czwartek, 31 maja 2018

"P" jak Piwna Rewolucja w wykonaniu Browaru Tenczynek



Boże Ciało w maju? Why not. Ważne, że w pracy wolne :)
Z procesji się wróciło, no to można już zatem jakieś piwko wychylić, a przy okazji napisać o nim ze dwa zdania (no dobra, ze sto zdań). Jako, że na blogu trwa „Tydzień z Browarem Tenczynek”, to mój wybór będzie oczywistością.
Po trzech piwach z Kolekcji Klasycznej Browaru Tenczynek (w sumie jest ich pięć) sięgam po serię „P” jak Piwna Rewolucja. Są to autorskie wersje nowofalowych stylów wg piwowara Sebastiana Jabłońskiego. Tu również pojawią się trzy napitki, ale w tym wypadku więcej rodzajów piw po prostu browar jeszcze nie wyprodukował. Ponoć czwarte jest na etapie tworzenia.
Piwną Rewolucję z Tenczynka zaczynam eksplorować od kraftowej klasyki, czyli stylu IPA (w domyśle American IPA rzecz jasna). Nazwa na etykiecie jest niejako myląca, by nie powiedzieć niefortunna. Można to bowiem odczytać jako PIPA, czyli Polish IPA. Tymczasem jak już wiemy użyto tutaj jankeskich odmian chmielu, no i niemieckiego Magnum dla goryczki jak sądzę.
Po kilku przeczytanych recenzjach wiem już czego się spodziewać po tym piwie. Tak więc nic już mnie nie powinno zdziwić. Ale gdybym wcześniej odciął się od świata i nic o nim nie czytał, to zapewne miałbym na twarzy niezłe ‘zdziwko’. 


Mamy tu bowiem starą szkołę jeśli chodzi o AIPA. Taki typowy East Coast można rzec. Coś jak kultowy Atak Chmielu, tego typu klimaty. Już sam wygląd mówi nam co jest grane – w szkle ląduje bursztynowo-miedziana ciecz. Ładna dla oka, pod światło mieniąca się ślicznym czerwonawym kolorkiem. Przykryte jest to jednak niezbyt urodziwą kołderką piany, która nie jest szczególnie obfita, a tym bardziej drobna, czy długowieczna. Cóż, życie.
O dziwo w smaku nie ma przesadnej słodyczy, a i samego karmelu w sumie też nie jest tak dużo. Niezbyt nachalny karmel fajnie się tutaj dogaduje z melanoidami, świeżym zbożem i chlebową słodowością. Wtórują im nader sympatyczne owoce, głównie tropiki, choć nieco z boku czai się też taka specyficzna nuta polskich czerwonych owoców (coś jak w Red IPA). Drugi plan to już bardziej żywiczne, cytrusowe i leśne klimaty z fajnym ziołowo-iglastym finiszem. Całość zwieńczona została nienachalną, ale dość wyraźną goryczką, która jest dosyć skuteczna muszę przyznać. Krótka, szlachetna i skuteczna. Dobrze kontruje słodowe ciało. Ilość bąbelków gazu nie specjalnie wysoka. Powiedziałbym nawet, że dość niska jak na ten styl. Dzięki temu piwo jest takie krągłe, nieco śliskie i gładkie na podniebieniu. Nie powiem, bo fajnie się to pije. Smaczne, choć raczej nie odkrywcze. Stara szkoła, którą nie każdy lubi. Ja jednak nie mam nic przeciwko.

środa, 30 maja 2018

Jasny Lager na przykładzie Browaru Tenczynek



Tydzień z Browarem Tenczynek trwa w najlepsze. Po nadzwyczaj smacznym i udanym Pilsie oraz dosyć przeciętnym koźlaku, przyszedł czas na… Lagera. Oczywiście dwa poprzednie to też lagery, ale to piwo po prostu się tak nazywa. Chodzi tu oczywiście o zwykłego, jasnego lagera. Dokładnie takiego samego, co trzepią koncerny w setkach tysięcy hektolitrów miesięcznie/tygodniowo/dziennie (niepotrzebne skreślić). Tylko, że ten mam nadzieję będzie o niebo lepszy.
Cóż taki beergeek jak ja może wymagać od takiego zwyczajnego i z pozoru mało ciekawego piwa? W sumie niewiele można od niego wymagać. Ma być pijalne, ma być rześkie, odpowiednio zbalansowane, odpowiednio wysycone, z lekką, ale przyjemną goryczką. Czy ja, aby przypadkiem w tym momencie zupełnie niechcący nie napisałem recenzji tego piwa? 


W sumie napisałem. Wszystko powyższe się zgadza. Tenczynek Lager to nader wzorcowe piwo. Bardzo smaczne, przyjemnie rześkie, łagodne w odbiorze. Lekko chlebowa słodowość nad wyraz fajnie komponuje się z niewielkimi, ale wyczuwalnymi niuansami trawiasto-ziołowego chmielu. Polskiego chmielu trzeba dodać. W Tenczynku jak widać są bardzo patriotyczni, użyli wyłącznie Marynki i Lubelskiego. Piwo jest niemiłosiernie pijalne, półpełne w smaku, ale tak właśnie ma być. Ilość bąbelków jak mówiłem, też się zgadza. Goryczka jest znikoma, ale cholernie szlachetna. Do takiego piwa powiedziałbym, że wystarczy. Trunek nie jest za słodki, a o to w sumie chodzi. Naprawdę świetnie się to pije. Jestem pod dużym wrażeniem!
W zapachu jest bardzo podobnie, więc oszczędzę Wam cennego czasu, a sobie daremnego stukania w klawiaturę. Powiem tylko, że w aromacie słodowa strona zdecydowanie bardziej dominuje nad chmielowymi naleciałościami. Mimo to piwo pachnie świeżo, przyjemnie i wystarczająco intensywnie, by nabrać na nie ochoty.

wtorek, 29 maja 2018

TENCZYNEK BOCK - dość wyjątkowy koźlak



Oj ciężki to będzie tydzień. Ciężki pod względem logistycznym, bo przecież cały czas chodzę do pracy (z wyjątkiem czwartku rzecz jasna) i nie zawsze mam czas na pisanie recenzji i degustację. No, ale czego się nie robi dla bloga prawda? ;)
Drugim z kolei piwem z Browaru Tenczynek jest u mnie Bock, czyli tradycyjny koźlak, należący do Klasycznej Kolekcji. O stylu nie ma się co rozpisywać, bo jest to coś, co każdy piwosz zapewne dobrze zna, a przynajmniej powinien znać. Skupmy się zatem na opakowaniu.
Etykiety Kolekcji Klasycznej nie są może jakieś rewelacyjne, ale z drugiej też strony nie są przesadnie brzydkie. Mamy tu całkiem sporo przydatnych informacji. Jest pełny skład, wartość IBU, obszerny opis tego co w butelce, info o food pairingu, a nawet imię i nazwisko piwowara. Szanuję.
Osobiście koźlaki odbieram bardzo pozytywnie. Swego czasu, a było to jeszcze sporo przed erą piwnej rewolucji, były to piwa, którymi się wprost zachwycałem. Półciemna barwa, od groma melanoidów, spory ekstrakt – to było coś. Teraz, po spróbowaniu setek imperialnych Stoutów, setek porterów bałtyckich i kilkudziesięciu innych mocarzy, wiem gdzie jest miejsce takiego koźlaka. Ale spokojnie – wciąż potrafię docenić dobre piwo w tym stylu.


Otwieram i cykam kilka beznadziejnych fotek, by wybrać właśnie tą najgorszą. Przelewam, a tu zdziwko. Piwo jest bardzo ciemne, nawet jak na koziołka. Ciemno brązowe, takie brunatne właściwie (na zdjęciu nawet czarne wyszło). Dopiero pod światło mieni się odcieniami miedzi. Ciecz została przyzdobiona dość pokaźną czapą piany w kolorze ecru. Niestety piana początkowo zbita i drobna, szybko się dziurawi i opada szybciej niżbym tego sobie życzył.
Przyznam się bez bicia, że bardzo dawno nie piłem koźlaka, ale teraz już wiem, że tak naprawdę niewiele straciłem. Oczywiście Tenczynek Bock złym piwem nie jest. Co to, to nie. Jest zdecydowanie poprawny, może nawet i w miarę smaczny, ale sprawia jakieś takie niewyraźne wrażenie. A może ja po porostu zbyt wiele oczekuję? Mamy tu mnóstwo opiekanej słodowości, jakichś tostów, sporo skórki chleba, ciastek i ciasteczek. Nawet ociupinki kakałka można by się tu doszukać. Całość oczywiście spowita niewielką, acz wyczuwalną dozą karmelu. Co ciekawe piwo słodkie nie jest. Swoją obecność bowiem zaznacza bardzo przyjemna chmielowa goryczka o deklarowanej wartości 32 IBU i ja w to wierzę. Jest to więcej niż styl przewiduje, ale kto bogatemu zabroni? Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to najmniej słodki Bock, jaki w życiu piłem. Niekoniecznie mi to pasuje, ale grymasić nie zamierzam. Dość dobre, choć nieco monotonne piwo. Spójrzmy co powiedzą moje nozdrza.

poniedziałek, 28 maja 2018

Tydzień z Browarem Tenczynek czas zacząć!



Jak wspominałem na fanpejdżu „Tydzień z Browarem Tenczynek” był tylko kwestią czasu.
Tak się akurat stało, że dzięki uprzejmości nowych właścicieli Tenczynka stałem się szczęśliwym posiadaczem sześciu piw z tejże warzelni (wielkie dzięki). A co lepszego mogłem zrobić z tyloma piwerkami, jeśli nie odkurzyć trochę zaniedbany ostatnio cykl „Tydzień z….”?
Od Marka Jakubiaka włości w Tenczynku odkupiła spółka Manufaktura Piwa, Wódki i Wina, która wiadomo jest w pewien sposób powiązana ze słynnym Januszem Palikotem. Tak więc z przymrużeniem oka można powiedzieć, że były poseł kupił browar od posła ;)
Za nowych właścicieli zmienił się zarówno sam design etykiet, jak i portfolio, które zostało podzielone na Kolekcję Klasyczną i Piwną Rewolucję. W tej pierwszej serii mamy obecnie pięć pozycji, a w drugiej trzy. W planach jest też seria „sztosów” i to właśnie jej jestem najbardziej ciekaw. No, ale póki co muszę zadowolić się tym, co jest.
Tydzień zaczynamy od tradycyjnego Pilsa. Od takiego piwa nie można zbyt wiele wymagać, ale z drugiej też strony nie od dziś wiadomo, że piwowarom ciężko jest uwarzyć dobrego Pilsa, bo trudno jest w nim ukryć potencjalne wady. Jak to mówią – po dobrym Pilsie poznasz kunszt piwowara (czy jakoś tak). 

 

Z butelki do szkła wędruje jasno złocisty strumyk. Piwo jest oczywiście idealnie klarowne, takie jak Duch Kraftu przykazał ;> Ciecz wieńczy bardzo pokaźnych rozmiarów piana. Bialutka jak śnieg, średnio pęcherzykowa i co najwyżej umiarkowanie żywotna. Dość ładnie lepi się do szkła, za co spory szacun.
Biorę do dzioba. Cmokam i mlaskam. Wszystko jest na miejscu. Nie mowy o nawet najmniejszej wadzie! Smaczny to napitek, odpowiednio zbalansowany, rześki jak na Pilsa przystało. Ilość gazu wręcz idealna – wysycenie jest średnie, drobne, perliste. Chlebowo-zbożowa słodowość świetnie dogaduje się tutaj z cholernie przyjemnym chmielowo-ziołowym sznytem. W tle pobrzmiewają echa świeżo ściętej trawy i zielonych liści tytoniu. Klasyka jak się patrzy. Diacetylu brak, mimo że w tym stylu jest on dozwolony. Goryczka (30 IBU) doskonale kontruje słodowe ciało. Jest w miarę wyrazista, ale raczej lokuje się w tych niższych przedziałach przewidzianych dla Pilsa. Zatwardziali Hop-headzi powiedzą, że przydałoby się trochę wincyj tego IBU. Ja w sumie mógłbym się pod tym podpisać, ale dla mnie ważniejsze, że goryczka jest krótka, cholernie dobrze ułożona, po prostu do bólu szlachetna. Można pić wiadrami.

sobota, 26 maja 2018

CHILL BEER Vermont Pale Ale od Kormorana


Uwaga! To nie jest żadne piwo z chili, jak myślą niektórzy. Chill, czyli skrót od chillout. Kapujecie? Browar Kormoran nieco namieszał swoim nazewnictwem, ale mam nadzieję, że tylko wybitnie nie kumaci byli w błędzie.
Oto nowość prosto od Kormorana. Chill Beer Vermont Pale Ale. W skrócie – Vermont APA. Zapewne nie jest to pierwsze polskie piwo w tym stylu, ale z pewnością jedno z niewielu. Chodzi tu oczywiście o połączenie mętności, soczkowatości i gładkości vermonta z lekkością i sesyjnością apki. Kormoran tym samym chciał zadbać o to, by np. po ciężkim dniu pracy uzupełnić elektrolity zajebiście pachnącym i zajebiście pijalnym piwem (w ilości większej niż jedno). Z takim właśnie zamysłem powstała seria piw o nazwie Chill Beer. Tak, to jest na razie pierwsze piwo z całej serii. Wszystkie mają być w przedziale 10-12,5º Plato. Zaiste zacny to pomyślunek. Ciekawe tylko na ile wystarczy im pasji i zamiłowania, bo jakoś ostatnio z Podróżami Kormorana nie jest za różowo. Kiedy będzie następne piwo z tego cyklu??? Nie wiadomo.
Szkoda, że nie podali tu pełnego składu, ale wiadomo chociaż, że za vermontowską fakturę ma odpowiadać słód pszeniczny, słód jęczmienny, płatki owsiane oraz płatki pszenne. Jak widać – na bogato. Zerknijmy zatem, cóż z tego wyszło. 


Do wyglądu zastrzeżeń nie mam prócz piany, która jest znikoma niczym polskie zasiłki. Piwo jest prawilnie mętne, soczkowate, pomarańczowo-złote w kolorze. Pięknie i apetycznie to wygląda.
Czuć, że to trunek oparty na amerykańcach, ale żebym zjadł na nim zęby, to bym nie powiedział. Bardziej jest to poziom lepszych koncernowych wyrobów nowofalowych niż topowych rzemieślniczych. Faktycznie piwo jest lekkie w odbiorze, bardzo gładkie, rześkie, cytrusowe z subtelnym kwaskiem i fajną, przyjemną goryczką na finiszu. Lupuliny nie zostają na podniebieniu, dzięki czemu możemy się cieszyć krótką, niezalegającą i bardzo szlachetną goryczką. Taką w sam raz, jak to się mówi. Prócz cytrusów moje receptory smaku odbierają jeszcze sygnały od niewielkich akcentów ziołowych, chmielowych i kwiatowych. Wszystko oczywiście w bardzo stonowanym wykonaniu, ale w końcu to APA, a nie IPA. Niuanse słodowe są tutaj mocno wycofane do defensywy, ale z drugiej strony dobrze się komponują z resztą towarzyszy. Odczucie soczystości jest w zasadzie bez zarzutu. Piwo nie przelatuje między zębami jak woda, ale z drugiej też strony zdajemy sobie sprawę, że ekstrakt jest raczej niski (12,5º Blg). Nie powiem, bo smaczne to jest, choć nie popadam w jakąś wielką euforię.

środa, 23 maja 2018

OKO W OKO - Kasztelan Pszeniczne vs Leżajsk Pszeniczne


No to lecimy z kolejną odsłoną porównań „Oko w Oko”. Wpisy z tej serii pojawiają się ostatnio dosyć często, ale nie ukrywam, że klikacie to całkiem nieźle, a i pomysłów też mi nie brakuje. Choć z drugiej strony chciałbym też poznać i Wasze typy – jakie piwa mam ze sobą porównać?? Piszcie!
Dziś jak widzicie w ringu stają dwa piwa pszeniczne. Obydwa klarowne, żeby było ciekawiej. Obydwa z koncernów, żeby było jeszcze ciekawiej. Kasztelan Pszeniczne versus Leżajsk Pszeniczne. Piwa oczywiście nie nowe, ale cóż lepiej ze sobą porównywać niż konkurencyjne napitki w tym samym stylu? I to bardzo rzadkim stylu trzeba dodać. Kristall Weizen się to zwie po fachowemu :)
Piłem zarówno jedno, jak i drugie piwo. W ilościach więcej niż jedno, ale na pewno nie więcej niż… powiedzmy cztery. Za każdym razem daleko było do zbierania szczęki z podłogi, czy urywania czegokolwiek. Ot, piwa do wypicia i zapomnienia. Które z nich zatem okaże się lepsze w bezpośrednim starciu?
BTW, piwo od Carlsberga kiedyś nazywało się Kasztelan Niepasteryzowane Pszeniczne Klarowne. Teraz zmienili na Kasztelan Pszeniczne Niepasteryzowane, ale to wciąż to samo piwo.


Kasztelan Pszeniczne

Z wyglądu perfekcja – barwa przyjemnie złocista, idealnie klarowna (nie kłamali). Piana oczywiście obfita, ale dość brzydka (średnio i grubo pęcherzykowa). Szybko się dziurawi, głośno syczy i w ciągu kilku minut opada do milimetrowej warstewki.
Smakujemy. Ciecz fajnie buzuje w ustach. Bąbelków jest sporo, ale jeszcze bez przesadyzmów w tym temacie. Owszem, czuć że to pszeniczniak, ale czuć też taką pewnego rodzaju pustkę. Nie mówię tu o wodnistości, ale z zamkniętymi oczami bym poznał, że piwo nie jest mętne. Sporo tu słodu, jasnego pieczywa, biszkoptów oraz nieco pszenicy w oddali. Jest słodkawo, ale wciąż dosyć rześko. Z tła można wyłapać nieśmiałe echa bananów, drożdży (nie mam pojęcia skąd), chmielu i gumy balonowej. Całość wypada troszkę sztucznie, ale w sumie tragedii nie ma. Jak na koncernowe warunki, to nawet nieźle złożone piwo z tego wyszło. Umiarkowanie smaczne, ale na pewno dobrze pijalne.
W aromacie także nie ma jakiegoś większego zawodu. Jest co najmniej poprawnie, choć wiadomo, że chciałoby się lepiej. Zapach jest umiarkowanie intensywny, ale w sumie dosyć przyjemny jak na doszczętnie filtrowane piwo. Dominuje pszeniczna słodowość, wspierana akcentami biszkoptów, gumy balonowej, kwiatów oraz dojrzałych bananów. Całkiem naturalnych trzeba przyznać. W tle echa białego pieczywa. 

poniedziałek, 21 maja 2018

SHORT TEST: Rumpelszpunt od PiwoWarowni



Prolog: Rumpelszpunt już jakiś czas jest z nami na runku, a że lubię belgijską klasykę, to czemu miałbym mu odpuścić? Tym bardziej, że nasi rodzimi rzemieślnicy dosyć rzadko zgłębiają tajniki belgijskiej sztuki piwowarskiej, a szkoda.
O co kaman: Mocarz z PiwoWarowni to poczciwy, tęgi Quadrupel. Nie ma to jak ‘stara szkoła’ w poczciwym wydaniu :)
Wdzianko: Piwo brązowe i wyraźnie mętne. Takie wręcz błotniste. Piany brak (ktoś się nie bał i zaje…).
Kichawa mówi: Podczas przelewania buchnęło mi w nozdrza, że mało się nie przewróciłem. Ze szkła natomiast aromat jest już dużo spokojniejszy, choć wciąż piękny. Od groma tu opiekanej słodowości, karmelu, miodu, suszonych śliwek, daktyli i rodzynek. Całkiem sporo nut ciasteczkowych, herbatników, przypieczonej skórki chleba oraz cukru kandyzowanego. W tle bardzo subtelna pieprzność oraz inne przyprawy. Alko delikatnie daje o sobie znać, wywołując skojarzenia z nalewką śliwkową. Genialnie się to wącha. Świetna rzecz :D
Jadaczka mówi: Umiarkowanie nasycony trunek o dużej pełni smaku i treściwym, złożonym charakterze. Mamy tu mnóstwo suszonych owoców zatopionych w karmelu i cukru kandyzowanym. Drugi plan to opiekana słodowość, akcenty likieru owocowego, melanoidy, wanilia, herbatniki i opiekane zboża. W tle pojawia się subtelna przyprawowość oraz niecodzienna nuta mlecznej czekolady i pralinek. Alkohol fajnie ułożony, choć wciąż obecny. Przyjemnie rozgrzewa od środka. Cholernie smaczny to napitek. Słodkawy, ale ten styl tak ma. Jestem na TAK.
Komu mogę polecić: Amatorom Żubra w puszce raczej nie, bo powiedzą, że za mocne i za ciemne. Bardziej fanom belgijskiej klasyki. Oni znajom się na rzeczy.
Epilog: Zajefajne, niebywale smaczne, a przy tym gęste, gładkie i oleiste piwo. Mocne i treściwe. Wielowątkowe i super ułożone. Charakterne, dobrze pijalne. Czego chcieć więcej?

OCENA: 8/10
CENA: ok 12ZŁ
ALK. 10,2%
TERMIN WAŻNOŚCI: brak
PIWOWAROWNIA//SZCZYRZYCKI BROWAR CYSTERSÓW „GRYF”

sobota, 19 maja 2018

KWAŚNY MNISZEK, czyli słodko-kwaśno-gorzkie piwo z Zawiercia


Kwaśny Mniszek z Browaru Na Jurze. Moja historia związana z tym piwem jest następująca.
Rzeczony twór pojawił się w sklepach jakoś we wrześniu zeszłego roku. Stoję sobie wówczas i widzę takie coś na półce. Myślę sobie – nie. Nie kupie tego dziadostwa. To na pewno jakiś kwasior z mniszkiem lekarskim, który jest mi oczywiście dobrze znany, ale niekoniecznie w jakichś dobrych konotacjach (pamiętam z dzieciństwa, że ten biały „klej” z mniszka jest wyraźnie gorzkawy). Sama etykieta również mnie nie zachęciła do zakupu. Po prostu nie zwiastowała niczego ciekawego w środku. Niestety to prawda, że zazwyczaj kupuje się oczami. Los jednak chciał, że w styczniu byłem w Zawierciu w Browarze Na Jurze i miałem okazję to piwo sobie zdegustować. Przekonany namową kolegi spróbowałem i… byłem oczarowany! :) Smakowało mi jak diabli. Nie mogło zatem tego piwa zabraknąć na blogu. Wiem, trochę to trwało, ale w końcu jest.
Kwaśny Mniszek to przedziwny wynalazek. Tak naprawdę nigdzie nie jest napisane jaki to styl, ale sądząc po drożdżach można zgadywać, że to coś na kształt Belgian Strong Ale. Jak widać browar z Zawiercia mocno sobie polubił belgijskie mocarze, bo to już chyba czwarte podejście do tego tematu. Mamy tu 9,5% alko, ale niestety ekstraktu nie podają (pewnie spokojnie ponad 20º Plato). Nazwa tego piwa z dupy się nie wzięła, bo w rzeczy samej jest to Sour zakwaszony bakteriami kwasu mlekowego. Na dokładkę w składzie wylądowały kwiaty mniszka lekarskiego (dobrze, że nie część zielona rośliny), cukier (jak to w Belgach) oraz sok z cytryny. Całość natomiast nachmielono po nowofalowemu. Niezły miszmasz prawda?


W sumie to nie ważne z czego to jest zrobione, tylko jak smakuje. A smakuje naprawdę wybornie. Napisali, że jest to piwo, które łączy trzy smaki: słodki, gorzki i kwaśny. Z pełną dozą świadomości muszę się pod tym podpisać, bo efekt ten udało się tutaj osiągnąć jak mało gdzie. Mimo sporego ciała ciecz sprawia przyjemnie rześkie wrażenie. Czuć Lacto, ale kwaśność generalnie nie jest duża. No powiedzmy, że średnia w kierunku niskiej. Daleko temu od wykręcenia mordeczki :) Jest kwasek, jest też cała masa cytrusów, a dopiero po chwili pojawiają się nieśmiało nieco słodsze owoce tropikalne. Wskazałbym na mango, liczi oraz dojrzały granat. Piwo pije się naprawdę szybko. Alkohol schował się lepiej niż kilkuletnie dziecko potrafi się schować na dużym placu zabaw. Powiem więcej – nie czuję tu ani grama etanolu! Poważnie. Nie wiem, jak oni to zrobili. W tle oraz na finiszu objawia się za to niewielka, ale wyczuwalna goryczka o nader przyjemnym grejpfrutowo-skórkowym profilu. Jest idealnie gładka, krótka i szlachetna. Ulokowana dokładnie na środku pomiędzy kwaskiem, a słodyczą. Chlebkowo-ciasteczkowa słodowość jest tak marginalna, że nieomal o niej zapomniałem. Genialnie łączy się ona z kwaskiem o nieco kefirowym zacięciu. W zasadzie wszystko jest tutaj super dograne, super zespolone, przemyślane. Mniam, mniam!

czwartek, 17 maja 2018

GRYF POMORSKI, czyli napakowany RIS z miodem na pokładzie


W końcu przyszła pora i na niego. Oto Gryf Pomorski z Browaru Bytów. Trzymałem to piwo na jakąś specjalną okazję, ale już mi się odechciało czekać. Ileż razy otwierając szafkę można patrzeć na to cudo i wycierać ślinę z pyska?
W polskim piwnym rzemiośle kartonik nie jest już żadnym novum, ale opakowanie Gryfa Pomorskiego po prostu niszczy system. Kartonik na planie piramidy, czy też ostrosłupa to po prostu mistrzostwo! Arcydzieło godne Leonarda da Vinci! Do tego dochodzą oczywiście jeszcze frontowe złocenia, info o półrocznym leżakowaniu oraz ręcznie ponumerowane egzemplarze, bo to rzecz jasna seria limitowana. W ten oto sposób mamy gotowy przepis na sukces, by ten specjał rozszedł się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki lub jak prezerwatywy na Woodstocku.
Podjarałem się opakowaniem, ale w środku też jest nie byle co. Mocarz taki, że ho ho! Olbrzymiaste 33º Blg oraz jebuckie 12% alko!!! Nigdzie nie jest napisane jaki to styl piwa, ale generalnie można uznać go chyba za RISa. Jego głównym wyróżnikiem ma być dodatek naturalnego miodu, szkoda jednak, że nie podali o jaki miód chodzi. W składzie mamy jeszcze z ciekawszych rzeczy płatki owsiane, jęczmień palony, pszenicę prażoną oraz cukier kandyzowany. Tak więc ciało mamy tu kolosalne, ale wiadomo, że częściowo uzyskane z miodu, a może i też z tego cukru. To zależy na jakim etapie produkcji został dodany. Nasuwa mi się teraz takie pytanie – czy jest to bardziej Honey RIS, czy może Braggot? Bo przecież podstawą brażota może być każde piwo. 


Przelewam. Gryf Pomorski okazuje się być totalnie czarny i nieprzenikniony. Piany brak.
Już podczas wędrówki do szkła było widać, że ciecz jest sowicie gęsta. Jama ustna to potwierdza. Piwo jest gęste jak prawilny syrop. Długo i niespiesznie spływa w dół przełyku, osadzając się na ściankach. Gładkość, aksamitność również na wysokim poziomie (płatki owsiane zrobiły swoje). W pierwszym uderzeniu atakuje mnie ciemna, gorzka czekolada, podbita wyraźną palonością. Czuć palone słody, jak również palony jęczmień. Po chwili do głosu dochodzą słodkie akcenty miodu, cukru kandyzowanego i przypalonego karmelu. Wbrew pozorom całość nie jest jakaś bardzo słodka, bowiem na straży stoi mocna i wyrazista goryczka o typowo palonym profilu, która w punkt kontruje olbrzymie słodowe ciało. Stawkę zamykają lekkie nuty kawy bez cukru, pumperniklu i spalonych tostów. Generalnie sporo tu spalenizny, by nie rzec popiołu. Troszkę brakuje mi tu suszonych owoców, ale nawet bez nich jest bardzo dobrze. Alkohol subtelnie daje o sobie znać, minimalnie piekąc w gardełku. Sumarycznie jednak jest bardzo dobrze ułożony i szlachetny. Kojarzy mi się z likierem kawowym. Całość bardzo smaczna, wyrazista, cholernie gęsta i gładziutka niczym pupa niemowlęcia.

poniedziałek, 14 maja 2018

OKO W OKO - Książęce IPA vs Żywiec Session IPA


Szanowni Czytacze! Na kanwie popularności (by nie rzec hajpu) ostatniego wpisu z serii Oko w Oko, postanowiłem rzucić Wam kolejne mięcho na pożarcie ;)
No nie mogłem się po prostu powstrzymać. Nie jestem oczywiście pierwszy, ale takiej okazji nie sposób nie wykonać. Cóż lepiej nadaje się do bezpośredniej konfrontacji niż dwa stosunkowo świeże jeszcze piwa, wypuszczone przez złe i podłe koncerny? Dwie niezbyt chwalone, nowofalowe IPY od dwóch największych graczy na polskim rynku. No przecież takie porównanie samo ciśnie się na usta, czy może raczej na język…
Książęce IPA piłem już sporo razy (zarówno z kija, jak i z butelki) i zauważyłem trzy spostrzeżenia. Po primo piwo ma wahania formy (niby normalna rzecz, ale koncernom nie przystoi). Po drugie primo - każde, które piłem było lepsze niż dość wadliwy, testowany na blogu egzemplarz (prawdopodobnie z pierwszej warki). Po trzecie primo – to piwo naprawdę nie jest takie złe. Niby to ma być IPA, ale patrząc na parametry i goryczkę od razu wiadomo, że bliżej mu do Session IPA.
W Grupie Żywiec są bardziej otwarci i chyba świadomi tego co produkują, i swoje najmłodsze dziecko nazwali już prawidłowo, czyli właśnie Session IPA. W rzeczywistości więc porównujemy tutaj dwie sesyjne ipki, nie oszukujmy się. Nowość z Żywca też już kilka razy w siebie wlewałem, więc jakieś tam pojęcie mam. Za każdym razem piwo fajnie mi smakowało, ale nadmieniam, że warki które piłem miały daty ważności do 24 i 25 września 2018 roku. Wiem, że gro osób najeżdża na ŻIPA, ale ja je szanuję. Smakuje mi i kropka.
Jaram się tym porównaniem, jak małolata pierwszym okresem. Naprawdę jestem ciekaw, kto z tego pojedynku wyjdzie zwycięsko. Po cichu obstawiam Żywca, ale pewności nie mam. Zaczynajmy :)


Książęce IPA

Piwo jest klarowne jak pierwszy z brzegu koncerniak. Barwa przyjemna, typowo złocista, ale nie jakaś blada. Piana średnio obfita, dość drobna, puszysta. Opada umiarkowanie wolno, fajnie znacząc szkło.
W zapachu po staremu. Znam już to na wylot i muszę stwierdzić, że testowana flaszka raczej pochodzi z tych „lepszych warek”. Jest rześko, bardzo wyraziście, no i słodko. Nos w głównej mierze wyłapuje zest owoców cytrusowych, głównie z limonki, a także miąższ z pigwy. Dalej mamy białe owoce (jak przy nowozelandzkim chmielu) oraz coś jakby mango, czy inny tropikalny pierun. Jest też całkiem sporo tradycyjnego chmielu, garstka ziół oraz nieco naszych polskich brzoskwiń. Biszkoptowa słodowość jest dosyć wyraźna, ale fajnie komponuje się z tymi owocami. Tłem sunie niespotykana wcześniej przeze mnie nuta białego wina. Intrygujące to i raczej rzadko występujące przy amerykańskim chmieleniu. Pachnie to bardzo zachęcająco, ale niestety trochę daleko od kanonów stylu.
W ustach białe owoce łącznie z brzoskwinią i morelą wysuwają się na przód, spychając tropiki w daleką otchłań. O cytrusach nawet nie wspomnę, bo w zasadzie ich tu nie ma. Podobnie zresztą jak i goryczki, która jest wysoce homeopatyczna. Okej, coś tam niby majaczy, jakaś ziołowość, jakaś chmielowość, ale to z pewnością dużo poniżej progu, nawet dla Session IPA. Stawkę zamyka nieco mdła słodowość, okraszona nutką żywicy i akcentów leśnych (nie owoców, lecz igliwia). Całość wypada nie najgorzej, ale to wszystko zależy od Waszych oczekiwać. Na pewno jest to dosyć pijalne piwo. Smakuje umiarkowanie dobrze, choć ma kilka widocznych niedociągnięć.

piątek, 11 maja 2018

SHORT TEST: Eclipsed z Browaru Szpunt



Prolog: Dziś tak na szybko, bo czasu ni ma. Z roboty wróciłem, a jest kilka rzeczy do zrobienia. Krowę wydoić, kurom dać żryć, jajka zebrać, świnie na spacer wyprowadzić. Tak że tego, no… Roboty w pytę ;)
O co kaman: Eclipsed (nie mylić z Mitsubishi Eclipse) to nielichy zawodnik o parametrach 26ºBlg i 10,5% alko. Jest to Peated Imperial Stout, czyli wiecie – torf, whisky, takie kurna klimaty. Czyli w sumie to, co takie tygryski jak ja lubią najbardziej :D
Wdzianko: Ciecz czarna jak smoła, albo jak wnętrze dupy nosorożca. Piana znikoma, rachityczna.
Kichawa mówi: Wow! Poziom torfu jak i najlepszych przedstawicielu stylu. Asfalt, smoła, bakelit, podkłady kolejowe, spalona instalacja elektryczna, sadza, paląca się guma. Wszystko jest na miejscu :) Wszystko wyraziste, mocne i namacalne. Drugi plan to palone słody, gorzka czekolada, lekki dym i łagodna kawusia. W tle wędzona węgierka. W to mi graj!
Jadaczka mówi: Mniam, mniam! Torf zrobił robotę – wyraźnie zalatuje mi tu asfaltem, smołą, naftą i podkładami kolejowymi. W sukurs przychodzą zjarane kable oraz mocno palone słody, podsycone przyjemną kawą, gorzką czekoladą, drogimi pralinkami i przypalonym karmelem. W głębi majaczy przyjemna śliwkowo-rodzynkowa słodycz. Bąbelków prawie tu nie ma. Goryczka jest optymalna, umiarkowanie mocna i przyjemna, krótka, kawowo-palona. Piwo jest świetnie zbalansowane i bardzo gładkie, ale po takim ekstrakcie spodziewałem się większej gęstości. Poza tym elegancja Francja.
Komu mogę polecić: Wszystkim zakręconym peatedheadom. Będą Państwo zadowolenia z intensywności doznań :)
Epilog: Ciecz finiszuje długo, dając uczucie błogości mym kubkom smakowym. Balans, goryczka, pełnia smaku, treściwość – bez najmniejszego zarzutu. Naprawdę spoczko piwo, porządnie zdominowane przez czarne klimaty typu torfowego. Jest co wąchać i jest co pić. Kłaniam się nisko przed Szpuntem.

OCENA: 8/10
CENA: ok 17ZŁ
ALK. 10,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 27.12.2019
BROWAR SZPUNT