poniedziałek, 31 października 2016

CORNELIUS HALLOWEEN BEER



Dziś wiadome „święto” – Halloween. Święto amerykańskich dzieciaków i nastolatków, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić, więc robią pijackie orgie pod pretekstem przebierania się w różnej maści straszydła. Polska jako kraj z podatnym gruntem, szybko przyjmuje nowy mody, więc ja też wyskakuje dzisiaj z halloweenowym trunkiem ;p
Przynajmniej jeśli chodzi o opakowanie, którym czaruje nas nowy Cornelius Halloween Beer. Powiedzcie mi co myśli przeciętny beer geek, piwny freak, gdy widzi na półce takie piwo? No, a co ma kurwa myśleć? Pumpkin Ale i już! Browar Cornelius natomiast postanowił z nas zadrwić, zrobić nas w bambuko, nabić w butelkę, owinąć wokół palca, wycyckać i zrobić z nas pośmiewisko na całą wieś. Rzeczonym piwem jest American Wheat! No to ja się pytam, co ma piernik do wiatraka? Gdzie jest dynia się pytam?
Bardzo fajnie, że Cornelius ponownie skierował swe kroki ku nowej fali, ale dlaczego do cholery robi nas w konia? 


Pociągam zawleczkę i otwieram. Przelewam. Wiatr piździ jak opętany, rzuca liśćmi na lewo i prawo, ale jakoś daję radę. Pstrykam kilka razy migawką i spadam na chatę. Piwo ładnie się prezentuje. Zachęca do konsumpcji swoim blado złotym i wyraźnie mętnym odcieniem. Dodatkowe smaczki robi genialna piana – biała, drobna i obfita jak piersi Pam Anderson. Czapa jest bardzo trwała, opada naprawdę wolno i tworzy genialny wręcz lacing!
Czas na pierwszy kontakt. Piwo jest przyjemnie rześkie, wysoko nasycone, lekko kwaskowe. Amerykańce mocno się udzielają – jest sporo świeżego cytrusa i kapka słodszych tropików. Następnie do gry włącza się wyraźna doza słodowej bazy. Jest pszenica, jest chlebek, są herbatniki i jakieś ciasteczka. W tle majaczą jakiś przyprawy, chyba czuję kolendrę oraz imbir, ale nie jestem pewien. Nie powiem, bo dość zgrabnie to wszystko wygląda. Stawkę zamyka ziołowo-cytrusowa goryczka o raczej niewielkiej mocy. Jest szlachetna, krótka i miękka, bardzo przeciętnie kontruje słodową podstawę.

sobota, 29 października 2016

BURACZANA PIANA



Polska to naprawdę dziwny kraj. Kraj absurdów, cudaków i odchyleń od normy. Zdrowo rąbnięci ludzie tu mieszkają. Mam tu na myśli na przykład porąbanych piwowarów, którzy wrzucają do kadzi z piwem co tylko znajdą pod ręką. Tym sposobem w kraju nad Wisłą mieliśmy już choćby piwo z czosnkiem, ze śledziami, z ziemniakami, z grzybami, z ostrygami, z ogórkiem, z chrzanem, z bekonem, z dynią, solą, pieprzem, chili i kazylionem innych przypraw, ziół i różnego rodzaju zielonego badziewia od ostropestu, po aloes.
Browar Na Jurze nie chcąc być gorszy od konkurencji, nie tak dawno także wypluł na rynek niezłe dziwactwo. Buraczana Piana to zakwaszany bakteriami Lactobacillus ejl z dodatkiem buraka, rabarbaru i koncentratu jabłkowego. Brzmi to nie tyle strasznie, co nierozsądnie. Po jaką cholerę dawać do piwa buraka ćwikłowego?! Gdzie sens, gdzie logika? Gdzie ABW, gdzie CBŚ? ;p


Nowość z Zawiercia pieni się bardzo dobrze, choć grube pęcherze nieco ujmują uroku. Obfita pierzynka opada w średnim tempie, zostawiając liczne i wzorzyste zacieki na szkle. Samo piwo jest lekko mętne, a jego barwa to blada czerwień, płynnie przechodząca w kiczowaty róż.
Pal licho wygląd. Ja kupiłem to piwo dla buraka w składzie, a nie po to, by jarać się wyglądem. Już po dwóch łykach z radością skonstatowałem, że smakuje mi ten wynalazek. Zapewne głównie dlatego, że wcale nie czuć tu żadnych buraczanych smaczków. Jest za to wybitnie owocowo i rześko. Z początku nawet lekko słodkawo, lecz po chwili odzywa się przyjemny kwasek. Summa summarum kwaśność nie jest jakaś szczególnie duża i gdybym nie czytał etykiety, przysiągłbym, że pochodzi ona tylko i wyłącznie od rabarbaru. To właśnie on przoduje w tym piwie. Rządzi i dzieli, spychając jabłkowe niuanse na drugi plan. W tle cichutko siedzą sobie nutki słodu i innych czerwonych owoców (poziomka, truskawka, żurawina). Chmielowa goryczka jest bardzo niewielka, wręcz znikoma.

piątek, 28 października 2016

CZTERY WCIELENIA PIWA CARLSBERG. CZY TO SIĘ W OGÓLE RÓŻNI?


Zdaje sobie sprawę, że nie jestem mega bystry. Moją bystrość można chyba więc porównać do wody w klozecie. Mimo to jakiś czas temu zauważyłem na rynku piwnym kilka nowych pozycji od Carlsberga. Jak żyję na tym świecie ponad trzydzieści lat, tak zawsze u nas Carlsberg był tylko jeden. Od lat warzony w Polsce na licencji duńskiego potentata, ale kto by się tym przejmował? 


Aż tu nagle, ku mojemu zdziwieniu widzę na półkach sklepowych jakieś nowe Noxy, Goldy i inne badziewia (tak sobie pomyślałem, jak je zobaczyłem). Po jakimś roku zapaliła mi się we łbie żarówka z napisem „zrób degustację porównawczą wszystkich Carlsbergów. Zobacz, które najlepsze i podziel się tym z opinią publiczną”. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, tylko że z pewnym poślizgiem czasowym. Niestety w międzyczasie ze sklepów zniknął Carlsberg Nox – rwałem sobie włosy z głowy jak opętany (z jajek zresztą też). Lubiłem to piwo, piłem wielokrotnie. Tymczasem okazało się, że była to edycja limitowana :( No, cóż. Zostały mi zatem do testu tylko cztery piwa.


CARLSBERG GOLD

Zdecydowanie najciemniejszy koleżka z całego kwartetu, mimo to wciąż jest to jasne, pełno złote piwo. Nosi ślady w miarę bujnej, drobno ziarnistej i puszystej piany, która niestety nie cieszy się zbytnią trwałością. Opada szybko zostawiając bardzo subtelny lacing.
W zapachu niestety jest słabiutko. Gold wyraźnie przypomina typowe koncerniaczki, solidne naznaczone podłej maści słodowością. Towarzyszy jej umiarkowana ilość mokrego kartonu i niuansów miodowych. W tle mokre zboże, jakieś szczątkowe estry i słodkie biszkopty. Ani to świeże, ani przyjemne. Lepiej sobie darować i dołożyć kilka dukatów na lepszy napitek.
W smaku jest chyba ciut lepiej, ale wciąż daleki jestem od optymizmu. Tu również dominuje korpolagerowa słodowa nuta o lekko zbożowo-miodowych naleciałościach. W tle pojawia się jakaś namiastka chmielu, ale szybko zostaje przykryta mokrym kartonem. Wysycenie umiarkowane, ale nie pomaga to piwu uzyskać żadnej świeżości. Goryczka jest niska i mdła. Całość dość pełna w smaku, monotonna i zwyczajnie nudna. Wyraźne utlenienie i typowo koncernowe smaczki, to niestety poważne zarzuty. Wnoszę o dożywotnie więzienie lub karę śmierci ;p
OCENA: 4/10
CENA: nieznana
ALK. 5,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 19.02.2017


CARLSBERG EXPORT

Wersja Export powinna być dojebana na maksa. Powinna, ale nie jest. Nic z tych rzeczy.
Jasnozłote piwo generuje troszkę mniejszą pianę niż wersja Gold, ale tak samo krótkotrwałą. Biała kołderka opada szybko i bezpowrotnie, co akurat nie jest zdziwieniem.
Zapach także nie oferuje żadnych fajerwerków, ale chyba jest nieco lepiej niż u kolegi powyżej. W aromacie przeważa lekka i zwiewna słodowość, wyzbyta na szczęście utlenionego charakteru. Słód, subtelna chlebowość, homeopatyczne ilości chmielu oraz trawy – w zasadzie nic więcej tu nie ma. Bardzo wątły to zapaszek, ale przynajmniej bez wad sensu stricto.
W smaku od razu czuć, że to lekkie i wybitnie sesyjne piwo. Ponownie zaznacza się wyraźna dominacja słodowych aspektów z jasnym pieczywem i zbożem na czele. Apatyczna chmielowość majaczy daleko na horyzoncie. Goryczki praktycznie tu nie ma, a całość jest nie tyle słodka, co nijaka. Cholernie wodniste piwo o bardzo niskiej pełni i słabiutkim balansie. Przynajmniej wysycenie jest spoko – drobne i wyraźne. Generalnie jednak szkoda zachodu.
OCENA: 5/10
CENA: 2,49ZŁ (Żabka)
ALK. 4,8%
TERMIN WAŻNOŚCI: 02.03.2017


CARLSBERG

Czy regularna wersja tego kultowego piwa wyjdzie z tego boju zwycięsko?
Piana oraz barwa są zupełnie identyczne jak u poprzednika, więc oszczędzę Wam czasu i sobie strzępienia klawiatury.
Aromat – stary, wszystkim dobrze znany Carlsberg. Nigdy nie spuszczałem się nad tym piwem i tak jest nadal, ale jak na razie z całej tej trójki zapach wypada najkorzystniej. Jest silny i zdecydowany. Wyraźnie słodowy, ale też chmielowy o silnym trawiastym zabarwieniu. Oczywiście jak zielona butelka, to musi być też charakterystyczny „skunks”. Mi on specjalnie nie przeszkadza, więc sprawa załatwiona. Rześko i świeżo to pachnie, a to już coś.
W smaku także nie zabawiłem się w Kolumba i nie odkryłem Ameryki. Jest wysokie, drobne i lekko szczypiące wysycenie. Do tego dochodzi świeża dawka jasnego słodu, chleba, kwasku i chmielu. Nie ma mowy o żadnym utlenieniu. Piwo jest świeże i nieźle pijalne. Pełnia nie jest zbyt wysoka, ale przecież to ma być lekki w smaku i niezobowiązujący lagerek.
Szału ni ma, ale nie jest też źle. Piwo sprawia miłe wrażenie, jeśli mowa o koncernowych standardach.
OCENA: 6/10
CENA: ok 2,50ZŁ
ALK. 5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 20.03.2017


CARLSBERG NON ALCOHOLIC

To piwo sprawiło mi największą niespodziankę. Co ciekawe raczej w sensie pozytywnym.
Barwa jest blado złota, wręcz słomkowa. Zdecydowanie najjaśniejsza z całej trójki. Piana przeciętnej wielkości, biała, drobna i puszysta. Niestety opada szybko jak u swoich braci.
Zapach to naprawdę szok i niedowierzanie – piwo jest wybitnie estrowe, owocowe! Dominuje z nim czerwone jabłko, brzoskwinia, białe winogrono i renklody (takie białe śliwki). Serio bardzo intensywny i wyraźny to aromat. Chwilami to już nie wiem, czy wącham piwo, czy babciny kompocik. Owocowość jest tak silna, że niemal przykrywa słodowe niuanse. Chmielu co prawda nie czuć, ale w tym wypadku zbytnio mnie to nie martwi.
Smak natomiast jest kolejnym zaskoczeniem. Kolejnym in plus! Po takim zapachu spodziewałem się słodko-owocowej bomby, tymczasem dostałem typowe słodowo-chmielowe piwo, co jedynie sympatycznie naznaczone estrowym sznytem. Owoce są obecne i dobrze współgrają z bazą tego bezalkoholowego napitku. Goryczka też jest. Lekka i zwiewna, bez wątpienia chmielowa. Wspaniale kontruje owocową stronę.
Piwo jest bardzo lekkie w smaku, jednak nie ma może tu być mowy o żadnej wodnistości. Mam wrażenie picia piwa aromatyzowanego, ale nie sądzę by tak było. Ciekawy jestem jakich chmieli mogli tu użyć. Ja stawiam na nową falę! :)
Naprawdę spoko piwo, zwłaszcza jak na bezalkoholowe standardy. Ciekawe podejście do tematu sprawiło, że Carlsberg Non Alcoholic bez dwóch zdań wypada najlepiej z całej czwórki.
OCENA: 7/10
CENA: 3.69ZŁ (Auchan)
ALK. do 0,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 13.03.2017


WNIOSKI I PRZEMYŚLENIA

Na pytanie postawione w tytule jasno i zwięźle odpowiadam, że nie są to te same piwa. Każde smakuje i pachnie wyraźnie inaczej, czego oczywiście byłem niemal pewien.
Wersja Export zawiodła mnie najbardziej. Piwo jest tak płaskie i wyprane ze smaku, że aż przyrodzenie mi się skurczyło (i co ja teraz powiem żonie?). Gold niby ma najbardziej wyraźny i konkretny charakter, ale cóż z tego skoro wali miodem i tekturą na kilometr? Regularny Carlsberg natomiast zachował twarz i trzyma jako taki poziom, choć wciąż nie jest to jakiś wysoki level.
Tegoroczną nowość, czyli Non Alcoholic traktuję tutaj nieco odrębnie. Po piwie bez procentów nie spodziewałem się wiele, tymczasem to właśnie ono zdeklasowało rywali. Do bólu wyrazisty aromat owoców i niepowtarzalny charakter zapamiętam na bardzo długo. Naprawdę dobry i oryginalny napitek z tego wyszedł. Jestem jak najbardziej na tak. Jest to doskonała alternatywa dla osób lubiących piwo, ale z różnych względów unikających alkoholu – dla szoferów, dla członków AA, dla kobiet w ciąży i karmiących, dla ludzi z wielkim kacem też się nada ;) 

środa, 26 października 2016

CASCADIAN TWILIGHT



Kolejna nowość z Fabryki Piwa. No, może nie zupełna nowość, bo piwo już trochę grzeje półki w sklepach. Jestem w jego posiadaniu już od dawna, ale gdy się ma refleks leniwca, to tak jest. Praktycznie żadnego piwa nie degustuję tuż po premierze (shame Piotrek, shame). Po prostu jakoś mi to nie wychodzi. Głównie dlatego, że chyba za rzadko jestem w sklepie z piwami, a poza tym to generalnie nie chcę brać udziału w tej całej nagonce. Nie zamierzam z jęzorem na brodzie i spoconymi pachami co drugi dzień gnać do sklepu po piwa. Nie mam na to czasu, a mój portfel też ma tu coś do powiedzenia. Inna sprawa, że tych premier jest po prostu za dużo, tego nie da się już ogarnąć. To już nie jest 2013, czy 2014 rok.
Wyżaliłem się, to mogę w końcu przejść do piwa, którego kosztowałem już na Częstochowskim Festiwalu Piwa. Bardzo mi smakował ten Cascadian Twilight. W sumie nie dziwota, bo Cascadian Dark Ale, tudzież Black IPA, to jeden z moich ulubionych stylów piwa. 


Otwieram i przelewam tą czarną ipę. Tak naprawdę to ona czarna nie jest, bardziej ciemno brązowa, ale nie ma to takiego znaczenia. Piana to dopiero jest cudo. Można dostać orgazmu już od samego patrzenia. Czapa gęstej, mega obfitej, drobnej i sztywnej piany zdarza się niezwykle rzadko. Do tego jest ona niemiłosiernie trwała i posiada uroczą barwę cappuccino. Panie, a jaki tu jest lejsing! Na szkle pozostały tak gęste firany, że w zasadzie można by je na oknie zawiesić ;p
Muszę trochę ochłonąć, bo mi lekko ciśnienie skoczyło. Mija kilka bezcennych minut. Zaczynam powoli sączyć Kaskadowy Zmierzch. Spoko pełnia, wyraźna paloność, miękkość na podniebieniu, tęga kawa, palony jęczmień, ciemne słody i mocna goryczka na finiszu. W tle majaczą echa gorzkiej czekolady, spalenizny, popiołu, ulotnego karmelu, odrobiny cytrusa i żywicy. Jakiś zagubiony owoc tropikalny też się tu znajdzie, ale to już totalnie odległa sprawa. Całość jest mega wyrazista i złożona. Ciekawą robotę robi tu palono-kawowo-żywiczna goryczka, która mimo sporej mocy niewiele zalega, jest dość sympatyczna i przyjazna dla kubków smakowych. Wspaniale kontruje słodową podbudowę. Bardzo smaczne piwo z dominacją ciemnych klimatów.

poniedziałek, 24 października 2016

UITU PITU



Nie wiem dlaczego, ale bardzo rzadko pijam coś z PiwoWarowni (równie rzadko trzepię konia w pracy, albo daję na msze). Kojarzę ich, wiem o ich istnieniu, widuję ich piwa, ale chyba jestem ciotą, bo jakoś nie mogę się przełamać do zakupu. I tu nie chodzi wcale o jakość, czy rodzaj oferowanych trunków. Nie. Czytam internety, często pacze na stronki blogierów i nie odnotowałem żadnej nagonki na PiwoWarownię. Generalnie browar o nieposzlakowanej opinii. Cud, miód i orzeszki.
Mając na uwadze te fakty, będąc w Tesco nabyłem drogą kupna jednom sztukę ich piwa. Skusiłem się głównie dlatego, żeby nie być już ciotą. To naprawdę nic fajnego.
Rzeczony napitek to Uitu Pitu, cokolwiek to znaczy. Styl to Wheat IPA, czyli IPA ze słodem pszenicznym na pokładzie. Uwaga – nie mylić z White IPA/Wit IPA, które jest krzyżówką belgijskiego Witbiera z ipą. Trochę to skomplikowane, ale jak posiedzicie kilka lat w kraftach, to ogarniecie to bez problemu. 


Uitu Pitu jest mętne jak typowy Weizen, jak woda w kałuży, albo woda u wybrzeży Bałtyku. Jego pomarańczowo-miodowy kolor jest totalnie nieprzejrzysty, a piana może niewysoka, ale sympatycznie drobna, zwarta i puszysta. Opada niemiłosiernie wolno, pięknie zdobiąc szkło.
Ciecz równie dobrze wygląda jak i smakuje. Piwo jest miękkie, gładkie i zaokrąglone (coś jak pupa Kim Kardashian). Ameryki to tu nie brakuje! Moje usta zostały wypełnione po brzegi różnej maści owocami – jest tu cytryna, limonka, grejpfrut, mango, marakuja, liczi i kilka innych o mniejszym znaczeniu. Jak ktoś jeszcze nie wie na czym polega piwna rewolucja, to zapraszam do spróbowania. Dalej mamy przyjemną słodowość typu chlebowo-biszkoptowego, kwiaty jakieś, łagodne cienie żywicy oraz lasu w formie świeżych pędów sosny. Całość została podkreślona lekkim kwaskiem i żywiczno-grejpfrutową goryczką na finiszu. Goryczka może nie jest jakaś super mocna, ale skubana jaka szlachetna. Nic tu nie zalega, nie drapie, nie szczypie, nie gryzie w ozór, jak jakaś podrzędna prostytutka. Super sprawa! Całe piwo jest super, mimo niewielkiego wysycenia.

sobota, 22 października 2016

XII DEGUSTACJA PIW - HEFEWEIZEN


W pewny październikowy wieczór Częstochowski Krąg Lokalny Bractwa Piwnego zebrał się w swojej siedzibie, by pogadać i jak to w naszym zwyczaju, napić się dobrego piwa. Okazja ku temu była nielicha – XII DEGUSTACJA PIW. Tym razem postanowiłem z moim kolegą Markiem, że weźmiemy na warsztat piwa pszeniczne. Jest ich w naszym kraju niemało, wszak klasyczne niemieckie Weizeny cieszą się sporą popularnością i to nie tylko wśród typowych beer geeków. Nie jest to przecież żaden wybitnie degustacyjny piwny wynalazek, tylko bardziej trunek „pierwszej potrzeby”. Takie piwo dla ludu można rzec ;)


Hefe-weizen

Weizenbier, zwany też czasem Weissbier to wywodzące się z południowych Niemiec lekkie piwo pszeniczne o charakterystycznym smaku i aromacie dojrzałych bananów i goździków. Piwa te były warzone już wieki temu przez tamtejszych piwowarów, a okres ich niezmiernej popularności skończył się w roku 1516, kiedy to wprowadzono Reinheitsgebot. Słynne „bawarskie prawo czystości” zakazywało używania do produkcji piwa pszenicy, gdyż nie wystarczało jej w owym czasie do wyrobu chleba.
Bawarskie pszeniczniaki to porządnie wysycone, musujące, lekko cierpkawe i dobrze pieniąca się piwa, które doskonale gaszą pragnienie i są zbawieniem podczas upalnej pogody. Przy ich warzeniu stosuje się dodatek co najmniej 50% słodu pszenicznego, który wnosi pewną dozę słodkości do piwa. Wspomniane estry bananowe i fenolowe goździki nie są jednak efektem użycia jakichś przypraw, czy dodatków. Odczucia te są wynikiem zastosowania specjalnych szczepów drożdży i to dzięki nim Weizen posiada swój typowy bukiet smakowo-zapachowy.
Istnieje wiele odmian piw pszenicznych, ale najpopularniejszą wersją jest Hefe-weizen z osadem drożdżowym na dnie butelki, który koniecznie trzeba wymieszać z piwem przed przelaniem do szkła. Kristallweizen natomiast to klarowna, filtrowana wersja Hefe-weizena, która jednak nie posiada już tylu zwolenników, co klasyczna odmiana piwa pszenicznego.


Parametry wg BJCP:
 - ekstrakt początkowy 11-12,9%
 - alkohol objętościowo 4,3-5,6%
 - goryczka 8-15 IBU

Aromat
W piwie występuje umiarkowany do wysokiego poziom fenoli goździkowych i estrów bananowych. Intensywność i równowaga między fenolami i estrami mogą być różne, ale w najlepszych przykładach tego stylu jest dobrze zbalansowana i całkiem mocno wyczuwalna. Aromat chmielu jest na poziomie od niskiego do braku. Lekki do umiarkowanego aromat pszenicy (który może być odczuwany jako chlebowy albo zbożowy) może być obecny, ale inne cechy słodowe nie powinny występować. Brak dwuacetylu i DMS. Opcjonalnie aromaty mogą zawierać lekką, cytrusową cierpkość, i słabe aromaty gumy do żucia. Żaden z tych opcjonalnych cech aromatów nie powinien być mocny czy dominujący.

Barwa
Kolor piwa może być od blado słomkowego do bardzo ciemnozłotego.. Wysoki poziom białek pochodzących z pszenicy wpływa na klarowność, dzięki czemu piwa te są raczej nieprzejrzyste.  

Piana
Charakterystyczna jest tutaj bardzo gęsta, długo otrzymująca się biała piana, która jest znakiem rozpoznawczym każdego pszeniczniaka.

Smak
Piwo ma słaby do umiarkowanie mocnego smak bananów i goździków. Intensywność i równowaga między fenolami i estrami może być różna, ale w najlepszych przykładach tego stylu jest dobrze zbalansowana i całkiem mocno wyczuwalna. Opcjonalnie Hefe-weizeny posiadają bardzo lekki do umiarkowanego charakter waniliowy i nuty gumy balonowej. Delikatny, trochę chlebowy albo zbożowy smak pszenicy jest obowiązkowy, jak również delikatna słodkość słodu pilzneńskiego. Smak chmielowy jest od lekkiego do zupełnego braku. Przeważnie obecne są też cierpkawe, cytrusowe cechy pochodzące od drożdży i wysokiego nagazowania. Brak dwuacetylu czy DMSu.

Goryczka
Hefe-weizeny to dość słodkie piwa, toteż goryczka chmielowa jest bardzo słaba. Wręcz niezauważalna.

Odczucie w ustach
Treściwość jest średnio lekka do średniej, nigdy nie jest bardzo duża. Jednak osad drożdżowy może zwiększać odczucia treściwości. Tekstura smaku pochodząca od pszenicy wpływa na odczucia puszystości i kremowości, które mogą przedłużyć się do lekkiego, ostrego finiszu spowodowanego wysokim wysyceniem. Dobrze zaokrąglona pełnia smaku na podniebieniu wraz z relatywnie wytrawnym finiszem, to także często spotykane cechy.




Tak jak już wspominałem Weizenów Ci u nas dostatek. Niemożliwością jest oczywiście zebranie wszystkich. Mnie i drugiemu Piotrkowi udało się jednak skompletować, aż 17 sztuk! Uważam, że to dość sporo. Byłoby tego jeszcze więcej, ale sporo browarników udziwnia ten styl, stosując nowofalowe wcielenie lub różnego rodzaju dodatki. Cóż, mają do tego prawo.

czwartek, 20 października 2016

JABŁONOWO 23 SUPER MOCNE



To nie jest tak  jak myślicie. To zupełnie nie tak. Nie zapisałem się do AA, nie stoczyłem się na dno i nie zakumplowałem się z koleżkami spod monopolki. Wciąż jestem żądny dobrych piw. Staram się unikać chłamu i raczej nie kupuję byle czego.
Co zatem skłoniło mnie do zakupu „mózgotrzepa” z Jabłonowa, oficjalnie zwanego strong lagerem? Jabłonowo 23 Super Mocne ma 23°Plato i równo 10% alko. Nielichy to zawodnik, do tego kosztuje niewielkie piniondze. Jest to więc idealny kandydat dla osiedlowej żulerki, mimo to zaryzykowałem. Odważny ze mnie blogerzyna. Widziałem w internetach co najmniej dwie w miarę pozytywne oceny, więc chyba nie umrę - pomyślałem. Zauważyłem go w zwykłym spożywczaku. Faktycznie stosunek ceny do procentów był bardzo korzystny. Co najmniej tak korzystny, jak zakup Alaski przez USA w którymś tam roku. Kupiłem 6 sztuk. Trzech już nie ma. Zostało drugie trzy. Wszystkie są już po terminie, ale w przypadku takiego piwa, to chyba nawet lepiej. Warto poczekać, a nuż się jakiś pseudo barley wine z tego ulęgnie? ;)


Do mocarza z Jabłonowa przylgnęła ”łatka” J23, więc takiej ksywy będę i ja używał. Piwo nie jest znienawidzone, ale ja do degustacji wybrałem znienawidzonego shakera. Ciecz ładnie wygląda w szkle. Ma przyjemny bursztynowo-herbaciany kolor i drobną pianę o kremowym odcieniu. Nie będę jednak się tu spuszczał nad wyglądem, bo od samego patrzenia procenty przecież nie wejdą.
Po trzech wysączonych już wcześniej egzemplarzach, znam już doskonale ten smak. Słodki, wybitnie karmelowy, mocno słodowy, ale też lekko opiekany. Jest suszona śliwka, nieco rodzynek i skórki od chleba. Tłem suną jakieś dobrze wypieczone ciasteczka, jakby Pieguski posypane subtelną mleczną czekoladą. Słodkie to i gęste, chwilami nawet wyklejające, ale pić się da. Alkohol, owszem jest obecny, ale nie jakiś spirytusowy, czy ordynarny. Nie chwyta za gardło, nie piecze i nie pali w przełyk jak większość nawet słabszych „mózgotrzepów”. Co prawda trochę grzeje w brzuszku, ale jest dość szlachetny i ułożony. Niekiedy przypomina nawet jakiś likier. Naprawdę nieźle to smakuje. Daję słowo. Skojarzenia z Barley Wine są jak najbardziej na miejscu :D

wtorek, 18 października 2016

FLYING CIRCUS



Dawno nie było nic od Krafwerka, więc proszę – oto i jest coś. Śląski Kraftwerk to fajna ekipa. Lubię ich bardzo. Nie znam osobiście, ale gdybym znał, to na pewno bym ich lubił. Bylibyśmy jak Polak i Węgier, dwa bratanki i do szabli i do szklanki ;p
Mam w piwnicy trzy ich piwa. Każde z nich świetnie rokuje, ale na pierwszy ogień poszedł Flying Circus, którego zakupiłem u siebie, to jest w Czewie. Zresztą nie dziwota, bo główna warzelnia Kraftwerku mieści się dosłownie rzut skarpetą od granic administracyjnych Częstochowy, czyli w Wąsoszu. No dobra, ale miało być o piwie, a nie o skarpetach i wąsach…
Ten Latający Cyrk to niezłe ziółko jest. Niby Summer Ale, ale nie taki zwyczajny. Prócz koleżków z hameryki mamy tu jeszcze bowiem kokos i hibiskus. Akurat tak się składa, że i jedno i drugie leży w kręgu moich ulubionych smaków. Uwielbiam ciastka kokosowe, czy inne słodycze nim podrasowane, a na herbatę z hibiskusem nie trzeba mnie dwa razy namawiać. No to jedziemy z tym koksem (czy może w tym wypadku bardziej z kokosem?). 


Po przelaniu piwo zostało uzbrojone w przeciętnej wielkości białą pianę, która jest średnio ziarnista, acz dość trwała. Do tego bardzo solidnie brudzi mi szkło, za co jestem jej wdzięczny. Kolor trunku jest lekko zamglony i przypomina krzyżówkę miedzi, jasnego miodu i pomarańczy. Taka sytuacja.
Wygląd całkiem wporzo, no ale nie kupiłem piwa, żeby go oglądać, tylko go wypić. W smaku Flying Circus okazuje się być dość pełnym w smaku i treściwym piwem. Początkowo bowiem jest dosyć słodkawo i owocowo. Są frukty tropikalne, jest wyraźna słodowość, pszenica i biszkopty. Mistrzem drugiego planu jest natomiast przyjemna kwiatowa nuta (głównie hibiskusowa) i jakieś zioła. Tuż za nimi do akcji wkracza chmielowa goryczka o nader łagodnym usposobieniu. Jest krótka i szlachetna, ale niezbyt mocna. Żadnych akcentów kokosowych niestety tu nie wyczułem, a szkoda, bo wiele sobie po nich obiecywałem. Ostatecznie Kraftwerkowy wywar nie jest jakimś złym piwem, ale byłby dużo lepszym, gdyby cechował się większą świeżości i rześkością.

niedziela, 16 października 2016

ŻYWIEC SZAMPAŃSKIE



Ale się porobiło. Od niedawna jest nowy Żywiec na rynku. Absolutnie bez żadnego rozgłosu, kompletnie po cichu i bez milionowych nakładów reklamowych pojawiło się w sklepach piwo Żywiec Szampańskie. Ceną i wyglądem nawiązuje ono do serii tych droższych i bardziej „luksusowych” piw od Żywca. 
Sama nazwa - Żywiec Szampańskie - mówi bardzo niewiele. Po oblukaniu całej etykiety można się jednak dowiedzieć, że jest to lekkie piwo ze słodem pszenicznym w składzie, kolendrą i amerykańskimi chmielami. Gwoździem programu są tytułowe drożdże szampańskie, używane w browarnictwie niemiłosiernie rzadko. I raczej nie to po, by poczuć w piwie smak i aromat szampana, lecz dlatego, że znacznie lepiej radzą sobie one w dużych stężeniach alkoholu. „Piwa szampańskie” to wciąż novum w piwowarskim świecie, a ich oficjalna nazwa to Biere de Champagne lub Biere de Brut. Gatunek ten, jak wiele innych wywodzi się z Belgii, gdzie powstał dopiero kilkanaście lat temu! Są to piwa bardzo złożone, mocne i cholernie drogie, bo ich technologia produkcji jest bardzo skomplikowana. W zasadzie po fermentacji piwa cały proces pokrywa się z metodą produkcji oryginalnego francuskiego szampana - refermentacja, poziome leżakowanie w butelkach z grubego szkła, odwracanie butelki szyjką w dół, wymrażanie osadu drożdżowego i jego usuwanie poprzez szyjkę. 


Tak więc Żywiec Szampańskie Biere de Brut na pewno nie jest. Świadczy o tym zarówno cena, jak również skład i parametry. A czym zatem jest? Jasnym i lekkim lagerem zakrapianym kolendrą i szampańskimi drożdżami.
Piwo nalewa się z okrutnie obfitą czapą białej piany, złożonej ze średniej wielkości pęcherzy. Piana jest dość trwała i lekko brudzi szkło. Piwo jest idealnie klarowne o blado złotym kolorze.
Spodziewałem się bardzo wysokiego wysycenia, tymczasem nowość w stadzie Żywca jest umiarkowanie potraktowany dwutlenkiem węgla. Jego faktura jest lekka jak poranna mgiełka. Piwo jest smukłe, miękkie i bardzo sesyjne. Kolendra jest wyraźna, ale na szczęście nie dominuje nad całością, bo nie chciałbym tutaj drugiego Żywca Białego. Króluje tu łagodna słodowa nuta o herbatnikowo-ciasteczkowym profilu. Samej pszenicy jednak, to ja tu nie czuję, zresztą ani trochę nad tym nie ubolewam. Z tła wyłania się odrobina białego pieczywa, zboża i chmielu o ciężkim do zdefiniowania charakterze. Może jest w nim szczypta cytrusa, ale też trawy i tytoniu. Jak na jankesów, to wybitnie słabo to wygląda. Goryczka jest…., wróć – nie ma jej prawie wcale. Piwo jest tak samo „goryczkowe”, co wszystkie inne jasne korpolagery. Nie ma pod tym względem żadnej różnicy (niestety). Bardzo przeciętnie to smakuje. Jestem daleki od ochów i achów.

piątek, 14 października 2016

KOMES RUSSIAN IMPERIAL STOUT




Browar Fortuna huknął jak z armaty. Na pewno nikt nie spodziewał się takiego zagrania z Miłosławia, no chyba, że Twoim kumplem jest Tomasz Weinert. Dwa nowy portery bałtyckie to pikuś przy dzisiejszym towarzyszu. Z nim naprawdę nie ma już żartów. To nie jest petarda, to po prostu jest bomba jakaś. Komes Russian Imperial Stout o mocy, aż 12 voltów! Jedno z najmocniejszych polskich piw na rynku. Ze trzy takie piwa i człowiek odlatuje. Traci zmysły, bierze kciuk do buzi i zwyczajnie idzie lulu. Poważnie. Nawet Pudziana by poskładało. Taka sytuacja.
Internety jednak nie znają litości, nawet nad takim piwem. Niechcący czytałem kilka opinii o tym RISie. Niewiele, może ze dwie lub trzy, ale kurde wszystkie były zgodne jak jeden mąż. Zarzucano mu wyraźną alkoholowość oraz nieułożony charakter. Podobno piwo wali spirytem i farbą emulsyjną na kilometr. Dziwne to trochę, bo ponoć specyfik ten leżakował sobie w browarze, aż przez pół roku. Równe sto osiemdziesiąt fucking days! I że to niby na darmo było?! Zobaczmy.


Zrywam kapsel (gumowcem) i przelewam. Cykam fotkę blenderem (bo tym umiem najlepiej) i oglądam. Piwo jest czarne jak smoła, jak noc, albo jak dupa nosorożca – wybierzcie sobie. Nawet nie patrzyłem pod światło, bo i tak wiedziałem, że jest totalnie nieprzejrzyste. Góruje nad nim dość spora piana. Drobna, beżowa i puszysta. Jej trwałość raczej jest przeciętna, podobnie jest z lejsingiem.
Biorę pierwszy łyczek, potem drugi. Bardzo solidne piwo. Dosyć gęste, gładkie, złożone i esencjonalne (nie wiem, co to znaczy, ale wyczytałem to na kontrze ;p). Jest sporo kawy i prawdziwej gorzkiej czekolady. Zupełnie jakbym maczał tabliczkę ciemnej czekolady w świeżo zaparzonej kawie (bez mleka). Dalej mamy wyraźne pokłady palonego słodu i nieco mniej wyraźnego przypalonego karmelu. W tle cichutko siedzi sobie palony jęczmień, szczypta suszonej śliwki i popiołu. Finisz został naznaczony umiarkowanej mocy goryczką o przyjemnie kawowo-palonym rodowodzie. Goryczka jest w miarę krótka, choć z biegiem czasu odrobinę zaczyna zalegać. Zaraz, zaraz, a gdzie ten rzekomy, lejący w mordę etanol? Gdzie farba emulsyjna? Nic z tych rzeczy lejdis end dżentelmens. Owszem, piwo ma wyczuwalny lekki posmak alkoholowy, ale nie róbcie sobie jaj! Etanol trochę grzeje w gardełku, ale nie ma w tym elemencie żadnej tragedii. Przypomina on bardziej jakiś niezły likier niż ruski spiryt przywożony z Ukrainy w beczce po kiszonych ogórkach. Żadnej farby też tu nie czuję, nawet lateksowej. Żadnego Duluxa, czy innego Nobilesa.

czwartek, 13 października 2016

KOMES BELGIAN IPA




Jaka piękna polska złota jesień za oknami! Co niektórym chce się rzygać z tego powodu, ale ja nie o tym oczywiście, tylko o piwie. Jak wiecie trwa u mnie właśnie ‘wiadomo jaki tydzień, wiadomo z jakim browarem’. Dzisiaj na warsztat biorę kolejnego Komesa. Nie będzie jednak RISów, ani porterów. Piwem tym jest bowiem Belgian IPA. Jest to też nowy trunek, jakich wiele ostatnimi czasy w Fortunie. Wszak nazwę mają chyba nie od parady – zapewne chcą zbić fortunę na tych nowościach ;)
Aj-pi-ej na belgijskich drożdżach. Piłem już kilka takich wynalazków, ale niezbyt podchodzą mi takie połączenia. Tak się składa, że miałem już okazję próbować już tego Komesa na Częstochowskim Festiwalu Piwa i też mi nie podszedł. Co prawda piłem tylko małą próbkę, więc może to za mało, by wyrobić sobie opinię? W każdym bądź razie dzisiaj mam dużą próbkę, całe pół litra na mnie czeka. Z pewnością wystarczy do zlustrowania tego piwa wzdłuż i wszerz, od góry do dołu i od lewej do prawej (lub na odwrót). Szklanki w dłoń lub pokale jak w tym przypadku ;p


Komes Belgian IPA ładnie wygląda w szkle. Jest obfita, biała piana, może niekoniecznie jakaś sztywna i zwarta, ale nie jest źle. Pierzynka długo się utrzymuje i dzielnie zdobi szkło. Kolor piwa też jest ładny, złocisty, klarowny. Naprawdę zachęca do konsumpcji.
No to czas już zatem na tą konsumpcję - to jest to, co tygrysy lubią najbardziej :> Wysokie nasycenie daje w kość już od pierwszych łyków. Bąbelki gazu dość wyraźnie smagają język i podniebienie, co chwila je podszczypując. Jak dla mnie jest ich tu trochę za dużo jak na ten styl. Jedźmy dalej. W smaku pojawia się bardzo wyrazista belgijska przyprawowość, która jak wiadomo nie wnosi zbyt wiele świeżości. Są też owoce (brzoskwinia, gruszka, morela), biszkoptowo-zbożowa słodowość, nieco chmielu, trawy oraz ziół. Ale powiem szczerze, że jankesów to ja tu raczej nie czuję. Żadnego cytrusa, czy innej żywicy, o których tak namiętnie pisali na kontrze. Poeci jedni. Chyba troszkę ich wyobraźnia poniosła. W tle odnalazłem jeszcze odrobinkę ziemistości oraz kapkę tytoniu. Finisz został okraszony lekką i krótką goryczką o ziołowo-ziemistym profilu.

środa, 12 października 2016

KOMES PORTER BAŁTYCKI PŁATKI DĘBOWE




Jedziemy dalej z koksem, bo koks to dobra sprawa. Koks jest zawsze na czasie, zwłaszcza tuż przed Igrzyskami…
Trzecim piwem żłopanym w tym tygodniu jest druga z nowych wariacji porteru bałtyckiego od Fortuny. Internety mówią, że jest to najbardziej obiecujące piwo ze wszystkich trzech nowych Komesów. Nie wiem, co ono ma dokładnie obiecywać, ale zaraz się dowiem. Internety rzadko się mylą, więc powinno być dobrze. Może nawet jeszcze lepiej niż było z Maliną.
Komes Porter Bałtycki Płatki Dębowe to jak sama nazwa mówi porter leżakowany z płatkami dębowymi. Ktoś ściął stary dąb, porąbał go na drobne wióry i wrzucił do kadzi. Razem z piwem wrzucił drań jeden, skubaniec. A może spryciarz? Sam już nie wiem. 


Otwieram i przelewam ów specjał. Do wyglądu nie sposób się przyczepić. No chyba, że przeszkadza Ci obfita, okrutnie trwała i zbita czapa pięknej beżowej piany. Albo barwa ci się nie podoba, gdyż jest totalnie czarna i nieprzejrzysta. W pozostałych przypadkach wygląd ci się spasuje :) Jestem pewien.
Piwo w ustach jest przyjemnie gładkie, takie aksamitne wręcz i kremowe. Są palone słody, jest świeżo parzona kawa oraz liczna czekolada. Najwięcej w gorzkiej odmianie, choć co nieco mlecznej też tu uświadczysz. Na dalszym planie pojawiają się odczucia drewniane oraz waniliowe. W sumie to więcej tu wanilii niż w tej malinowej wersji! W posmaku do głosu dochodzą niewielkie nutki kakao i pralin. Całość umiarkowanie słodka, bo na finiszu wyłania się zza krzaków łagodna i bardzo szlachetna palona goryczka. Nie jest ona jakaś mocna, ale w punkt kontruje słodową pełnię. Alkohol jest porządnie wygładzony i stonowany. Delikatnie grzeje w przełyku, ale nic ponadto. Smaczne to jest i wielowarstwowe, choć trochę brakuje mi tu choćby odrobiny suszonych owoców.  

wtorek, 11 października 2016

FORTUNA IMBIR STOUT




Drugim piwem z cyklu „Tydzień z Browarem Fortuna” jest Fortuna Imbir Stout. Nie jest to jakaś totalna nowość, bo piwo już jakieś pół roku grzeje półki sklepowe, ale jak do tej pory nie miałem okazji zmoczyć nim ust. W sumie to bardziej nie chciałem niż nie miałem okazji.
No, ale w końcu muszę czymś ten tydzień zapełnić. Na wokandzie więc Stout z dodatkiem imbiru, a przynajmniej tak sądziłem nim przeczytałem skład. Okazuje się bowiem, że nowa Fortuna widziała imbir tak samo, jak ja widziałem nagą Angelinę Jolie. Czyli wcale. Tylko „naturalny aromat imbiru”. Nic więcej. Shame Fortuno, shame. Ale w zamian doczytałem się jeszcze informacji o zawartości soków – cytrynowego i gruszkowego! Dość niespodziewane dodatki jak na Stouta. Dziwnie się to wszystko zapowiada. Przechodzę więc do rzeczy.


Fortunowy Stout nalewa się z wysoką pianą barwy ecru. Piana jednak nie jest już tak gęsta i zbita jak w Porterze Malinowym. Jej struktura szybko się rozrzedza, przez co piana opada szybciej niż ustawa przewiduje. Lacing obecny, ale znikomy. Piwo jest ciemnej barwy, lecz bardziej ciemno brązowej niż czarnej.
Wiecie co? Kiedyś, dawno temu nawet lubiłem koncernowe piwo Gingers. Wstyd się przyznać, ale tak było. Zapach i smak imbiru należy do jednych z moich ulubionych przypraw. W tym piwie jest podobnie. Imbir rozdaje tutaj karty. Dzięki niemu piwo jest charakterystycznie „słodkie” i takie tropikalne. Ciemnych klimatów jest tu raczej niewiele. Co jedynie pałęta się tu i ówdzie odrobina prażonych (nie palonych) słodów, kawy zbożowej i sztucznej czekolady. W tła natomiast wyłaniają się niuanse chmielu oraz owoców, głównie gruszek i cytryn. Goryczka jest niewielka i jakaś taka sztuczna. Sumarycznie smakuje to nawet nieźle, pod warunkiem, że lubisz piwa słodkie i aromatyzowane.

poniedziałek, 10 października 2016

KOMES PORTER MALINOWY




„Tydzień z Browarem Fortuna” czas zacząć :)
Kilka tygodni temu z sieci gruchnęła zajebiaszcza wiadomość. Taka, że z kapci może wyrwać. Taka, że spać po nocach nie można. Otóż Browar Fortuna wyprowadził konkurencji bardzo mocny cios - wydał na świat trzy mocarne piwa! Na raz, jednorazowo, w jednym rzucie. Jakby to powiedział pan Rewiński : „mają rozmach skur…”
Ja wiem, że Fortuna koło prawdziwego craftu nawet nie stała. Wiem, że dla prawdziwych beer geeków to zwykły, przeciętnej maści ‘browar regionalny’. Jednak za takie coś propsy się po prostu należą. Koniecznie trzeba unieść kciuk do góry. Bez względu na wszystko. Chociażby za odwagę, za pomysłowość, za męstwo, za to że mają cojones.
Pewnie to już wiecie, ale i tak muszę to napisać. Wykrzyczeć. Rzeczonymi piwami są dwa portery bałtyckie oraz potężny RIS!!! Nie jakaś popierdółka o 19 ballingach, tylko prawdziwy, tęgi i ciężki jak kowadło ruski imperialny Stout. Jest to dopiero drugi RIS pochodzący z niecraftowego browaru. Taka sytuacja.
Na pierwszy ogień jednak idzie u mnie jeden z porterów. Konkretnie uwarzony z sokiem malinowym i leżakowany z dodatkiem chili oraz wanilii. Jest to wariacja regularnego Komesa Porteru Bałtyckiego, która zapowiada się niezwykle interesująco. Co najmniej tak interesująco jak szczupła blondynka w Twoim łóżku, albo nawet dwie blondynki…


Komes Porter Malinowy prezentuje się przepięknie. Czarna jak noc barwa została spowita olbrzymią czapą beżowej piany. Trwałej, drobnej i sztywnej jak koci ogon. Piany, która opada w żółwim, ślimaczym, a może nawet w gąsienicowym tempie (jest takie?).
Aromat malinowy wyczułem już z daleka, ale nim zajmiemy się chwilę później. Pozwolę piwu się dobrze ogrzać, choć i tak oczywiście nie jest jakieś mocno zimne. W smaku nowy Komes jest dość słodki, a także wyraźnie malinowy. Do malin nieśmiało dołączają również dojrzałe wiśnie oraz echa suszonej śliwki. Na drugim planie pojawia się nuta przyjemnej czekolady deserowej, a tuż za nią kroczy odrobina łagodnej kawy, pralin i subtelnie palonych słodów. W tle majaczą lekkie cienie cukru trzcinowego, subtelnego chili i chyba karmelu. Od razu dodam, że tego chili jest tyle co kot napłakał. Jak nie będziesz wiedział o jego istnieniu, to możesz go nawet nie poczuć. Goryczka jest niewielka, a całość sprawia wybitnie słodkie wrażenie. Jednakże smaczne to jest i dość złożone. Alkoholu w zasadzie nie czuć. Brawo.

sobota, 8 października 2016

BEARNARD PORTER BARIBAL


Browar Czarny Kot is back! Na bloga is back znaczy się.
Dziś postanowiłem po raz drugi (dopiero) w moim marnym żywocie wypić piwo od Czarnego Kota. Pierwszym był napitek o smaku mięty i energydrinka, który miałem wątpliwą przyjemność kosztować w Wielkim Teście Piw Zielonych. Czarny Kot to kontraktowiec z Radomia, którego wielką tajemnicą jest miejsce warzenia. Zaczynali od sklepu (albo hurtowni?), a teraz warzą piwo. Z jakim skutkiem, to wszyscy wiemy. Są miszczami w specjalizowaniu się w piwach smakowych – od jeżyny, po truskawkę, zahaczając pośrodku o porzeczkę. Może to jacyś kumple Browaru EDI, albo Witnicy? Cholera wie.
Bearnard to jedna z dwóch serii piw tego browaru, która już z daleka rzuca się w oczy, dzięki papierowej owijce. Dosyć to oryginalne, ale na dłuższą metę raczej niepraktyczne. Pod ubrankiem mamy zatem gołą butelkę. Owijka z misiem i nazwą Porter Baribal kryje w sobie jak mniemam portera bałtyckiego. I jest to w rzeczy samej jedyny powód, dla którego stałem się nabywcą tego piwa (na inne w życiu mnie nie namówicie). Co prawda nigdzie nie ma tu wzmianki o dolnej fermentacji, czy dokładnym określeniu stylu (na stronce browaru też nie), więc tak na dobrą sprawę pozostaje to kwestią wiary. 


O dziwo porter ten nawet ładnie się prezentuje. Jest spora piana, drobna i puszysta, barwy cappuccino. Utrzymuje się dość długo przy życiu za co duże propsy. Kolor piwka też spoko – burgundowo-brunatny (na zdjęciu tego nie widać) z ładnymi rubinowymi refleksami, ale to tylko jak spojrzysz pod światło.
Czas na pierwszy kontakt. Piwo jest nisko wysycone i wyraźnie słodkie. Jest karmel, cukier brązowy, tosty, trochę przypieczonej skórki od chleba i opiekanej słodowości. WTF?! A gdzie czekolada? Gdzie kawa? Gdzie suszone owoce? No dobra, może trochę czekolady się tam przewija, ale dlaczego jest ona taka tania? I dlaczego jest nieświeża i pokryta jest białym nalotem?! Sam już nie wiem, czy to czekolada, czy może kakao? Goryczka praktycznie tu nie istnieje. Piwo jest słodkie, jednowymiarowe i bardzo puste w smaku. Płaskie jak murawa na Narodowym. W ciemno stawiałbym, że to jakaś „szesnastka”, więc porter bałtyckim zwać się to nie powinno. Dobrze, że chociaż woltaż został nieźle ukryty. Nawalili tyle melanoidów, że wszystko byś tu ukrył…

czwartek, 6 października 2016

WHITE HORSE



Dość dawno nie było nic z Fabryki Piwa, więc dziś postanowiłem to zmienić. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie wypuścili na rynek kilka nowości. Chłopaki na pewno nie cierpię na sraczkę wydawniczą, jak niektóre browary, ale z drugiej też strony nie spoczywają na laurach. Regularnie co jakiś czas możemy liczyć na jakąś nowinkę.
Jedną z nich jest właśnie White Horse w style American Weizen. Tradycyjny bawarski pszeniczniak został w tym wypadku nachmielony nowofalowym Willamette. Osobiście cenię sobie udane Weizeny w klasycznym wydaniu. Czy takie piwo potraktowane jankeskimi lupulinami również trafi w me gusta?


Otwieram i przelewam. Jak to w przypadku piw pszenicznych bywa, o pianę nie trzeba się prosić, a jeśli już o prośbach mowa, to w duchu prosiłem ją, żeby już nie rosła i zaczęła opadać ;> Po kilku sekundach musiałem zmienić taktykę nalewania i lać po ściance, chociaż i  niewiele to dało. Piwo nalało mi się z bujną czapą białej, średnio ziarnistej piany. Czapa jest trwała i nawet nieźle oblepia szkło. Kolor piwa to klasycznie złote wcielenie o wyraźnej mętności.
W smaku Biały Koń jest przyjemnie rześki, lekki i sesyjny. Czuć tu pszenicę, choć wydaje mi się, że słód jęczmienny wyraźnie ją zdominował. Ciecz posiada także lekkie znamiona kwaskowatości, co w połączeniu z dość wyraźnym nasyceniem wnosi spore pokłady świeżości (rym niezamierzony). Spodziewanych bananów jest tu jednak niespodziewanie mało, a piwo na pewno nie sprawia słodkiego wrażenia, jak to bywa u normalnych Weizenów.  W tle cichutko siedzą sobie nuty przyprawowe (goździki), chmielowe oraz subtelne cienie drożdży. Mimo amerykańca na pokładzie trunek nie jest jakoś wyraźnie gorzki, choć na bank ma w sobie więcej goryczki niż typowy bawarski odpowiednik.

wtorek, 4 października 2016

ONYKS


Dziś na blogu bardzo dobrze zapowiadające się piwo. Rokujące tak samo dobrze jak kandydaci do wyborów prezydenckich w USA. W me skromne progi zawitał Onyks z Browaru Piwojad. To ci od Suski jakby ktoś nie wiedział (nie mylić z Imperium Prunum).
Onyks to ruski imperialny Stout leżakowany na laskach wanilii madagaskarskiej oraz ziarnach kakaowca z Dominikany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Fajnie temu Stoutowi – też bym chciał se poleżeć na laskach ;p Szczególnie tych z Dominikany, bo tych z Kości Słoniowej to nie kojarzę (też fajne?). Piwo nie jest jakoś szczególnie tęgie, ale zawiera w sobie płatki owsiane i jęczmień palony (oprócz tych lasek z Dominikany rzecz jasna), co mu dobrze wróży. Ów RIS został zamknięty w bardzo zgrabnej i raczej mało spotykanej w tym kraju buteleczce. Zdobi ją, czy może raczej szpeci prosta (czyt. prostacka) etykieta o wyjątkowo niechlubnej urodzie. Mała ta butelczyna, a droga. Mam nadzieję, że zawartość będzie warta tej niemałej przecież sumki.


Piwo nalewa się praktycznie bez piany, mimo że lałem je z dużej wysokości. Od razu widać, że jest czarne jak noc i gęste jak olej silnikowy. Koniecznie przepalony jak w zajeżdżonym niemieckim tedeiku.
Zanim jeszcze piwo przelałem do szkła, to oczywiście musiałem je otworzyć. Tuż po zrzuceniu kapsla zapiałem tak głośno z zachwytu, że kogut sąsiadów mało co z płotu nie spadł. Onyks uderzył mnie w nozdrza cudownym i zniewalającym aromatem wanilii (którą bardzo lubię) i mlecznej czekolady (którą też lubię, ale troszkę mniej). Gdy już byłem na chacie i zamieszałem delikatnie snifterem poczułem drugie uderzenie, tym razem policzek. Były to wyraźna nuta prażonych słodów, palonego jęczmienia i karmelu. Słodki to zapach muszę przyznać, ale naprawdę ładny. W tle delikatnie pobrzmiewały echa łagodnej kawy, zmieszanej z kakao, cukrem kandyzowanym i subtelnymi tonami suszonych owoców. Alkohol ledwo co wyczuwalny, w formie likieru owocowego – brawo! Bardzo złożony i bogaty to zapaszek. Podoba mi się :D