poniedziałek, 30 maja 2016

ZAJCEW


Mam bzika na punkcie RISów. Gęsty, mocarny, tęgi i mega złożony ruski imperialny Stout to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy takie jak ja. Fani carftu, piwne freaki, beer headzi. Za niebotycznie drogą i niebotycznie małą buteleczką szlachetnego RISa jesteśmy w stanie zrobić wiele niecodziennych i niekiedy głupich rzeczy. Jakich to nie powiem, bo jeszcze sądem będą mnie tu straszyć…
Zajcew to też RIS. Stoi za nim Browar Jana z Zawiercia. W tym Zawierciu (w Janie znaczy się) to nieźle sobie poczynają. Browar stosunkowo nowy, ale liczby wypuszczonych w świat piw nikt już dawno nie jest w stanie wymienić. Ja nie wiem, czy ten piwowar to tam nocuje, czy jak? Śpi pewnie skubany obok kadzi, albo na stercie słodu jęczmiennego, a w między czasie lunatykuje i warzy te swoje piwa. Często, gęsto ciekawe piwa. Takie jak to na przykład. 24 ballingi, 9% alko, 60 IBU. 


Kapitan Wasilij Zajcew istniał naprawdę. Był radzieckim snajperem na froncie drugiej wojny światowej. Skurczybyk dobry był, dobry jak to piwo. Gęste i totalnie czarne jak olej w zajechanym na amen niemieckim dieselu. Spowija je niewysoka i drobna piana o pięknej brązowej barwie. Szkoda, tylko że tak szybko opada.
Każdy łyk bardzo powoli i skrupulatnie przemierza każdy milimetr kwadratowy mojej jamy ustnej i przełyku. Mamy tu wyraźną kawę, super przyjemną gorzką czekoladę i porządnie palone słody z lekką domieszką popiołu. W tle natomiast rządzi likier czekoladowy, odrobina suszonych owoców, szczypta opiekanego karmelu, opiekanego ziarna słonecznika i rozgrzewającego alkoholu. Etanol jest obecny, ale dosyć nieźle ułożony i szlachetny. Ładnie grzeje w gardełko, ale sumarycznie nie przeszkadza. Na samym końcu jest goryczka – nie jakoś szalenie mocna, ale wyraźnie czekoladowo-palona. Może też lekko alkoholowa, ale ja nie jestem jakoś szczególnie uczulony na tego typu rzeczy. Cholernie mi się podoba ten smak. Niezwykle bogate, gęste, pełne, złożone i smaczne piwo.

sobota, 28 maja 2016

BIOHAZARD




Dziś już ostatnie piwo w ramach cyklu „Tydzień z Browarem Hopkins”. Łezka w oku się kręci, bo piwa mają naprawdę dobre. Póki co tylko jedna wpadka i to nie jakaś strasznie wielka.
Na koniec zostawiłem sobie coś z czym wiązałem największe nadzieje. Biohazard – Whisky Porter. Na samą myśl o piwie uwarzonym tylko i wyłącznie na słodzie whisky mam gęsią skórkę, mrowienie w stopach i widoczny ślinotok. Jestem wielkim miłośnikiem takich napitków, stąd moje podniecenie ;)
A jest się czym podniecać. Podwyższone parametry jak na angielski Porter świadczą o bogactwie doznań i bezkompromisowym charakterze. Dodatkowo piwo okraszono płatkami dębowymi (mocno opiekanymi), co również zwiastuje dodatkowe emocje.
Nie będę już przedłużać, bo emocje sięgają zenitu. Lecę po aparat, otwieracz, szkło i piwo….


Biohazard z pozoru wydaje się czarnym piwem, jednak ‘pacząc’ pod światło zdradza niewielkie rubinowo-burgundowe refleksy. Piwo jak to u Hopkinsa pieni się jak głupie. Jasno beżowa pierzynka jest strasznie wysoka, obfita i trwała. Opada w żółwim tempie wyraźnie brudząc przy tym szkło. Wygląd to naprawdę mocna cecha każdego napitku z tego browaru.
Teraz czas na najlepsze. Klimaty słodu whisky czułem już na zewnątrz, tuż po przelaniu. Jednak skupiłem się na nim dopiero w domowym zaciszu. Panie cóż to jest za piwo, cóż to za aromat! Intensywny, bogaty i złożony. Wyrazisty jak ciosy Materli we wczorajszej walce z Antonim Chmielewskim. Asfalt, mocno rozgrzany słońcem asfalt. Do tego dochodzi masa bitumiczna, zjarana serwerownia (kable), stare podkłady kolejowe i bakelit. Ciemne, lekko palone słody, łagodna kawa oraz gorzka czekolada są tu tylko tłem. Niezwykle przyjemnym tłem. W każdym czarnym piwie marzy mi się takie tło ;) Jeszcze głębiej niż w tle, tuż na granicy percepcji majaczy ociupinka nafty, orzechów i drewna. Cudownie uwodzący zapach. Mógłbym go wąchać całymi godzinami, miesiącami i latami. Mógłbym nawet używać perfum o takim zapachu, gdyby tylko istniały ;p

piątek, 27 maja 2016

INSOMNIA PLUM MADNESS STOUT




Polska to fajny kraj. Nawet bardzo fajny, no bo gdzie indziej na świecie mają dwa dłuuugie weekendy w jednym miesiącu? Przecież to jak nic pół wypłaty pójdzie na węgiel do grilla! Zresztą kto ma długi łykend to ma. Ja niestety nie mam. Musiałem spiąć dzisiaj poślady i odwalić swoje osiem godzin. Takie życie.
No, ale jakoś przeżyłem w tym TRW. Czeka na mnie teraz nagroda, którą sam sobie wyznaczyłem ;) Chodzi o piwo Insomnia Plum Madness Stout. Od Hopkinsa oczywiście, no ale to już na pewno wiecie. Piwo zostało specjalnie uwarzone na czwartą edycję kwietniowego birgika (BGM dla mało kumatych). Jest to Stout podrasowany płatkami śliwy macerowanymi w góralskiej śliwowicy. Może nie brzmi to jakoś szalenie ekstremalnie, ale Hopkins udowodnił już w przypadku Transfuzji, że drewniane płatki macerowane w wysokoprocentowym alkoholu dają świetne efekty. Jak będzie tym razem?


Rzeczony napitek bardzo ładnie wygląda w szkle, jak zresztą wszystkie piwa od Hopkinsa. Ciecz jest czarna i nieprzenikniona. Zupełnie jak wnętrze dupy murzyna. Wiecie, takiego najczarniejszego, prosto z Wagadugu, czy innej Nairobi. Nie żebym wiedział jak ono (to wnętrze) wygląda, ale tak właśnie je sobie wyobrażam. Piwo zdobi olbrzymia czapa piany. Wielka jak stodoła moich sąsiadów. Beżowa pianka jest drobna, zwarta i trwała. Opada naprawdę wolno, przy okazji oblepiając szkło.
Bardzo byłem ciekawy wpływu góralskiej śliwowicy na ów trunek. Co prawda piłem takową tylko raz (bardzo dobra i mocna jak jasny skurczysyn) i to dość dawno temu. Muszę jednak stwierdzić, że raczej nie czuję tutaj akcentów śliwki, ani śliwowicy. Jest za to jakieś drewno, zapewne to te płatki śliwy. Jest to stare zleżałe drewno, poniekąd kojarzące się z whisky, która de facto jest przecież leżakowana w drewnie. Ale to tylko niuanse, bowiem prym wiedzie tutaj słodko-gorzka czekolada i łagodna kawa bez cukru. Akompaniuje im nie mniej wyraźnie palony słód, odrobina ziołowego chmielu oraz ciemne, razowe pieczywo typu pumpernikiel na przykład. Paloność nie jest jakaś powalająca, ale w miarę odczuwalna. Całość ma średnie ciało, bardzo niskie nasycenie i umiarkowanie mocną goryczkę o kawowo-ziołowym rodowodzie. Nieźle się to pije, choć do urywania czegokolwiek daleka droga.

czwartek, 26 maja 2016

TRANSFUZJA




„Tydzień z Browarem Hopkins” nabiera kolorów. Rozkwitł na dobre niczym romans czterdziestolatka z samotną trzydziestolatką. Po niezbyt zapowiadającym się początku poziom piw wzrósł drastycznie. Każdy kolejny trunek dostarcza mi masę niezapomnianych wrażeń.  Jak będzie tym razem?
Może być naprawdę ciekawie, bo Transfuzja zbiera cholernie pochlebne recenzje. Jest to jedno z debiutanckich piw tego kontraktowca. I od razu taka petarda mówicie? Tak z progu, tak na wejściu, bez ostrzeżenia, prosto z mostu? Pisząc te słowa jak zwykle nie piłem jeszcze piwa, ale znam już skład, który faktycznie robi wrażenie – Foreign Extra Stout leżakowany z dodatkiem płatków czereśni i gruszy macerowanych w whisky! Chodzi o płatki/wióry drewna oczywiście, a nie o kwiaty. Tak podrasowany FES naprawdę może być ciekawy. Bez oporów może mi sfilcować pewną część garderoby. Zobaczmy zatem, czy tak się stanie.


Transfuzja to piękne piwo. Po prostu śliczne. Czarne jak zło, jak najdalsze zakątki piekła. Czarne i nieprzeniknione niczym czarna dziura (ta z kosmosu, a nie w moim portfelu). Wieńczy je pokaźna czapa beżowej piany. Może i trochę dziurawej, ale dość żywotnej. Piana opada na tyle wolno, że zdążysz się nią nacieszyć. Lacing nie jest za specjalny, ale kogo to obchodzi?
Smak jest nieco dziwny, może nawet intrygujący. Piwo jest stosunkowo gęste, bardzo gładkie i nieco śliskie. Bardzo przyjemnie sunie po języku. Wolno i przyjemnie – to jest chyba najlepsze określenie. Wpierw pojawia się łagodna kawusia i ciemne, lekko palone słody. Chwilę później do akcji włącza się gorzka czekolada, asekurowana przez ulotne cienie kakao i orzechów laskowych. Trochę dalej, tak w głębi czają się niuanse starego drewna, sympatycznego karmelu oraz whisky. Całość finiszuje umiarkowanie intensywną goryczką o szlachetnym czekoladowo-palonym profilu. Nic tu nie zalega, nic nie zamula. Goryczka jest wyraźna, ale nie narzucająca się. Doskonale spełnia swoją rolę. Wysycenie jest niskie, stylowe. Również pasuje.

środa, 25 maja 2016

MISSISSIPPI




Fajnie ciepło nam się ostatnio zrobiło. Niby jeszcze nie lato, ale już zadek można opalać. Wszedłem dzisiaj do piwnicy i zrobiłem mały research piw, które jeszcze mi zostały do obalenia w ramach „Tygodnia z Browarem Hopkins”. Grzebię w tych piwach, macam je i badam fachowym wzrokiem nałogowego alkoholika ;p Po oglądnięciu kilku butelek stwierdziłem, że najlepiej w taką pogodę nada się American Wheat. Lekkie, rześkie i mega pijalne piwo, w sam raz na kaca jakby ktoś miał. Ja akurat nie mam, bo to środek tygodnia, ale taki napitek na „efekt dnia następnego” z pewnością ukoiłby niejedną skacowaną duszyczkę. Kac morderca nie ma serca – tak to już jest.
Ładnie te piwa od Hopkinsa wyglądają. Etykiety są świetnie zaprojektowane i wykonane. Samo logo browaru może nie jest jakoś mocno przekonywujące, ale ogólnie szata graficzna jest wporzo. Wyróżniona na przodzie i widoczna z kilometra nazwa piwa oraz styl, to strzał w dziesiątkę. Z boku mamy podany pełny skład i krótką historyjkę, co by przybliżyć piwnej gawiedzi z czym ma do czynienia. Są też wszystkie niezbędne cyferki, temperatura serwowania oraz dwuznacznie kojarzący się napis „Ręczna robota” ;) Pięknie, schludnie i elegancko jest to wszystko zrobione. 


Samo piwo też wygląda elegancko – piana jest obfita i trwała, mieszano ziarnista. Z czasem się rozrzedza, ale dość długo cieszy oko. Lacing obecny i wyraźny. Wspaniałe firany można podziwiać godzinami. Trunek posiada jasno złotą/żółtawą barwę i jest wyraźnie mętny.
Mississippi w smaku jest naprawdę rześkie i okrutnie pijalne. Pierwszy kontakt to przyjemny kwasek, podbity chmielem, jakimś ziołem, trawą i wyraźnym cytrusem. Chwilę później do głosu dochodzi gładka słodowość typu pszenicznego. Jest także odrobinę chleba, żywicy oraz lasu w formie igliwia. Smak jest świeży jak jasna cholera. Piwko pije się z szybkością światła, a pomaga w tym niezwykle urodziwa chmielowo-cytrusowa goryczka – krótka i niezbyt mocna, ale cudownie rześka. Dawno nie piłem piwa z tak ułożoną i pasującą do całości goryczką. Wysycenie jest umiarkowane, mogłoby być ciut wyższe, ale i tak I like it!

wtorek, 24 maja 2016

MOWA CIENI




Ciąg dalszy cyklu „Tydzień z Browarem Hopkins”. Heh, heh… Anthony Hopkins. Milczenie Owiec, Hannibal, te sprawy. Piesek z etykiety (ten w kapeluszu) powiedział mi, że dzisiejsze piwo zowie się Mowa Cieni. Jakiś utwór to jest. Nie wiem, nie znam, nie wypowiadam się. Jakbym się na wszystkim znał, to nie mógłbym być blogerem, a w dodatku bym krócej żył i po co mi to?
W butelce tej czai się Tropical Black Ale. WTF?! Nie spotkałem się wcześniej z takim określeniem. W rzeczy samej jest to czarny ejl chmielony po nowofalowemu, wyzbyty jednak jakichkolwiek tropikalnych dodatków. Może bardziej zatem pasowałoby określenie Black APA? Zresztą newermajnd. Od wymyślania różnych ciekawych rzeczy są inne osoby. Na przykład te pracujące w półokrągłym budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie…


Otwieram i przelewam. Piana rośnie do nieziemskich wręcz rozmiarów. Wypełnia szkło mniej więcej w 80% i jak tu nalać piwo człowieku? Jasno beżowa pierzynka posiada mieszanej wielkości pęcherze i cudnie brudzi mi szkło (firmowe dildo). Jest trwała, ale z biegiem czasu zaczyna się dziurawić niczym znoszone skarpetki. Piwo faktycznie jest czarne, choć widywałem jeszcze czarniejsze. Pod światło widać burgundowe przebłyski. Spoko, mi się podoba.
Łapczywie biorę kilka większych haustów. Pić mi się chce, bo na dworze fajnie ciepło jest. Piwko też jest fajne, lekkie, zwiewne, bardzo sesyjne, ale nie wodniste. Przyjemnie palone, świeżo parzona kawa i gorzka czekolada dominują. Akompaniują im solidnie palone słody zmieszane z odrobiną popiołu i kwasku. Jest też i chmiel – głównie w postaci ziół, tytoniu i trawy, choć nieco tropików też się tu znajdzie. Może nawet szczypta jakiegoś cytrusa. Nie mniej jednak dominującą stroną są tutaj ciemne, słodowe klimaty. Daleko w głębi majaczy palone zboże i coś jakby niewielka ziemistość/mineralność. Finisz został zwieńczony bardzo sympatyczną chmielowo-ziołową goryczką. Rześką, krótką i przyjemną, w punkt kontrującą słodową podbudowę. Wysycenie jest niskie, pasujące do stylu. Nieźle, to smakuje. Nieźle, choć na pewno mogło być jeszcze lepiej.

poniedziałek, 23 maja 2016

GOLDEN STATE




Kolejny „Tydzień z…” czas zacząć. Tym razem na wokandzie stosunkowo nowy browar, który jeszcze nie miał okazji zagościć na blogu Piwa Naszego Powszedniego.
Lubię Browar Hopkins. Jeszcze ich nie znam, ale już ich lubię. Naprawdę zacna to ekipa. Pochodzą z Gdańska, a jest ich trzech – Marcin, Daniel i Szymon. Nie mają swojego browaru, a w kotłach mieszają kontraktowo w Kościerzynie. Ich potencjał wydawniczy jest oszałamiający. Chłopaki zaczęli komercyjną przygodę z piwowarstwem w grudniu zeszłego roku, a na chwilę obecną mało kto już jest w stanie wymienić bez zająknięcia ilość ich piw wypuszczonych na rynek. Fachowo to się nazywa biegunka nowości, tudzież sraczka. Mi to akurat nie przeszkadza, więc nie zamierzam ich za to hejtować. Wręcz przeciwnie – daję spore propsy i to zanim jeszcze skosztowałem jakiegokolwiek piwa od Hopkinsa. Jest to jedyny w tym kraju browar rzemieślniczy, który z własnej i nieprzymuszonej woli wysłał piwnym blogerom paczki!!! Z własnej i nieprzymuszonej woli! Czaicie? Nikt  ich o to nie prosił, nikt nie namawiał, nikt nie zmuszał, nie groził, nie przystawiał gnata do skroni. Nikt,  nobody, nul, niemand, żodyn. W paczce było oczywiście kilka piwek, smycz, firmowe szkło (popularne ostatnio dildo glass) oraz firmowy otwieracz. Szacun.
Odważni i pewni siebie są skubańcy. Albo bardzo głupi. Albo jedno i drugie? Albo mają tak zajebiste trunki, że piwny bloger im nie straszny? A może sami ukręcili na siebie bata, dając nam (blogerom) za free narzędzie do hejtowania? Sam już nie wiem co myśleć, ale jednego mogę być pewien – nie mają co liczyć u mnie na jakiekolwiek względy, bo jestem bezwzględny. Nie ważne, czy piwo spadło mi z nieba, czy dostałem je w spadku po dziadku, czy wykopałem z ziemi. Każdy trunek oceniam tak samo. Trudno. Było nie wysyłać. 


Golden State (AIPA) wygląda zwyczajnie, czyli dobrze – pełna, lekko mętna, bursztynowa barwa. Piana biała, dość wysoka, mieszano ziarnista i trwała. Opada naprawdę wolno, fajnie oblepiając ścianki.
W smaku dominuje słodowa podbudowa. Solidna i trwała jak żelazobeton. Słód występuje w formie ciastek, biszkoptów, herbatników i opiekanego karmelu. Jest tak pokaźny, że ciężko spod niego wydostać się amerykańskim chmielom. Cytrusy szlag trafił już na wejściu, tropiki radzą sobie ciut lepiej, ale tylko ciut. Bardziej to autosugestia niż faktyczne odczucie. Jest za to sporo chmielu tradycyjnego, trawy oraz ziół. O tak, możesz utonąć w tych ziołach (ja zioła nawet lubię, ale niekoniecznie w piwie). Przy odrobinie fantazji odnajdziesz też pokłady żywicy, ale nic więcej. Naprawdę. Finisz zakończony został bardzo mocną i wyrazistą goryczką o tępym ziołowo-łodygowym profilu. Gorycz strasznie długo zalega, jest mdła i ogólnie mało ciekawa. Na razie słabo to wygląda.

sobota, 21 maja 2016

Które piwo od Carlsberga jest najbardziej chmielowe? (TEST)

Znowu wpis o koncerniakach? No cóż, znowu!
Tematem niniejszego posta są cztery piwa z grupy Carlsberg Polska. Już dawno zauważyłem, że jest to jedyny w tym kraju koncern piwny, który coś tam próbuje robić w kierunku wyraźniejszego chmielenia swoich niektórych piw. Zostawmy na razie wykonanie powyższego, ale sam fakt, że CP ma swojej ofercie kilka piw szeroko rozumianych  jako „chmielowe” jest moim zdaniem wart bliższej uwagi.
Kiedyś już popełniłem artykuł o podobnej tematyce, gdzie wziąłem na tapetę stosunkowo nowe wówczas piwa: Carlsberg Nox, Harnaś Wysokochmielowy i nie nowe, ale dość ciekawe Niepasteryzowane Chmielone Na Zimno. Wszystkie łączył fakt zaakcentowanego chmielenia na aromat. Dzisiaj natomiast biorę na warsztat aż cztery wypusty. Dwa z nich się co prawda powtarzają, ale chodzi o to, że wszystkie lansowane są przez macherów z Carlsberga jako piwa o wyraźnym charakterze chmielowym.

Chciałem przetestować pod tym kątem jeszcze dwa piwa z CP, ale okazało się, że wspomnianego Niepasteryzowanego już nie ma na rynku (cichaczem je wycofali), a Piast Chmielowe Ratuszowe (chmielone amerykanami!) jest obecnie nie do kupienia w moich stronach. No, chyba że je też wycofali? Tego nie mogę jednak potwierdzić.
Test owych piw był bajecznie prosty. Brałem pod uwagę tylko i wyłącznie ich chmielowość obiecaną przecież na etykiecie. Oceniałem zarówno aromat chmielu i jego pochodnych, a także smak chmielu i poziom oraz jakość goryczki. No bo jak ktoś wyraźnie podkreśla chmielowy charakter, to ja takiego charakteru w piwie szukam i oczekuję go. Nie lubię być robionym w konia, czy też inne bambuko. Aha, piwa oceniałem anonimowo, by nie sugerować się marką. 



Kasztelan Specjały Chmielowe. Średnio intensywny aromat próbuje uwodzić nas dość przyjemnym zapachem jabłek z lekką domieszką trawy i subtelnego słodu. W tle pojawiają się niewielkie niuanse chmielowe i odrobinę landrynek. Całość pachnie świeżo i owocowo. Jest nieźle.
Niby jest to piwo, które „swój goryczkowy smaku zawdzięcza harmonijnej proporcji chmielu Marynka”. W smaku tymczasem prym wiedzie lekka i przyjemna owocowa nuta, okraszona delikatnym cieniem chmielu i sympatycznego kwasku. Jest rześko i  świeżo, choć sama goryczka na minimalnym poziomie. Przyznam, że smaczne to jest i nader pijalne. Oczywiście jak na koncernowo-lagerowe warunki.





Carlsberg Nox .Chmielony na zimno chmielem Polaris. „Intensywny aromat, bez zbędnej goryczki”. Pamiętacie jeszcze te heheszki na jego temat? Aromat w rzeczy samej jest bardzo intensywny i bardzo charakterystyczny. Poznałem to piwo od razu, piłem je już kilka razy. Mamy tu morele, brzoskwinie, renklody, białe winogrono, chmielu w czystej postaci natomiast nie uświadczysz. W tle majaczą niewyraźne przyprawowe fenole, jakieś perfumy i trochę sztucznej landrynki. Byłoby całkiem dobrze, gdyby nie ta perfumowość i landryna.
W smaku piwo jest słodkie, takie wiecie „bez zbędnej goryczki” ;) Pojawiają się za to dość przyjemne jabłka, gruszki oraz lekki kwasek i trawiastość na finiszu. Jest także przyjemna słodowość. Całość pijalna, słodka, ale nie muląca. Goryczki zero, ale tu akurat producent nas o tym ostrzega.






Cztery Chmiele Piwo Okocimskie. Zapach jest średnio przyjemny, typowo słodowy, co najwyżej delikatnie chmielowy. W tle pojawiają się bardzo subtelne nuty trawy i chleba. Goryczka na bardzo niskim poziomie. Zwykły, pospolity  i niczym nie wyróżniający się aromat.
Smak również typowo słodowy, lekko trawiasty. Goryczka jest bardzo niska, a całość raczej słodkawa i średnio rześka. Zwyczajne, bardzo przeciętne piwo. Niby cztery chmiele, a smakuje i pachnie jak jeden.





 



Harnaś Wysokochmielowy. To piwo piłem najwięcej razy, więc również je odgadłem. Dość intensywny zapach kojarzy się tutaj z jabłkiem, gruszką i delikatną brzoskwinią. Nieco z tyłu pojawia się też łagodna słodowość. Samego chmielu, takiego w czystej postaci raczej niewiele.
Smak jest bardzo łagodny, słodowy, lekko słodkawy. Na szczęście sytuację ratuje przyjemny kwasek i delikatne estry, głównie jabłka. Goryczka znikoma, ale całość smakuje całkiem nieźle i sympatycznie. Jest dość rześko i owocowo.








Wnioski

Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałem się takiego poziomu tych piw. Owszem one nie były jakieś porywające, żadne z nich nie skopało mi dupska, ale z całą dozą świadomości mogę oświadczyć, że każde z nich jest lepsze niż jakiś tam zwykły Okocim, Warka, Tyskie, czy piwa na literę Ż ;>
Od razu rzuca się w oczy, że w każdym z tych przypadków ich obiecany charakter chmielowy odnosi się w zasadzie do samego aromatu, a nie smaku, gdzie chmielowość jest co najwyżej subtelnym tłem.  Wyraźnej goryczki w tych piwach ze świecą szukać. Po prostu to zupełnie nie ta bajka. Carlsberg Nox i Harnaś jasno nas o tym informują, więc sprawa jest prosta. W przypadku piwa jubileuszowego z okazji 170-lecia Browaru Okocim (Cztery Chmiele) musimy się domyślać, co producent miał na myśli akcentując użycie czterech chmieli w nazwie piwa. Kasztelan Chmielowe natomiast niby ma być goryczkowy, ale to tylko pobożne życzenia agencji, która robiła etykietę i zapewne wymyśliła ‘morską opowieść’ na kontrze.
Biorąc pod uwagę ogólnie pojętą chmielowość, objawiającą się w całym profilu smakowo-zapachowym uszeregowałem te piwa w następujący sposób.
Panie i Panowie The Winner is…. jednak Kasztelan Chmielowe!!! Piwo wg mnie odznaczało się najlepszą pijalnością, harmonią i świeżością.  Chmiel oraz jego pochodne, choć w niedużych ilościach, były wyczuwalne i w smaku i w zapachu. Tu muszę jednak nadmienić, że jego przewaga była naprawdę niewielka.
Ex aequo drugie miejsce przypadło dla Harnasia Wysokochmielowego za ładny i przyjemny aromat oraz dla Noxa za oryginalny i niezwykle intensywny zapach białych owoców. Co prawda lekka perfumowość jest pewnego rodzaju wadą, ale całokształt naprawdę nieźle w się w tym piwie prezentuje.
Czwarte i zarazem ostatnie miejsce dla piwa Cztery Chmiele, które w zasadzie bardzo mało, albo nawet wcale nie różni się od zwykłych, popularnych eurolagerów.  Spokojnie daje się je wypić, ale akcent użycia, aż czterech odmian chmielu można było sobie darować.

czwartek, 19 maja 2016

RIS BLENDED Barrel Aged

Schodząc do piwnicy po piwo na bloga zawsze mam dylemat. Sporą zagwozdkę. Czym by tu dzisiaj zalać robala? Czym nakarmić tasiemca? (skubaniec jest wymagający, nie zje byle czego). Głowię się dobrych kilka/naście minut, drapię się po jajach i grzebię w tych moich piwnych zapasach. Coś lekkiego, czy ciężkiego? Jakaś nowość, czy coś co zalega tutaj od kilku miechów? Aż siwieję od tego rozkminiania. No, ale zimno tam jest więc koniec końców muszę coś wybrać i czmychać na powierzchnię… Dziś akurat wybór padł na RISa od Birbanta. Lubię RISy jak jasna cholera. Zresztą wiecie to, znacie mnie.
RIS Blended Barrel Aged to nie byle jaki ruski imperialny Stout. Piwo to leżakowało w drewnianych beczkach. A było ich trzy – po rumie, whiskey i bourbonie. W każdej z nich trunek spędził po trzy miesiące (chyba). W sumie dziewięć. Tyle co dobrze donoszona ciąża. Szacun. Nie wiem tylko, czy piwo było przelewane w ciągu tych dziewięciu miesięcy z jednej beczki do drugiej, czy po prostu warka został podzielona na trzy równe objętości, wlana do trzech różnych beczek i zmieszana przed rozlewem do butelek? Może ktoś pytał o to Birbantów? Wiecie coś?


RIS jak to RIS, wygląda zwyczajnie. Kolor czarny jak dupa nosorożca. Piana beżowa, niska, dosyć grubo ziarnista, szybko się rozrzedza i dziurawi. Jej żywotność jest skąpa niczym budżet przeciętnego mieszkańca Burkina Faso. Nie o pianę tu jednak chodzi. Ruskie Stouty powstają nie po to, by je oglądać, lecz wąchać i smakować.
A jest co wąchać! Piwo uwodzi nieziemsko pięknym, złożonym i intensywnym zapachem. Bardziej to przypomina likier niż piwo, ale to jest bez wątpienia tylko zaleta. Mamy tu mnóstwo czekolady, takiej słodkiej, deserowej. Są także wyraźne nuty pralinek oraz kakao. Słodycze skąpane zostały w szlachetnym alkoholu, będącym wypadkową likieru owocowego, rumu i whiskey. Alko broń Boże nie przeszkadza! Jest obecny, ale bardziej stanowi uzupełnienie aromatu niż jego wadę. W tle cichutko siedzą sobie lekko palone słody, suszone owoce (śliwka, rodzynki, wiśnie i daktyle) oraz odrobina beczkowych/drewnianych klimatów. Na samym końcu, gdzieś hen na horyzoncie majaczy szczypta wanilii oraz bardzo łagodnej kawy. Świetnie się to wącha! Beczki zrobiły swoje :D

wtorek, 17 maja 2016

NAFCIARZ DUKIELSKI


Są takie piwa, dla których jestem w stanie zrobić wiele. Może nie wszystko, ale naprawdę dużo. Mogę na przykład wymusić okup, ściągnąć haracz i jebnąć ze łba ;) Mogę też zabić komara albo muchę bez mrugnięcia okiem, zjeść dwie duże pizze na raz, albo oglądać tv przez 20 godzin na dobę. Mogę jeszcze....
Oczywiście zazwyczaj te najbardziej pożądane trunki są najmniej dostępne. Podobnie było z Nafciarzem Dukielskim – efektem kooperacji Browaru Dukla i Brokreacji. Wiem, strasznie zaniedbuję te browary. Z Dukli póki co jedno piwo na blogu, a z Brokreacji okrągłe.... zero! Ale to głównie przez dostępność, w Czewie ich po prostu nie majo.
Dobra, wróćmy do piwa, które jego twórcy opisali jako Whisky Rye Double Brown Porter. Brzmi naprawdę groźnie, ale tylko dla piwnych Januszy ;p Napitek powstał niejako na cześć polskiego chemika Ignacego Łukasiewicza, który w 1853 roku wynalazł lampę naftową, a także jako pierwszy „wyekstrahował” z ropy naftowej naftę. Pociągnęło to za sobą powstanie na Podkarpaciu pierwszej na świecie kopalni ropy naftowej, a później polskiego zagłębia naftowego w okolicach Krosna, a to już przecie rzut gumowcem od Dukli...
Rzeczone piwo z założenia ma przypominać ropę naftową! Zarówno wyglądem, jak i zapachem. W tym celu użyto tu ogromnych ilości słodu wędzonego torfem. W składzie słód whisky jest wymieniony jako pierwszy, więc musi być coś na rzeczy. Chodzą słuchy, że jest to najbardziej torfowe polskie piwo ever


Nafciarz prezentuje się bardzo dostojnie. Piwo jest bardzo czarne, czarne jak dupa nietoperza. Co jedynie w specjalnym przewężeniu na dole barwa wydaje się być brunatna, lekko opalizująca. Na powierzchni pojawia się niezbyt obfita, ale bardzo ładna czapeczka piany. Jest beżowa w barwie, drobna i puszysta. Opada nieprzyzwoicie wolno w cudowny sposób brudząc szkło! Szkoda, że nie widzicie tej zwartej koronki na ściankach – wygląda bardzo efektownie.
Czas na wąchanko :D To piwo pachnie obłędnie! Pod warunkiem, że lubisz słody whisky. W rzeczy samej nie miałem nigdy do czynienia z bardziej torfowym trunkiem. Zupełnie jakbym wąchał podkłady kolejowe polane gorącym asfaltem (za dziecka włóczyłem się po starym torze kolejowym). Masa bitumiczna, bakelit, spalone przewody elektryczne – takie klimaty i to w eksportowym wydaniu! Do tego dochodzi wyraźna orzechowość, sporo gorzkiej czekolady oraz trochę palonych słodów. W tle natomiast buszuje lekki powiew łagodnej kawy, dymu i wędzonki ogniskowej. Całość mega, mega wyrazista. Dojebana na maksa! Zapach klasy światowej. Nic, tylko wąchać.

niedziela, 15 maja 2016

DR OCTOPUS


Mówiłem ostatnio, że jeszcze sporo mocarzy błąka mi się po piwnicznych kątach (nie mam wcale na myśli wielkich szczurów). Niektóre z nich mogą leżeć przez długie lata, ale niektóre lepiej wypić zawczasu. Takim właśnie napitkiem jest nowość od Kraftwerka, czyli Dr Octopus. W sumie, czy to jest taka zupełna nowość, to nie wiem. Znając potencjał wydawniczy tego kontraktowca, jedyne czego możesz być pewien to to, że nigdy nie będziesz na bieżąco z ich piwami. Nowość goni nowość i nowością pogania. Zresztą żadne to odkrycie – 90% rzemieślników tak ma. Prawie wszyscy cierpią na biegunkę nowości. Sraczkę wydawniczą znaczy się.
No dobra, wróćmy do tej niby-nowości. Dr Octopus to piwo konkret. Barley Wine się zwie. W dodatku chmielone po amerykańsku! Bardzo lubię ten styl. Zawsze i wszędzie z wielką ochotą wychylę szklaneczkę barli łajna. Napisałem łajna? Nie, nie chodzi o gówno ;p Lubię wino jęczmienne. Taki styl piwa, wiecie.
Co ciekawe i warto odnotowania Dr Octopus powstał we współpracy z Marcinem Ostajewskim, znanym niegdyś z Browaru Olimp. 


Otwieram i przelewam. Piwo nie wygląda zbyt apetycznie. Brązowo-brunatna ciecz spogląda na mnie złowrogo i pod żadnym pozorem nie zachęca do wypicia. Do tego ta okrutna mętność! Ciecz jest mętna jak woda w kałuży po burzy (ale mi się rymło). Na powierzchni formuje się umiarkowanych rozmiarów piana o kremowej barwie i dość drobnej strukturze. Oblepia trochę ścianki, ale jej żywotność jest raczej krótka.
Czas na pierwszy kontakt. Piwo nie smakuje jakość ekstremalnie intensywnie, ale źle też na pewno nie. Jest słodko, słodowo, nieco karmelowo, biszkoptowo i ciasteczkowo. Nieźle jest. Idźmy dalej i głębiej w ten las, bo im dalej w las, tym więcej butelek (z piwem ma się rozumieć). W drugim akordzie na wierzch wyłażą – niczym dżdżownice po deszczu – tropikalne owoce, okraszone szczyptą rodzynek, ziół oraz chmielu. Takiego zwykłego polskiego chmielu jak Iunga i Sybilla, które w rzeczy samej znalazły się w tym napitku. Samych owoców tropikalnych jest niewiele, a szkoda. Pojawia się za to odrobina tostów, skórki od chleba, żywicy, a na finiszu umiarkowanie mocna goryczka. Na pewno nie powalająca, ale dosyć wyraźna o ziołowo-grejpfrutowym zacięciu. Dosyć fajnie to smakuje, ale trochę brakuje mi tu powera. Wszystko jest nieco stonowane, jakby ktoś celowo ograniczał możliwości poszczególnych składowych.

piątek, 13 maja 2016

RED DWARF




Piątek. Koniec tygodnia i w sumie początek weekendu dla normalnie pracującego człowieka. Żadnego lekarza, strażaka, czy polismena (o czterobrygadówce nawet nie wspominając). Normalni ludzie tydzień pracy kończą w piątek, a ja właśnie w ten dzień kończę „Tydzień z Fabryką Piwa”.
Wczoraj był Biały Karzeł, dzisiaj jest Czerwony Karzeł. Nie wiem ile oni jeszcze tych karłów tam mają. Ponoć tylko dwa, ale kto ich tam wie? Jak wiecie Wit IPA mi niezbyt podeszła. Nie była jakaś tragiczna, ale chyba coś w tym piwie po prostu nie zagrało. Albo gitarzysta był na kacu, ale klawiszowiec się naćpał. Tego nie wiem, ale mam nadzieję, na jakiś miły akcent na zakończenie tego cyklu. Jakiegoś konkretnego kopa w zadek zrywającego kapcie w nóg ;>
Szansa jest. Zresztą szansa jest zawsze. Przede mną stoi Red Dwarf. Red AIPA w czystej postaci. W teorii piwo o czerwonej barwie. W końcu nazwa nie wzięła się z dupy. Jeszcze nie otworzyłem butelki, więc wciąż jest to tylko teoria. Już pędzę po sprzęt i otwieram…


Wpierw rzeczona teoria, która nie do końca sprawdziła się w praktyce. Co prawda przy odrobinie wyobraźni można tę barwę uznać za czerwoną. Ja jednak wyobraźni raczej nie posiadam i dla mnie to piwo jest po prostu miedziane. Spowija je średnich rozmiarów piana koloru kremowego. Kołderka jest drobna, opada w przeciętnym tempie i przepięknie zdobi szkło. Aż miło popatrzeć na te wzorzyste firanki!
Wsadzam kinol do szkła (pokal się zwie) – jest nieźle, ale nawet rzekłbym, że bardzo dobrze. Dominują chmiele ‘zza wielkiej wody’, oferując nam bardzo rześką i wyrazistą mieszankę słodkawych owoców tropikalnych i cytrusów. Po piętach depcze im prawie tak samo wyrazista słodowość o silnych naleciałościach opiekanego zboża, przypieczonej skórki chleba i karmelu. W to wszystko próbuje wetknąć nosa łagodna, acz wyczuwalna żywiczna nuta oraz odrobina kwiatów i ziół. Całość wydaje się nieźle skomponowana, harmonijna i wyważona. Podoba mi się, choć do beergazmu trochę jeszcze brakuje.

czwartek, 12 maja 2016

WHITE DWARF




Trzecie piwko spożywane w ramach cyklu „Tydzień z Fabryką Piwa”. Zupełna świeżynka w dodatku w nowych szatach. Czy to co widzicie na fotce stanowi lepsze wdzianko od starych, dobrze już znanych i bardzo charakterystycznych etykiet Fabryki Piwa? Zdania pewnie będą podzielone, ja jednak wolę te poprzednie ety, bo już się po prostu do nich przyzwyczaiłem. Ale spokojnie „młodzi gniewni” – nowe szaty pojawiają się tylko w dwóch najnowszych piwach. Taki jednorazowy wybryk ;>
Wracając jednak do dzisiejszego bohatera - jest nim White Dwarf (Biały Karzeł). Tu ponownie (patrz Mr John Smokey) następuje lekka wtopa, ponieważ piwo o identycznej nazwie wypuścił już kiedyś Browar Twigg!!! Czy na świecie naprawdę nie istnieje już zlepek dwóch wyrazów, których nikt w Polsce jeszcze nie użył do nazwania piwa? Mi już tu nawet nie chodzi o jakieś tam prawa autorskie, sądy między browarami, czy inne niesnaski, ale to po prostu może niejednego człeka wprowadzać w błąd. Już widzę te pijackie burdy, gdy jeden z oponentów upiera się, że piwo White Dwarf to Wit IPA, a drugi że American Wheat...
No właśnie. To z Fabryki Piwa to jest Wit IPA. Wiecie, taka krzyżówka Witbiera z IPA. Wszystko jest tu zrobione jak książka mówi. Jest kolendra, jest skórka gorzkiej pomarańczy, no i oczywiście są amerykańskie chmiele :) Zapowiada się naprawdę nieźle. Ciekawe, czy to wszystko zatrybi?


Na dnie butelki zebrał się pokaźny osad. Mimo, że bądź co bądź jest to piwo pszeniczne, to odpuściłem sobie ten muł. Mimo to piwo i tak wygląda na dość mętne. Kolor za to ma ładny, typowo złocisty. Nie jakiś blady jak dupa nieboszczyka, raczej pełno złoty. Spowija je umiarkowanych rozmiarów piana o białej barwie i drobnej strukturze. Niestety piana opada dosyć szybko, jak dla mnie zdecydowanie za szybko. Lacing jest obecny, choć niczego nie urywa.
W sumie cały ten Biały Karzeł niczego nie urywa. Niby jest kwasek, niby jest wyraźny cytrusik, są delikatne tropiki, jest także lekka biszkoptowa słodowość, trochę chlebka, żywicy i odrobina jakichś fenoli (niekoniecznie kolendry), ale całość jest śakaś taka chaotyczna, niepoukładana. To wszystko nie trzyma się po prostu kupy, jest wyraźnie rozklekotane. A kupa jest ważną rzeczą, bo jak mówi słynne powiedzenie: „trzymajmy się kupy, bo kupy nikt nie ruszy”. Najbardziej podoba mi się tutaj gładka i smukła faktura, która być może jest efektem płatków pszenicznych. Dzięki temu piwo jest bardzo łagodne i aksamitne w odczuciu. Cóż jednak z tego, skoro to fajne odczucie psute jest przez wyraźną, mocną, nieco tępą i męczącą goryczkę o ziołowo-grejpfrutowym charakterze („okrutna, zła i podła, jak zrobić mi to mogłaś?”). Gorycz długo zalegając pozostawia nieciekawe i mdłe posmaki w ustach, a nie tego przecież oczekiwałem. Brakuje tu orzeźwienia, jakiejś iskierki, świeżości. Kumacie? Wysycenie poniżej przeciętnej, mogłoby być wyższe.

wtorek, 10 maja 2016

MR JOHN SMOKEY




„Tydzień z Fabryką Piwa” rozpoczął się dla mnie prawdziwą petardą. Pacific Avenue doszczętnie mną pozamiatał .Wg mnie jest to jak dotąd najlepsze piwo tego częstochowskiego kontraktowca. Czy Mr John Smokey zdoła mu dorównać lub chociażby się do niego zbliżyć?
Mój dzisiejszy gość to mocniejsza wersja angielskiego porteru w nowofalowym wcieleniu (nie obyło się bez jankeskich chmieli). Czytając skład natrafiłem na słód pszeniczny wędzony, co zapewne tłumaczy nam skąd wzięła się nazwa tego specjału. A propos nazwy – jest łudząco podobna do piwa John Smoker z Browaru Jana, no i poniekąd także do kultowego Smoky Joe... Myślę, że można było wymyślić coś innego, oryginalnego i nie kojarzącego się z konkurencją, ale zostawmy to. Nazwa akurat nie jest w piwie najważniejsza.
Nie wiem, czy już to pisałem, ale podobają mi się te etykiety z Fabryki Piwa. Są jakieś takie inne niż reszta. Zupełnie abstrakcyjne, niby oderwane od rzeczywistości, ale w głębi ściśle powiązane ze stylem piwa, które czai się w środku. Wyraźnie zalatuje mi tu Monty Pythonem. Can You feel it?


Lecę po śrubokręt (służący jako otwieracz), biorę szkło, aparat oraz piwo. Otwieram, przelewam i cykam kilka mało udanych fotek. Po drodze do domu oglądam co jest w Hamburgu (to zmyślne szkiełko się tak nazywa). Stwierdzam iż Mr John jest bardzo ciemnym, niemal czarnym piwem. Wieńczy go dość ładna, ale niezbyt obfita piana, która jest drobna i puszysta, a w barwie przypomina cappuccino. Rzeczona kołderka opada w przeciętnym tempie, zostawiając nieliczne zacieki na ściankach.
Jak zawsze najpierw kilka łyczków, a potem dopiero wąchanie. Piwo jest umiarkowanie wysycone, a jego smak jest całkiem przyjemny. Niezły balans uwypukla zarówno chmielowe niuanse, jak i słodową stronę. Przez pierwsze sekundy czuć świeże muśnięcie cytrusów oraz towarzyszącą im szczyptę słodszych owoców tropikalnych. Po chwili jednak do głosu dochodzą lekko palone słody, okraszone nutką bardzo łagodnej kawy i czekolady. Po przełknięciu natomiast na wierzch wypływa odrobina przypieczonej skórki chleba oraz karmelu. Na finiszu pojawia się niezbyt mocna i krótka goryczka, będąca wypadkową chmielu i palonego słodu. Mimo stosunkowo niewysokiej mocy podoba mi się ta gorycz. Jest bardzo szlachetna i ułożona. Wystarcza, by zrównoważyć słodowe ciało. Dość niespodziewanie to smakuje, ale podoba mi się taki obrót sprawy.

poniedziałek, 9 maja 2016

PACIFIC AVENUE



Jeszcze niedawno zwracałem uwagę, że Fabryka Piwa jako jeden z nielicznych browarów nie cierpi na biegunkę nowości, nieszczególnie często oferując nam swoje nowinki. A tu proszę - cztery nowe piwa w odstępie zaledwie trzech tygodni! Obczajcie jaką władzę ma piwny bloger... he... he. W sumie dobrze się stało, bo dzięki temu mogłem sobie pozwolić na kolejny cykl „Tydzień z...”. W planach mam też kolejne, ale o wszystkim dowiecie się w swoim czasie ;)
„Tydzień z Fabryką Piwa” zacznę od jednego z dwóch trunków, które miały swoją premierę na Piwowarach w Łodzi, gdzie miałem okazję już ich próbować. Wrażenia miałem jak najbardziej pozytywne. Ciekawe czy wersja butelkowa będzie równie smaczna?
Pacific Avenue to West Coast Pale Ale. Zazwyczaj spotykamy się z West Coast IPA, a tu mamy APA. Można i tak. Nie mam nic przeciwko.
West Coast w odróżnieniu od wersji „ze wschodu” to piwa z reguły jaśniejsze, mniej słodowe i mniej słodkie, a bardziej wytrawne, chmielowe i goryczkowe. To tak na marginesie, jakby ktoś jeszcze nie wiedział. 


Pacific Avenue prezentuje się nieźle. Piwo jest co prawda lekko mętne, ale jego urocza pomarańczowo-złocista barwa z pewnością dodaje mu uroku. Piana chyba za mną nie przepada. Początkowo wysoka i zwarta, dość szybko się rozrzedza i opada, tworząc wyraźny lacing na szkle.
W smaku jest za to świetnie! Już na progu widać, że to ‘zachodnie wybrzeże’. Piwo jest bardzo świeże i rześkie. Jak letni deszczyk o poranku. Cytrusy, cytrusy i jeszcze raz cytrusy. A czy wspominałem już może o cytrusach? Wysycenie także gra tutaj rolę – jest idealnie dobrane, umiarkowanie wysokie, drobne i lekko szczypiące. Poza kwaskowymi cytrusami są tu również owoce tropikalne, choć ich jest akurat niewiele. W tle można odnaleźć subtelne nuty świeżej trawy, tytoniu, żywicy oraz ziół. Słodowa strona została dosłownie zmiażdżona przez tą cudowną owocowość. I dobrze. Niech siedzi sobie cicho w kącie i nie zamula. Tam jest jej miejsce. Goryczka to kolejny bardzo mocny argument tego piwa. Chmielowo-grejpfrutowa gorycz jest po prostu genialna! Mocna, konkretna, rześka i okrutnie wyrazista. Co prawda delikatnie zalega, ale absolutnie mi to nie przeszkadza. Jeśli chciałbym nie czuć goryczki, to napiłbym się Harnasia (fuj!).

sobota, 7 maja 2016

WIELKI TEST PIW KONCERNOWYCH


Nie wiem, czy ja jestem jakiś głupi, czy niepoprawny politycznie, ale postanowiłem zrobić sobie Wielki Test najpopularniejszych piw koncernowych. Nie żadne tam Dębowe Mocne, czy inne Warki Strong. Nie. Po prostu zwykłe i najbardziej popularne koncerniaczki (tzw. ‘jasne pełne’) w Wielkim Teście. Ślepym teście, mówiąc dokładniej. Co z tego wyszło przeczytacie poniżej.

Na co? Po co?


Już dawno chciałem to zrobić, co najmniej pół roku temu. Pomysł wpadł mi do łba znacznie wcześniej niż Wielki Test Piw Zielonych. Który jest bardziej hardcorowy? Ciężko powiedzieć. A po co to wszystko? Dlaczego szanowany piwny bloger (jaka skromność z mojej strony ;p) miałby sobie zaprzątać głowę bezpłciowymi i wypranymi ze smaku ojrolagerami? Ano po to, ponieważ gro czytelników pija właśnie takie piwa. Ba! Co tu dużo mówić – sam też je pijam i zapewne większość piwnych blogerów także to robi. Tylko nie każdy potrafi się do tego przyznać. Oczywiście obecnie nie wlewam w siebie zwykłych koncerniaków tak często, jak jeszcze kilka lat temu, ale nie powiem, bo zdarza mi się czasem na jakiejś imprezce obalić ze dwa, czy trzy takie piwka (w porywach do dziewięciu). Na start zazwyczaj wchłaniam coś lepszego, craftowego, smaczniejszego,  a potem zgodnie z powiedzeniem – po trzecim jak leci ;p
Od zawsze pijąc z kumplami zastanawialiśmy się, które piwo koncernowe jest najlepsze? Czy one faktycznie wszystkie są tak do siebie podobne? Czy wszystkie są tak podłe i bezsmakowe, czy może wśród nich znajdzie się coś nie wykrzywiającego mordy? Coś co wypijemy ze smakiem, a nie tylko z obowiązku dostarczenia do organizmu procentów.


 

Jak?


Skrzyknąłem ekipę. Ja plus dwóch ziomali i moja żona, lepsza połowa znaczy się. Miało być więcej kumpli, ale jeden pojechał robić karierę w Top Model (pozdro Tomek), a drugiemu zachciało się biegać w maratonie (pozdro Adrian). Ponad 42 kilometry na nogach, w biegu ma się rozumieć. Chłopak nie pije piwa od dwóch miesięcy. Respect.
Mnie już znacie – z niejednej warzelni piwo piłem, z niejednego Polmosu wódkę piłem. Coś tam się znam na piwie. Może niewiele, ale zawsze coś. Chłopaki na co dzień raczą się takimi właśnie piwami, toteż można powiedzieć byli w swoim żywiole. Craftu niewiele w życiu liznęli. Ja pijąc od czasu do czasu jakiegoś Wojaka, czy Żubra byłem wśród nich najsłabszy. Jak jakiś dyletant się czułem. Żona, jak to żona. Zazwyczaj pija piwa z sokiem. Smakoszem zwykłych ‘jasnych pełnych’ raczej nie jest. Czasem ode mnie napije się jakiegoś rzemiosła, ale ogólnie pojęcie o piwie ma dosyć słabe.
Mieliśmy 14 piw do spróbowania. Nie na głowę oczywiście. Piliśmy kulturalnie po małej próbce, nie wiedząc jakie piwo w danej chwili oceniamy. Nie było sensu bawić się jakieś poważne sędziowanie, typu punktacja PSPD, BJCP, czy CHWDP. Skala była prosta jak konstrukcja Warki czerwonej. Każdy miał ocenić piwo, przyznając od 1 do 10 punktów. Kryterium była ogólnie pojęta pijalność oraz smak i zapach. Nie liczył się kolor i piana.

czwartek, 5 maja 2016

FEST BUBA


Wiosna zaskoczyła Amatora Piwa, tak jak zima co roku zaskakuje drogowców. Na dworze coraz cieplej i cieplej. Już dawno przyleciały bociany, a grille poszły w ruch. W mojej piwnicy jednak zapasy nie topnieją. Nie śniegu rzecz jasna, tylko zapasy tęgich, mocarnych i treściwych piw. Wciąż pod nogami walają mi się RISy, portery bałtyckie, barli łajny, Wee Heavy, czy Quadruple. Nie to, żebym się smucił z tego powodu. Po prostu podaż w moim przypadku przewyższa popyt. Wciąż dokupuję piwa, ale nie zawsze jest czas się za nie wziąć (nie, nie potrzebuję pomocników ;p). Ach, żeby ten czas był z gumy. Z takiego lateksu jak kondomy na przykład. Gdy piję piwo zwalniał bym go, a gdy jestem w pracy przyspieszał... fajna sprawa ;)
Rozmarzyłem się, a tu Fest Buba na mnie czeka. Belgijski Quadrupel z Szałupiw. Uwielbiam belgijskie klimaty, a zwłaszcza mocne belgijskie klimaty. Fest Buba jest przekozak – 25 ballingów i 11% alko, to waga super ciężka wśród piw. Z takim ciałem i taką mocą to już nie ma żartów. Przygniecie Cię jak Pudzian w MMA i co poczniesz? (Pudzian rzadko kogoś przygniata, ale nevermind).
Aha. Wpierw na rynku pojawiła się Buba, też niby kładrupel. Trochę mało tęgi jak na ten styl (dziewiętnastka), ale nie będę trolował, bo nie piłem. Mój dzisiejszy gość to jego imperialna wersja. Zapowiada się naprawdę nieźle. 


Mocarna Fest Buba wygląda naprawdę zacnie. Jest czarna, niemal zupełnie czarna! Wygląda praktycznie jak jakiś RIS. Piłem trochę tych kładruplów. Może nie sto, może nawet i nie dwadzieścia, ale kilka(naście) na pewno i nie przypominam sobie, aby któryś był aż tak ciemny. Czarny w zasadzie. Na powierzchni uformowała się drobna, beżowa, acz niewysoka piana, która w dodatku nader szybko opada. Przy belgijskich stylach ciężko jest wymusić obfitą czapę, więc nie będę się czepiał.
W smaku piwo nie jest aż tak gęste i tęgie, jak sugeruje nam ekstrakt. W ciemno dałbym max 22° Plato. Pierwsze co rzuca się w oczy, to bardzo niskie wysycenie. Naprawdę szczątkowe (po części tłumaczy to nikłą pianę). Druga rzecz to słodycz, duża słodycz. Taka trochę cukrowa, ale w sumie nie dziwota, bo cukier widnieje w składzie. Sumarycznie jednak całość jest dość smaczna. Mamy tu ciemne, lekko prażone słody, sporo mlecznej czekolady, pralinek, kakao oraz szczyptę łagodnej kawy zbożowej. W tle majaczą echa lukrecji i subtelnych przypraw, ciężko jest jednak wskazać coś konkretnego. Trochę brakuje mi tu suszonych owoców. Z całą dozą świadomości mogę wymienić tylko suszone daktyle oraz figi. Rodzynek i śliwek raczej nie jestem już pewien, czy aby nie są wytworem mojej wyobraźni. Na finiszu pojawia się niezbyt mocna, ale na pewno obecna goryczka o lekkim ziołowo-palonym profilu. Alkohol świetnie schowany, co jedynie delikatnie grzeje w żołądku. Urozmaicony i złożony to smak, aczkolwiek niczego nie urywający.

wtorek, 3 maja 2016

DWIE WIOSENNE NOWOŚCI OD KONCERNÓW


Wiosna, majówka, grill, kiełba, wóda, no i piwo. Podczas majówki nie może zabraknąć piwa. Dobrze o tym wiedzą nasze piwne koncerny. No nie do końca nasze, ale zostawmy to. Wiosna to specyficzna w branży piwowarskiej pora roku. Koncerny w tym czasie dwoją się i troją, by uwieść klienta. Zwabić go, osaczyć, zrobić wodę z mózgu i w konsekwencji zmusić do zakupu ich piwa. Z punktu widzenia piwnego blogera, hop heada, beer geeka, czy każdego świadomego spijacza napoju z pianką, takie działania często są tematem drwin i żartów. No bo jak tu nie wybuchnąć śmiechem, gdy koncerny miast nowym i ciekawym piwem walczą o klienta zmianą szaty graficznej, czy nową kampanią reklamową za grube miliony. Cóż z tego, że reklama jest świetnie zrobiona i fajnie się ją ogląda, skoro w butelce jest wciąż to samo piwo. Nudne, niemal bezsmakowe, bezpłciowe i bezemocjonalne siuśki. Te same siuśki od wielu, wielu lat...
Ale spokojnie – nowe piwa też się pojawiają. Jak na przykład dziesiąta już odmiana Redd’sa albo pięćdziesiąte wcielenie radlera. Ja jednak dzisiaj nie o tym. Tematem niniejszego wpisu są dwie nowości. Jedna z KP, druga z CP.
Na pierwszy ogień idzie Prażubr – że niby ojciec dobrze znanego wszystkim Żubra. Nazwa idiotyczna, wręcz kretyńska, jednak mało kto wie, że prażubr zwany też żubrem stepowym istniał naprawdę! Na terenie dzisiejszej Polski również. Nie jest to więc tak do końca historia z palca wyssana.
Macherzy z Kompani Piwowarskiej wznieśli się na wyżyny swoich intelektualnych możliwości i wypuścili na rynek niepasteryzowane piwo. Szacun! Gratuluję smykałki, pomysłowości i orientacji na rynku piwowarskim ;p Tego właśnie było ludziom potrzeba! Kolejnego piwa niepasteryzowanego!
Historyjkę o tym, jakoby była to niepasteryzowana wersja zwykłego Żubra można sobie włożyć między bajki. Pomiędzy Sierotkę Marysię, a Pinokia. Prażubr ma 5% alko, a zwykły Żubr 6%. Czyżby więc jeden procencik wyparował, ulotnił się cichaczem z piwa? Ludzie to jest zupełnie inne piwo! Zrobione na bazie innej receptury. Nie dajcie się nabrać.
No, ale do rzeczy, bo Prażubr czeka ;)

Prażubr wygląd ma elegancki – obfita czapa śnieżnobiałej, grubo ziarnistej piany wieńczy złociste i okrutnie klarowne piwo. Tak klarowne, że można w nim dostrzec własne odbicie! Piana opada szybko, zostawiając lekki lacing na szkle. W zasadzie wszystkie koncerniaczki wyglądają w ten sposób, więc nie ma się czym podniecać.
Strach wąchać, ale piwny bloger to odważna bestia. Nie boi się byle czego. Żadnego Żubra, czy nawet Prażubra. Prasłonia zresztą też. 


Wącham, wącham i analizuję. Umiarkowanie intensywny zapach jest dość jednorodny. Słód, słód, słód i w zasadzie nic więcej. No dobra, odrobinę mokrego kartonu i jakiegoś chlebka też się tu znajdzie. Ale nic poza tym.
Przodek żubra w smaku - jak można się było domyśleć - nie oferuje żadnych ciekawych doznań. Łagodna słodowa podbudowa, jakieś zboża i delikatne posmaki chlebowe. Piwo jest minimalnie słodkie, ale dość lekkie w odbiorze i nieinwazyjne. Chmielu próżno się tu doszukiwać, a w tle majaczy bardzo subtelna goryczka. Z biegiem czasu całość robi się trochę mdła i nieciekawa. Powoli na wierzch wyłazi delikatny mokry karton. Wyraźnie brakuje tu rześkości. Jakiegoś kwasku, czy choćby odrobiny chmielowych niuansów. Da się to pić, ale emocji przy tym żadnych.

poniedziałek, 2 maja 2016

PIWO MIESIĄCA - KWIECIEŃ 2016



Kolejny miesiąc minął jak z bicza trzasnął. Jest to więc odpowiedni moment, by wyróżnić najlepsze piwo ostatnich 30 dni. Wyróżnić po to, by jakiś browar miał radochę i dodatkową ambicję, a Wy pojęcie o tym, jak dobre potrafi być polskie piwo. Cholernie dobre i urywające wiadome części ciała. Tak smaczne, że ‘Kuboty’ same z nóg spadają, a kalesony filcują się, aż pod samą dupę!

W kwietniu nie brakowało na blogu wyróżniających się i bardzo smacznych trunków. Jednakże walka o tytuł najlepszego piwa miesiąca rozgrywała się w zasadzie pomiędzy czterema pozycjami: ANTYkwariat (American Smoked Stout) z Antybrowaru, Porter 24° (wędzony porter bałtycki) z Widawy, Ósemkowe (Imperial AIPA) oraz Flagowe (AIPA) z Browaru Spółdzielczego. Pozostała reszta piw wyraźnie odstawała od wyżej wymienionych.
Wszystkie te trunki były niemiłosiernie smaczne, pyszne i niepowtarzalne, ale jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć. Podgrzało do czerwoności moje zwoje w czaszce, wywołując szeroki uśmiech na twarzy, podobny do komputerowo zrobionej gęby Jima Carreya w filmie Maska.

Panie i Panowie tytuł PIWO MIESIĄCA – KWIECIEŃ 2016 wędruje do Browaru Widawa za piwo Porter 24° (edycja 2015)!!! :D


Nie będę ponownie przytaczał wszystkich epitetów określających to niesamowite piwo, bo zwyczajnie szkoda strzępić klawiatury w moim wysłużonym już Fujitsu Siemensie. Zainteresowani zapewne potrafią kliknąć w link do recenzji.
Bez wątpienia jest to jeden z kilku najlepszych krajowych porterów bałtyckich, miażdżący konkurencję zarówno samym wyglądem, jak i złożonym smakiem oraz aromatem. Po prostu piwo z serii „Most Wanted. Warte grzechu, kłótni z małżonkiem, czy nawet spania na wycieraczce ;p
I nie była to wcale najbardziej pożądana wersja tego piwa. Ów porter, był leżakowany w stali. Jego poprzednie wcielenie natomiast było wersją Barrel Aged leżakowaną w dębowej beczce po burbonie! Tamten trunek to musiał być ideał ideałów. Szkoda, że nigdy go nie próbowałem :(

Browarowi Widawa, a ściślej mówiąc Wojtkowi Frączykowi składam sakrucko szczere gratulacje i podziękowania! Jest mi niezmiernie miło, że miałem okazję pić tak znakomite piwo :D

Zobacz także: Piwo Miesiąca - Marzec 2016