czwartek, 5 maja 2016

FEST BUBA


Wiosna zaskoczyła Amatora Piwa, tak jak zima co roku zaskakuje drogowców. Na dworze coraz cieplej i cieplej. Już dawno przyleciały bociany, a grille poszły w ruch. W mojej piwnicy jednak zapasy nie topnieją. Nie śniegu rzecz jasna, tylko zapasy tęgich, mocarnych i treściwych piw. Wciąż pod nogami walają mi się RISy, portery bałtyckie, barli łajny, Wee Heavy, czy Quadruple. Nie to, żebym się smucił z tego powodu. Po prostu podaż w moim przypadku przewyższa popyt. Wciąż dokupuję piwa, ale nie zawsze jest czas się za nie wziąć (nie, nie potrzebuję pomocników ;p). Ach, żeby ten czas był z gumy. Z takiego lateksu jak kondomy na przykład. Gdy piję piwo zwalniał bym go, a gdy jestem w pracy przyspieszał... fajna sprawa ;)
Rozmarzyłem się, a tu Fest Buba na mnie czeka. Belgijski Quadrupel z Szałupiw. Uwielbiam belgijskie klimaty, a zwłaszcza mocne belgijskie klimaty. Fest Buba jest przekozak – 25 ballingów i 11% alko, to waga super ciężka wśród piw. Z takim ciałem i taką mocą to już nie ma żartów. Przygniecie Cię jak Pudzian w MMA i co poczniesz? (Pudzian rzadko kogoś przygniata, ale nevermind).
Aha. Wpierw na rynku pojawiła się Buba, też niby kładrupel. Trochę mało tęgi jak na ten styl (dziewiętnastka), ale nie będę trolował, bo nie piłem. Mój dzisiejszy gość to jego imperialna wersja. Zapowiada się naprawdę nieźle. 


Mocarna Fest Buba wygląda naprawdę zacnie. Jest czarna, niemal zupełnie czarna! Wygląda praktycznie jak jakiś RIS. Piłem trochę tych kładruplów. Może nie sto, może nawet i nie dwadzieścia, ale kilka(naście) na pewno i nie przypominam sobie, aby któryś był aż tak ciemny. Czarny w zasadzie. Na powierzchni uformowała się drobna, beżowa, acz niewysoka piana, która w dodatku nader szybko opada. Przy belgijskich stylach ciężko jest wymusić obfitą czapę, więc nie będę się czepiał.
W smaku piwo nie jest aż tak gęste i tęgie, jak sugeruje nam ekstrakt. W ciemno dałbym max 22° Plato. Pierwsze co rzuca się w oczy, to bardzo niskie wysycenie. Naprawdę szczątkowe (po części tłumaczy to nikłą pianę). Druga rzecz to słodycz, duża słodycz. Taka trochę cukrowa, ale w sumie nie dziwota, bo cukier widnieje w składzie. Sumarycznie jednak całość jest dość smaczna. Mamy tu ciemne, lekko prażone słody, sporo mlecznej czekolady, pralinek, kakao oraz szczyptę łagodnej kawy zbożowej. W tle majaczą echa lukrecji i subtelnych przypraw, ciężko jest jednak wskazać coś konkretnego. Trochę brakuje mi tu suszonych owoców. Z całą dozą świadomości mogę wymienić tylko suszone daktyle oraz figi. Rodzynek i śliwek raczej nie jestem już pewien, czy aby nie są wytworem mojej wyobraźni. Na finiszu pojawia się niezbyt mocna, ale na pewno obecna goryczka o lekkim ziołowo-palonym profilu. Alkohol świetnie schowany, co jedynie delikatnie grzeje w żołądku. Urozmaicony i złożony to smak, aczkolwiek niczego nie urywający.

W aromacie jest już znacznie lepiej. Przede wszystkim nie jest już tak bardzo słodko, choć oczywiście słodkawe klimaty wciąż dominują. Czekolada, kandyzowany cukier, praliny oraz kakao. Nieco dalej chowają się łagodne cienie czerwonego wina (niech będzie, że to porto) i suszonych owoców – rodzynek, śliwek i fig. Już mi się podoba, ale jedźmy dalej. Alkohol jak na ten woltaż jest mistrzowsko ukryty, jednak stary wyga wyczuje tu subtelny wiśniowy likier podszyty łagodnym i ułożonym etanolem. Kompletnie nie agresywnym zaznaczam. Tak jak w zapachu brakowało mi suszonych owoców, tak tutaj rozpaczam z powodu braku obecności przyprawowych fenoli. Niby coś tam pobrzmiewa w oddali, ale trzeba się mocno wczuć, aby to wyłapać.
Piwo jest odpowiednio pełne w smaku. Cholernie treściwe i słodkie, ale jeszcze nie wyklejające. Ma złożony smak i równie rozbudowany aromat. Trzeba jednak przyznać, że z biegiem czasu jest trochę męczące. Pije się je wolno i to nie tylko ze względu na powalający woltaż (szumi we łbie, szumi). Balans jest wyraźnie przesunięty w stronę słodu, a obecna goryczka bez wątpienia sobie z tym nie radzi. Brakuje jej siły przebicia.
Poza tym zarówno w smaku, jak i w aromacie trochę brakuje pewnych charakterystycznych cech dla tego stylu piwa. Nie są to oczywiście jakieś obligatoryjne i bezwarunkowe aspekty, ale jednak.
Podsumowując Fest Buba to złożony i wielowątkowy trunek, choć z pewnymi mankamentami. Śmiało zachęcam do wypicia, ale trzeba mieć świadomość, że w tym kraju istnieją lepsze Quadruple.
OCENA: 7/10
CENA: ok 10Zł
ALK.11%
TERMIN WAŻNOŚCI: 01.03.2017
BROWAR SZAŁPIW/BROWARY REGIONALNE WĄSOSZ

2 komentarze:

  1. Hmmm... w tym kraju, czyli naszej produkcji? Możesz podać jakieś przykłady, bo tak z marszu żadne mi na myśl nie przychodzą? Dziwi mnie trochę ocena tego piwa, przy alkoholu na tym poziomie, który naprawdę nie jest praktycznie wyczuwalny i jednak dość złożonym smaku. Z tego co kojarzę dokonania naszego rodzimego kraftu w belgijskich stylach to zazwyczaj lubił z nich wychodzić gryzący alkohol, a tu jest naprawdę doskonałe ułożenie.

    Tak zupełnie abstrahując, to słodycz w piwie nie jest dziełem cukru, bo jednak typowy cukier jest łatwo fermentowalny, a co za tym idzie w całości zostaje przerobiony na alkohol i nie wnosi słodkich posmaków (raczej stosowanie sukru wpływa na wzrost wytrawności piwa).

    OdpowiedzUsuń
  2. Choćby Oktavio z Browaru Jana.
    Nie wiem jak był dokładnie robiony Fest Buba, ale czasem do refermentacji dodaje się zwykłego cukru właśnie, a nie brzeczki piwnej. No, a jeśli nie to dodali cukier do podbicia ekstraktu.
    Faktem jest, że czułem słodycz cukrową, a nie słodową.
    Możesz oczywiście się nie zgadzać z moją oceną, bo sprawa subiektywna. Masz do tego prawo.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń