środa, 30 grudnia 2015

MAORI KISS

Dziś kontynuuję przygodę z kontraktową Fabryką Piwa. Na tapecie ląduje bowiem kolejna nowość z FP i zarazem kolejny single hop.
Kilka dni temu opisywałem Rakau in Krakau, które było pejl ejlem na nowozelandzkim chmielu Rakau. Mój dzisiejszy ziomal natomiast to, tak jakby jego starszy/większy brat, który został już ochrzczony kultowym mianem IPA, jednakże bez przedrostku American. Jest to bowiem New Zealand IPA, gdzie całą robotę wziął na barki chmiel odmiany Waimea.
Obydwa piwa mają takie same parametry i najprawdopodobniej również identyczny zasyp, a różnią się tylko odmianą użytego chmielu i zapewne jego ilością, bo Maori Kiss wg etykiety ma wyraźnie więcej goryczki – 60 IBU.
No, ale dosyć już ględzenia, bo przecież mam tu piwo do wypicia ;)


Zrzucam kapsel (widelcem), przelewam i cykam kilka mniej lub bardziej beznadziejnych fotek. W szkle ląduje wyraźnie mętny, bursztynowy trunek. Wieńczy go przeciętnie urodzajna piana, która ma białą barwę, bardzo drobną strukturę i nader puszystą konsystencję. Piana opada długo i niespiesznie, zostawiając na ściankach bardzo urokliwe firany. Nice!
Czas napić się tego specyfiku, na wąchanie przyjdzie jeszcze pora. Od razu czuć, że piwo jest lekkie i wytrawne (w sam raz na lato, a tu zima niestety). Wysycenie ponownie nie za wysokie, czego akurat nie jestem zwolennikiem, bo ujemnie rzutuje to na rześkość takiego napitku. W smaku prym wiodą owoce, głównie mam przed oczami brzoskwinie, morele oraz mandarynki, ale skłamałbym, gdybym nie wymienił również cieni mango i grejpfruta. Owoce kontrastują z obfitym słodowy ciałem, które - mimo, że piwo sprawia wrażenie lekkiego – moim zdaniem zbyt ochoczo bierze się do pracy. W tle odnalazłem również łyżkę karmelu oraz szczyptę sosny, wspartej subtelną żywicą. Całość wieńczy bardzo wyraźna ziołowo-łodygowa goryczka, która niestety trochę zalega i w połączeniu ze sporą słodowością sprawia mdłe i raczej mało ciekawe wrażenie.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

KRAINA WELESA

Końcówka roku obrodziła nam w mocarne i rozgrzewające RISy. Nagle niemal każdy browar zapragnął mieć w swojej ofercie czarnego jak noc, niezwykle treściwego i tęgiego Russian Imperial Stouta. I nieważne, że często, gęsto są to wysoce niedoleżakowane wersje, którym niezmiernie daleko do ideału tego stylu, który sobie wyśnił konsument tuż po tym jak zobaczył na etykiecie magiczne trzy literki: RIS.
Wiele zarzutów padło między innymi na grudniową nowość od Peruna, która zowie się Kraina Welesa. Niedoleżakowanie wielu polskich RISów to jedna strona medalu, ale imperialny Stout o ekstrakcie 19% to już duży cios poniżej pasa, który mało kto jest w stanie wybaczyć. Generalnie wg BJCP piwo o takim ekstrakcie może już nosić miano RISa, ale mimo to wielu beer geeków poczuło się urażonym, bo spodziewali się co najmniej 5° Plato więcej. 
Moim zdaniem i jedni i drudzy mają rację, a prawda leży gdzieś pośrodku. Według wszelakich standardów Kraina Welesa jest RISem. Na etykiecie są widoczne parametry piwa, więc klient wie co kupuje, a jak mu nie pasuje, to przecież wcale nikt go nie zmusza do zakupu. 


Rzeczony trunek posiada iście królewską prezencję. Smoliście czarna i głęboka barwa świetnie komponuje się z beżową pianą, która jest niezwykle drobna, gęsta i zbita. Kolejnym jej atutem jest niespotykana żywotność – piana opada niezmiernie wolno, zostawiając umiarkowanie duże zacieki na szkle.
Piwo jest dość nisko wysycone, a ciała ma tyle na ile wskazuje zadeklarowany ekstrakt. Nie jest ani wodniste, ani tym bardziej jakoś szalenie pełne w smaku. Pierwszy akord należy tutaj do łagodnej kawusi, podsyconej nieco lekko palonymi słodami i szczyptą przyjemnej czekolady, która rozwija skrzydła dopiero w drugim akordzie. Oprócz niej mamy tu jeszcze trochę karmelu, odrobinkę suszonych owoców i kapkę popiołu w głębi. Finisz został wypełniony niezbyt mocną, acz wyraźną paloną goryczką, która nosi wszelkie znamiona szlachetności. Jest krótka, ale skuteczna. Robi co do niej należy i szybko zmyka w kąt. Piwo nie jest tak gęste i wyklejające jak większość tego typu napitków, aczkolwiek podoba mi się jego wielowątkowość i dobry balans.

piątek, 25 grudnia 2015

RAKAU in KRAKAU

Rakau in Krakau to nie kolejne hasło reklamowe promujące w świecie naszą dawną stolicę, lecz nowe piwo z Fabryki Piwa. Ten stosunkowo nowy kontraktowiec zadebiutował czterema piwami na tegorocznym Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. Od tamtego czasu milczał jak zaklęty, a jedynymi oznakami życia, jakie dawał było majstrowanie przy recepturach już istniejących piw. Aż w końcu po ponad półrocznej przerwie na świat przyszły dwa nowe napitki. Jedno w stylu New Zealand Pale Ale (taki uboższy braciszek APA), drugie New Zealand IPA. Obydwa są piwami typu single hop.
Dzisiejszy specjał – jak głosi nazwa – oparty został na odmianie Rakau, drugi natomiast został nachmielony odmianą Waimea.
Każdy wie, że single hopy to świetny materiał instruktażowy/szkoleniowy, pokazujący jak tak naprawdę pachnie i smakuje dana odmiana Humulus Lupulus. Zobaczmy zatem, czym charakteryzuje się nowozelandzki Rakau w wykonaniu Fabryki Piwa. 


Rakau in Krakau jakoś niespecjalnie chciał się pienić. Skąpa kołderka drobno ziarnistej piany to z pewnością nie jest to, czego oczekiwałem. Jej żywotność była równie lichutka, co wysokość, a o lacingu można sobie tylko pomarzyć.
Piwo jest dość ciemne jak na APA, tudzież New Zealand Pale Ale. Ze szkła zerka na mnie piękna i głęboka bursztynowa barwa, której może pozazdrościć niejedna AIPA.
W smaku nowość z Fabryki Piwa przemawia do mnie mocnym owocowym akcentem z wyraźnie zaznaczoną gruszką, czerwonym jabłkiem, dojrzałą morelą, śliwką renklodą, białym winogronem i brzoskwinią. Daleko w głębi majaczą jakieś tropiki, ale to nie one grają tutaj pierwsze skrzypce. Na drugim torze można spotkać łagodne słodowe tony, z delikatnym herbatnikiem w tle. Piwo jest wyraźnie słodkawe, a goryczki jest tutaj jak na lekarstwo. Ni cholery nie czuję tutaj obiecanych na etykiecie 45 IBU! Całość jest nisko nasycona, przez co po części kojarzy mi się z kompotem z suszu, tyle że pozbawionym charakterystycznych cech dymnych. Nie najgorzej to smakuje, lecz jest troszkę za bardzo jednorodne. Widocznie chmiel Rakau tak ma i nic się nie poradzi.

wtorek, 22 grudnia 2015

BOŻONARODZENIOWE

Czarny jak Stout, ale to nie Stout, mocny jak porter bałtycki, ale to także nie on. To Piwo Bożonarodzeniowe z Browarów Regionalnych Wąsosz. Nie byłoby jednak tego piwa, gdyby nie częstochowskie Bractwo Piwne i VI Częstochowski Konkurs Piw Domowych. Główną nagrodą tego przedsięwzięcia było uwarzenie komercyjne zwycięskiego piwa w browarze w Wąsoszu właśnie. Piwem tym został trunek z kategorii Świąteczne autorstwa Krzysztofa Czechanowskiego, który dosłownie zmiażdżył konkurencję (poza Świątecznym Jacka Stachowskiego) notą 46 pkt na 50 możliwych!!! Miałem sposobność skosztować go podczas tego konkursu (sędziowanie, et cetera) i doprawdy wyrywało z butów – dla mnie najlepszy Christmas Ale jaki w życiu piłem, ever! Z tego właśnie powodu ogromnie byłem ciekaw jakie ono będzie, gdy zostanie uwarzone w „dużym browarze”. Rzeczą normalną jest, że identyczne nie będzie, a pytanie raczej brzmiało: w jakim stopniu będzie się różnić od oryginału?
No dobra, to co my tu mamy? Piwo jest bardzo konkretne, parametrami przypomina nasz polski skarb narodowy, czyli portera bałtyckiego.  W składzie wylądował słód pilzneński, słód palony, pszenica palona (!), cukier kandyzowany ciemny, świeży imbir, cynamon, gałka muszkatałowa, goździki oraz jakkolwiek to zabrzmi przyprawa do piernika. 


Jak już wspomniałem trunek jest czarny jak noc. Tworzy bardzo obfitą pianę o dość drobnej strukturze i ciemno beżowej, wręcz brązowej barwie. Jej kolejnym atutem jest olbrzymia żywotność, której chyba nawet żółwie mogłyby pozazdrościć ;p Czekałem całą wieczność, by dolać resztę piwa. Lacing to najsłabszy element całego wizerunku – jest obecny, ale firanek nie ma zbyt wiele.
Bożonarodzeniowe zostało oklejone całkiem sympatyczną etykietą. Co prawda granatowe barwy raczej mało kojarzą się ze Świętami, ale całość jest dobrze wykonana. Papier posiada wysoką jakość, poza tym mamy tu zarost Mikołaja, złote gwiazdki, choinkę i sanie z reniferami. Czego chcieć więcej?
W smaku piwo jest mocno złożone i już od progu czuć, że ma sporo ciała (19 Blg). Sowita słodowa podbudowa została złożona z dużej ilości gorzkiej czekolady, lekkiej kawy, palonego zboża (pszenicy) oraz szczypty mocnego kakao. W pierwszym akordzie jest dosyć słodko, choć nie zamulająco. Ową słodycz w miarę sprawnie kontruje umiarkowana goryczka pochodząca bardziej od palonego słodu, aniżeli od chmielu. Na sąsiednim torze egzystują całkiem wyraźne przyprawy, z których mogę wymienić imbir, cynamon oraz ociupinkę goździków. Bardziej w głębi czają się suszone owoce, czyli przyjemne śliwki i rodzynki. Nie jest ich zbyt wiele, ale dobre i to (w oryginale to właśnie one mnie tak urzekły). Chwilami pląta się tu i ówdzie znikoma ilość alkoholu, nie mniej jednak jest on bardzo szlachetny i ułożony. Kojarzy się z jakimś drogim likierem owocowym, a nie ze spirytem spod ukraińskiej granicy.

piątek, 18 grudnia 2015

URSA NO GURU

Dzisiaj napiję się piwa z Ursa Maior. Wiem, że to brzmi dosyć nadzwyczajnie, ale zaraz wszystko wytłumaczę.
Bieszczadzka Wytwórnia Piwa ponad półtora roku nie gościła na tym blogu, w zasadzie z bardzo prozaicznego powodu. Po prostu w mojej okolicy pewnego pięknego dnia piwa z tego browaru przestały interesować hurtowników, a być może nieco wcześniej sklepikarzy i w końcu samych konsumentów. Ponoć Ursa Maior wówczas dużo straciła na jakości swoich produktów, chociaż ja myślę, że udział miał w tym także pewien shitstorm na FB. Chodzi o pewną dyskusję klientów z włodarzami browaru, dotyczącą jakości bieszczadzkich trunków. Ech... stare dzieje.
Ostatnio chyba niemal wszystkie sklepy (jak jeden mąż) ponownie skierowały wzrok i zainteresowanie w stronę Wielkiej Niedźwiedzicy. Wystarczyło wypuścić na rynek RISa! Na szczęście nie byle jakiego RISa, bo nie dość, że naprawdę tęgiego, to jeszcze na belgijskich drożdżach. Tym samym Ursa Maior dała piwnej gawiedzi pierwszego polskiego Belgian Russian Imperial Stouta!


No Guru nalewa się ze średniej wielkością pianą o przeuroczej, głębokiej barwie beżu. Piana jest drobna i puszysta, jednak opada, powiedziałbym dość szybko. Po dojściu do domu (jakieś 50 metrów) już niewiele z niej zostało.
Piwo jest czarne i nieprzejrzyste, jednak widywałem w swoim żywocie jeszcze bardziej czarniejsze trunki. Wysycenie raczej nie wymyka się wszelakim standardom – jest niskie i takie właśnie ma być.
Smak został zdominowany przez mleczną czekoladę, tudzież słodkie pralinki nasączone niewielką ilością alkoholu. Chciałoby się, by w tych pralinkach były jakieś owoce, jednak w tym temacie nie jest za różowo. Jak na RISa to trochę mało tu suszonych owoców, które zostały stonowane do naprawdę niskiego poziomu. Jest za to szczypta kawy (ale takiej zbożowej), nieco przypraw oraz sporo ciemnych, lekko palonych słodów, które wnoszą tutaj sporo ciała. W tle pałęta się niezbyt mocna goryczka, będąca wypadkową palonego zboża i alkoholu (chyba koniaku). Etanol jest wyraźnie obecny, a im cieplejsze piwo staje się bardziej dokuczliwy. Sumarycznie średnio mi się to podoba.

środa, 16 grudnia 2015

TENCZYNEK ABORYGEN

Dziś na blogu kolejne (po imperialnym Stoucie i Milk Stoucie) piwo z Tenczynka, a jest nim Aborygen, czyli rdzenny mieszkaniec danego regionu, w tym wypadku Australii, będącej po części  i w potocznej mowie Antypodami.
Rzeczone piwo to popularne IPA, tyle że okraszone nutką australijskich chmieli - Galaxy i Topaz. Próżno tu szukać jakiegoś magicznego składnika, czy specjalnej metody warzenia. Po prostu Australian IPA i tyle. Kropka.


Gość z Australii pieni się wyśmienicie! Podczas nalewania piana rosła i rosła, nie znając umiaru. Biała pierzynka jest niezwykle drobna, gęsta i zwarta, dzięki temu opada niezmiernie wolno. Lacing również należy do światowej czołówki – obfite zacieki na szkle można podziwiać godzinami! Taką aparycję to ja rozumiem! :)
Piwo nosi zgrabne, jasno bursztynowe wdzianko, przy czym jest wyraźnie mętne (nie przelewałem syfu z dna).
Pora się napić tego specjału. Już od progu wiadomo, że jest to dość wytrawny trunek i to nawet pomimo bardzo wyrazistej słodowej bazy. A właśnie – słodowe ciało, umiejętnie zahacza o lekkie rejony karmelu oraz opiekanego pieczywa, tudzież skórki od chleba. Tuż za nimi z cienia wychodzą przyjemne owoce spod znaku tropików i bardzo subtelnych cytrusów (chodź one są bardziej w domyśle). Dalej dumnie maszeruje garść chmielu, nieco igliwia (lasu) oraz sporo ziołowych i żywicznych akcentów. Nie trwa to jednak zbyt długo, bo na piedestał wdziera się olbrzymich rozmiarów goryczka. Potężna ziołowo-żywiczna gorycz, która niemiłosiernie orze moje kubki smakowe, niczym ośmioskibowy pług podpięty pod najnowszy model John Deere! Horrendalna gorycz długo siedzi na podniebieniu, choć poza tym niewielkim mankamentem jest całkiem wporzo. Gdzieś tam wyczytałem, że piwo ma 150 IBU (to zapewne wyliczenia teoretyczne) i faktycznie jestem w stanie w to uwierzyć. Nie pamiętam, abym pił kiedykolwiek bardziej gorzkie piwo. Respect!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

POLSKIE BROWARY - Grupa Żywiec




Rok założenia
1998
Prezes
Guillaume Duverdier
Główna lokalizacja
Żywiec
Właściciel
Heineken (Holandia)
Logo



Tak, dzisiaj przyjrzymy się bliżej poczynaniom drugiego co do wielkości koncernu piwnemu w Polsce – Grupie Żywiec.

Trochę historii

Spółka ta powstała pod koniec 1998 roku (niektórzy dzisiejsi kraftowcy wtedy jeszcze sikali w pampersy) z połączenia Zakładów Piwowarskich w Żywcu z firmą Brewpole BV, władającą browarami w Elblągu, Leżajsku, Warce, Radomiu oraz Gdańsku. Wówczas do jednej firmy należały już oprócz ww.: Browar Żywiec, Browar w Łańcucie, Browar w Braniewie i Bracki Browar Zamkowy z Cieszyna. W 2004 roku GŻ dokupiła (od grupy Brau Union Polska) Browar Kujawiak w Bydgoszczy i stołeczne Browary Warszawskie Królewskie, które już wówczas nie produkowały piwa. Zresztą taki sam los, tyle że dwa lata później spotkał także przyczółek z Bydgoszczy. Wcześniej GŻ pozbyła się również (na zasadzie likwidacji, sprzedaży, bądź darowizny) Browaru w Łańcucie, Gdańsku, Braniewie i Radomiu. Ufff... trochę tego było.
Do obecnych czasów zatem produkcja utrzymywana jest w Żywcu, Elblągu, Leżajsku, Warce i Cieszynie, który de facto jakiś czas temu formalnie odłączył się już od Grupy Żywiec. Browar w Cieszynie zyskał ponoć pełną autonomię, nowy zarząd, niezależność finansową oraz wolną rękę, co do swojego portfolio. W dalszym ciągu jednak warzy dla Żywca kilka piw, więc jakieś tam powiązania wciąż istnieją. 


GŻ w 2014 roku posiadała około 27% udziału w rynku, co czyniło ją wiceliderem tuż za Kompanią Piwowarską. Warto tu jednak zaznaczyć, że w czasach „swojej świetności” udziały w rynku tej grupy sięgały aż 35%! Na szczęście te czasy bezpowrotnie (mam taką nadzieję) minęły...

No to jedziemy z koksem...

Ja jako piwny maniak, beer geek i bloger piwny raczej rzadko sięgam po ich piwa, aczkolwiek uważam, że Grupa Żywiec na chwilę obecną ma najciekawszą i najszerszą ofertę spośród ‘wielkiej trójcy’ krajowych koncernów piwowarskich. Aby ułatwić Wam rozeznanie czego warto się napić z gie żetu, zrobiłem małą ściągę piw, które bez obawień mogę Wam polecić. Oczywiście nie są to trunki na jakimś bardzo wysokim poziomie (to przecież nie Artezan, czy Pinta), ale myślę, że nadają się na dobry początek przy wkraczaniu w świat piw ciekawszych, innych niż wyprany ze smaku i aromatu, bezpłciowy jasny lager :)

Zestawienie zacznę od najbardziej znanego polskiego porteru bałtyckiego, który dostępny jest niemal za każdym rogiem, od morza, aż do Tatr i od Bugu, po Odrę. Żywiec Porter to już niemal legenda, po którą musi sięgnąć każdy człek, zaczynający przygodę z piwem rzemieślniczym. Co prawda od jakiegoś czasu nie smakuje już tak dobrze jak kiedyś (zmiana receptury wraz ze zmianą etykiety) i obecnie mamy na rynku wiele lepszych piw w tym stylu, nie mniej jednak wciąż ma u mnie zasłużone miejsce w szeregu. A tak przy okazji – Żywiec Porter warzony jest w Cieszynie!
Jednym z moim ulubionych piw z GŻ jest Żywiec Bock, który jest całkiem niezłym koźlakiem. Pita na blogu pierwsza warka ani trochę mnie nie urzekła, głównie za sprawą nadmiernego alkoholu, jednakże kolejne warki były już dużo lepsze. Obecnie piwo generuje przyjemne karmelowo-tostowe nuty, uzupełnione opiekanym słodem i delikatnymi suszonymi owocami. Naprawdę polecam.
Żywiec APA również zasługuje na uwagę, bowiem jest to pierwsze polskie piwo koncernowe oparte na nowofalowym chmielu. American Pale Ale z Żywca (a w zasadzie z Cieszyna), to przysłowiowy krok milowy w strategii piwnych molochów. Co do wrażeń smakowych, to rzecz jasna piwo to niewiele wystaje ponad przeciętność, ale zawsze to jakaś odskocznia od Żubra, czy Leszka. Poza tym jest to najtańsza polska APA na rynku i przede wszystkim najbardziej dostępna, co czyni ją pozycją obowiązkową w menu każdego piwosza.
Nie znoszę cytrynowych radlerów, jednak piwa dla rowerzystów o innym smaku niż cytrynka czasem się napiję. W ten oto sposób odkryłem Warkę Radler Jabłko. Przyjemny kwasek, naturalny smak, niebywała świeżość i moc orzeźwienia to jej znaki szczególne. Wiem, że nie jest to trunek dla beer geeków, ale przecież nie każdy nim jest.
Najnowszym nabytkiem pod szyldem Żywca jest Żywiec Saison. Tu rzecz się ma podobnie jak z APA. Należy przyklasnąć za pomysł uwarzenia pierwszego koncernowego piwa w belgijskim stylu Saison, nie mniej jednak samo wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Do craftowców piwo to nie ma startu, choć z drugiej strony spokojnie daje się wypić, szczególnie jako odskocznia od zwykłych koncernowych szczochów. Jego głównym mankamentem jest zbyt mała rześkość, nadmierne słodowe ciało i niezbyt przyjemny drożdżowy posmak. Mimo, tych wad, koniecznie trzeba go spróbować, zwłaszcza że piłem egzemplarz z pierwszej warki. Być może dopracowali recepturę, podobnie jak przy koźlaku.

sobota, 12 grudnia 2015

TENCZYNEK IMPERIAL STOUT

Ostatnimi czasy jest u nas spory urodzaj na mocarne piwa typu RIS, czy Baltic Porter. Co prawda już parę ładnych miesięcy temu przestałem liczyć polskie RISy, bo zwyczajnie brakło mi już palców (mimo, że mam ich o jeden więcej niż płeć piękna ;p). A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu jaraliśmy się Dziadkiem Mrozem z Artezana (pierwszym w kraju imperialnym Stoutem).
Odrestaurowany i uruchomiony na nowo Browar Tenczynek, chcąc dotrzymać kroku rodzimym craftowcom, także dorobił się własnego RISa, co odbiło się dość szerokim echem wśród piwnej społeczności. Tenczynek zaczynał przecież tak skromnie (Lager i Marcowe), a jeszcze w pierwszym półroczu działalności podaje ludziom na talerzu imperialnego Stouta! Mając na uwadze moce produkcyjne tego przybytku i jego szeroką dystrybucję z całą dozą pewności można założyć, że będzie to najbardziej dostępny polski Russian Imperial Stout! :D


Piwo pieni się niemiłosiernie obficie. Beżowa czapa jest niezmiernie drobna, zupełnie jakby ktoś potraktował ją azotem. Drobna i niezwykle puszysta pierzynka nie bez kozery wywołuje skojarzenia z bitą śmietaną. Jeśli do tego dołożymy kosmiczną wręcz trwałość i sowity lacing, no to już rączki same składają się do oklasków ;)
Tuż po przelaniu w szkiełku ukazał się czarny jak smoła kolor, który nawet pod światło nie przepuścił ani promyka.
Teraz dopiero się zacznie. Biorę pierwszy łyk. Imperial Stout z Tenczynka miękko i gładko sunie po przełyku, lekko go rozgrzewając. Od razu dają o sobie znać słody żytnie, bo ciecz jest dość gęsta i oleista. Na pierwszym planie spotykamy owoce w czekoladzie, coś jakby wiśnie, suszone śliwki i rodzynki. Dzięki temu po każdym łyku mam wrażenie, że zjadłem przed chwilą pralinki, typu wedlowskie Baryłki. Uczucie to dodatkowo wzmaga delikatny, acz całkiem wyraźny udział alkoholu, który jednak nie jest jakiś nieprzyjemny, za to subtelnie rozgrzewający. Idźmy dalej. Poza morzem gorzkiej czekolady mamy tu jeszcze trochę nut kawowych, wyraźnie palone słody, szczyptę mocnego kakao oraz nieco chmielu w tle. Finisz został obsadzony umiarkowaną goryczką, która jest krótka i nie zalegająca, jednakże ma ona lekki podtekst alkoholowy. Sumarycznie jednak piwo jest bardzo smaczne i złożone.

środa, 9 grudnia 2015

CHERRY LADY

Cheri, cheri lady... going through a motion....”
No, trzeba przyznać, że piosenka Modern Talking wpada w ucho, choć w rzeczywistości dzisiejsze piwo nie ma z nią nic wspólnego, poza łudząco brzmiącą nazwą.
Cherry Lady z Browaru Na Jurze to kolejny Sour Ale w arsenale tego dziarskiego i coraz bardziej nowofalowego przybytku wprost z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Na chwilę obecną według mnie jest to (obok Kormorana) najbardziej obiecujący browar z segmentu tzw. browarów regionalnych. Co rusz zaskakuje nas jakimś ciekawym i nieźle zapowiadającym się trunkiem. Nie inaczej jest z Cherry Lady. To już trzeci owocowy kwach z Zawiercia! Tym razem postanowiono skorzystać z owoców wiśni nadwiślanki, nie rezygnując rzecz jasna z dobrodziejstwa bakterii kwasu mlekowego (tak, bakterii!). 


O dziwo, Wiśniowa Pani jak na kwasa pieni się bardzo obficie. Nader wysoka pierzynka o średnich i dużych pęcherzach dość szybko jednak się dziurawi i opada do półcentymetrowej warstwy. Lacing za to już bez zarzutu – na ściankach tworzą się solidne zacieki.
Piwo nosi ładny ciemno czerwony odcień (na zdjęciu tego nie widać), a jego wysycenie jest umiarkowanie wysokie, drobne i lekko szczypiące. Akurat w tym przypadku to zaleta.
Biorę pierwszy łyczek. Od razu wiem, że jest dobrze, a nawet bardzo dobrze :) Solidna wiśniowa podbudowa stanowi sporo ponad połowę doznań, nie mniej jednak absolutnie mi to nie przeszkadza (przecie ananasa się tu spodziewałem). Wiśnia jest nieprzyzwoicie naturalna, wyraźnie kwaskowa, w posmaku zaś subtelnie słodka i okrutnie przyjemna. Kwasek też niczego sobie – konkretny, ale z pewnością nie przesadzony o szlachetnym octowo-winnym zacięciu. Tło przywodzi na myśl czerwoną porzeczkę, granat i niedojrzałą malinę. Całość bardziej smakuje jak półwytrawne czerwone wino, aniżeli napój słodowy, ale w piwnych kwasach takie rzeczy nie są przecież rzadkością.

niedziela, 6 grudnia 2015

RED ROESELARE ALE

Raz w roku Browar Zamkowy Cieszyn (dawniej Bracki Browar Zamkowy) wypuszcza piwo, na które czeka 99% beer geeków, hop headów i wszelkiej maści fanów piwnego craftu. Tym trunkiem jest oczywiście Grand Champion, czyli najlepsze piwo największego w Polsce konkursu piw domowych, który do niedawna odbywał się w ramach ś.p. Festiwalu Birofilia w Żywcu. Birofilii już co prawda nie ma, ale konkurs się ostał. Dzięki temu 5 grudnia miała miejsce oficjalna premiera Grand Championa 2015. Autorami zwycięskiej receptury, która posłużyła do uwarzenia tego piwa są Piotr Marczyk i Piotr Terka.
Rzeczony wywar reprezentuje belgijski kwaśny styl Flanders Red Ale, gdzie za dzikość i kwasek odpowiadają specjalne szczepy drożdży, a w tym przypadku również bakterii kwasu mlekowego.
Red Roeselare Ale (nazwa piwa pochodzi właśnie od mieszanki drożdży) dodatkowo zostało naszpikowane kostkami dębowymi i płatkami owsianymi, ale nie ma co dłużej owijać w bawełnę, czas otworzyć ten specjał :)


Mój dzisiejszy gość pieni się dość przeciętnie. Podczas nalewania piana jakby się wstydziła pójść na całość. Nie mniej jednak jest drobna i puszysta, a jej barwa w kolorze ecru to piękno samo w sobie. Niestety jej żywotność nie należy do najwyższych lotów, podobnie zresztą jak niemal zupełnie nieobecny lacing.
Piwo jest wyraźnie mętne, a jego kolor to połączenie szlachetnego brązu, głębokiej miedzi i refleksów ciemno czerwonego burgundu. Podoba mi się taki obrazek.
Umiarkowanie wysycony trunek smakuje nader złożenie i wielowątkowo. Kwasek jest bardzo wyraźny, jednak nie zdominował on smaku w takim stopniu, jak w Berliner Weisse, czy piwach typu Lambic. Delikatnie octowa kwaśność nieźle współgra z czerwonymi owocami, przypominającymi wiśnie, czerwone porzeczki, niedojrzałe maliny i żurawinę. Tuż za nimi wyłania się lekko opiekana słodowość, zgrabnie przechodząca w rejony tostów i skórki od chleba. Dalej mamy suszone owoce (śliwki, rodzynki), okraszone subtelną dawką drewna i ulotnych przypraw. Bardzo mało w tym dzikości, ale i bez tego piwo jest świetne.

piątek, 4 grudnia 2015

ANSTADT NA MIODZIE GRYCZANYM

Browar Staropolski jaki jest każdy widzi. Daleko mu do nowej fali, chodź lada chwila ma się to zmienić, bowiem na rynku pojawi się obiecująca seria piw „Piwna Mapa Świata”. Na chwilę obecną jednak prym wiodą tam jasne lagery, tudzież posmarowane większą lub mniejszą ilością miodu.
Anstadt to najbardziej prestiżowa (czyt. najdroższa) linia piw browaru ze Zduńskiej Woli i jest to niejako hołd złożony Zenonowi Anstadtowi, który był założycielem tego przybytku. Browar ten posiada tak dużą ilość piw miodowych w swojej ofercie, że aż trudno mi to ogarnąć. Naliczyłem ich co najmniej pięć (tak, pięć!), a może jest ich i więcej! Nie wiem na co, aż tyle, ale w politykę browaru to ja się mieszać nie będę.
W każdym bądź razie fajne jest to, że podają ilość użytego miodu, gdzie punktem wyjściowym jest 30gram na litr piwa. Niektóre miodziaki z oferty są „podwójnie miodowe”, czyli mają 60gram/litr, a mój dzisiejszy Anstadt to iście królewska liga – 90gram miodu na litr piwa! Czy, aby przypadkiem potrójnie doładowany miodem trunek nie będzie zbyt słodki i zamulający? Zaraz się przekonam. 


Piwo nalewa się z bujną czapą zwartej, gęstej i sztywnej piany o białej barwie i dość drobnej strukturze. Co ważne jej trwałość jest nad wyraz duża – długo musiałem marznąć na dworze, by zmieścić resztę piwa. Piana wspaniale i wyraźnie krążkuje, co tylko potwierdza jej szlachetny rodowód.
Kolor tegoż napitku jest bardzo ładny i przyjemny dla oka. Jest to (a jakże!) miodowy i nader mętny odcień – brak filtracji plus miód robi swoje.
Później obwącham to „cudo”, czas na pierwszy łyk... Cholercia... jest słodko, bardzo słodko, zdecydowanie za słodko! Ratunku! Tego właśnie się obawiałem. Piłem już przecież dość słodkawe Zduńskie Miodowe, gdzie zawartość miodu wynosiła 30gram na litr, a tu jest go przecież trzy razy więcej! Miód tak zdominował smak, że ciężko wyczuć tu coś więcej. Chyba jest karmel oraz delikatna słodowość w tle, zahaczająca o zbożowo-biszkoptowe klimaty. O chmielu można sobie jedynie pomarzyć, podobnie rzecz się ma z goryczką, której nawet z mikroskopem tu nie znajdziecie. Całość nieludzko słodka i ulepkowata, choć obiektywnie muszę stwierdzić, że cholernie naturalna. Widać, że miód gryczany, to nie byle jaki miód.

środa, 2 grudnia 2015

SHAMAN

Kurcze, fajne są te etykiety Kingpina. Nie jestem wielkim zwolennikiem bajkowo-obrazkowych etykiet, ale akurat te nad wyraz mi się podobają. Motyw przewodni świni jest super, do tego ich minki i wygląd niekiedy kładą takich gości jak ja na łopatki. Poza tym kolorystyka też robi swoje i zazwyczaj od razu kojarzy się z tym, co mamy w butelce. Do tego już z daleka widać nazwę browaru, nazwę piwa oraz z nieco bliższej odległości zaaplikowane do trunku mało spotykane składniki, które szybko stały się cechą charakterystyczną dla tej inicjatywy.
Czerwony jak burak Shaman to piwo w stylu Red Summer Ale, które dodatkowo zostało okraszone owocami dzikiej róży i kwiatem hibiskusa – stąd konotacje z czerwoną barwą jak sądzę. Jak dotąd dziką różę i hibiskusa kojarzę tylko z herbat owocowych, ciekawe czy wyczuję je w tym piwie?


Shaman może nie jest aż tak czerwony jak na etykiecie, jednakże faktycznie kolor piwa to połączenie brązu z subtelną czerwienią. Przy czym całość jest wyraźnie mętna, ale to przecież norma u kraftowców, wszak unikają oni filtracji jak ognia.
Ciecz generuje dość obfitą pianę o barwie przybrudzonej bieli. Piana zbudowana jest ze średniej wielkości pęcherzy, cechuje się umiarkowaną żywotnością i raczej znikomym lacingiem.
Umiarkowanie intensywny aromat bez wątpienia zalatuje Ameryką. Pięć jankeskich chmieli objawia się głównie jako tropikalny tercet – mango, liczi i granat. Cytrusa natomiast jest tutaj raczej niewiele, w przeciwieństwie do przyjemnego i dosyć wyraźnego zapachu kwiatów. Stawiam kamienie przeciwko orzechom, że jest to obiecany hibiskus. Tło zostało wypełnione nienachalnym, wręcz subtelnym słodem o cechach lekko opiekanych i ciasteczkowych. Poziom urozmaicenia aromatu może i nie jest najwyższy, nie mniej jednak piwo pachnie dość przyjemnie i ciekawie.