czwartek, 29 listopada 2018

OKO W OKO - Black Boss vs Porter Witnicki


W kolejnym starciu „Oko w Oko” w szranki stają dwa portery bałtyckie z Browaru Witnica. Tak – ten niesławny producent ma w swoim portfolio, aż dwa ‘bałtyki’. Wieść gminna niesie, że są to te same piwa, choć nigdzie nie znalazłem oficjalnej informacji, gdzie browar potwierdzałby owe doniesienia. Piwa mają identyczne parametry oraz taki sam skład. Niestety to wcale nie oznacza, że zostały wyprodukowane na podstawie tej samej receptury. Czyli dowody na papierze to trochę za mało.
O ile dobrze rozumiem Black Boss to piwo powstałe z myślą o eksporcie. Porter Witnicki natomiast warzony jest typowo na polski rynek. Oczywiście obecnie nie ma żadnego problemu z kupnem jednego, jak i drugiego piwa. Załóżmy póki co czysto teoretycznie, że w środku mamy tą samą zawartość. Wówczas przychodzi mi na myśl pytanie - dlaczego obydwa piwa tak bardzo różnią się ceną? Blask Bossa można wyhaczyć za cenę powiedzmy Żywca, czyli za cztery w groszami. Porter Witnicki natomiast wiąże się wydatkiem rzędu co najmniej 6 złotych! Gdzie sens, gdzie logika? Gdzie darmowe wizy do Stanów? Gdzie pieniądze są za las?! ;)
Black Bossa piłem już nie raz, ale to piwo jakoś nigdy nie podbiło mojego serduszka. Uważam, że jest to jeden z najsłabszych krajowych przedstawicieli stylu, a wahania jego formy są naprawdę duże. Droższy brat (bliźniak) wbrew przedstawionej powyżej teorii, sprawiał trochę lepsze wrażenie, choć prawdopodobnie te 3-4 butelki, to trochę za mało by wyrobić sobie zdanie. Może po prostu miałem fart i trafiałem na lepsze partie.
Osobiście wierzę w „teorie spiskową” Browaru Witnica, ale żeby dodatkowo się upewnić przetestuję dla Was te portery :) Mam nadzieję, że degustacja porównawcza raz na zawsze wykluczy, bądź potwierdzi przypuszczenia piwoszy. Daty ważności nie są co prawda identyczne, ale bardziej zbliżonych już nie znalazłem. Wybaczcie.



Black Boss

Czarny Szef pieni się jak oszalały. Ciemnobrunatne (z rubinowymi refleksami) piwo błyskawicznie okryło się bardzo obfitą czapą beżowej piany, która posiada dość drobną i puszystą strukturę. Pierzynka jest średnio trwała, a lejsing bardzo mizerny. W tym aspekcie Witnica mogła się lepiej postarać.
Bałem się trochę, że piwo będzie przegazowane, ale nic takiego nie miało miejsca. Blask Boss jakoś tam smakuje i stwierdzam, że to jedna z tych lepszych warek (ufff!). Oczywiście jest cholernie słodko, dla niektórych może nawet ulepkowato. Dominuje karmel oraz prażone słody. Tuż za nimi podąża kawa zbożówka w asyście tanich pralinek, prażonego słonecznika i dużej ilości kakałka. Stawkę zamyka pieczywo razowe okraszone mleczną czekoladą oraz garstką suszonych owoców, głównie śliwek i rodzynek. Alkohol w zasadzie nieobecny. Piwo jest naprawdę bardzo dobrze ułożone, gładkie, treściwe i dość pełne w smaku. Nie ma mowy o wodnistości, choć to przecież zaledwie osiemnastka. Nieźle, ale wciąż bez szału.

wtorek, 27 listopada 2018

MOJA PIWNICZKA: 4,5-LETNI ARGUS PORTER CZARNY

"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.
 

Naprawdę sprawy sobie nie zdajecie, jak moja dusza się cieszy, gdy na zewnątrz mroźno i śnieżno (bez mała), a ja mogę sobie wyciągnąć z moich zbiorów kilkuletni egzemplarz jakiegoś mocnego piwa i napawać się tą wspaniałą i emocjonującą chwilą odkrywania jego uroków. Kurdę, zabrzmiało to trochę jak jakieś tanie romansidło ;) Ale poważnie uwielbiam ten moment. Ogólnie nie lubię zimy i tego całego chłodu, ale zaprawdę powiadam Wam, że gdy za oknami zimowa aura, to mocne i stare trunki wywołują u mnie największe poruszenie.
No właśnie. Startujemy z drugim w tym sezonie wpisem z cyklu Moja Piwniczka. Oczywiście na tapecie ląduje porter bałtycki (jakże by inaczej?). Ano inaczej też będzie i to jeszcze tej zimy. Zapewniam.
Dziś jednak zajmiemy się piwem Argus Porter Czarny. Pamiętacie, jaki szok wywołał w 2014 roku, pojawiając się w środku lata w Lidlu? Wydaje mi się, że była to jednorazowa akcja, gdyż dość szybko piwo to zniknęło z półek. Producent tego napitku nie podpisał się na opakowaniu, jednak z miejsca podejrzenia padły na Browar Amber, który zresztą od razu przyznał się do współpracy z tą niemiecką siecią handlową. Amber ma oczywiście w swojej ofercie słynnego Granda, ale jak twierdzą sami twórcy „piwa różnią się recepturą i składem surowcowym od naszych marek”. Tak więc, mamy tu typowo budżetowego portera bałtyckiego, który kosztował zaledwie trzy złocisze. Czy jest sens leżakowania takiego piwa? Jak zmienił się jego profil smakowo-zapachowy? W którą stronę poszło utlenienie? Odpowiedzi znajdziecie poniżej :)

Producent
Browar Amber
Termin ważności
22.12.2014
Wiek (miesiące)
53
Zawartość alkoholu (%)
7,9
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Otwieram i przelewam. Cykam kilka mniej lub bardziej udanych fotek i oglądam. Piwo ma godną prezencję, adekwatną do swojego wieku. Praktycznie czarna ciecz została sowicie przystrojona puchową pierzynką w barwie intensywnego beżu. Drobna, puszysta, średnio trwała czapa całkiem ładnie wygląda w tym szkle. Lejsing również sprawuje się nieźle. 


Pijemy. Już kilka pierwszych łyczków przekonało mnie o tym, że piwo jest naprawdę bardzo dobre. Nie pamiętam już jak smakowała świeża wersja (zostały mi jedynie zapiski), ale mam pewność, że to smakuje znacznie lepiej. Tak więc już teraz możemy odetchnąć z ulgą – Argus Czarny Porter można było leżakować! Strasznie czekoladowy zrobił się ów napitek. Gorąca czekolada do picia (tylko, że zimna) – to jest adekwatne określenie. Wtóruje jej tabliczka mlecznej czekolady, podsycona wyraźnymi nutami kakao, dobrych gatunkowo pralinek i suszonych owoców (śliwek, rodzynek oraz daktyli). Słodko, ale przyjemnie. Do tego gładko, szlachetnie i szalenie intensywnie. Niby to tylko 18-stka, ale mam wrażenie, że piję portera o ekstrakcie 22º Blg! Wiem, że balling się nie zwiększył, ale wrażenie jest niesamowicie realne. W tle cichutko siedzą akcenty lekko palonych słodów, przyjemnej kawy zbożowej, przypieczonej skórki chleba oraz subtelnego karmelu i lukrecji. Pyszniutkie! O alkoholu możemy zupełnie zapomnieć. Ułożenie jest tu mistrzowskie :D Ależ to wchodzi. God damn!

sobota, 24 listopada 2018

LABIRYTM - APA o jakiej marzysz :D


Jako wielki miłośnik wszelakich tęgich napitków, czasem i ja muszę sobie zrobić mały przerywnik na coś lżejszego, dającego chwilę oddechu mojej wątrobie. Czasem po prostu trzeba się napić czegoś mało skomplikowanego i niezobowiązującego. Czegoś do codziennego chlipania podczas bezcelowego pierdzenia w stołek i oglądania tysięcznej już części śmiesznych wypadków na jutubie.
Dziś padło na Labirytm ze znanego i poważanego Nepomucena. Piwo jest już z nami na rynku od kilku lat i z pewnością jest bardzo poważane wśród piwnej gawiedzi, a także sędziów piwnych. Dowód? Brąz na KPR 2015, srebro na KPR 2016 oraz złoto na KPR 2018!
Jest to zwykła apka kompletnie bez żadnego wyróżnika. Nic, tylko woda, słód chmiel i drożdże (chociaż dobrze wiemy, że nawet taki zwyczajny zestaw może nasze zadki wysłać pod same niebiosa). Trunek ten powstał we współpracy z milickim zespołem Labirytm. Ot, taka ciekawostka. 


Otwieramy i przelewamy. Lekko zmętnione piwo przywitało mnie powszechnie znaną, ciemno złotą barwą oraz niewysoką, ale dosyć drobną i puszystą białą pianką. Niestety jej żywotność pozostawia nieco do życzenia. Lacing za to sprawuje się bez zarzutu.
Labirytm pije się naprawdę dobrze. Piwo nie jest agresywne, nie jest też jakoś przesadnie nachmielone na goryczkę. Wiem – APA nie ma za zadanie miażdżenia naszych kubków smakowych, ale większą goryczkę oferuje choćby Czar Goryczy, czy Kustosz IPA z Biedronki. Tu natomiast jest to poziom powiedzmy Książęcego IPA, co może z lekka dziwić, bo przecież domeną browarów rzemieślniczych jest odważne chmielnie również na goryczkę. Chmielowa goryczka jest bardzo łagodna, lekka i zwiewna, ale z drugiej strony szalenie przyjemna. W sumie to wystarczy, by skontrować nie duże przecież słodowe ciało. Sporo tu różnej maści owoców – od dojrzałych tropików, poprzez białe europejskie owoce, do subtelnych cytrusów na finiszu. W tle natomiast cichutko siedzą sobie echa kwiatów, podbite łagodną żywicą, świeżym słodem i akcentami lasu iglastego. Wszystko to jest wyraźnie stonowane, takie delikutaśne, ale bardzo pasujące do siebie. Naprawdę smaczne, stołowe piwo o ekstremalnej pijalności.

czwartek, 22 listopada 2018

SHORT TEST: WRCLW Raspberry Rye RIS z Browaru Stu Mostów



Prolog: No i zrobiła nam się zima. Pierwszy śnieg, pierwsze mrozy, pierwsze odśnieżanie chodników, dróg i samochodowych szyb kartą płatniczą. Kolejki do zmiany opon jak co roku sięgają granicy absurdu. Witamy w Polsce ;)
O co kaman: Mam tu żytniego RISa z sokiem malinowym na pokładzie. 23º Blg to nie jest jakoś bardzo dużo, ale bardziej liczę tu na efekt wywołany maliną. Wszak nie od dziś wiadomo, że czerwone owoce bardzo wdzięcznie komponują się z czarnym piwem.
Wdzianko: Po prostu książkowe! Barwa totalnie czarna i nieprzejrzysta. Piana zadziwiająca – niezwykle drobna, sztywna i zbita jak po azocie (a to nie wersja nitro). Jest trwała i fajnie lepi się do szkła.
Kichawa mówi: Całkiem przyjemny to zapaszek, choć raczej mało zaskakujący. Malina wyraźnie dominuje i to w taki ewidentnie kwaskowy sposób. Tuż za nią podąża spora doza paloności, ciemnych słodów, łagodnej kawy, pralinek i czekolady deserowej. Ułożenie jest bardzo dobre – alko ledwo co wyczuwalne i szlachetne. Skojarzania z owocowymi belgijskimi pralinkami są tu całkiem na miejscu. Podoba mi się taki obrót sprawy :)
Jadaczka mówi: Piwo jest odpowiednio gęste, gładkie od żyta, pełne w smaku. Malina jest bardzo wyraźna, nadaje taki lekko kwaskowy sznyt, który dosyć długo pozostaje na podniebieniu. Sporo tu palonych słodów, gorzkiego kakao i gorzkiej czekolady. Finisz natomiast obfituje w kawowo-cierpkie posmaki. Pestkowo-palona goryczka naprawdę fest smaga moje kubki smakowe. Nawet ten soczek malinowy niewiele tu pomaga. Całość sprawia dosyć wytrawne wrażenie, ale jakoś to wszystko niezbyt do siebie pasuje. Moim zdaniem brakuje tu motywu przewodniego. Alkohol jest zupełnie nieobecny i to jest chyba największy plus tego napitku.
Komu mogę polecić: Poproszę inny zestaw pytań ;p
Epilog: Nie jest źle, ale po cichu liczyłem na wincyj. Aromat jest piękny, ale smak pozostawia trochę do życzenia. Malina jest bardzo kwaskowa i cierpka, co mnie zaskoczyło niestety in minus. Nie za bardzo komponuje się z to całkiem pokaźnych rozmiarów goryczką, dając efekt zalegania i szarpania. Dzięki temu piwo pije się naprawdę wolno. Ta cierpkość i goryczka siedzą na podniebieniu zdecydowanie zbyt długo.

OCENA: 6/10
CENA: 15.49ZŁ (Z Innej Beczki)
ALK. 8,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.10.2021
BROWAR STU MOSTÓW

wtorek, 20 listopada 2018

KONSTANCIN Session West Coast IPA. Jestem na tak!


Witajcie moi kochani! Nie minęło zbyt wiele czasu od ostatniej recki piwa spod szyldu Konstancin, a już dziś jedziemy z kolejną odsłoną trunków warzonych w Kamionce. Jesteście już teraz o niebo mądrzejsi i na pewno nie dacie sobie wmówić, że piwo marki Konstancin robione jest w Konstancinie, czy gdzieś nieopodal. Prawda, że prawda? ;D
Po witbirze i seząnie przechodzimy do nowej fali, a jest nią Session West Coast IPA. Mam nadzieję, że wszyscy wiemy o co kaman? Taki napis to mógł robić wrażenie, ale gdzieś w okolicach 2012-go lub 2013-go roku. W czasach wszelakich vermontów i milkszejków praktycznie już zapomnieliśmy czym jest AIPA z zachodniego wybrzeża. Pora więc odświeżyć sobie zwoje mózgowe, a przy okazji sprawdzić formę Artura Karpińskiego, który to jest autorem receptury tegoż piwa, jak również piwowarem w Browarze Golem! Tak. Browar Czarnków współpracuje ze znanymi piwowarami domowymi i tymi na etacie również.


Piwo prezentuje się naprawdę dobrze. Jest w pełni klarowne (długo stało) i posiada ładną, bursztynową barwę. Piana ochoczo urosła do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Biała, średnio pęcherzykowa, puszysta kołderka dość długo utrzymuje się przy życiu, solidnie oblepiając szkło.
Jak łest kołst, to trzeba się spodziewać wytrawności i wykręcającej japę goryczki. Ale może po kolei. Piwo jest naprawdę bardzo szczodrze nachmielone, faktycznie jest bardzo wytrawne, półpełne w smaku (w końcu to Session IPA). Z każdym łykiem mam wrażenie kontaktu z owocami tropikalnymi, podbitymi z lekka skórką cytrusów (limonka, grejpfrut), całkiem wyraźną żywicą oraz bardzo przyjemną nutą leśną. Mam tu na myśli świeże pędy sosny, tudzież ogólnie pojęte igliwie. Wypełnieniem tych całych odchmielowych naleciałości jest chlebowo-zbożowa słodowość o wyraźnym, ale zupełnie nienarzucającym się charakterze. Alkoholu oczywiście nie czuć, bo to stosunkowo lekki napitek. Goryczka sprawia solidne i mocne wrażenie. Jest krótka, szlachetna i nie zalegająca. Robi co do niej należy i czym prędzej ucieka w popłochu. Jej ziołowo-żywiczny profil naprawdę przypadł mi do gustu. Generalnie wszystko tak fajnie tu do siebie pasuje. Każdy trybik zna swoje miejsce w szeregu i świetnie dogaduje się z innymi. Pije się to rewelacyjnie muszę przyznać!

niedziela, 18 listopada 2018

ALTERNATYWA 9#1 Quadrupel. Tak się to robi!


Wiedzą o tym już nie tylko najstarsi górale. Nawet babcia Gienia już to wie. Mariolka spod dziewiątki również wie – dobry quadzik nie jest zły :D Co prawda nigdy nie zastąpi porządnego RISa, ale trzeba przyznać rację belgijskim mnichom, że swego czasu wiedzieli co dobre. Celowo użyłem tutaj czasu przeszłego.
Zostawmy jednak w spokoju ten malutki kraj zalegalizowanej marihuanen, a zajmijmy się krajem kwitnącej cebuli, czyli naszym rodzimym rynkiem. Fajnych to czasów dożyliśmy, że nie musimy już kupować bardzo drogich importów z zagramanicy, by poczuć ducha… trapistowskiego piwowarstwa, jeśli już przy nim jesteśmy. Wystarczy mieć w pobliżu sklep specjalistyczny z piwami i już stajemy się szczęśliwymi nabywcami polskiej kraftowej myśli piwowarskiej. Niejednokrotnie jeszcze droższej niż wspomniane importy, ale przecież już jeden mądry powiedział, że #sztosymusząbyćdrogie (dzięki Kopyr). Na szczęście ‘drogie’ zazwyczaj idzie tutaj w parze z ‘dobre jakościowo’, więc nie ma co napinać zbytnio pośladów. Oczywiście z tą ceną nie miałem tu na myśli akurat mojej dzisiejszej „gwiazdy wieczoru”, która jasno świecić przykładem, że za około 15 ziko można stać się posiadaczem mocnego, stylowego trunku i do tego leżakowanego w drewnie! :D
Tak mili Państwo. Alternatywa 9#1 Quadrupel to piwo typu barrel aged. Mało tego! Chodzi tutaj o tzw. podwójne beczkowanie, bowiem w butelce mamy blend piw leżakowanych w dębowych beczkach po białym winie Sauvignon Blanc oraz po rumie z Jamajki. Naprawdę grubo. Nie jest to oczywiście pierwsze krajowe double barrel aged, ale i tak chłopaki z Alternatywy mają u mnie szacun jak stąd do Hollywood. 


Piwo ląduje w szkiełku (w goblecie, żeby nie było). Wygląda całkiem zwyczajnie. Ładna miedziano-burgundowa barwa, pełny klar. Pod światło przykuwające wzrok rubinowe refleksy. Piana znikoma, ale po beczce to rzecz zupełnie normalna.
Umówmy się – to nie jest jakieś szalenie ekstraktywne piwo i faktycznie to czuć. 24º Plato objawia się umiarkowaną gęstością oraz odpowiednią do tego pełnią smaku. Natomiast całość jest przyjemnie oleista i nieco lepka na podniebieniu. Od razu idzie poznać, że to Quadrupel – od groma tu rodzynek, suszonych fig, śliwek i świeżych daktyli. Do tego niewielkie, acz wyczuwalne muśnięcie karmelem i opiekanym słodem. Słodycz jest lekko stonowana, głównie za sprawą leżakowania po białym winie jak sądzę. W rzeczy samej da się wyczuć tą charakterystyczną nutę białych winogron. Trzeba jednak dodać, że lekko kwaskowe akcenty winne wcale tutaj nie dominują. Stanowią raczej umiarkowaną i całkiem rozsądną domieszkę, wprowadzając delikatnie wytrawny finisz. Z tła da się jeszcze wyłapać ciastka Pieguski i przypieczoną skórkę chleba, owiniętą dębową dechą z bardzo subtelnym rumowym powiewem. Acz, to ostatnie to już tak na granicy mojej percepcji. Goryczka odgrywa tu rolę zupełnie poboczną, także darujmy sobie dyrdymały na jej temat. Smakuje to niezwykle wybornie, szlachetnie i dość niecodziennie. Alkohol ułożył się tutaj niczym dziewica do pierwszego stosunku. Jest zupełnie niegroźny i nieinwazyjny, choć wyczuwalny. Głównie jako delikatne grzanie w przełyku i trzewiach. Mniam, mniam! :D

czwartek, 15 listopada 2018

Vermont IPA z Grodziska. Czy kocimiętka daje radę?


Vermont IPA, New England IPA, Hazy IPA, a nawet pojawiają się już nju inglandy w wersji Pale Ale, czy Double IPA. W krótkim czasie niemalże każdy browar zapragnął mieć w swojej ofercie NEIPA. Kwestia czasu, a w spożywczaku u Jadzi kupimy Żywiec Vermont IPA!
Nie mówię, że to źle, bo naprawdę wdzięczne to są piwa. Z tego też prozaicznego powodu nabyłem drogą kupna Vermont IPA z Browaru w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie palce maczał Browar Szałpiw. O ile moje szare komórki nie robią mi psikusa, jest to pierwsze kooperacyjne piwo browaru typowo kraftowego z browarem regionalnym (Fortuna z AleBrowarem byli drudzy). Fajnie, że te ścieżki zostały w końcu przetarte.
W tym piwie czeka na nas jeszcze jedna mała niespodzianka. Mianowicie – kocimiętka. Tak, to ta słynna ziołowa roślina, która nazywana jest kocim narkotykiem ze względu, że robi naszym czworonogom przysłowiową wodę z mózgu. Nie każdy, ale większość kotów w jej pobliżu zachowuje się mniej więcej jak szesnastolatek po solidnej kresce spida.
Aha, rzeczony trunek z Grodziska nachmielono nie tylko amerykańcami, ale także Magnum i naszą polską historyczną Oktawią. Ot, taka ciekawostka. Zapowiada się nieźle. Być może będzie to kolejne opus magnum w dorobku tego producenta? Odwołuję się tutaj rzecz jasna do Grodziskiej White IPA, którą to moja najdroższa Kasia wprost uwielbia (ja zresztą też). 


Lejem do szkła. Piwo przywitało mnie sowitym zmętnieniem oraz barwą przybrudzonej nieco pomarańczy. Na powierzchni uformowała się niezłych rozmiarów piana. Niestety jest dość rzadka i raczej grubo pęcherzykowa. Opada w średnim tempie, zostawiając wyraźne i umiarkowanie liczne zacieki na szkle.
Smakowo pierwsze co notują moje zmysły, to swoisty cytrusowo-ziołowy mariaż. Wydaje mi się, że to rzeczona kocimiętka, gdyż ona właśnie wnosi takie klimaty. W ogóle cytrusów jest tutaj bardzo dużo, ale zdecydowanie w formie albedo. Gorzkiego albedo trzeba dodać. Piwo jest w miarę soczyste, ale do najlepszych mu sporo brakuje. Efekt juicy co najwyżej na pół skali. Gładkość natomiast działa bez zarzutu. Prócz cytrusów pojawiają się tu również tzw. białe owoce, chociaż przy odrobinie silnej woli odnajdziemy także szczyptę brzoskwini, czy moreli. Tak więc jest fest owocowo, choć tropików brak. W tle majaczy odrobina akcentów żywicznych i kwiatowych. Goryczka w miarę nieźle się z tym wszystkim komponuje. Jest dosyć wyraźna, ale zarazem szlachetna. Jej ziołowo-cytrusowy profil z pewnością jest wypadkową dodanych chmieli, jak i kocimiętki. Całkiem dobrze to smakuje, acz nieco oryginalnie jak na NEIPA. Przez ten ziołowy sznyt i stosunkowo wyrazistą goryczkę, skojarzenia z soczkiem są raczej dalekie.

wtorek, 13 listopada 2018

KAWKO I MLEKOSZ Nu Pagadi od PiwoWarowni


I love this job! Naprawdę kocham tę „robotę”. Uwielbiam odkrywać nowe smaki piw, jarać się kolejnymi piwnymi sztosami. Ba! Już nawet samymi zapowiedziami na fejsbuku, czy na jakimś innym społecznościowym gównie. Uwielbiam smakować, wąchać, doszukiwać się niuansów, rozkładać na czynniki pierwsze, mlaskać nad piwem, którego nigdy wcześniej nie piłem. Kocham dowiadywać się o nim jak najwięcej, czytać wszystkie informacje, skład, rozkminiać nazwę, czy pozornie bezsensowny malunek na etykiecie. Zgłębiać kto stoi za tym trunkiem, z jakiej okazji powstał, gdzie został uwarzony. Kocham szukać w piwie deskryptorów (to trudne słowo, zapraszam do Wikipedii), czy rzeczonych dodatków wymienionych w składzie. Ekscytuję się sprawdzaniem własnymi zmysłami, jaki wpływ na dane piwo miała beczka po danym destylacie lub sam upływ czasu, gdy jegomość jest już po terminie. Wreszcie – kocham się tą całą wiedzą z Wami dzielić. 


Uwielbiam pisać o piwie, choć to naprawdę niezwykle trudna rzecz. W obecnych czasach ciężko jest zaciekawić czytelnika, sprawić by zaglądał regularnie na naszego bloga. Cholernie trudno jest przez długi czas pisać ciekawie, oryginalnie, a przy tym nie powtarzać się, nie używać tych samych porównań, słówek, czy całych zwrotów. Na pewnym etapie praktycznie niemożliwym jest uniknięcie rutyny, natomiast niezmiernie łatwo wpada się w sztampowość, powtarzalność, bylejakość. Każda kolejna recenzja jest kalką poprzedniej i tak w kółko, w kółko jak w zaklętym kręgu. Wiem – to może nudzić, to może odstręczać, to może nie ciekawić, czy nawet irytować. To sprawia, że z czasem tracimy czytelników, słupki wyświetleń lecą w dół, nikomu nie chcę się napisać komentarza, czy dać lajka, statystyki spadają. Ale najważniejsza w tym wszystkim jest według mnie wytrwałość, bo prawdziwi birgicy, prawdziwi pasjonaci piwa nigdy Cię nie opuszczą, nigdy nie przestaną Cię czytać, nie odlajkują fanpejdża, nie odwrócą się od Ciebie plecami. Lepiej jest mieć tysiąc prawdziwych fanbojów, niż trzy tysiące pozornie zainteresowanych tematem, których wkurwia każdy Twój kolejny post i którzy tylko czekają na odpowiedni moment, by pokazać Ci środkowy palec. Smutne to, ale prawdziwe.
W swojej już dość długiej, bo 6,5-letniej historii blogowania o piwie, miałem kilka mniejszych i jeden bardzo duży moment załamania, związanego z prowadzeniem dalej tego całego pierdolnika. Ale wytrwałem, podczas gdy sporo blogów jeszcze starszych ode mnie już nie istnieje, a prawie wszystkie te najstarsze, praktycznie rzecz biorąc odchodzą lub już na dobre odeszły od pisanych recenzji piw. Niektórzy z tych piwnych blogerów przeszli na video blogowanie, niestety z marnym skutkiem, ale jeśli się nie ma odpowiedniej gadki oraz jako takiej aparycji, to po co pchać się do „telewizji”?

niedziela, 11 listopada 2018

OKO W OKO - Wąsosz Weizen AIPA vs Wąsosz Rye AIPA


Póki jeszcze nie zrobiło się prawdziwie zimno, to mam dla Was coś lekkiego dla podniebienia. Bardzo lekkiego, w sumie to nawet bezalkoholowego.
Wspominałem już kiedyś, że powoli otwieram się na ten segment rynku i zaczynam bezalkusy faktycznie doceniać. Toż to szok, jak dobrze może smakować piwo o tak niskim ekstrakcie!
Dziś do pojedynku „Oko w Oko” stają dwa piwa bez procentów z Browaru Wąsosz - Weizen AIPA oraz Rye AIPA. Chociaż jak tak na nie patrzę, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że to czysta reklama dość rozpoznawalnej przeglądarki internetowej ;) To, że piwa nie będą identyczne wiadomo na pewno, ale tak naprawdę to jest tutaj więcej podobieństw niż różnic. Obydwa mają takie same parametry, a składem różnią się tylko obecnością słodu żytniego, bądź pszenicznego w zależności od stylu. Nawet chmiele są tu identyczne. Zresztą obydwa trunki pojawiły się na rynku równocześnie, więc z założenia tworzą jakąś tam serię. Etykiety są brzydkie jak dupa nietoperza bo ostrej biegunce, ale na szczęście tego elementu nie biorę pod uwagę przy ocenie. Naprawdę żal na to patrzeć…



Wąsosz Weizen AIPA

W zasadzie można by to nazwać Wheat IPA i nikt nie miałby prawa się przyczepić. Piwo wygląda na wyraźnie zamglone, choć jeszcze nie mętne (stało długo, nie mieszałem przed nalaniem). Barwa słomkowo-złocista, piany nie brakuje. Na powierzchni uformowała się rozsądnym rozmiarów biała czapa o puszystej i drobnej strukturze. Opada w średnim tempie, w miarę dobrze znacząc szkło.
W pierwszym łyku można już stwierdzić, że to cienkusz, ale cienkusz wykonany dosyć solidnie. Wątpię, by w ciemno ktoś odgadł ekstrakt na poziomie zaledwie 6,5º Blg. Piwo smakuje naprawdę nieźle, jest rześkie, dobrze zbalansowane i bardzo lekkie w odbiorze. Jankesi huczą aż miło – mnóstwo tu cytrusów w formie skórek, całkiem sporo iglaków oraz ziół. Jest także kapka żywicy, zbóż, słodowości i chmielu w czystej postaci. Goryczka szybko włącza się do gry. Jest naprawdę solidna, może nawet nieco zalegająca, ale sumarycznie sprawa szlachetne wrażenie. Dobrze uwydatnia wyraźnie wytrawny i długi finisz. Ilość bąbelków na rozsądnym, czyli średnim poziomie. Jak na piwo bez procentów smakuje to nawet dobrze, choć za bardzo tej pszenicy, to ja tu nie czuję. No chyba, że objawia się to w stosunkowo nie dużej wodnistości.

czwartek, 8 listopada 2018

SHORT TEST: Konstancin Witbier od Browaru Czarnków



Prolog: Wiadomo jak jest. Czasem jest wena, a czasem jej nie ma. Jeśli jej nie ma, to zazwyczaj nie wysilam się na siłę i piszę szort testa ;) Szybko, krótko, zwięźle i rzeczowo.
O co kaman: Drugie w ostatnim czasie piwo z tej lepszej części Browaru Czarnków, czyli z Kamionki. Dawno nie piłem witka, więc pora odświeżyć sobie pamięć jak to smakuje. Trochę dziwi mnie tutaj brak skórki pomarańczy w składzie oraz pszenicy niesłodowanej, ale miejmy nadzieję, że Andrzej Kryczka wie co robi.
Wdzianko: Książkowe! Cudownie mętna barwa o przepięknym pomarańczowo-żółtym odcieniu. Do tego czapa gęstej, drobno ziarnistej, zbitej piany, której żywot jest bardzo długi. Piana z łatwością osadza się na szkle. Naprawdę zacny to widoczek :)
Kichawa mówi: Zajefajny zapaszek. Bardzo świeży, bardzo rześki i szalenie intensywny. Skórka pomarańczy dosłownie włazi mi do nosa (być może po prostu zapomniano jej wymienić). Ekstremalnie cytrusowy Witbier zalatuje ponadto wyraźną kolendrą, świeżym słodem pszenicznym oraz białym pieczywem. Daleko w tle majaczą jeszcze jakieś białe owoce, ale ciężko wskazać coś konkretnego. Strasznie uwodzicielski to aromat! Można wąchać całymi godzinami.
Jadaczka mówi: Całkiem smaczny ten trunek. Odpowiednio rześki, przyjemnie kwaskowy, z lekką nutką cytrusów (a jednak) i wyraźnie zarysowaną kolendrą. Całość podszyta jest łagodnym biszkoptowo-pszenicznym ciałem. Kwaskowo-słodkawy Konstancin doskonale gasi pragnienie, co dodatkowo podbija drobne i dość wysokie nagazowanie. Pychotka :)
Komu mogę polecić: Miłośnikom belgijskiej klasyki. A w sumie to każdemu spragnionemu człekowi. Gdy pić się chce, to nie ma nic bardziej odpowiedniego.
Epilog: Nie liczyłem na wiele, a dostałem bardzo stylowego witka. Pachnie to błogo i nieziemsko. Smakuje równie wybornie. Piwo jest lekkie w odbiorze, przyjemnie kwaskowe, niebywale rześkie, takie soczyste wręcz. A pije się je szybciej niż ustawa przewiduje! Brawo Andrzej Kryczka. Wyborny to napitek.  

OCENA: 8/10
CENA: 4.29ZŁ (Auchan)
ALK. 5,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 01.2019
BROWAR CZARNKÓW//KAMIONKA