piątek, 29 września 2017

KORD WHISKEY BA. To jest dopiero piwo!



Dziś na blogu spore święto. Licznik recenzji piw wskazuje liczbę 900!!! Tak okrągła liczba degustacji zdarza się raz na sto piw mości państwo. Odjebałem się zatem w „sylwestrową” koszulę i założyłem muszkę ;p Wyciągnąłem nie byle jakiego sztosa z piwnicy i piszę te słowa.
Uwielbiam świętować, bo to znakomita okazja, by napić się czegoś wyjątkowego. Czegoś, czego szkoda marnować na przykład w leniwe piątkowe popołudnie. Czegoś, na co powinniśmy poświęcić 100% swojej uwagi, wyostrzyć zmysły i delektować się bez najmniejszego pośpiechu. Bez wątpienia takim napitkiem jest leżakowany w beczce Kord od Jana Olbrachta. Piwo powala parametrami na odległość: potężne 26°Blg, do tego jebuckie 12% alkoholu. Autorem receptury tego rarytasu jest oczywiście znany i lubiany Josefik.
Kord został ochrzczony mianem Quintupla, choć w rzeczy samej jest to wymysł samego browaru (tudzież Josefika), bowiem styl jako taki nie istnieje. W pewnym uproszczeniu można jednak powiedzieć, że jest to jeszcze mocniejszy i bardziej ekstraktywny Quadrupel, stąd nawiązanie do nazwy. Z drugiej jednak strony etykieta głosi, że piwo stanowi połączenie belgijskiego Quadrupla i angielskiego Barley Wine. A to brzmi jeszcze bardziej dumnie musze przyznać!
Powstały cztery wersje tego piwa różniące się beczką, w której trunek sobie leżakował i dojrzewał. Były to beczki po koniaku, brandy, bourbonie i whiskey. Mój egzemplarz obcował z tym ostatnim, a konkretnie był to Jack Daniel’s.
W zeszłym roku był niesamowity hype na Korda. Birgicy chcieli się o niego pozabijać. Dość ograniczona ilość piwa na rynku dodatkowo nakręcała tą machinę. Na szczęście wiosną tego roku piwo trafiło do sieci Intermarche, gdzie je bez wysiłku nabyłem i to za całkiem rozsądne pieniądze –  jedynie 16 dukatów za taki specjał to naprawdę nie lada gratka! :D


Po spróbowaniu jakiegoś zajebistego piwa zawsze mam w zwyczaju konkretnie zakląć… tak też było i tym razem. Jakież to jest pełne w smaku, jakież gęste, jakież złożone! Już od pierwszego łyku można włazić na grzędę i piać z zachwytu. Wybitnie słodowy napitek długo i niespiesznie sunie w dół przełyku wywołując skojarzenia z karmelem, toffi, miodem wielokwiatowym, orzechami laskowymi oraz nutami opiekanego słodu i skórki chleba. To wszystko przesiąknięte jest na wskroś całą gamą owoców – suszonymi daktylami, figami, rodzynkami, ale też świeżym ciemnym winogronem. Pychotka! :D Jeśli wciąż Wam mało, to z tła bez problemowo można wyłuskać niezobowiązujące akcenty wanilii, whisky, drewna, jak również subtelnych korzennych przypraw, wynoszących Korda na jeszcze wyższy level. To się dopiero nazywa złożoność! Goryczki w zasadzie nie ma, bo całość smakuje wyraźnie słodko, choć nie zamulająco. Piwo wysycone jest dość nisko, a etanol przyjemnie rozgrzewa nasze żołądki. Generalnie jednak alko jest bardzo szlachetne i ułożone. W życiu bym nie zgadł, że ten „cichy zabójca” ma, aż 12%. Cholernie smaczne piwo, wręcz genialne!
Prócz smaku zachwyca także wyglądem. Jedynie ta delikatna mętność może się troszkę nie podobać, natomiast burgundowo-miedziana barwa z pewnością zachwyci niejedną duszyczkę. Piana drobna, średnio obfita, beżowa w kolorze, umiarkowanie trwała, no ale przy takim woltażu nie wymagajmy betonowej piany, bo to raczej niemożliwe.

wtorek, 26 września 2017

VERMONT AMERICAN IPA od WRĘŻELA. Najnowsza moda w rasowym wydaniu



Łojojoojjj… dawno nie było na blogu Wrężela! A szkoda, bo ten kontraktowiec jak widzę doskonale sobie radzi na naszym craftowym podwórku. Piwa bardzo sympatycznego, a zarazem skromnego Adriana Kukuły w zdecydowanej większości zbierają bardzo pozytywne opinie. Nie inaczej jest z najnowszym wypustem – Vermont American IPA, nad którym już zdążyło się spuścić kilku(nastu) piwnych blogierów ;p Wszyscy jak jeden mąż piali z zachwytu. Z tego powodu nad takowym trunkiem nie mogłem przejść obojętnie, zwłaszcza że ekipa Wrężela we wrześniu zawitała w moje strony, wystawiając się na 2. Częstochowskim Festiwalu Piwa.
Co to jest Vermont IPA, czy też New England IPA chyba nie muszę obecnie nikomu tłumaczyć. Czytelnicy tego bloga to nie przedszkolaki i trochę już craftu na pewno liznęli. W tym roku styl ten stał się tak popularny, że już co najmniej połowa polskich rzemieślników ma romans z NEIPA za sobą. Taka kurde sytuacja. 


Nie mam pojęcia która to już edycja szaty graficznej Wrężela (przestałem liczyć przy trzeciej zmianie). W każdym razie muszę przyznać, że za każdym razem wychodzi im to całkiem nieźle. Obecne etykiety są bardzo stylowe z naciskiem na ‘rzemieślniczość’, że się tak wyrażę. Mamy tu całkiem sporo informacji, choć całość wydaje się trochę chaotycznie uporządkowana. Głównie za sprawą liczby użytych czcionek, których ilość wynosi… okrągły pierdyliard ;)
Do wyglądu samego piwa żadnych obiekcji natomiast mieć nie można. Jest totalnie mętne, wręcz błotniste, jak jakiś świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, czy innego cytrusa. Co jedynie piana trochę szwankuje – jest niewysoka, średnio ziarnista i niezbyt trwała. Cóż, jak widać nie można mieć wszystkiego.
Już po pierwszym łyku wiem dlaczego tak się dzieje. Wysycenie jest tutaj niskawe, więc skąd ma być piana do cholery? Pomijam ten aspekt i oddaje się w ręce najnowszej mody w piwnym crafcie. Piwo faktycznie jest soczyste, takie soczkowate. Można nawet odnieść wrażenie, że ktoś zmiksował jakieś frukty i dodał je do piwa, co oczywiście nie miało miejsca. Wszystko to jest zasługą jedynie chmielu, słodów oraz drożdży. O pardom i płatków owsianych. W rzeczy samej ciecz sprawia przyjemnie gładkie wrażenie. Jest świeżo, bardzo soczyście, puszyści, krągło i wybitnie owocowo. Przeważają cytrusy z mandarynką i cytryną na czele. Nieco dalej do głosu próbuje dojść gorzka pomarańcza i odrobina dojrzałego grejpfruta. Pszeniczno-jęczmienna słodowość nie wtrąca się w to wszystko, stojąc z boku i tylko bacznie obserwując. Na dalszym planie objawia się przyjemna chmielowość (taka tradycyjna) ze szczyptą mango i marakuji. Całość przez chwilę jest nieco słodkawa, po dwóch sekundach subtelnie kwaskowa, by na finiszu przeobrazić się w półwytrawny napitek. Cytrusowa goryczka o lekko skórkowym charakterze jest dobrze dobrana. Nie jest diabelnie mocna, ale też nie można powiedzieć, że jej nie ma. Jest krótka, gładka, miękka – szlachetność pełną gębą znaczy się :D

niedziela, 24 września 2017

PORTER NOSTER. Debiut na blogu Browaru Czarna Owca



Pierwszy dzień kalendarzowej jesieni to znak, że powolutku można już przestawiać się na te cięższe i mocniejsze napitki. Ja oczywiście nie jestem żadnym piwnym purystą i nikomu nie zabraniam żłopać latem na przykład mocarnych RISów. Sam od tego nie stronię, więc nie będę robił z siebie debila. Pijcie to na co macie ochotę i kiedy macie ochotę! Bóg i tak Wam to wybaczy ;)
Mnie ochota dzisiaj naszła właśnie na coś ciemnego i czarnego. Coś co stosunkowo dawno nie było już na blogu (dawno jak na moje standardy zapalonego fanatyka porterów bałtyckich).
Porter Noster pojawił się znikąd. Przychodzę z pracy, a on już na mnie czekał (dzięki Piwny Informator). Jest to zupełna nowość z debiutującego na blogu Browaru Czarna Owca. Dopiero co piwo trafiło do sklepów, więc tym razem refleks leniwca odchodzi do lamusa, a pojawia się refleks… pantery! ;p Można? Można :D
Browar Czarna Owca jest mi mniej więcej tak samo znany, co japońska sztuka miniaturyzowania drzew i krzewów bonsai. Wiem tylko tyle, że zadebiutowali gdzieś w połowie 2016 roku, a browar mieści się w miejscowości Semlin na Pomorzu. Jest to browar fizyczny, nie kontraktowy!


Opakowanie tegoż porterku to zupełnie inna bajka niż dotychczasowe wypusty Czarnej Owcy. Poczynając od małej butelki, kończąc na zupełnie odmiennej szacie graficznej. Mamy tu skromną graficznie, wręcz ascetyczną czarną etykietę, wykonaną z najlepszej jakości śliskiego papieru (tak jak lubię). Są podane najważniejsze parametry oraz krótka historyjka. Do pełni szczęścia brakuje tylko pełnego składu.
Mój dzisiejszy gość to całkiem zwyczajny porter bałtycki. 22° Plato, żadnych niespotykanych dodatków, żadnego leżakowania w beczce-po-czymś-tam. Klasyka pełną gębą. Czy mnie się taka klasyka podoba? O ile jest dobrze wykonana to tak, tutaj niestety chyba coś nie do końca zagrało. Fakt – piwo jest przyjemnie gładkie, ale jakieś takie mało wyraziste i niezbyt zdecydowane. Pełnia smaku jest raczej lichych rozmiarów. Ciemno brunatna barwa nam tego nie zdradza, ale jak dla mnie zbyt jednotorowo to smakuje. Mleczna czekolada z domieszką taniego kakao, jakiegoś karmelu i opiekanej słodowości. To w sumie by było na tyle. Wysycenie jest niskie, czyli tu akurat bez zarzutu. Spory plusik także za doskonale ukryty alkohol – siedmiomiesięczne leżakowanie przyniosło jak widać oczekiwane rezultaty. Goryczka jest niewielka i objawia się głównie na finiszu, który urywa się nagle i znienacka jak budowana od „iks” lat autostrada A2. Wielkiej tragedii niby nie ma, ale moje oczekiwania były dużo większe.

środa, 20 września 2017

SEKWOJA - Zachodnie Wybrzeże z Browaru Setka



Ciulowy mam dzisiaj dzień. Jestem ospały, nic mi się nie chce, a co gorsza nic mi się nie udaje. Mam chyba zbyt wiele spraw na głowie ostatnio. Pogoda też werwy nie dodaje – leje od rana… mokro, zimno, szaro. Gdzie ta polska złota jesień się pytam? Bo chyba nie u nas.
Zły jestem, to se walne jakieś fajne piwko – pomyślałem. Pogrzebałem chwilę w zapasach i wyciągnąłem Sekwoję… Bez obaw, aż taki silny to ja nie jestem ;) O piwo chodzi. Nie moja wina, że nazwali je tak samo jak to słynne amerykańskie drzewo. Sekwoja to chyba już dość stara propozycja z Browaru Setka. Jest to poczciwa West Coast IPA. Wytrawność, rześkość, miażdżąca kubki smakowe goryczka, mocno zredukowana słodowość, względnie jasna barwa i chmielu najebane po pachy – mniej więcej takie klimaty. Oczywiście to tylko teoria, a jak jest w praktyce za chwilę zobaczymy. 


Otwieram i przelewam. Sekwoja to bardzo ładne drzewo…. Tfu! Piwo! Złociste w barwie, wpadające nawet w taką bladą pomarańczę. Nie jest mętne, bardziej pasuje tu określenie zamglone. Wieńczy je okazałych rozmiarów piana o średniej wielkości pęcherzach i kremowym odcieniu. Piana dziarsko się trzyma, opada naprawdę powoli, obficie osadzając się na ściankach. I to się właśnie nazywa lacing! :) Szkoda, że nie cyknąłem dodatkowej fotki.
Aromat tego napitku jest naprawę przyjemny i wyrazisty. Czułem go nawet pstrykając zdjęcia z odległości około metra. Piwo bardzo mocno zalatuje owocami. Wbrew pozorom nie przeważają tutaj cytrusy, lecz bardziej słodkawe owoce tropikalne (brzoskwinkę oraz morelę także tu odnalazłem). Jest rześko i solidnie, podoba mi się. Dalej mamy przyjemne i dość intensywne nutki kwiatów, okraszonych szczyptą żywicy i biszkoptowej słodowości, która zgodnie z wytycznymi nie odgrywa tutaj jakiejś znaczącej roli. W rzeczy samej fajnie się to wącha. Może ciut brakuje tu większej złożoności i jakiegoś cytrusowego kopa, ale jest naprawdę dobrze, choć trzeba mieć świadomość, że niezbyt stylowo. Ta cała owocowość wypada dosyć słodkawo…

poniedziałek, 18 września 2017

STING - Amerykańskie Barley Wine z Osowej Góry


Ostatnim moim piwem na blogu był Shark po terminie. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie było to jedyne przeterminowanie piwo, które mam w swoich zapasach. No,  ale to dzisiejsze to akurat wypada na korzyść, bowiem tak mocarny trunek wręcz wymaga pewnego pobytu w ciemnych piwnicznych zakątkach. Czas mu służy, więc moja mordka bez obaw i z uśmiechem zareagowała na miesięczną obsuwę w dacie.
Rzadko pijam coś z Osowej Góry, ale jak już łyknę to raczej coś porządnego. Sting to ichni American Barley Wine. Coś co takie tygrysy jak ja lubią najbardziej. Potężne 26° Plato, do tego ponad dyszka alko… Nie lada zawodnik. Bez kija lepiej nie podchodź ;)
Przed otwarciem butelki za wiele o tym trunku powiedzieć nie mogę. No chyba, że pojadę trochę po etykiecie… Kurde bele nieciekawe są te ety z Osowej Góry. Cenię je za spójność i wysoką jakość papieru, ale same grafiki, fonty i dobór kolorów jakoś mnie nie przekonują. Nie moje klimaty i już. A zresztą co ja się tam znam… Ktoś mi kiedyś powiedział, że w dupie byłem i gówno widziałem ;p


Widzę za to Stinga w pokalu i to bardzo wyraźnie. Piwo jest dość zmętnione, a jego barwa to połączenie miedzi i brązu. Piana natomiast jest totalnym rozczarowaniem. Lałem w miarę energicznie, a tu nic. No prawie nic, nie licząc półcentymetrowej warstewki, która zresztą i tak prawie zniknęła nim zdążyłem cyknąć jakąś sensowną focię.
Biorę Stinga do dzioba (bez skojarzeń proszę). Swoją drogą ciekawe czemu akurat taka nazwa? Od razu czuję tą niesamowitą gęstość. Jest ciało i to cholernie konkretne. Piwo jest gęste, gładkie i wyraźnie oleiste. Osadza się w ustach i przełyku, niczym syrop na kaszel. Dominują słodowe klimaty – opiekane zboża, przypieczona skórka chleba, mnóstwo karmelu, a nawet toffi bym powiedział. Jankeskie chmiele tworzą drugi krąg i muszę stwierdzić, że są dosyć stonowane. Owszem jest fajna żywiczność i kapka cytrusów, ale do jakiejkolwiek bomby owocowej, czy rześkości bardzo daleka droga. Głęboko w tle można odnaleźć natomiast szczyptę ziół i takiej ziemistości niewiadomego pochodzenia. Finisz sprawia w miarę wytrawne wrażenie. Na straży stoi tutaj całkiem wyraźna, choć nie powalająca goryczka o ziołowo-pestkowym profilu. Pozostawia ona niezbyt ciekawy, lekko mdły posmak, poza tym trochę zalega, co znacznie obniża pijalność. Spory plus natomiast za dobrze ukryty, tudzież ułożony alkohol. Piwo delikatnie rozgrzewa, jednak jako takiego etanolu w ustach to ja tu prawie, że nie czuję.

piątek, 15 września 2017

Słynny SHARK z Widawy. Czy legenda jest w formie?



Ehhh… kurde refleks leniwca po raz kolejny dał o sobie znać. A może to przez ten wakacyjny urlop zaniedbałem trochę bloga? Teraz to już po ptokach. Mleko się rozlało…
Jakiś czas temu dorwałem słynnego Sharka od Widawy i tego znanego blogera…. Jak mu tam było, bo zapomniałem nazwiska? ;p Nieważne. Chodzi tu o kultowego Sharka, co to wykręcał birgikom mordki gdzieś w miarę na początku tej całej piwnej rewolucji. Miażdżył kubki smakowe obezwładniającą jak na tamte czasy goryczką rzędu 98 IBU! Tak, wówczas było to najbardziej goryczkowe i najmocniej chmielone piwo w Polsce. Wstyd się przyznać, ale ja nigdy go nie piłem… Może to i dobrze, bo wówczas jeszcze nie przepadałem za olbrzymią goryczką i jeszcze z blogera piwnego przerzuciłbym się na hodowcę jedwabników morwowych lub zacząłbym recenzować soczki typu Kubuś ;)
Wracając do ‘rekina’, tak długo zwlekałem z jego odkapslowaniem, że mi się skurczybyk jeden przeterminował. Po prostu zapomniałem, że Wojtek Frączyk daje na swoje piwa tylko trzymiesięczną gwarancję (nie tyczy się to tych mocarnych napitków). Trochę lipa, że jasne piwo, do tego tak obficie chmielone, muszę spożywać „po dacie”. No, ale czasu już nie cofniesz, tak samo jak i kijem Wisły nie zawrócisz. Lecimy z koksem.


Otwieram i przelewam. Shark pieni się jak szalony. Piana niemal wylatuje ze szkła! Jest drobna, zwarta i sztywna jak koci ogon (takie rzeczy tylko w Sharku!). Utrzymuje się cholernie długo, do tego przepięknie zdobi ścianki. Trwałość oraz lacing naprawdę bez zarzutu :)
Już dwa pierwsze łyki uświadczyły mnie w przekonaniu, że piwo jest w porządku. Dwa tygodnie po terminie nie zaszkodziły mu absolutnie wcale. Całe szczęście. Słynna APA smakuje naprawdę znakomicie. Chmielu najebane, aż po same pachy. W zasadzie czuć nawet taki granulat chmielowy. Do tego dochodzą bardzo wyraźne i nieco cierpkawe owoce cytrusowe. Mam tu na myśli głównie limonkę, cytrynę i zielony grejpfrut. Co warto zaznaczyć bardziej zalatuje mi tu ich skórkowym albedo, aniżeli samym miąższem. Nieco w głębi czają się akcenty iglaków, żywicy oraz nieznacznych ziół. Tłem zaś zasuwa lekka doza chlebkowo-ciasteczkowej słodowości. No i teraz czas na opisanie słynnej goryczki. Fakt – jest konkretna, szalenie wyrazista, kolosalna. Z pewnością nie dla początkujących amatorów craftu. Trochę zalega, ale sumarycznie sprawia dosyć ciekawe wrażenie. Prawie setka IBU na karku, więc nie ma się co dziwić. Musi pozostawać na podniebieniu. Ważne, że nie jest mdła, szorstka, czy jakaś tępa. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Mimo lekkich parametrów piwo jest bardzo charakterne, zadziorne jak samica dzika na spacerze ze swoim potomstwem. Oba kciuki w górę :D

wtorek, 12 września 2017

WIELKI TEST MANUFAKTURY PIWNEJ Z BIEDRONKI



Mam w głowie wiele dziwnej treści pomysłów. Od tych najbardziej ekstremalnych (wypić na hejnał Lubuskie Zielone i się nie zrzygać) po nieco bardziej lajtowe (poszukać najtańszego w powiecie czteropaku Żubra i podarować go najlepszemu koledze). Wśród tych bardziej lajtowych są też na przykład pomysły na kolejne Wielkie Testy. Zarówno takie grupowe z kumplami, jak i osobiste w pojedynkę. Problem w tym, że pod względem logistycznym i jedne i drugie są trudne do zrealizowania. Każdy Wielki Test wymaga sporego przygotowania, wymaga czasu i poświęcenia (na szczęście zazwyczaj obywa się bez ofiar w ludziach). No mówiąc wprost trzeba się srogo napocić. Z drugiej strony jednak czego się nie robi dla oglądalności prawda? Czy w moim przypadku dla wyświetleń i liczby lajków? ;)
W związku z tym, że ostatnio na blogu zdeczka wieje nudą, przygotowałem dla Was zgoła ambitniejszy wpis niż zwykła recenzja – Wielki Test Manufaktury Piwnej z Biedronki! 


Browar Jabłonowo swoją przygodę w ‘biedrze’ zaczynał dość skromnie od bodajże trzech piw. No ale to, co dzieje się tam od jakiegoś pół roku to istne wariactwo. Jak grzyby po deszczu pojawiają się co rusz nowe piwa z serii Manufaktura Piwna, których rzecz jasna nigdzie indziej nie kupisz, bo są produkowane na specjalne życzenie największej w Polsce sieci handlowej (nawet Typical Janush już tego nie ogarnia). Co prawda brand ten istnieje już od wielu, wielu lat, ale piwa spod szyldu Manufaktura Piwna z popularnej ‘stonki’ wyraźnie różnią się etykietą od tych dostępnych w innych sklepach. Powiem więcej – w teorii mają to być zupełnie inne piwa, ale dam sobie siusiora włożyć w imadło, że niektóre z nich się dublują, a różnica polega jedynie na innej etykiecie…
Jakiś czas temu postanowiłem zebrać do kupy całą Manufakturę Piwną z Biedronki i skonfrontować to razem w formie Wielkiego Testu właśnie. To znaczy miałem przynajmniej taki plan, ale kurna jednego piwa nie udało mi się upolować. Złaziłem chyba z dziesięć Biedronek (przy okazji odwiedziłem ze dwie Żabki dla niepoznaki) i nic! Sen Apacza przepadł bez wieści. Albo już nie warzą tej apki, albo ja już oślepłem od tych piw ;p W każdym bądź razie do testu przystępuje dziewięć trunków. To i tak przecież znaczna ilość. Od razu uspokoję wszelkich nerwusów i sceptyków – nie wypiłem tego na raz! Piwa były konsumowane z kulturą i rozsądkiem w długim czasie… A ten kac to nie mam pojęcia skąd się wziął ;p


CISZA NOCNA


Po ciemnym lagerze zbyt wiele to ja się nie spodziewałem i oczywiście piwny instynkt mnie nie zawiódł.
Wizualnie piwo prezentuje się nawet nieźle (ciemno brunatna klarowna barwa, drobna, puszysta piana o beżowym odcieniu), ale w smaku to wieje mi tu nudą jak cholera. Piwo jest płytkie w odbiorze, może nie wodniste, ale pełnia naprawdę stoi tutaj na dość niskim poziomie. W głównej mierze Cisza Nocna oferuje opiekane słody zmieszane z przypieczoną skórką chleba i kawą zbożową niskiego sortu. W oddali majaczy niewielka szczypta gorzkiej czekolady oraz ziołowa chmielowość, która płynnie kończy się w miarę wyraźnie zarysowaną goryczką o przeciętnej mocy. Ale ta goryczka jest jakaś dziwna. Po primo trochę zalega, a po secundo sprawia takie dziwne chemiczne wrażenie. Jakby jakieś pastylki ziołowe na gardło, czy cuś w ten deseń. No naprawdę finisz jest nie za specjalny. Wysycenie średnie, pasujące do całości.
W zapachu niby jest nieco lepiej, ale chyba tylko dlatego, że nie czuję tego lekarstwa na chore gardełko ;) Ogólnie rzecz ujmując aromat jest nikły i wątły. Trzeba mocno ścisnąć poślady i włożyć nos do szkła, by poczuć jak naprawdę to pachnie. Mimo tych zabiegów zadowoleni do końca i tak nie będziemy. Przypieczona skórka chleba, opiekane zboża, tosty, szczypta karmelu i najtańszej czekolady. Tragedii niby nie ma, ale wszystko to jakieś takie mało wyraziste jest, wręcz stonowane.
Piwu wyraźnie brakuje harmonii, ładu, porządku i przede wszystkim zdecydowania. Jest zrobione na odwal się i widać to pod każdym względem. Wypić się da, ale raczej nie polecam. Taką gotówkę z pewnością można lepiej zainwestować ;>
OCENA: 4/10
CENA: 2.99ZŁ
ALK. 6,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 27.02.2018


BANANOWE LOVE


Bananowy Witbier brzmi dosyć zachęcająco, ale też poniekąd dziwnie. Obawy budzi tu również skład, w którym znajdziemy np. cukier (WTF?), aromat naturalny (jakże by inaczej?), czy rumianek. Ten ostatni oczywiście czasem jest spotykany w oryginalnych belgijskich ‘witkach’, ale polskiego reprezentanta z tym dodatkiem jakoś nie kojarzę.
Wygląd sobie tym razem podaruję, bo piwo wygląda całkiem normalnie. No może jest troszkę ciemniejsze niż bym się spodziewał, ale w sumie mam to gdzieś.
Pije się je całkiem nieźle. Całość sprawia świeże i rześkie wrażenie. Dość wysokie nasycenie podbija dodatkowo ten efekt. Czuć pszenicę podbitą delikatnym chlebkiem i fajną kwaskowatością. Bez wątpienia jest to zasługa kwasku cytrynowego wymienionego w składzie. W smaku bananowe wtręty są dosyć ubogie, ale z pewnością wyczuwalne. Na dalszym planie chowa się skórka pomarańczy oraz subtelna ziołowość z kolendrą na czele. Rumianek natomiast występuje na granicy mojej percepcji. Muszę jednak przyznać, że całkiem zgrabnie się to prezentuje. Piwo wchodzi gładko, dobrze orzeźwia i nie trąca zbytnio sztucznością.
Aromat jest silny i zdecydowany. Pachnie mi tu mocno cytrusami, kojarzącymi się z owocowymi landrynkami. Tak, to dobre porównanie. Jest słodko, landrynkowo, ale jednocześnie lekko kwaskowo. Druga analogia to napój typu multiwitamina (Costa, czy inne Caprio). Słodka pszeniczna podbudowa dobrze dogaduje się tutaj ze skórką pomarańczy i cytryny. Niuanse bananowe grają dopiero drugie, czy w zasadzie trzecie skrzypce. Kolendra jest mało widoczna, podobnie jak rumianek, choć całość trąca z lekka miłym dla nosa ziołowym sznytem. Zapaszek na bogato, ale te landrynki są nieco zbyt nachalne jak na mój gust.
Tak, czy siak piwo jest dobre. Akcenty bananowe nie przesadzone, ale wyraźne. Szkoda trochę, że tego rumianku pożałowano, bo mogło być jeszcze bardziej oryginalnie. Mimo to piwo godne spróbowania. Ciekawa wariacja na temat Witbiera.
OCENA: 7/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK: 4,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 21.02.2018


PILSTOLET


Jedno z pierwszych piw z tej serii dostępnych w ‘biedrze’. Zarazem jedno z tych, dla których w celu potwierdzenia mojej „teorii spiskowej”, jestem w stanie swoje klejnoty rodzinne włożyć w pewne narzędzie ślusarskie… Manufakturowy Pils, czy nie do cholery???!!!
Gra słowna z nazwą jak najbardziej na propsie, a samo piwo? Cóż… niezłe. Nie mamy tu pełnego składu, więc użyte chmiele możemy sobie co jedynie z fusów po herbacie wywróżyć. Nie mniej jednak przyjemną chmielową nutę czuć tutaj zarówno w smaku, jak i aromacie. Ja stawiałbym na polskie lub ewentualnie starsze odmiany niemieckie, ale co ja się tam znam.

piątek, 8 września 2017

BALTIC ABYSS - Leżakowane Cudeńko od Wojtka Solipiwko



No i mamy kolejny debiut na blogu. Aż mi wstyd, że tak cholernie późno (sto lat za murzynami jak nic), no bo przecież jest to marka od dawna stojąca na ugruntowanej i szanowanej pozycji - Wojtek i jego Browar Solipiwko. Swoją drogą nie dziwota, że przy takim nazwisku chłop wziął się za piwowarstwo. Oby tylko tych piw nie solił…no chyba, że to Gose ;)
Z tego co wiem Baltic Abyss nie miał kontaktu z NaCl, mimo że na etykiecie mamy jakieś pierdu-pierdu o głębinach Morza Bałtyckiego i „przerażającym monstrum”. Jeśli jest mowa o Morzu Bałtyckim, to oczywiście musi chodzić o portera bałtyckiego. I to nie byle jakiego – imperialnego! 24,5° Ballinga mówi samo za siebie.  Ponad 10% ABV również. Na widok takich parametrów mordka sama mi się śmieje. A jeszcze bardziej się śmieje, gdy dociera do mnie, że Wojtek ów specjał wlał do beczek po whisky! Gdybym miał dwie mordki, to zapewne w tym momencie śmiały by się obie…. ;p
Parametry tegoż cudeńka to jedno, ale spójrzcie na etykietę. Grafika tego „przerażającego monstrum” to po prostu mistrzostwo świata! Naprawdę można się wystraszyć. Do tego jest pełny skład i wysokiej jakości matowy papier. No i wisienka na torcie, czyli to co łowcy sztosów lubią najbardziej – stylowe kartonowe opakowanie. Całość prezentuje się genialnie. W sam raz na prezent dla jakiegoś beer geeka, czy innego fetyszysty ładnych opakowań ;)


Piwo wygląda jak typowy porter bałtycki. Nic nie zdradza euforii. Kolor bardzo ciemny, w zasadzie to czarny. Piana niewysoka, beżowa, średnio pęcherzykowa i dziwnie nietrwała. Zasyczała na mnie złowrogo, by po minucie zniknąć pod taflą cieczy.
Bierzemy do dzioba. Mhmmmm… pełnia jest naprawdę olbrzymia. Piwo jest wyraźnie gęste, lepkie, oleiste. Powoli spływa w dół przełyku, osadzając się na ściankach. Jest też wyraźnie słodkawe, co z czasem może męczyć co wrażliwe osoby. Wpływ beczki czuć nad wyraz mocno. Coś jakby wymieszać portera z ‘łychą’ w proporcjach 70:30 (na rzecz piwa oczywiście). Jest tu mnóstwo mlecznej czekolady,  kakao w proszku, pralinek i opiekanej słodowości. Nie typowo palonej, lecz takiej właśnie lekko przypieczonej. Z tła natomiast można wyłapać śladowe ilości kawy zbożowej, wanilii, laktozy (skąd się ona wzięła?) oraz dębiny, ale takiej mokrej. Goryczka raczej niewysoka, gładka, ułożona, wręcz nieinwazyjna. Piwo wyraźnie stoi po tej słodszej stronie mocy, co oczywiście jest zgodne ze stylem. Bardzo to smaczne i dość złożone. Akcenty whisky nie stoją gdzieś hen daleko, jak to w niektórych piwach bywało. Są obecne i namacalne. Alkohol wyśmienicie ukryty i ułożony. Minimalnie rozgrzewa w żołądku, ale w zasadzie w smaku to ja go nie czuję. Wielkie brawa!

wtorek, 5 września 2017

PIWO MIESIĄCA - SIERPIEŃ 2017




Nadszedł wrzesień, ale to właśnie sierpień był tym miesiącem poniekąd wyjątkowym. Miesiącem, w którym na blogu pojawiło się stosunkowo niewiele wpisów. Niby można to zrzucić na karb urlopu i wypoczynku nad morzem, ale prawda jest taka, że mi się po prostu nie chciało. Ileż można stukać w tą klawiaturę? Ludzie dajcie żyć ;p
W związku z małą ilością kandydatów do kolejnego Piwa Miesiąca miałem mocno ograniczone pole manewru. Mówiąc wprost mój wybór ograniczył się tylko do dwóch trunków. Decyzja nie była łatwa, ale postanowiłem docenić ekipę z Zawiercia!

Tym samym ogłaszam, iż tytuł PIWO MIESIĄCA – SIERPIEŃ 2017 wędruje do Browaru Na Jurze, a wyróżnionym trunkiem jest piwo De Facto!!! :D


Gratuluję browarowi z Zawiercia uwarzenia tak znakomitego napitku!
 
Rzeczone piwo to oczywiście Belgian Golden Strong Ale. Bardzo wyraziste w swojej wymowie. Delikatnie przyprawowe, wyraźnie owocowe, kwiatowe  i przyjemnie słodowo-biszkoptowe u podstawy. Mamy tu 12 voltów, ale alkohol jest pięknie ułożony i szlachetny. Pijąc je chyba nikt by nie zgadł jak ogromny jest tu woltaż. Piwo pachnie i smakuje naprawdę wybornie. Jeśli odstaje od kanonów stylu to tylko nieznacznie.
Polecam z czystym sercem :)

niedziela, 3 września 2017

TOPAZ z BROWARU INNE BECZKI - Niemiec to, czy Amerykanin?



Hej. Siema. Żyję, nie umarłem. Blog też jeszcze zipie ;) Długo nie dawałem o sobie znać, ale od teraz wszystko wraca do normy. Będą regularne posty, będą relacje z imprez, Wielkie Testy oraz inne wpisy.
Po dłuższej przerwie wracam do gry z Browarem Inne Beczki, który to tym samym debiutuje na łamach Piwa Naszego Powszedniego (oklaski kurna). Inne Beczki to już dosyć rozpoznawalna marka na naszym kraftowym podwórku, jednakże jakoś zawsze nie po drodze mi z nimi było. Czasem po prostu tak bywa.
Tytułowy Topaz to jedno z ich najbardziej rozpoznawalnych piw. Jest to kolaż niemieckiego Weizena z nowofalowym chmieleniem. Tu oczywiście „ameryki” nie ma, ale jest za to australijski topaz. Chmiel dość znany, ale nieszczególnie często używany przez polskich rzemieślników.
Nim przejdę do sedna, jeszcze słowo o etykiecie. Mówiąc wprost nie podoba mi się, jest brzydka jak noc. Mało tego – nie podobają mi się wszystkie ety z tego browaru! Są spójne, ale wyraźnie brakuje im polotu i fantazji. Nie kupuję tego i już. Zmieńcie grafika, bo takie opakowanie może odstraszać wielu potencjalnych klientów. Serio. 


Lecim z koksem. Otwieram i przelewam. Strasznie słabo się to pieni. Co prawda lałem dość ostrożnie, no ale i tak, aż takiej żenady to się nie spodziewałem. Piana urosła do zaledwie jednego, może dwóch centymetrów. Do tego opadła szybko i niespodziewanie. Barwa piwa broni tutaj tylko honoru – jest blado złota (zdjęcie przekłamane) i szalenie mętna, czyli taka jak Pan Bóg przykazał.
W smaku jest dosyć rześko, lekko słodowo, choć do klasycznego rasowego pszeniczniaka sporo brakuje. Pszeniczna słodowość jest zaznaczona w umiarkowany sposób, fajnie komponując się z lekko kwaśnym posmakiem oraz cytrusowością w tle. Do tego dochodzi niewielka chlebowo-zbożowa nuta oraz cienie chmielu na finiszu. Bananów jako takich nie stwierdziłem, mimo że obiecane są na etykiecie. Goryczka – wiadomo – prawie niezauważalna. Całościowo piwo wypada lekko i zwiewnie. Wysycenie jest średnie w kierunku niskiego i to jest właśnie rzecz, którą na pierwszym miejscu bym tutaj ztuningował. W rzeczy samej jest to udziwniony Weizen, ale wpływ topaza nie jest wcale taki jednoznaczny. Smaczne, ale nie porywające piwo, ot co.