poniedziałek, 29 maja 2017

PROJEKT VAGABUND z ANTYBROWARU



Jak obiecałem tak zrobiłem. Słowo się rzekło. Iście letnie temperatury (w końcu!) sprokurowały mnie, bym sięgnął po typowo letni napiwek. Taki, który wchodzi lepiej niż woda. Taki, który nie upija jedną butelką. Taki, który dobrze gasi pragnienie.
PROjekt Vagabund z Antybrowaru – bo o nim mowa – nadaje się do tych celów idealnie. Wszak to niemalże słynny kwaśny Berliner Weisse. Niemalże, bo nie ma tu w składzie bakterii kwasu mlekowego, a zamiast słodu pszenicznego są tylko płatki pszenne. No, ale nawiązanie jest. Nawet w nazwie. Vagabund to nowofalowy berliński browar założony przez trzech gości z USA, którzy to zechcieli nawiązać współpracę z naszym polski Antybrowarem.
Ów kwasior został okraszony płatkami dębowymi i suszonym hibiskusem. Kwiatami jak mniemam. Zacna to roślinka muszę przyznać. Herbatkę hibiskusową zawsze chętnie wypiję. Tak więc zapowiada się smacznie. 


Przelewam i oglądam. No hibiskus mocno zabarwił ten trunek. Piwo jest klarowne i wybitnie czerwone. Takie rubinowe bym powiedział. Pięknie się prezentuje. Piany nie generuje Bóg wie ile. Kołderka jest przeciętnych rozmiarów, puszysta, zwarta, drobna, umiarkowanie trwała.
W smaku jest rześko, owocowo, lekko kwaśno. Z pewnością do klasyków z tego gatunku mu trochę brakuje, choć nie powiem, bo kwasek jest wyraźnie wyczuwalny. Wyraźnie, jednak mordy nie wykręca jak niektóre kwachy, jakie piłem. Wysycenie jest średnie, ale patrząc na styl, to chyba troszkę brakuje mi tu tych bąbelków. Lekka podbudowa słodowa daje tu niewielką ilość ciała, ale to dobrze. Tak właśnie ma być. Hibiskus objawia się głównie w posmaku, dając charakterystyczną cierpkość. Kojarzy się on trochę z czerwonymi owocami, stąd moje skojarzenie, wymienione na początku tego akapitu. Coś jakby żurawina, czy niedojrzałe wiśnie. Daleko w tle majaczą echa kwaśnych cytryn. Nawet niezłe lekkie piwko. Pije się je szybko i bez oporów.

sobota, 27 maja 2017

TANATOS z BROWARU OLIMP



Pogoda wciąż robi sobie z nas podśmiechujki (bywają dni, kiedy jest ledwo 11°C), więc ja wciąż czekam na oficjalnie ‘otwarcie sezonu letniego’. Jak tylko przyjdzie prawdziwe ciepło wytoczę ciężkie działa… znaczy się lekkie. Lekkie piwa mam na myśli. Obiecuję. Póki co jednak zostaję w typowo zimowych klimatach. Dziś kolejny RIS… a cóż by innego. Wiem, że już pewnie rzygacie tymi kolejnymi reckami risów, ale nie będę ich przecież trzymać do następnej zimy! Trzeba je po prostu spijać… cóż człowiek nie wielbłąd, a pić musi ;)
Tanatos, to któryś tam już Russian Imperial Stout od Olimpu. Jest to Whisky RIS mili państwo. Nie chodzi tu rzecz jasna o miks piwa i popularnej łychy, lecz o RISa ze słodem wędzonym torfem w zasypie. Jeśli czytacie mnie na bieżąco, to pewnie wiecie, że klimaty torfowe to jest coś, co takie tygryski jak ja lubią najbardziej. Im bardziej piwo jest dojebane słodem whisky tym lepiej. Lepiej dla mnie ma się rozumieć ;D
Olimp jak to zwykle bywa i w tym przypadku dodał coś „od siebie” i  uwarzył trunek z pomysłem, z sercem, z rozmachem. W składzie mamy np. płatki owsiane, palony jęczmień, paloną pszenicę (!), czy cukier Muscovado. 


Tanatos – bóg i uosobienie śmierci, wygląda bardzo klasycznie. Piwo jest czarne jak…. jak nie wiem co, bo już mi się porównania skończyły. W każdym bądź razie jest to jedno z najczarniejszych piw jakie w życiu widziałem! Smoła to przy nim uboga krewna. Pianka też niczego sobie – może niewysoka, ale za to nader apetyczna, drobna, puszysta, beżowa w barwie. No i cholernie trwała. To co powstało przy nalewaniu praktycznie w ogóle nie znika!
Dziwne to, bo wysycenie jest bardzo niskie. Po dwóch łyczkach spojrzałem (dopiero) na ekstrakt. Łooo panie… toż to ma, aż 27°Blg! To dlatego jest takie gęste, takie lepkie, takie oleiste. Choć zapewne płatki owsiane też swoje zrobiły. Ależ to smaczne, ależ wyraziste, ależ charakterne, do bólu palone. Spalenizna, palone słody, palone zboża. Do tego sporo gorzkiej czekolady, mocnej kawy i gorzkiego kakao. Strasznie kawowo-czekoladowy jest ten Tanatos. Z tła dobiegają do mnie odgłosy torfu, dymu, cukru brązowego oraz karmelu. Torf występuje tu głównie w postaci podkładów kolejowych, smoły i asfaltu. Jako fan tego typu klimatów muszę jednak stwierdzić, że ich poziom jest bardzo przeciętny. Nie ma mowy o żadnej dominacji, lecz bardziej o uzupełnieniu całego profilu smakowego. Zapewne taki był zamysł piwowara. Alkohol jest znakomicie ułożony, ukryty. Co jedynie delikatnie rozgrzewa. Nic ponadto. Od początku do końca na języku osadza się też wyraźna, idealnie wyważona goryczka o przyjemnym kawowo-palonym charakterze. Wspaniale kontruje ona opasłe słodowe ciało. Strasznie smaczne i wielowątkowe piwo. Ciekawe jak wypadnie w teście nosowym?

czwartek, 25 maja 2017

NUCLEAR DISARMAMENT - RIS z solą morską i ostrygami



Kolejny risik na blogu (jeszcze kilka mam w zanadrzu). Nuclear Disarmament się zwie. Jego autorem jest Browar Bednary, czyli Rafał Łopusiński i spółka. Bardzo sympatyczny gościu muszę przyznać. Człowiek orkiestra. Jakby powiedziała moja babcia: „do tańca i do różańca”. Ale nie o różańcach miało być, a o piwie. 
Mój dzisiejszy specjał zostało sklasyfikowany jako Pacific Imperial Stout z dwóch powodów. Po pierwsze do piwa został dodany wywar z ostryg pacyficznych (zapewne ten sam, co w Osteroidzie – klasycznym Stoucie ostrygowym). Po drugie jako dodatek do tanku powędrowała sól morska. Ale nie byle jaka sól. Jest to tzw. kwiat soli zbierany ręcznie raz w roku, wiosną na terenach parku narodowego we Francji. Mówi się na nią kawior wśród soli morskiej. Taka sytuacja. Postarali się w tych Bednarach, nie ma co… Z tymi ostrygami też chłopaki nie idą na łatwiznę. Kupują żywe ostrygi i sami robią z nich wywar! Nie ma chodzenia na skróty. Do pełni rzemiosła brakuje jeszcze tylko osobistego połowu, ale to może w przyszłości ;) 


Czarne jak dupa nosorożca piwo pieni się dosyć słabo. Pierzynka jest nikła, ale drobna i puszysta. Posiada ładny, jasno brązowy odcień i szybko opada niestety. Nie nacieszysz się nią dłużej niż dwie minuty.
Piwo ma naprawdę fajną fakturę. Jest gęste (22°Plato) i takie kurna śliskie, gładziutkie i jedwabiste jak pupa niemowlęcia. Paloność jest wyraźna, ale nie jakaś powalająca. Słodycz zostaje podbita solidnym czekoladowym pierdolnięciem! Ufff… ależ to jest czekoladowe, pralinkowe. Pychotka! Jest słodko, owszem. Ciemne, lekko palone słody pełnią tutaj rolę drugoplanową, podobnie jak łagodne nuty kawy oraz kakao. Mam nawet wrażenie, że w posmaku do skóry dobiera nam się karmel. Tak, słodyczy to tu nie brakuje. Daleko w głębi majaczy garstka suszonych owoców, ale naprawdę są to ilości typowo symboliczne. Typowo słonych smaków tu raczej nie uświadczymy, choć na finiszu pojawia się pewna, acz niewielka mineralna nutka. Gdy się obliże wargi, to niby można wyczuć bardzo nieznaczną słoność, ale to wrażenie też jest bardzo ulotne. Kawowa goryczka jest strasznie nikła, niemal niezauważalna. Alko natomiast jest wyśmienicie ukryte, szacun. Ostryg niestety nie odnotowałem. Smaczne to jest, choć chyba nieco za słodkie.

wtorek, 23 maja 2017

MIŁOSŁAW DYMIONE BROWN ALE od FORTUNY


O moim refleksie leniwca pisałem w poprzednim poście, tak więc nie zamierzam się powtarzać. Dzisiaj kolejny dowód na to, że jestem dużo do tyłu. Sto lat za murzynami, czy jakoś tak ;)
Miłosław Dymione Brown Ale to trzeci wypust z serii Miłosław Warzy Śmiało. Obecnie w sklepach jest już czwarta pozycja, tak że ten tego… bez bluzgów i wytykania palcami proszę.
Śmiałym składnikiem są tutaj słody wędzone drewnem drzew owocowych, konkretnie gruszy, śliwy i jabłoni. Brzmi to dosyć rozsądnie trzeba przyznać, bo przecież czystej rasy krwi angielskie Brown Ale wieje nudą na kilometr. Nie przepadam za nimi, bo nic się w nich nie dzieje. Mam więc nadzieję, że dymienie wniesie tu coś ciekawszego niż to, co oferują nam wyspiarskie klasyki.
Cała ta seria piw od Fortuny robi nam się coraz ciekawsza. Oczywiście nie jest to żadne zagrożenie dla prawdziwych rzemieślników, ale śmiało może konkurować choćby z cyklem „Po Godzinach” od Ambera.


Cudnie to piwko wygląda w szkle. Śliczna brązowo-miedziana barwa pod światło mieni się przepięknym bursztynkiem. Do tego solidna czapa drobnej i puszystej pianki o jasno beżowym odcieniu, która utrzymuje się naprawdę długo. Krążkowanie także wysokich lotów. Firany są gęste i trwałe.
W rzeczy samej można się zachwycić tym piwem nawet go nie dotykając. Ja jednak zamierzam go dotknąć, posmakować. Biorę do dzioba. Wysycenie jest dość wysokie, zdecydowanie nie angielskie, choć mi osobiście to nie przeszkadza. W smaku czuć średnio pełne ciało oraz przeciętną treściwość. Dominują oczywiście akcenty słodowe o lekko opiekanym charakterze. Jest skórka chleba, tosty, opiekane słody, herbatniki i szczątkowy karmel. To wszystko owiane jest delikatnym muśnięciem chmielu typu ziołowego. Nad całym tym towarzystwem czuwa lekka i całkiem przyjemna goryczka – jest krótka, szlachetna, miękka. Robi co trzeba i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Czy w tym wszystkim jest jakaś wędzonka? No kurka rurka słaba, ale jest. Bardzo stonowana, wręcz homeopatyczna. Jak się nie wie czego szukać, to można nawet jej nie zauważyć. Nie mniej jednak piwo jest dość smaczne. Proste w swojej konstrukcji, poniekąd jednowymiarowe, ale pije się to ze smakiem.

niedziela, 21 maja 2017

RIS IN PEACE WINTER z ALEBROWARU



Jest! Mamy go! AleBrowar w końcu zaserwował nam RISa :) Jeden z najstarszych polskich rzemieślników w końcu dojrzał i dorobił się pełnoprawnego ruskiego stałta. Tak ściślej to piwo wyszło na rynek już pół roku temu, ale jeśli ma się refleks leniwca, to nie ma się co dziwić, że dopiero teraz go konsumuję.
Tak po prawdzie to RIS In Peace Winter to trunek, który zapoczątkował całą serię (chyba czterech) RISów od AleBrowaru. Każdy będzie przypadał na określoną porę roku i będzie zawierał jakiś dodatek.  Niedawno pojawiła się już edycja wiosenna z kwiatem czarnego bzu. Znając życie to poczytacie o niej za jakieś pół roku… ;p
Zimowa wersja RIS In Peace to dość specyficzny imperialny Stout. Ekipa AleBrowaru okrasiła go cynamonem, goździkami i skórką pomarańczy. Z założenia miał być to taki korzenny Stout, taki świąteczny. Piwo trafiło do sklepów w grudniu, więc założenia są jak najbardziej logiczne. Całość nachmielono oczywiście amerykańcami (w końcu to AleBrowar). Sprawdźmy zatem, czy udało się do butelki zapakować magię Świąt Bożego Narodzenia. 


Do wyglądu przyczepić się nie sposób. Piwo jest czarne jak smoła. Wieńczy je przeciętnych rozmiarów piana – ładna, beżowa, drobna, puszysta, umiarkowanie trwała. Lacing szałowy nie jest, ale coś tam się klei do ścianek.
Pijemy i szukamy przypraw. No, gęste to jest. Czuć ciało oraz pełnię. W końcu 24 ballingi, to nie kaszka z mleczkiem. Piwo jest wybitnie czekoladowe, lekko słodkawe ze stosunkowo delikatnie zaznaczoną goryczką. Czekolada deserowa oraz pralinki dobrze dogadują się tutaj z umiarkowanie palonymi słodami, gorzkim kakao, lekką kawą i subtelną spalenizną. Bardziej w głębi można dostrzec wspomniane przyprawy, wśród których prym wiedzie skórka pomarańczy. Cynamon jest mocno stonowany, zaś goździka to ja tu nie czuję wcale. Ani, ani. Z tła dobiegają nieśmiałe odgłosy dobrze wypieczonych tostów, chleba razowego, suszonych owoców (rodzynki i śliweczki węgierki) oraz niestety sosu sojowego. Nie ma go zbyt wiele, ale jednak. Piwo jest bardzo dobrze ułożone. Alkohol w zasadzie jest nieobecny. Pijąc zapominam, że ten potworek ma prawie dziesięć ‘voltów’. Smaczne, ale niekoniecznie odlotowe.

piątek, 19 maja 2017

PORTER BAŁTYCKI WĘDZONY 24° BOURBON BARREL AGED z WIDAWY



Kuźwa to już jest jakieś fatum normalnie! Ktoś mi zaczarował piwnicę! Trafiło mi się kolejne piwo po terminie i wiem, że mam co najmniej jeszcze jedno do wypicia z tym mankamentem…. ;p
No dobra, teraz już bez ‘jajec’. Lata mi to koła wacka, czy porter bałtycki jest tydzień, miesiąc, czy nawet pół roku po dacie ważności. Przynajmniej będzie pewność, że się ułożył, tak więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem (nad rozlanym porterem i owszem!).
Piłem już jednego „bałtyka” z Widawy i była to wersja podstawowa sztandarowego mocarza Wojtka Frączyka. Podstawowa, czyli leżakowana w stalowym tanku, czyli w sumie to nigdzie, znaczy się w niczym szczególnym. Dzisiaj jednak mam przed sobą prawdziwy rarytas, prawdziwą perełkę, cymes przez wszystkich zgodnie uważany za jednego z najlepszych krajowych przedstawicieli gatunku. Porter Bałtycki Wędzony 24° Bourbon Barrel Aged – zdobywca między innymi tytułu Kraft Roku 2015 oraz brązu w stylu porter bałtycki w KPR 2016. Na popularnym rejtbirze zajmuje obecnie wysokie siódme miejsce wśród Baltic Porter, a był czas, gdy był na piątym… 


Specjał z Widawy ma iście królewską prezencję. Piwo jest prawie zupełnie czarne i nieprzejrzyste. Ale najlepsza jest tu piana – bardzo obfita, drobna, cholernie trwała i puszysta o pięknej beżowej barwie. Opada długo, lekko znacząc szkło.
Smak to prawdziwa poezja. Uczta dla zmysłów. Uczta dla całego ciała. Piwo jest przyjemnie gładkie, miękkie w odbiorze, dość gęste, zaokrąglone i lekko oleiste. Fajnie oblepia błony śluzowe w ustach i przełyku. Jest raczej bardziej słodkie, aniżeli gorzkie, ale to przecież porter bałtycki, a nie RIS. Łagodna, acz wyczuwalna kawa ze śmietanką, mlecza czekolada, wanilia (od beczki), drogie pralinki, umiarkowanie palone słody, przypalony karmel, toffi, cukier kandyzowany…, no jest tego w pytę! Z tła mrugają delikatne nuty suszonych owoców, głównie rodzynek, daktyli oraz fig (figów?). Akcenty beczkowe – poza wyraźną wanilią – są niezbyt wyostrzone. Dębina i Bourbon zostały zepchnięte do głębokiej defensywy, co jednak nie oznacza, że ich tu nie ma. Całość oczywiście spięta jest subtelną wędzonką typu ogniskowego, bo to przecież jest wędzony porterek :D Alkohol zupełnie nieobecny! Totalnie go nie czuć. Okropelnie pięknie to smakuje. Cudownie, bosko, niepowtarzalnie. Kuboty same spadają z nóg ;)

środa, 17 maja 2017

THE GRAVEDIGGER BLEND z BROKREACJI



Po raz trzeci w ostatnim czasie sięgam po przeterminowane piwo… Nie celowo oczywiście. Po prostu nie zawsze zwracam uwagę na datę ważności, choć zazwyczaj staram się jej pilnować. Tym razem jednak nie wyszło. Zonk.
Całe szczęście, że nie są to jakieś rześkie Pilsy, czy inne Witbiery. Mocarnym trunkom kilka tygodni/miesięcy dłuższego pobytu w zimnej piwnicy z pewnością nie zaszkodzi (a wręcz pomoże). Nie inaczej jest z dzisiejszym trunkiem. Słynnym Grabarzem z Brokreacji w wersji Blend. Tych wersji było już całkiem sporo… The Gravedigger leżakowany w beczce po Whisky, po Brandy, po czerwonym winie, leżakowany z płatkami dębowymi i pewnie jeszcze coś, co mi umknęło. Blend tak dla formalności jest mieszanką trzech pierwszych wymienionych. Przyznacie, że w teorii brzmi to cholernie intrygująco i ciekawie.
Wersję podstawową już piłem jakiś czas temu. Piwo urwało mi wówczas wszystko, co było do urwania. Piwo ideał… 10/10! Od tamtej pory zamiast papy, mam blachodachówkę na chałupie. Taka sytuacja ;p


Otwieram i przelewam. O wyglądzie nie ma co rozpisywać, bo nie po to wydałem tyle hajsu, żeby gapić się na piwo. Jest totalna czerń, jest ładna beżowa i dość wysoka piana. Tyle Wam wystarczy.
Smakujemy. Piwo jest niesamowicie gęste, gładkie i treściwe. Mocna kawa bez cukru i sowita paloność atakują nas znienacka, by po dłuższej chwili płynnie przeistoczyć się w konkretnie palone słody, gorzkie kakao i prawdziwą gorzką czekoladę, którą czuć w nieskończoność. Bardzo esencjonalny jest to trunek. Szalenie wyrazisty i dobrze ułożony. Z tła dobiegają do mnie odgłosy suszonej śliwki, czarnej porzeczki i rodzynek. Pychotka! Chyba czuję także nieśmiałe akcenty czerwonego wina, choć jest to poziom naprawdę iluzoryczny. Ale to jeszcze nie wszystko. Znajdzie się tu również chmiel, ślady dębiny i waniliny w posmaku. Beczki zrobiły robotę. W to wszystko swoje trzy grosze (a może nawet pięć) wtrąca mocna i bardzo wyrazista goryczka o nieco taninicznym zacięciu. Jak Cię już dopadnie, to trzyma za gardło do samego końca. Posiada ona chmielowo-ziołowo-palony profil. Trochę zalega, ale nie jest najgorzej w tej kwestii. Alkohol został bardzo dobrze ukryty. Nic nie piecze, nie pali, nie drażni. Lekko grzeje w przełyku i nic ponadto. Kurde wszystko jest tu takie konkretne (poza tym czerwonym winem), takie mocarne, charakterne. Nie jest zrobione na pół gwizdka, na odwal się. Każdy nawet najmniejszy łyk, to olbrzymia garść smaków. Piękna sprawa :)

sobota, 13 maja 2017

LODZIARZ - Wymrażany Wheat Wine z Browaru Spółdzielczego



Równo dwa dni temu zawitał do mnie Lodziarz. Szkoda, że nie lodziara…, ale darowanemu koniowi sami wiecie czego się nie robi ;) Poza tym, ciekawe co by na to powiedziała moja żona?
Lodziarz to kolejne, trzecie już wymrażane piwo z Browaru Spółdzielczego (pierwsze dwa to Lodołamacz oraz Królowa Lodu). Widać, że w Pucku pokochali ten „sport” na dobre, a ich cechą rozpoznawczą ma być właśnie seria piw wymrażanych. Po pierwszych dwóch sądzę, iż bez obaw można sobie zęby ostrzyć na każde kolejne piwo z tego cyklu.
Lodziarz to wymrażane Wheat Wine, czyli takie Barley Wine, tylko że z dodatkiem słodu pszenicznego. Oczywiście nie jest to pierwsze tego typu piwo w Polsce, ale trzeba przyznać, że jak dotąd bardzo mało browarów zdecydowało się na taki krok. No, a Browar Spółdzielczy może pochwalić się obecnie już drugim ‘winem pszenicznym’! (pamiętacie Kotwiczne?). Barli łajnów jest u nas od cholery, a łit łajnów wciąż nieproporcjonalnie mało. Zdecydowanie zbyt mało.
Butelka ma inny kształt niż poprzednio, ale etykieta na szczęście została utrzymana w dotychczasowej, super ekstra odlotowej konwencji. Sztosik jak się patrzy :D Ten oczojebny różowy kolor może nie za specjalnie tu pasuje, ale pal licho. Niech im będzie… Etykieta zrobiona z materiału i wyhaftowana srebrną nicią – to info dla sklerotyków lub zupełnie świeżutkich kraftopijców, co dopiero wczoraj przestali żłopać Tyskie ;) 


Piwo jest wyraźnie mętne, ciemno miedziane, w zasadzie to chyba nawet takie brunatne poniekąd. Piany brak, podobnie jak wysycenia.
W smaku czuć, że to prawdziwy mocarz, nielichy zawodnik. Ciecz jest gęsta i lepka jak Lotos Mineralny, czy inny Castrol. Tego się nie pije – to się sączy! Płyn leniwie przeciska się między zębami, by z wolna sączyć się w dół przełyku. Totalnie oblepia wszystko co napotka na swojej drodze. Coś niesamowitego. Istny syrop. Likier jakiś. Czuć opiekaną słodowość, ogrom karmelu i cukru kandyzowanego. Tłem suną tosty, przypieczona skórka chleba, zioła oraz przyjemnie rozgrzewające akcenty miodowe. Początkowo sądziłem, że będzie strasznie słodko, lecz finisz nie jest jednak zbyt słodki za sprawą ziołowo-chmielowej goryczki, która dosyć nieźle wywiązuje się ze swej roli. Goryczka wchodzi z buta – nagle i niespodziewanie, w zasadzie nie zalega. Jest krótka i całkiem przyjemna. Alkohol jest świetnie ułożony, szlachetny. Nic nas tu nie gryzie, nie piecze, nie pali. Co jedynie lekko grzeje od środka. Smaczne to jest. Idealne na długie zimowe wieczory przy kominku i fajnym filmie (ale to dopiero za minimum pół roku).

czwartek, 11 maja 2017

THE BLOGGER 2016 - Wspólne piwo blogerów piwnych


Źle się dzieje. Nie ogarniam już tego wszystkiego. Kupuję więcej piw niż konsumuję. Zalega mi to wszystko w piwnicy i zaczynam tracić nad tym kontrolę. Dopiero co wygrzebałem barli łajno z Podgórza po terminie, a dziś powtórka. Całe szczęście, że obydwa trunki do lekkich nie należą, a termin tego dzisiejszego minął ledwo dwa dni temu. Zatem wystarczy, że poluzuję trochę gumę w majtach i będę żyć dalej.
No właśnie, dzisiejsze piwo. The Blogger 2016 – to coś o mnie, coś dla mnie. Dla nas, blogierów piwnych ;) Inicjatywa Jurka Gibadło z blogu Jerry Brewery. Uwarzono to w zeszłym roku w Szczyrzycu pod logiem Brokreacji, a autorem receptury byli…. blogerzy piwni. W internetowej ankiecie wybierali składniki, to tego piwa. No, ja akurat nie brałem w tym udziału, ale sporo osób maczało palce w tym dziwnym napitku. Cóż jest w tej butelce? Naprawdę ciężko to wyjaśnić, więc skupcie się. Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale….eeeee.. macarena!!! ;p Poniosło tych blogierów. Naprawdę.
A teraz po polsku. Jest to mocny, żytni, wędzony wiśnią ejl (piwo górnej fermentacji) z dodatkiem czerwonego pieprzu i płatków drewna wiśniowego… Aaaa, trzeba było tak od razu mówić Piotrek! ;)


Piwo już swoje odstało w czeluściach mojego bejsmentu, ale wciąż jest mętne jak cholera (nie wstrząsałem). Mętne, ciemno złote, może nawet odrobinę pomarańczowe w barwie. Piana biała, wysoka, drobna i sztywna. Trwała jak stare poniemieckie bunkry. Opada naprawdę w żółwim tempie solidnie brudząc szkło.
Biorę do dzioba. Pierwsze co muszę powiedzieć to, że piwo nie jest zepsute, ani chyba nawet utlenione (very najs). Smakuje dobrze, trochę owocowo, lekko słodowo, trochę też chmielowo. Jest chlebowa słodowość o niezbyt narzucającym się charakterze. Jest przyjemnie rześka owocowość – głównie wskazałbym tutaj na brzoskwinie, morele, pomarańcze oraz gruszki. Nieco z tyłu błąka się lekka chmielowo-ziołowa nutka, a na finiszu na wierzch wyłazi bardzo delikatne pieczenie od pieprzu czerwonego. W posmaku majaczy coś drewnianego, to pewnie te płatki z wiśni. Nie mniej jednak jest to strasznie niski poziom, niemal na granicy autosugestii. Wędzonki natomiast nikt nie jest w stanie mi wmówić! Nie czuję tu ani krzty dymu, czy wędzenia. Zero, nul. Goryczka jest raczej niewielka, ziołowo-chmielowa. Sumarycznie bardzo szlachetna, krótka, gładka i przyjemna. Wysycenie jest średnie, jak dla mnie optymalne. Hen, hen daleko pobrzmiewa mi tu coś jeszcze… jakby delikatne przyprawy w stylu belgijskim (to pewnie od drożdży). W ogóle całe piwo bardzo kojarzy mi się z jakimiś ‘belgami” typu Belgian Golden Strong Ale.

wtorek, 9 maja 2017

BURGUNDOWY ŁOWCA z BROWARU PODGÓRZ



Pamiętacie jeszcze Barley Wine z Podgórza? Burgundowy Łowca się zwie i przez to trochę  mi się kojarzy z lidlowskim Argusem Łowczym niestety… Piwko już dość stare, ale ja jakoś nie miałem jak dotąd natchnienia, by się z nim zmierzyć. Ostatnio patrzę, a tam data ważności minęła już dawno temu, więc w końcu uznałem, że to już czas. Swoja drogą była bardzo krótka, bo jedynie trzy miesiące, a tak poza tym przy takich mocarzach, termin przydatności nie ma aż takiego znaczenia. Zwłaszcza jeśli trunek stoi w ciemnym i chłodnym miejscu, a tak było w moim przypadku :)
Z tego co zdążyłem się zorientować, to kiedyś to piwo miało trochę inne parametry (nie mówiąc już o etykiecie). Mamy więc tutaj dopracowanie receptury, za co moje ukłony wędrują w stronę piwowara Łukasza Jajecznicy. Oby grzebanie w recepturze przyniosło wymierne efekty. Z etykiety dowiedziałem się, że piwo było leżakowane z płatkami dębowymi, za co po raz drugi chylę czoła.


Burgundowy Łowca tylko z nazwy jest burgundowy. W rzeczywistości do burgundu mu daleko, tak samo jak mnie do tytułu księcia Walii (zdjęcie jest przekłamane). Piwo jest lekko mętne, a jego kolor przypomina dość bladą herbatę lub niektóre gatunki miodu. O pianie nie będę nawet wspominał, bo była żałośnie niska i nietrwała. Po co mam se nerwy targać? Zapominamy o piance i przechodzimy od razu do meritum.
Biorę łyczek, potem drugi…łoo kuźwa jakie to słodkie!!! Może to faktycznie jest miód, a nie piwo?! Cholernie słodki ulepek. Olbrzymia słodowość, miód, biszkopty, herbatniki oraz jasne pieczywo. Całość polana oczywiście obfitą ilością karmelu. Słodkiego jak miód karmelu. Zaczynam się zastanawiać na ile jest to efekt utlenienia, a na ile samej receptury? Czy możliwe jest, żeby po pół roku piwo, aż tak się postarzało? Gdzieś hen daleko mamroczą nieśmiałe akcenty drewna, wnoszą one jednak stosunkowo niewiele. Goryczka jest naprawdę znikoma, prawie że nieobecna. Powiedzmy, że reprezentuje ona poziom piwa Dębowe Mocne, czy jakiegoś innego koncernowego strong lagera. Kurcze nie ma tu totalnej tragedii, ale strasznie wolno się to pije… Strasznie ciężko wchodzi. Plus natomiast należy się za nieźle ukryty etanol. Praktycznie nic nie czuć tego woltażu.

niedziela, 7 maja 2017

Majówka w Pałacyku Łąkomin... z piwem w tle



W tym roku majówkowa pogoda zbytnio nas nie rozpieszczała. Temperatury były co najwyżej umiarkowane, a kto miał pecha, to i nawet trafił na majowy deszczyk… Nie przeszkodziło mi to jednak ruszyć dupę  z domu, trochę odetchnąć innym powietrzem, a przy okazji spalić kilkadziesiąt litrów ropy w mojej beemce ;)
Wypoczynek wspólnie z małżonką uskuteczniałem w Pałacyku Łąkomin, położonym na totalnym odludziu, wśród lasów i borów, trochę na zachód od Gorzowa Wielkopolskiego. Psy tam niby dupami nie szczekają, ale dość powiedzieć, że asfalt kończy się kilometr wcześniej, a zasięg w telefonie miałem tylko na zewnątrz i to jeszcze słaby. W sumie idealne miejsce, aby się odciąć od cywilizacji, znajomych, czy natrętnego szefa z korpo, który nawet w weekend majowy nie daje nam spokoju. Pełno tu zieleni, starych drzew, krzewów, jest też urokliwy staw, a w pobliskim lesie można odnaleźć stary poniemiecki cmentarz.

Źródło: Pałacyk Łąkomin
 Pałacyk Łąkomin to kompleks składający się z kilku budynków. Głównym wabikiem na klientów jest zabytkowy XIX-wieczny pałacyk myśliwski oraz budynek określany jako „stary młyn”. Prócz kimania mają tam w ofercie jeszcze SPA i… piwo z własnego browaru. Wbrew pozorom nie jest to jednak typowy browar restauracyjny, bowiem wyszynk piwa znajduje się w zupełnie innym budynku niż warzelnia. Aha, atrakcją dla najmłodszych jest zagroda z bażantami, kozami, danielami i świniodzikami… Też byłem w szoku, że istnieje coś takiego jak krzyżówka świni i dzika :o
No, ale nie o dzikach miał być ten tekst, a o browarze w sumie. Browar Pałacyk Łąkomin mieści się w piwnicach wspomnianego pałacyku (już teraz wiem, jakie to uczucie spać tuż nad browarem). Piwowarem jest tam znany w środowisku Adam Śmiglak, który jest też jednocześnie współwłaścicielem całego kompleksu. Niekiedy przy warzeniu pomaga mu jego brat Krzysztof. Adama nie znałem dotąd osobiście, ale teraz już wiem, że to bardzo skromny i pracowity człek, który cały czas skupia się na dopracowywaniu swoich receptur. Jego domeną są mocne piwa, stąd w ofercie browaru nie brakuje takich mocarzy jak porter bałtycki, Barley Wine, RIS, Doppelbock, czy FES. Adam stawia bardziej na klasykę, niż jakieś wynalazki z dziwnymi dodatkami sprowadzanymi z drugiego końca świata. Do swoich piw w zasadzie nie stosuje żadnych przypraw, czy domieszek. Wszystko oparte jest tylko na słodzie, wodzie, chmielu i drożdżach. Ale bez obaw – piwowar Łąkomina nie stroni od nowej fali, o czym świadczy American Barley Wine, American Wheat, czy APA. Coś dla zwykłych śmiertelników też się znajdzie – choćby klasyczny Pils.

Browar Pałacyk Łąkomin odkąd tylko powstał słynął z tego, że był najmniejszym w Polsce komercyjnym browarem (warzelnia o wybiciu zaledwie 0,9hl), a jego piw nie można było nigdzie kupić poza Łąkominem. Na przełomie 2016 i 2017 roku browar został rozbudowany, głównie z myślą o dystrybucji piw w inne zakątki kraju. Zakupiono nową warzelnię o wybiciu 7,5 hektolitrów oraz dwa nowe tankofermentory o pojemności 15hl każdy. Trzeba dodać, że cała instalacja jest autorskim pomysłem Adama, który po prostu rozrysował projekt i zlecił jego wykonanie jakiejś firmie. Nawet śrutownik z drewnianym zbiornikiem na słód jest konstrukcji ‘hand made’. Nie wiem, być może wciąż jest to najmniejszy browar w Polsce, ale jego moce produkcyjne od nowego roku wzrosły ponad ośmiokrotnie! Niestety wciąż wąskim gardłem browaru są wspomniane tanki leżakowo-fermentacyjne w liczbie dwóch. Z tego powodu w jednym czasie mogą fermentować tutaj tylko dwa piwa.
Podczas wizyty w piwnicach pałacyku Adam mógł poczęstować mnie zatem tylko jednym piwem, a był to FES o nazwie Leśny Krecik. Smaczny był to wywar. Zresztą przekonałem się o tym już ponad rok temu, pijąc wersję butelkową na blogu. Był to wówczas mój pierwszy i jak do tej pory ostatni kontakt z piwami z Łąkomina (Adam wysłał mi paczkę z pięcioma trunkami). Już wtedy przekonałem się jak wysoki poziom prezentują warzone tam piwa. 

piątek, 5 maja 2017

MENTOR z BROWARU RECRAFT



Ach… długo czekałem z tym piwem na jakąś specjalną okazję. Wiecie, może jakiś jubileusz, jakieś wielkie piwne święto na blogu, jakieś naprawdę zacne wydarzenie, milion wyświetleń,  okrągła liczba degustacji, czy cuś. Piwo stało i stało. Czekało cierpliwie, a ja przy jakiejś większej okazji zawsze mówiłem, że jeszcze nie teraz i sięgałem po inne sztosy. W końcu zdałem sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to będę (ze względu na wiek) je musiał zdegustować w ramach cyklu „Moja Piwniczka”! Mając dwie sztuki byłoby to z mojej strony wielce niestosowne. 


Mentor z Browaru ReCraft – bo o nim mowa – pojawił się na rynku niemal rok temu. Mocno szokował swoją ceną, choć trzeba mieć na uwadze, że było to jeszcze przed „Imperium Prunum Gate”. Fakt faktem, że wówczas było to jedno z najdroższych polskich piw! Mój portfel do dzisiaj pamięta ten dzień….
Mentor to ichni porter bałtycki o bardzo prawilnych parametrach (8,9% alko, 22°Plato). Nie o parametry tu jednak chodzi, a o opakowanie, które z pewnością miało być głównym wabikiem na klientów i jednocześnie wytłumaczeniem bardzo wysokiej ceny. Mała (375ml), strasznie stylowa buteleczka, lak, ekskluzywna zawieszka (pieczęć) na sznurku, no i to jakże eleganckie kartonowo-plastikowe pudełeczko z pewnością wyróżniają to piwo na półce. Od razy mamy świadomość, że nie jest to pierwszy lepszy trunek. Świętochłowicki ReCraft daje nam tym samym do zrozumienia, że oto mamy przed sobą prawdziwego sztosa. Trzeba też mieć na uwadze, że piwo dojrzewało w browarze przez 10 miesięcy, co jest jednym z najdłuższych wyników w tym aspekcie. Za taki zabieg już na wstępie muszę dać spore propsy :)


Mentor prezentuje się dosyć zwyczajnie. Ciemno brunatna, niemal czarna barwa została przystrojona średnio obfitą kołderką drobnej i beżowej piany. Jej trwałość jest przeciętna, po kilku minutach następuje redukcja do symbolicznego kożuszka. Lejsing słabiutki, więc o fajerwerkach nie może być mowy.
W smaku czuć, że nie jest to żadna świeżyzna. Czas zrobił tu swoje, dając nam piwo totalnie ułożone, gładkie i bardzo grzeczne. Na wierzch wyszły suszone owoce, głównie śliwka, figi i rodzynki, z czego moja mordka się bardzo cieszy. Owoce mieszają się z przyjemną czekoladą deserową, prażonymi słodami i smaczną zbożówką (kawą zbożową dla niekumatych). Jest słodkawo i wyraźnie deserowo. Delikatnie palona goryczka cechuje się raczej niewielką mocą, ale jej charakter jest typowo szlachetny. Nic tu nie zalega, nie drażni, nie piecze. Alkohol w zasadzie jest nieobecny, co zresztą było do odgadnięcia. W tle można odnaleźć ciemne pieczywo razowe, przypieczoną skórkę chleba,  a nawet odrobinę lukrecji i sosu sojowego (utlenienie jest wyraźne). Dość smaczne to jest, ale wielce dalekie od urywania czegokolwiek. Półki aż uginają się od podobnych jakościowo porterów.

środa, 3 maja 2017

PIWO MIESIĄCA - KWIECIEŃ 2017




Jak tam? Wytrzeźwieliście już po długim łykendzie? ;p No niestety powoli trzeba wracać do szarej rzeczywistości, do domowych obowiązków, do bloga…
Kurde mam sporą zagwozdkę. To chyba mój najtrudniejszy wybór Piwa Miesiąca! Żadne piwo w kwietniu nie zerwało mi papy z dachu (sprawdzałem nawet na stodole), ale z drugiej strony patrząc trafiło mi się kilka bardzo dobrych trunków. No i to właśnie spośród tego zaplecza musiałem coś wybrać, coś wyróżnić.
Wybór naprawdę nie był łatwy. Koniec końców moja rozkminka, co do PIWA MIESIĄCA ograniczyła się do dwóch wyrobów. Dwóch totalnie różnych od siebie piw – jasnego i ciemnego. Tym razem zwycięsko z tego pojedynku wyszło piwo jasne, a jest nim KISS THE BEAST vol. 2kooperacyjne dzieło AleBrowaru i Birbanta!!! :)



Gratuluję obu ekipom tego tytułu! Zwycięską walkę stoczyli z Porterem Podbitym Śliwką z Jabłonowa. 
Rzeczona Ultra IPA kładzie na łopatki swoim okrutnie wyrazistym i urzekającym aromatem. Pełno tu owoców, żywicy, lasu i słodowości rzecz jasna. W smaku daje o sobie znać mocarna goryczka, wszak przy tym stylu piwowarzy nie znają słowa „litość”. Piwo jest naprawdę smaczne, znakomicie ułożone, wielowątkowe i bogate w doznania. Może ma jakieś drobne i mało znaczące mankamenty, ale całościowo wypada bardzo dobrze.