wtorek, 12 września 2017

WIELKI TEST MANUFAKTURY PIWNEJ Z BIEDRONKI



Mam w głowie wiele dziwnej treści pomysłów. Od tych najbardziej ekstremalnych (wypić na hejnał Lubuskie Zielone i się nie zrzygać) po nieco bardziej lajtowe (poszukać najtańszego w powiecie czteropaku Żubra i podarować go najlepszemu koledze). Wśród tych bardziej lajtowych są też na przykład pomysły na kolejne Wielkie Testy. Zarówno takie grupowe z kumplami, jak i osobiste w pojedynkę. Problem w tym, że pod względem logistycznym i jedne i drugie są trudne do zrealizowania. Każdy Wielki Test wymaga sporego przygotowania, wymaga czasu i poświęcenia (na szczęście zazwyczaj obywa się bez ofiar w ludziach). No mówiąc wprost trzeba się srogo napocić. Z drugiej strony jednak czego się nie robi dla oglądalności prawda? Czy w moim przypadku dla wyświetleń i liczby lajków? ;)
W związku z tym, że ostatnio na blogu zdeczka wieje nudą, przygotowałem dla Was zgoła ambitniejszy wpis niż zwykła recenzja – Wielki Test Manufaktury Piwnej z Biedronki! 


Browar Jabłonowo swoją przygodę w ‘biedrze’ zaczynał dość skromnie od bodajże trzech piw. No ale to, co dzieje się tam od jakiegoś pół roku to istne wariactwo. Jak grzyby po deszczu pojawiają się co rusz nowe piwa z serii Manufaktura Piwna, których rzecz jasna nigdzie indziej nie kupisz, bo są produkowane na specjalne życzenie największej w Polsce sieci handlowej (nawet Typical Janush już tego nie ogarnia). Co prawda brand ten istnieje już od wielu, wielu lat, ale piwa spod szyldu Manufaktura Piwna z popularnej ‘stonki’ wyraźnie różnią się etykietą od tych dostępnych w innych sklepach. Powiem więcej – w teorii mają to być zupełnie inne piwa, ale dam sobie siusiora włożyć w imadło, że niektóre z nich się dublują, a różnica polega jedynie na innej etykiecie…
Jakiś czas temu postanowiłem zebrać do kupy całą Manufakturę Piwną z Biedronki i skonfrontować to razem w formie Wielkiego Testu właśnie. To znaczy miałem przynajmniej taki plan, ale kurna jednego piwa nie udało mi się upolować. Złaziłem chyba z dziesięć Biedronek (przy okazji odwiedziłem ze dwie Żabki dla niepoznaki) i nic! Sen Apacza przepadł bez wieści. Albo już nie warzą tej apki, albo ja już oślepłem od tych piw ;p W każdym bądź razie do testu przystępuje dziewięć trunków. To i tak przecież znaczna ilość. Od razu uspokoję wszelkich nerwusów i sceptyków – nie wypiłem tego na raz! Piwa były konsumowane z kulturą i rozsądkiem w długim czasie… A ten kac to nie mam pojęcia skąd się wziął ;p


CISZA NOCNA


Po ciemnym lagerze zbyt wiele to ja się nie spodziewałem i oczywiście piwny instynkt mnie nie zawiódł.
Wizualnie piwo prezentuje się nawet nieźle (ciemno brunatna klarowna barwa, drobna, puszysta piana o beżowym odcieniu), ale w smaku to wieje mi tu nudą jak cholera. Piwo jest płytkie w odbiorze, może nie wodniste, ale pełnia naprawdę stoi tutaj na dość niskim poziomie. W głównej mierze Cisza Nocna oferuje opiekane słody zmieszane z przypieczoną skórką chleba i kawą zbożową niskiego sortu. W oddali majaczy niewielka szczypta gorzkiej czekolady oraz ziołowa chmielowość, która płynnie kończy się w miarę wyraźnie zarysowaną goryczką o przeciętnej mocy. Ale ta goryczka jest jakaś dziwna. Po primo trochę zalega, a po secundo sprawia takie dziwne chemiczne wrażenie. Jakby jakieś pastylki ziołowe na gardło, czy cuś w ten deseń. No naprawdę finisz jest nie za specjalny. Wysycenie średnie, pasujące do całości.
W zapachu niby jest nieco lepiej, ale chyba tylko dlatego, że nie czuję tego lekarstwa na chore gardełko ;) Ogólnie rzecz ujmując aromat jest nikły i wątły. Trzeba mocno ścisnąć poślady i włożyć nos do szkła, by poczuć jak naprawdę to pachnie. Mimo tych zabiegów zadowoleni do końca i tak nie będziemy. Przypieczona skórka chleba, opiekane zboża, tosty, szczypta karmelu i najtańszej czekolady. Tragedii niby nie ma, ale wszystko to jakieś takie mało wyraziste jest, wręcz stonowane.
Piwu wyraźnie brakuje harmonii, ładu, porządku i przede wszystkim zdecydowania. Jest zrobione na odwal się i widać to pod każdym względem. Wypić się da, ale raczej nie polecam. Taką gotówkę z pewnością można lepiej zainwestować ;>
OCENA: 4/10
CENA: 2.99ZŁ
ALK. 6,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 27.02.2018


BANANOWE LOVE


Bananowy Witbier brzmi dosyć zachęcająco, ale też poniekąd dziwnie. Obawy budzi tu również skład, w którym znajdziemy np. cukier (WTF?), aromat naturalny (jakże by inaczej?), czy rumianek. Ten ostatni oczywiście czasem jest spotykany w oryginalnych belgijskich ‘witkach’, ale polskiego reprezentanta z tym dodatkiem jakoś nie kojarzę.
Wygląd sobie tym razem podaruję, bo piwo wygląda całkiem normalnie. No może jest troszkę ciemniejsze niż bym się spodziewał, ale w sumie mam to gdzieś.
Pije się je całkiem nieźle. Całość sprawia świeże i rześkie wrażenie. Dość wysokie nasycenie podbija dodatkowo ten efekt. Czuć pszenicę podbitą delikatnym chlebkiem i fajną kwaskowatością. Bez wątpienia jest to zasługa kwasku cytrynowego wymienionego w składzie. W smaku bananowe wtręty są dosyć ubogie, ale z pewnością wyczuwalne. Na dalszym planie chowa się skórka pomarańczy oraz subtelna ziołowość z kolendrą na czele. Rumianek natomiast występuje na granicy mojej percepcji. Muszę jednak przyznać, że całkiem zgrabnie się to prezentuje. Piwo wchodzi gładko, dobrze orzeźwia i nie trąca zbytnio sztucznością.
Aromat jest silny i zdecydowany. Pachnie mi tu mocno cytrusami, kojarzącymi się z owocowymi landrynkami. Tak, to dobre porównanie. Jest słodko, landrynkowo, ale jednocześnie lekko kwaskowo. Druga analogia to napój typu multiwitamina (Costa, czy inne Caprio). Słodka pszeniczna podbudowa dobrze dogaduje się tutaj ze skórką pomarańczy i cytryny. Niuanse bananowe grają dopiero drugie, czy w zasadzie trzecie skrzypce. Kolendra jest mało widoczna, podobnie jak rumianek, choć całość trąca z lekka miłym dla nosa ziołowym sznytem. Zapaszek na bogato, ale te landrynki są nieco zbyt nachalne jak na mój gust.
Tak, czy siak piwo jest dobre. Akcenty bananowe nie przesadzone, ale wyraźne. Szkoda trochę, że tego rumianku pożałowano, bo mogło być jeszcze bardziej oryginalnie. Mimo to piwo godne spróbowania. Ciekawa wariacja na temat Witbiera.
OCENA: 7/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK: 4,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 21.02.2018


PILSTOLET


Jedno z pierwszych piw z tej serii dostępnych w ‘biedrze’. Zarazem jedno z tych, dla których w celu potwierdzenia mojej „teorii spiskowej”, jestem w stanie swoje klejnoty rodzinne włożyć w pewne narzędzie ślusarskie… Manufakturowy Pils, czy nie do cholery???!!!
Gra słowna z nazwą jak najbardziej na propsie, a samo piwo? Cóż… niezłe. Nie mamy tu pełnego składu, więc użyte chmiele możemy sobie co jedynie z fusów po herbacie wywróżyć. Nie mniej jednak przyjemną chmielową nutę czuć tutaj zarówno w smaku, jak i aromacie. Ja stawiałbym na polskie lub ewentualnie starsze odmiany niemieckie, ale co ja się tam znam.

Piwo sprawia umiarkowanie rześkie wrażenie. Wyraźna słodowa podbudowa dobrze koresponduje z trawiasto-chmielowym zacięciem. Co dziwne owa słodowość idzie troszkę w stronę karmelu i skórki chleba. Z tła natomiast dobiegają nieśmiałe odgłosy kwiatów oraz tytoniu. Ziołowo-ziemista goryczka posiada normalne rozmiary. Jest w punkt wycentrowana. Obecna i zauważalna, ale jednocześnie zbytnio nie absorbująca. Nie zalega i świetnie kontruje słodową stronę. Niestety w posmaku wychodzi na wierzch enigmatyczna owocowość, która w pilsie rzecz jasna nie powinna mieć miejsca (prawdopodobnie zbyt wysoka temperatura fermentacji). Sensu stricto jest to wada, ale na szczęście nie odbierająca frajdy z picia.
Zapach też nie najgorszy, ale potwierdzający niespotykany jak na pilsa charakter. Jest tu dużo takiej opiekanej słodowości, zahaczającej nawet o rejony karmelu i diacetylu. No i ta dziwna owocowa nuta. Coś jakby różowe winogrono, śliwka, dojrzałe czerwone jabłko… takie klimaty. Nie mówię, że to brzydki aromat. Jednak w tym stylu jest wysoce niepożądany. Dalej mamy niuanse świeżej trawy, ziół oraz kwiatów.
Mimo pewnych stylowych mankamentów Pilstolet to piwo, które mogę wypić ze smakiem, a nawet do niego wrócić. Przyjemna i dobrze zarysowana goryczka to niewątpliwy atut, podobnie jak świetny balans i wyrazisty zapach. Troszkę za dużo dali tu słodów karmelowych, to niewątpliwy fakt. I pospieszyli się na fermentowni. Poza tym piwo bez zarzutu.
OCENA: 6/10
CENA: 2.99ZŁ
ALK. 5,6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 11.02.2018


MIODOWE LOVE


Mhmmm… czyżby Piwo Na Miodzie Gryczanym, tyle że z inną etykietą i miodem wielokwiatowym na pokładzie miast gryczanego? Who knows?
Nie jestem wielkim sympatykiem piw miodowych, no ale jak Wielki Test, to wypić trzeba. Głównym zarzutem jaki stawiam tego typu napitkom jest niezwykle często nadmierna moim zdaniem słodycz. W biedronkowej wersji Manufaktury Piwnej niestety nie jest inaczej. Piwo jest dość smaczne, to fakt, ale cholernie słodkie. Serio. Miód jest tutaj niebywale natarczywy. Nie trąca sztucznością (wręcz przeciwnie), ale zdominował to piwo jak Grey Anastazję Steele. Miód, przyjemny karmel, opiekana słodowość oraz słodkie biszkopty i herbatniki. Takie właśnie jest Miodowe Love. Goryczka jest znikoma, a wysycenie średnie w kierunku niskiego.
Do wyglądu większych zastrzeżeń mieć nie można. Ciecz jest klarowna, miedziano-burgundowa, spowita ładną, choć niezbyt okazałą czapą jasno beżowej  piany. Bez wątpienia jest to jedno z ciemniejszych piw miodowych jakie widziałem.
Zapaszek sprawia całkiem miłe wrażenie. Jest bardzo silny i wyrazisty. Też jest tu strasznie słodko, wręcz ulepkowato, ale w końcu to piwo miodowe Piotrek. Czego się spodziewałeś? Mango z grejpfrutem?! Nie znam się na miodach, ale ten wielokwiatowy pachnie naprawdę ładnie, tak jakoś bardzo naturalnie. Zapachu samego piwa natomiast to ja prawie nie czuję. Może jakieś opiekane pieczywo, może jakaś prażona słodowość i karmel. Poza tym miód, miód i jeszcze raz miód. A czy przypadkiem wspominałem już o miodzie? ;p
Cóż… myślę, że fani piw miodowych się tutaj odnajdą. Fani #teamslodyczka również. Mi trunek podchodzi umiarkowanie fajnie. Jest w miarę smaczny, ale z czasem robi się nad wyraz mulący i jednorodny. Więcej niż jedno bym nie obalił.
OCENA: 6/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK. 5,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 13.02.2018


SZLAGER


Kolejna gra słowna w nazwie. Sponio. Mi osobiście kojarzy się to ze słowem szwagier ;) Zresztą – nevermind.
Co my tu mamy? Ano mamy lagera. Zwykłego jasnego lagera. Ot piwo jakich pełno w każdym sklepie spożywczym. Drożdże dolnej fermentacji, jasne słody, jakieś tam chmiele… zapewne nawet polskie. Czy z tego da się pocisnąć jakieś ciekawe piwo?
Nim rozeznam się w tym temacie dwa zdania o sferze wizualnej. Szlager, czy tam szwagier to całkiem ładny gość. Idealnie klarowny, złocisty (ale nie jakiś blady), okryty umiarkowanie obfitą pianką. Drobną, zwartą i puszystą o kremowej barwie. Piana jest dosyć trwała i fajnie czepia się szkła. Zastrzeżeń brak Wysoki Sądzie :)
Wiecie, trochę wkur… mnie, że w tych piwach nie mamy podanego ekstraktu. Trochę ułatwiłoby to sprawę. Mlaskając wnioskuję, że to jakaś dwunastka, może nawet bliżej trzynastki… ale mogę się mylić. W każdym bądź razie jakieś ciało tutaj jest. Pełnia jest odpowiednia, a bajki o wodnistości możemy z miejsca wrzucić do kosza. Piwo jest proste w swojej konstrukcji, takie piwne można rzec. Chlebkowo-biszkoptowa słodowość nieźle współgra z lekkim, acz wyczuwalnym chmielowym zacięciem. Goryczka jest znikoma, w zasadzie na poziomie koncernowym. Całość jednak wydaje się mieć jakiś smak i na pewno jest lepsza niż pierwszy z brzegu Tyskacz. Aromat w zasadzie reprezentuje sobą to samo, więc oszczędzę Wam czasu, a sobie daremnego stukania w klawiaturę. Edit: z biegiem czasu pojawia się tutaj przyjemna kwiatowa nuta.
Wysycenie dość wyraźne, drobne i delikatnie podszczypujące. Sumarycznie piwo jest lekkie, w miarę rześkie, dobrze pijalne. Szału żadnego nie ma, ale za tą cenę można się szarpnąć.
OCENA: 6/10
CENA: 2.99ZŁ
ALK. 5,6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 14.02.2018


DON WITO


No i mamy drugi biedronkowy Witbier. Tym razem w wersji klasycznej z pszenicą i owsem na pokładzie. Oczywiście nie zapomniano także tutaj o rumianku, co mnie bardzo cieszy.
Szczerze, to piłem to piwo już kilka razy, a jeśli tak, to znaczy, że mi smakuje. Don Wito bowiem to naprawdę dobry ‘witek’ za niewygórowane pieniądze. Jest świeży, rześki, dobrze wysycony z przyjemnym, lekkim kwaskiem na finiszu. Prym wiedzie tutaj pszeniczna słodowość, wsparta łagodną nutką drożdży, chlebka, kwaskowych cytrusów oraz kolendry. Tej ostatniej akurat czuć najmniej, ale jeśli miałoby to być piwo przekolendrowane, to już wolę taką wersję. Niestety akcentów rumianku nie udało mi się odnaleźć. Piję się to niebywale szybko. Jeszcze szybciej pije się w sytuacji, gdy na przykład kosimy trawnik w środku lata i pot się nam po dupie leje… Wtedy taki Don Wito znika w pięć minut :)
Piwo jest strasznie mętne, pomarańczowo-złote. Zwieńczone umiarkowanie wysoką pianą o drobnej, sztywnej i zwartej strukturze. Pianka opada w średnim tempie, lekko brudząc przy tym szkło.
Aromat również może się podobać. Ze szkła pachnie świeżością, skórką gorzkiej pomarańczy, pszenicą, słodem, chlebkiem i takimi bliżej nie określonymi przyprawami o lekko pikantnym zabarwieniu. Z pewnością wyłapuję tutaj kolendrę, ale tam jest coś jeszcze, co nie potrafię nazwać. Nie chodzi tu chyba o rumianek, bo ten akurat potrafię rozpoznać. W każdym bądź razie piwo pachnie ładnie, belgijsko, wyraziście i przyjemnie. Nie bez powodu sięgam po nie już któryś raz.
Naprawdę dosyć niezły okaz tu rozkminiam. Oczywiście piwo trochę odstaje od najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli gatunku, ale całość smakuje naprawdę dobrze. Piwo pije się z uśmiechem na ustach, a o to przecież chodzi.  
OCENA: 7/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK. 4,9%
TERMIN WAŻNOŚCI: 01.03.2018


CZAR GORYCZY


W końcu jakaś nowa fala z tej Manufaktury… Szczerze powiem, że po tym piwie spodziewałem się najwięcej. No bo czym jest jakieś miodowe, czy jasny lager wobec nowofalowej IPY? Wobec ikony piwnej rewolucji? Zapewne tym samym czym ‘maluch’ wobec BMW ;)
Pierwsze zdziwko zaliczyłem tuż po przelaniu zawartości do szkła. Kurde bele jak to ślicznie wygląda! Piwo jest idealnie klarowne, a barwa to połączenie miedzi i burgundu z rubinowymi refleksami widocznymi pod światło. Do tego mamy całkiem fajną piankę – dość wysoką, niesamowicie drobną, puszystą, w miarę trwałą, o kremowym odcieniu. Mógłbym gapić się na to godzinami, ale ślinianki mi nie pozwoliły.
Czar Goryczy okazało się piwem nawet smacznym, może nawet wielowątkowym, ale co najlepsze nie jest to żadna AIPA jak myślałem wcześniej. Mam przed sobą English India Pale Ale moi drodzy!  Od groma tu słodowości, opiekanej skórki chleba, tostów i tym podobnych klimatów. Jest też sporo karmelu (żeby nie było), choć piwo słodkie nie jest wbrew pozorom. W drugiej kolejności na scenę pchają się akcenty czerwonych owoców oraz niuanse chmielowe z niewielką domieszką mokrej trawy oraz ziół. Nasycenie jest średnie, a całość ma odpowiednią pełnię oraz umiarkowaną treściwość. Finisz okraszony został niezbyt mocną, acz obecną goryczką, która jest krótka i szlachetna. Mogłoby być trochę wincyj tych IBU, no ale niestety ja tu nie rządzę. Balans wypada bardzo przeciętnie mając na uwadze, że jest to IPA i to nawet angielska.
Zapaszek jest zasadzie powtórką z rozrywki. Opiekane słody rządzą, dogadując się dobrze z melanoidynami, karmelem, czerwonymi owocami i szczątkowym chmielem. Pachnie to bardzo ładnie i intensywnie. Brawo.
Piwo jest naprawdę w porządku. Pije się je z nieskrywaną przyjemnością. Jest smaczne i dosyć złożone. Jestem pewien, że tak miało być. Jest nawet opis „tradycyjnie chmielone” i jakieś historyczne wzmianki o rejsach z Anglii do Indii. Angielska IPA jak nic :)
Cóż, zanim je spróbowałem spodziewałem się nowej fali, a tu taka niespodzianka. Szkoda, że ta goryczka trochę rozczarowuję. Spokojnie można by to podpiąć pod Irish Red Ale lub Red IPA i pewnie nikt nie miałby nic przeciwko.
OCENA: 7/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK. 6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 06.01.2018


MALINOWE LOVE


Kolejne piwo ze słowem „love” w nazwie. Które to już? Chyba trzecie. Co ciekawe ma to być Witbier do którego „nagle wpadła malina”. Taaaa… jasne. Zobaczmy skład: koncentrat owocowy, bla bla bla, cukier, bla bla bla, aromat naturalny. Tadam! No i wszystko jasne – żadna malina tam nie wpadła. Prędzej już mysza mogła wpaść…
Piwo jest mętne i takie jakieś błotniste. Trochę jakby brunatne, brązowe, ale z wyraźną domieszką różu. Taka sytuacja.
Piję. Przełykam i mlaskam. Powiem tak – nie jestem fanem piw smakowych, ale to mi nawet nieźle smakuje. Fakt, jest słodko. Nawet bardzo słodko bym powiedział. W końcu sok malinowy, czy nawet ten koncentrat jest przecież słodki. Jak dla mnie jest to niewątpliwy minus. Natomiast jeśli ktoś lubi takie klimaty, to z pewnością piwo mu bardzo podejdzie. Dobra, do rzeczy. Jest słodko, wyraźnie malinowo, choć gdzieś tam z tyłu czuć tą pszeniczną słodowość. Czuć, że jest tu jakieś ciało oraz mętność. Skórka pomarańczy majaczy gdzieś w odwodzie, no i w sumie to tyle. Bardzo jednowymiarowo to smakuje, choć nie powiem, bo dosyć naturalnie. Kobitki będą zadowolone ;)
Czy z aromatu da się wyciągnąć coś więcej? No niespecjalnie. Tu również malina rządzi i dzieli (jak widać nie patyczkowali się z tym koncentratem). Zapach jest dosyć miły dla nosa, tyle że bardzo zdominowany przez wiadomy owoc. W zasadzie nie czuję tutaj żadnej piwnej podstawy, a tym bardziej belgijskiego ‘witka’. Spory plus natomiast za naturalność.
Sumarycznie jest to nawet niezłe piwo owocowe/smakowe (mimo, że słodyczy tu od cholery, a całość jest na wskroś malinowa). Prawda jest jednak taka, że typowy beer geek nie ma tu czego szukać. Płeć piękna natomiast w większości będzie wniebowzięta. Moja Kasia powiedziała, że „czuć tutaj taką fajną malinkę. Piwo jest bardzo dobre, lepsze niż Redd’s, który jest za bardzo gazowany i cały smak psuje potężna ilość gazu”.
Ja niestety oceniam to wg swojego widzimisię. Amatorzy takich klimatów niech dopiszą sobie ze dwa punkciki.
OCENA: 6/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK. 4,3%
TERMIN WAŻNOŚCI:25.02.2018


BLOND L’ALE


Na sam koniec zostawiłem sobie Blond L’ale. Osobiście wolę czarne lale, ale jeśli się nie ma co się lubi, to… wiadomo co ;p
Żeby było jasne - Belgian Blond Ale to nie jest dla mnie jakieś cudo. Wypić wypiję, ale piać z zachwytu nie będę i to nawet pomimo szczytowej formy jakiegoś reprezentanta.
Manufakturowy Blond kusi wyglądem jak może. Ze szkła spogląda na mnie piękna miedziana barwa, klarowna do bólu. U góry pręży muskuły ładna i zgrabna pianka o drobnej i puszystej konsystencji oraz barwie ecru. Ładne to strasznie, ale z pewnością trochę za ciemne jak na ten styl.
W odbiorze piwo sprawia całkiem niezłe wrażenie. Całość oczywiście oparta jest na miękkiej i gładkiej słodowości, podbitej z lekka przez akordy cukru kandyzowanego oraz subtelnego miodu i karmelu. Wbrew pozorom nie jest jednak nazbyt słodko (choć gorzko też nie jest). Balans dobrze się tutaj sprawuje, a finisz zwieńczony jest niewielką, ale wystarczającą chmielową goryczką o szlachetnym rodowodzie. W piwie fajnie zagrały też przyprawowe fenole – nie jest ich zbyt dużo, ale ewidentnie mamy tutaj belgijski charakter. W tle natomiast pobrzmiewa subtelna ziemistość, co także zahacza o kanony stylu.
Piwo jest średnio treściwe, bardzo pełne w smaku. Ilość bąbelków też została skrupulatnie dobrana. Wysycenie jak w mordę strzelił – jest idealne :) Pije się to gładko i bez oporów.
W zapachu słodowość również rozdaje karty. Jest słodko, karmelowo, miodowo z akcentami cukru brązowego. W tle pięknie grają korzenne przyprawy, łagodne ślady chmielu oraz nuty stonowanej ziemistości, podsycającej belgijski rodowód. Są też melanoidy w postaci przypieczonej skórki chleba i opiekanego ziarna zbóż. Aromat jest ładny, lecz co najwyżej średnio intensywny. Nie mniej jednak, podoba mi się.
Sumarycznie fajne i smaczne piwo z tej ‘blond lali’. Do spazmów i orgazmów daleka droga, ale wypiłem ze smakiem.  
OCENA: 7/10
CENA: 3.99ZŁ
ALK. 6,1%
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.01.2018


Czas na małe podsumowanie. Konkludując Manufaktura Piwna z Biedronki wypada nawet nieźle. Tak naprawdę odradzałbym tylko jedno piwo – Cisza Nocna. Całą resztę można spokojnie konsumować, choć ze swojej strony szczególnie polecałbym Bananowe Love, Don Wito, Czar Goryczy i tego Blonda.
Trzeba jednak jasno powiedzieć, że do prawdziwego craftu te piwa raczej nie mają startu, ale jako odskocznia od koncernowych sikaczy nadają się idealnie. Jest w czym wybierać, a żadne z nich nie przekracza czterech złociszy. Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Wystarczy się tylko otworzyć i zamiast dwóch Harnasi zakupić np. blond lale…. ;>

Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe Wielkie Testy – zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz