawił mi się jako bardzo odległy i niedostępny. Zapewne to wina położenia geograficznego, ale też i początkowo słabej dostępności ich piw. Od jakiegoś czasu jednak jest już lepiej w tym temacie, więc nie wahałem się zbytnio przed zakupem RIS Brett Rum BA. Wiem, prawie same skróty, ale już wyjaśniam. Otóż mamy tu imperialnego Stouta poddanego fermentacji dzikimi drożdżami, a później leżakowanego w beczce po rumie. Wymyślnie, nie powiem, choć ten rum to raczej nie moje klimaty.
Całość zamknięta jest w fikuśnej małej butelce (pochodzącej z Italii) z „gęsią szyją”, co przypomina kadź warzelną, jak również karafkę. Przyznam, że wygląda uroczo. Makaroniarze to jednak mają styl ;) Natomiast etykieta to typowy paździerz…


Dzięki tym wszystkim zabiegom piwo wyszło bardzo złożone. Każdy łyk dostarcza tu naprawdę wielu wrażeń. Bretty wniosły spodziewaną kwaskowość, której poziom jest stosunkowo niewielki, lecz na pewno zauważalny. Jednakże nut typowo funky jakoś nie wyczuwam. Żadnego konia, czy nawet osła ;) Są za to przyjemne ciemne owoce, coś jakby ciemne winogrono, daktyle (również suszone), jeżyny, czy figi. Podstawa to oczywiście mleczna czekolada, kakao oraz prażone słody z lekką domieszką pieczywa razowego. Nuty rumowe dostają głos dopiero na samym końcu tej długiej listy. Samego drewna natomiast nie odnotowałem. Na pochwałę zasługuje za to genialnie ułożony alkohol. Przyjemnie grzeje w trzewia, ale w ustach jest miodzio.

niedziela, 14 kwietnia 2019

OKO W OKO - Sourtime Agrest vs Agrest Sour Ale


Ho ho! Kolejne piwne starcie przed nami :)
Szalenie długo się do niego zabierałem, ale w końcu się udało. Zamysł był prosty, nieco gorzej poszło z kupnem piw, a jeszcze gorzej ze znalezieniem czasu. A mówiąc ściślej z wciśnięciem się w harmonogram, który napięty jest jak bicek Pudziana ;)
Co my tu mamy? Dwa agrestowe kwasy o jakże zbliżonych parametrach. Żadnego z nich nie piłem, więc emocje podwójne. To znaczy piłem, ale to gdzieś tam na jakimś festiwalu w czterdziestym ósmym… W każdym razie słabo pamiętam.
Piwa w teorii mają być do siebie w miarę podobne. Maryensztadt ma 9º Blg, Browar Jana 10,5º. Woltaż jest niemal identyczny, a obydwa trunki potraktowano agrestem. Nie sokiem, czy nektarem, tylko całym owocem. Ale są też i różnice – w Zwoleniu użyto bakterii Lacto, natomiast w Zawierciu postawili na kwaśność samego tylko agrestu. No chyba, że dodali tych malutkich żyjątek, a nie napisali na etykiecie.



Sourtime Agrest

W wyglądzie piwna klasyka. Intensywnie złota barwa, niemal klarowna. Do tego dość spora czapa białej, średnio pęcherzykowej piany, która jest jednak niezbyt trwała i szybko opada.
Piję. Kurka rurka, jakie to kwaśne! Kwasek wykrzywił mi porządnie mordkę już przy pierwszym łyku. Czuć Lacto, czuć również agrest, a także cytrusy w formie skórek. Jest wyraźna limonka, cytryna i kapka zielonego grejpfruta (chmiel Citra). Piwo jest bardzo lekkie, mocno wysycone, szalenie rześkie i niebotycznie pijalne (pomimo kwachu na podniebieniu). W tle pałętają się niewielkie echa subtelnej słodowości. Czuć, że to piwo. I bardzo dobrze. Mega smaczny, cholernie rześki napitek. Jestem na tak! :D

czwartek, 11 kwietnia 2019

IMPERIALNY NAFCIARZ Jack Daniel's BA!!!


Sto lat za murzynami to niewiele, przy tym ile ja jestem w plecy z polskim kraftem. I nie chodzi mi tu oczywiście o każde piwo, ale wyłącznie o piwa kultowe, typu must have.
Bez wątpienia taką perełką jest Nafciarz Dukielski oraz Imperialny Nafciarz - efekty kooperacji Browaru Dukla i Brokreacja. Piłem już dawno na blogu. Piwo pozamiatało jak trzeba. Później pojawił się Imperialny Nafciarz, najpierw w wersji podstawowej, a później w kilku różnych wersjach barrel aged. Tych wersji pojawiło się całkiem sporo, ale los nie był dla mnie łaskawy i nie dane mi było spróbować żadnego z nich. Aż do dzisiaj :)
W moje ręce w końcu wpadł Imperialny Nafciarz Jack Daniel’s BA. Oczywiście w stosownym kartoniku. Jednak nie ma na nim nigdzie wzmianki o Dukli, więc wychodzi na to, że jest to już samodzielnie dzieło Brokreacji. Przypominam, że nie jest to żaden RIS, czy porter bałtycki, lecz Whisky Rye Imperial Brown Porter. Piwo kultowe dla każdego fana torfowych klimatów. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich szanujących się peatedheadów


Nad wyglądem nie będę się zbytnio spuszczał, bo nie ma nad czym. Piwo totalnie czarne i zupełnie bez piany. Koniec.
Piję. Strasznie gładkie jest to piwo. Takie niebywale aksamitne, wręcz kremowe i wyraźnie oleiste. Po prostu gęste. Fajnie się to przełyka. Niestety ilość torfu oceniam jako średnią, czym jestem trochę zawiedziony. W końcu to Imperialny Nafciarz, więc spodziewałem się smoły w gębie. Tymczasem akcentów peated jest wyraźnie mniej niż w tym pierwszym Nafciarzu. Mamy tu mnóstwo palonych słodów, całkiem sporo tęgiej kawy, spalenizny i czekolady deserowej. Tłem płyną sobie nuty pumperniklu, drewna, whisky, pralinek belgijskich oraz właśnie torfu (asfalt, nafta, smoła, bakelit). Swoje trzy, a może i cztery grosze wtrąca całkiem sympatyczna goryczka. Kawowo-palona, ale nieco też torfowa, a przy tym gładka, krótka i szlachetna. Alko jest wyśmienicie ułożone. Piwo wchodzi szybko i bez żadnych oporów. W miarę smaczne, ale bez fajerwerków i sztucznych ogni.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

ART+ 18 Honey & Vanilla Wheat Wine


Jak fajnie, że czuć w końcu pierwsze oddechy wiosny. Słoneczko coraz śmielej sobie poczyna. Żyć się chce, wychodzić na spacery się chce, siedzieć w ogródku piwnym się chce – przede wszystkim ;p Ale ja dzisiaj nie o tym.
Pamiętacie jak zupełnie niedawno degustowałem na blogu Dożynki od Pinty? Wielozbożowe wino… No to tym razem sięgam po jego kamrata, czyli ‘wino pszeniczne’. ART+ 18 Honey and Vanilla Wheat Wine (ehhh dziwne te nazwy ma Browar Stu Mostów). Oczywiście jak seria ART to musi być jakaś kooperacja. No i jest, i to nie byle jaka. Sam De Molen maczał w tym palce! Tak więc mamy tu kooperacyjne Wheat Wine z dodatkiem miodu i lasek wanilii. Do tego dochodzi jeszcze ogromnych rozmiarów ekstrakt (27º Blg) oraz moc rzędu 10% alko!
Zapowiada się niebagatelna słodycz, ale czasem pozory lubią mylić. Jedziemy z tematem :)


Piwo wylata z butelki do szkła. Jest wyraźne mętne (nie wstrząsane), takie bursztynowo-miodowe w barwie. Pianka też niczego sobie. Może nie jakaś bardzo wysoka, ale na pewno zgrabna, w miarę drobna i puszysta. No i odpowiednio trwała.
W smaku jest rzeczywiście wyraźnie słodko. Bardzo dobrze wyczuwalny miodek nieźle zazębia się z olbrzymim pokładem słodowości. Są jakieś ciastka, biszkopty, herbatniki i tym podobne frykasy. Na drugim planie wyłażą na wierzch akcenty karmelu oraz cukru kandyzowanego. Wanilię odnajduję dopiero na szarym końcu, gdzie wchodzi ona w spółkę z tostami oraz chmielem o lekko ziołowym zacięciu. O dziwo na finiszu pojawia się delikatna chmielowa-ziołowa goryczka. Może niezbyt mocna, ale na pewno zauważalna i bardzo szlachetna. Co nieco równoważy tą słodycz, choć sumarycznie i tak jest bardzo słodko. Spory plus natomiast należy się za perfekcyjnie ułożony alkohol, który wkomponował się tu jak dłoń w rękawiczkę. Alko bardzo subtelnie daje o sobie znać, grzejąc jedynie moje trzewia. W buzi natomiast zero reakcji. Wbrew obawom całkiem nieźle to smakuje.

sobota, 6 kwietnia 2019

KWAS Z AKUMULATORA, a pije się wporzo :)


Sok z Żuka…. Piwo z Żuka…. Czekajcie, jak to było? ;p
Oczywiście chodzi mi o częstochowskiego kontraktowca, a nie film (co prawda kultowy). Browar ten najbardziej chyba jest znany z Kwasu z Akumulatora. Nie to, że chłopaki sobie przechylają baterię od samochodu i żłopią! Co to, to nie. Po prostu piwo se tak nazwali. Kwas z Akumulatora. Słowo „kwas” należy oczywiście rozumieć dosłownie, bo jest to piwo typu sour. Próżno tu jednak szukać słynnych bakterii z rodziny Lacto, co niektórych zapewne będzie dziwić. Otóż do piwa dodano soku z limonki i też jest kwaśno. Można? Można.
Piłem to piwo już kilkukrotnie i dlatego znam je najbardziej z całej oferty Piwa z Żuka. Śmiało mogę powiedzieć, że z chęcią do niego wracam. Zresztą, sądząc po fanpejdżu browaru, nie ja jeden. To co? Pijemy to piwo z żuka, a może z akumulatora? Sam już nie wiem ;>


Siup do szkła (firmowego rzecz jasna). Piwo jest wyraźnie mętne, ciemno-złote w barwie, choć pod światło to chyba bardziej takie miodowe jest. Piana oczywiście spora, dość drobna i trwała. Ładnie się to prezentuje.
Pierwszy łyk i od razu grymas na twarzy. Kwas z Akumulatora jest naprawdę kwaśny. Bardzo kwaśny, choć nie najkwaśniejszy jaki piłem. Limonka nieźle daje w palnik. Ślinianki mocno dostają po uszach. Odczuwa się wyraźne efekty ściągania w ustach. Ciecz jest półpełna w smaku, cholernie rześka, dosyć cierpka i szalenie wytrawna. Sok z limonki dominuje nad nieśmiałą nutą słodu i chleba. W tle akcenty gorzkiej pomarańczy oraz chmielu. Generalnie jednak to limonka tutaj rządzi i dzieli. Aha, z czasem mam wrażenie, że dołącza do niej zwiewna cytryna w formie soku, tudzież kwasku cytrynowego. Muszę przyznać, że pije się to bardzo żwawo. Dobre :)

czwartek, 4 kwietnia 2019

EZOTERYCZNE SZUWARY. Tak się robi portery bałtyckie!


Browar Harpagan rzadko gości u mnie na blogu. Tak jakoś się składa. Tak po prostu, bez żadnego drugiego dna. Zresztą, obok Harpagana mógłbym wymienić jeszcze kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt innych browarów. Po prostu jest tego za dużo. Nie ogarniam. Ba! Nie znam z nazwy nawet połowy nowo startujących przybytków. Za dużo musiałbym w sieci przesiadywać, a i procesorek już przecież nie taki jak kiedyś ;)
Jednakże, gdy Harpaganowskie Ezoteryczne Szuwary wjechały na salony, to nie mogłem przejść ot tak obojętnie. No po prostu się nie dało. Napaliłem się na to piwko, jak nauczyciel na podwyżkę. Nie wytrzymałem – musiałem zakupić.
Pomijam już zarąbistą etykietę i równie zarąbistą nazwę. U Harpaganów to przecież standard. Jednakże w środku czai się porter bałtycki! Imperialny. Z dodatkiem wiśni! Równo 24º Blg. To nie może się nie udać – pomyślałem. No to sprawdźmy, czy miałem rację. 


Jak to wygląda? Piana niska i skąpa. Samo piwo wygląda na czarne. Przynajmniej wydaje się takie przy żarówkowym oświetleniu i w dość szerokim pokalu.
Pierwszy łyk i musiałem zakląć z wrażenia (powiedziałem słowo na „k”). Jakaż ta wisienka jest wyczuwalna. Wyrazista, naturalna, delikatnie kwaskowa, chociaż chyba jednak bardziej słodkawa niż kwaskowa. Mimo, że jest wręcz namacalna, to nie dominuje. I dobrze, bo piwo oferuje też typowo porterowe klimaty. Mnóstwo czekolady deserowej, kakałka, prażonego słodu oraz ciemnego pieczywa polanego z lekka karmelem. Słodko, ale jakże przyjemnie. Nuta wiśniowa z czasem kojarzy mi się z powidłami, czy tam dżemem. W połączeniu z tą czekoladą ma się wrażenie konsumpcji jakiegoś słodkiego deseru. Najbardziej chyba zbliżone jest to do andrutów przekładanych owymi składnikami. Pychotka! Jakby tego było mało, tłem suną nienachalne suszone owoce, a także szczypta melasy, cukru kandyzowanego i prażonego słonecznika. Alkohol troszkę wyczuwalny, ale sumarycznie nieźle ułożony, dosyć szlachetny, w taki nalewkowy sposób. No pięknie to smakuje :D

wtorek, 2 kwietnia 2019

PIWO MIESIĄCA - MARZEC 2019



Marzec przeszedł już do historii, a ja mam dobrą wiadomość dla fanów, jak również włodarzy dwóch browarów. Miałem ciężki orzech do zgryzienia, który trunek pity w marcu uznać za najlepszy, za najbardziej wyrywający z kapci. Nie mniej jednak tytuł PIWO MIESIĄCA – MARZEC 2019 wręczam browarom Nepomucen i Widawa za piwo Dark Forest!!! :D


Chylę czoła za tak dobrze dopieszczone piwo. Macie u mnie wielki respect

Jak pisałem powyżej – wybrać to jedno najlepsze było mi niezwykle trudno. Aż trzy piwa dostały w marcu dziewiątkę! Mój wybór padł jednak na imperialny porter bałtycki z dodatkiem iglaków, bo to właśnie one kształtują bardzo specyficzny odbiór tego kooperacyjnego napitku. Gałązki sosny, świerku oraz jodły to bardzo słabo zbadany obszar w polskim piwowarstwie. Czynią one jednak dany trunek niebywale wyjątkowym, charakterystycznym i wysoce oryginalnym. Naprawdę doznania się niesamowite. Szczerze polecam, bo warto :)