niedziela, 31 marca 2019

DOŻYNKI od Pinty. Piwo wielozbożowe!


Wprawdzie do tegorocznych dożynek jeszcze szmat czasu, ale osobiście uznałem, że już najwyższy czas na Dożynki… od Pinty :) Piwo zakupione jeszcze w zeszłym roku, ale do sierpnia, czy września nie zamierzam z nim czekać. Mam cierpliwość, ale nie aż taką.
Styl Barley Wine został już przemaglowany tysiące razy. Wheat Wine także chyba nie jest nikomu obcy. Nawet słowo Rye Wine już na dobre zawitało do słownika każdego szanującego się birgika, ale przyznam się Wam, że z Multigrain Wine spotykam się po raz pierwszy. Pinta to zawsze coś wymyśli ;) Coś ciekawego ma się rozumieć. Tak, wiem – Beer Bross razem z Harpaganem też uwarzyli coś takiego.
Oczywiście w rzeczywistości sprawa jest bardzo prosta – jest to piwo wielozbożowe, a przy tym bardzo mocne jak barli łajno. Mamy tu więc słód jęczmienny, żytni, pszeniczny i owsiany. Taka to mieszanka. Chmiele: Zeus, Liberty, EKG. No to lecimy w koksem :D


Z wyglądu klasyka. Niska, wręcz mizerna piana, ale za to całkiem ładna miedziano-bursztynowa barwa piwa. Delikatnie zamglona, ale to zrozumiałe.
Kilka małych łyczków i już wiem co i jak. Przede wszystkim głębia smaku oraz gęstość – bez zarzutu. Ciecz wyraźnie lepi się do ścianek jamy ustnej i przełyku. Jest przy tym odpowiednio gładka, i taka śliska wręcz. Uczucie oleistości jak najbardziej na miejscu. Słodowość, słodowość i jeszcze raz słodowość, ale nie jakoś strasznie urozmaicona. Są opiekane słody, tosty, przypieczona skórka chleba oraz bardzo subtelna nuta orzechów polanych karmelem. Nieco z boku czai się nieśmiały chmiel, a także coś jakby marcepan, cynamon oraz jakieś zioła. Goryczka umiarkowana, to znaczy jest dosyć wyrazista, ale nie szarpiąca za kubki smakowe. Finisz jest długi, lekko chmielowy, lekko alkoholowy, choć ułożenie jest całkiem dobre. Piwo nieco grzeje w kiszki, ale nie jest tak źle (pamiętajmy z jakim woltażem mamy do czynienia). Troszkę nudnawe to piwo, ale sumarycznie nie najgorzej smakuje. Do pełni szczęścia jednak daleka droga.

czwartek, 28 marca 2019

OKO W OKO - The Gravedigger Bowmore BA vs The Gravedigger Laphroaig BA


Moje kochane piwoludki jedziemy z koksem! Oto kolejna odsłona piwnych pojedynków :)
Nie ukrywam, że seria „Oko w Oko” to obok Mojej Piwniczki najbardziej ulubiona część prowadzenia tego grajdołku, zwanego potocznie blogiem. Takie bezpośrednie porównywanie podobnych do siebie piw, niesie ze sobą bardzo wiele frajdy oraz niekiedy i zaskoczenia.
Dziś na ten przykład biorę na języki dwa RISy od Brokreacji. Dwa słynne Gravediggery ma się rozumieć, obydwa leżakowane w beczkach po torfowych Whisky! Podstawka jak zawsze jest ta sama, ale beczki inne, choć o takim samym charakterze. Przyznam, że to jeden z najbardziej emocjonujących wpisów z tego cyklu. Jaram się jak snopek siana :D Wszak jestem wielkim orędownikiem zarówno imperialnych Stoutów, jak i torfowych klimatów. Po prostu nie mogłem lepiej trafić! Kolejna rzecz, że bardzo cenię sobie całą serię tych piw. Pomysł jest naprawdę znakomity. Przecież pierwszy Gravedigger pojawił się już dobre kilka lat temu, a Brokreacja wciąż wypuszcza kolejne wersję różniące się tylko rodzajem beczek, w których dojrzewa to piwo. Tych wersji było już naprawdę dużo. Czapki z głów…
A co w tym wszystkim najlepsze, to fakt, że podstawowa wersja ‘grabarza’ dostała u mnie maksymalną notę – 10/10! To teraz już wiecie skąd u mnie ten ślinotok ;p



The Gravedigger Bowmore BA

W wyglądzie zdziwka nie ma. Piwo jest totalnie czarne, jedno z najczarniejszych jakie w życiu widziałem. Piana nie wysoka, ale dobrze zbudowana, drobno ziarnista, zbita, puszysta, umiarkowanie trwała. Lacing niewielki.
Piję. Piwo fest palone, fest wyraziste, zadziorne, bardzo charakterne. Od zawsze takie było. Oczywiście jest odpowiednio gęste, strasznie gładziutkie i aksamitne w odczuciu. Niepodzielnie rządzi tu gorzka czekolada, mocna świeżo parzona kawa bez cukru oraz wyraźnie palony słód. No kurczaki pieczone jest moc. Już po chwili w swe szpony łapie mnie bardzo mocna, kawowo-palona goryczka, która oczywiście trochę zalega, ale ten typ tak ma. Wybaczam. Samych akcentów torfowych jest jednak niewiele. Jest troszkę dymu z pewną domieszką asfaltu, smoły, nafty i jodyny. Szału jednak nie ma. Daleko w tle odnalazłem nieśmiałe nutki spalenizny, starego dębowego drewna oraz łiskacza. Ciecz delikatnie piecze w język i przełyk, ale nie powiedziałbym, że jest zanadto alkoholowe. W końcu mamy tu ponad dyszkę alko. Sumarycznie jest nieźle, ale spodziewałem się o wiele więcej.

poniedziałek, 25 marca 2019

MOJA PIWNICZKA: PONAD 4-LETNI BEARNARD BARIBAL PORTER




"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.
 

Witajcie w kolejnym, a zarazem ostatnim w tym sezonie wpisie z cyklu „Moja Piwniczka”. Przyszła wiosna, więc pora zrobić sobie przerwę na trunki leżakowane przez długie lata. Seria wraz z nowymi piwami pojawi się jak zwykle jesienią :)
Jak widzicie dziś wyjąłem z piwniczki butelkę Baribal Porter z papierową owijką, którą czas już dosyć mocno nadszarpnął. Zatem taka forma szaty graficznej na dłuższą metę słabo się sprawdza. A zresztą chyba mało kto w Browarze Czarny Kot spodziewał się, że ktoś będzie pił ich piwo prawie cztery lata po terminie. Ach, ten Czarny Kot – zakała polskiego piwowarstwa. Browar kontraktowy, browar widmo, hurtownia, sklep Dionizos, Browar Radom. Zwał jak zwał, ale opinię wśród beergeków mają straszną (powiedzmy, że to poziom Browaru EDI). Ciarki same chodzą po plecach…
No to co my tu mamy? Niby ma to być porter bałtycki, choć słowo bałtycki trzeba mieć w domyśle, bo ani na butelce, ani na stronce producenta nigdzie nie pada takie określenie. Jedynie parametry sugerują nam, że to zapewne ‘bałtyk’. Piwo jako świeże nie urzekło mnie absolutnie wcale. Dość powiedzieć, że wg mnie jest to najsłabszy krajowy reprezentant stylu i to w kraju, który tych porterów ma bardzo dużo i z reguły prezentują one w miarę wysoki poziom. Po prostu Polska porterem stoi i to dobrym porterem.
Okej, dość tego gadania. Zobaczmy wspólnie jak czas wpłynął na Baribala.

Producent
Browar Czarny Kot
Termin ważności
15.06.2015
Wiek (miesiące)
51
Zawartość alkoholu (%)
9
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Otwieram. Piwo nie wystrzeliło w górę, więc kamień z serca. Fakt, że wysycenie jakby poszło ciut w górę, co objawia się sporą, ale też drobną i zwartą czapą beżowej piany, która jest wystarczająco trwała. Ciecz jest idealnie klarowna, ciemno brunatna z widocznymi pod światło rubinowo-miedzianymi przebłyskami. Naprawdę nice to wygląda. 


W smaku pierwsze co mnie zdziwiło to wyraźne utlenienie. Suszone owoce huczą, aż miło. Rodzynki, daktyle, figi, jednak bez powszechnych śliwek. Druga rzecz, że nie jest już tak słodko jak było. To może dziwić bardziej, bo sugeruje, że drożdże jeszcze coś podziałały w butelce i zjadły niemal całą resztę cukrów. Oczywiście czuć, że to waga lekka, bo nikła pełnia jaka była, taka jest. Piwo faktycznie trąca wodą na kilometr, ale jest to w zasadzie jedyny mankament tego ponad czteroletniego trunku. Bo w smaku jest naprawdę nieźle. Są opiekane słody, tosty, przypieczona skórka chleba, jakieś ciastka i andruty. W tle rozpuszczalne kakao i może jakaś kostka czekolady. Wszystko delikatnie muśnięte cukrem kandyzowanym. Alkohol zupełnie „wyparował”. Poważnie nie czuję ani grama etanolu! Dosyć smaczne, ale trochę jednak zbyt wodniste.

sobota, 23 marca 2019

DARK FOREST - imperialny porter bałtycki z iglakami


No i w końcu mamy kartonik. Dawno nie było, więc oto jest :)
„Na kranie” jak widzicie kooperacyjne dzieło Widawy i Nepomucena. Tak się akurat składa, że w obydwu tych browarach miałem okazję być i to w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy! Stosowne relacje pod linkami, jakby kogoś interesowało.
Co my tu mamy? Dark Forest, czyli imperialny porter bałtycki odziany w prześliczne szaty. Moim skromnym zdaniem jedne z ładniejszych w polskim krafcie. Piwo uwarzono w Szkaradowie, ale maczał w tym palce Wojtek Frączyk – specjalista od porterów bałtyckich, więc może to być prawdziwy majstersztyk. Zresztą sam Nepomucen też dobrze sobie radzi w tych tematach. Piwo to w zasadzie wyróżnia jedna, ale jakże zajebista rzecz – dodatek gałązek świerku, sosny oraz jodły! To chyba jedyny polski ‘bałtyk’ z tak odjechanym składnikiem. Oczywiście od razu mój mały móżdżek przywołuje na myśl kultowego Baliosa z Browaru Roch (tam też byłem, info pod linkiem). Piwo tak leśne, że głowa mała. Drugim tak iglakowym piwem jest dla mnie oczywiście Forest od Nepomucena, którego piłem jakiś miesiąc temu, ale to akurat jest IPA. Co ciekawe, autorem obydwu tych piw jest obecny piwowar Nepomucena, czyli Mateusz Kupracz! Przypadek – nie sądzę ;p


Mimo, że to porter bałtycki to piwo jest czarniutkie jak małe murzyniątko. Piana okazała, drobna, zwarta i puszysta. Dosyć trwała, z niewielkim lacingiem.
Hop do pyska. Ułłłaaaaa… ale przyjemnie ;) Jakie ciało, jaka moc! Dark Forest przyjemnie rozlewa się po podniebieniu. Ciecz jest wyraźnie gęsta, lepka i odpowiednio gładka. Iglaki wyczuje nawet pięciolatek z przedszkola. Jest ich naprawdę sporo – przede wszystkim pędy sosny, ale pojawia się też jodła i świerk. Sporo tego, ale moim zdaniem trochę jeszcze brakuje do Baliosa, czy Forest IPA. Tu panuje swoista równowaga pomiędzy lasem, a ciemnymi klimatami. Te ostatnie także wywierają bardzo miłe konotacje. Jest ciemny, prażony słód, czekolada deserowa, pralinki, łagodna kawa z mlekiem oraz jakieś ciastka kakaowe. W tle buszują nieśmiałe nutki chmielu i przypieczonej skórki chleba polanej karmelem. Pychotka! Alko świetnie ułożone, gładziutkie, nieco rozgrzewające. Super się to pije. Niebywale smaczny to napitek :D

czwartek, 21 marca 2019

SHORT TEST: Lugal od Browaru Spółdzielczego dla Imperatora



Prolog: Swego czasu dostałem od Browaru Spółdzielczego takie oto piwo – Lugal. Jest to efekt kooperacji browaru z polskim zespołem muzycznym Imperator. Niestety death metal to zupełnie nie moje klimaty. Nie słucham szatanów ;)
O co kaman: Ja rozumiem, że zespół tak się nazywa, ale dlaczego do jasnej anielki to piwo zostało opisane jako Imperator IPA?! Przecież to nie jest żadne Imperial/Double IPA. To zwykła, klasyczna ipka. Po co ludzi wprowadzać w błond? :p
Wdzianko: Sympatyczne. Złote i zamglone. Piana sakrucka – średnio pęcherzykowa, puszysta, biała, wysoka do samego nieba i trwała, niczym sanie Mikołaja.
Kichawa mówi: Nie jest źle – wyraźna słodowość w zmowie z białymi owocami i słodkimi tropikami. Jest też sporo zielonego chmielu, ziół oraz kwiatów. Na horyzoncie majaczą cytrusy, karmel, żywica i akcenty leśne w formie igliwia. Intensywność bez zarzutu. Świeżość umiarkowana. Sumarycznie dosyć fajnie to pachnie, ale daleki jestem od euforii.
Jadaczka mówi: Mdła i tępa goryczka to rzecz, która zdecydowanie psuje odbiór tego piwa. Do tego wyraźna słodowość typu zboże-biszkopt-karmel. Stara szkoła. Na dalszym planie dopiero cytrusowe skórki (grejpfrut, limonka) oraz nieśmiałe wstawki owoców tropikalnych. Tło zasypane chmielem, ziołami i subtelną nutą kwiatów. Pije się to dosyć opornie. Sowita dawka tępej, łodygowo-pestkowej goryczki nie daje za wygraną.
Komu mogę polecić: Tylko zatwardziałym fanom oldschool IPA. Fani vermontów, czy innych milkszejków nie mają tu czego szukać.
Epilog: Lugal to piwo, które lepiej wąchać niż pić. Ogólnie nie jest oczywiście złe. Pełnia spoko, balans także fajny, do tego całkiem niezły i długi wytrawny finisz Jedynie ta goryczka psuje robotę. Jest za bardzo mdła i trochę zalegająca.
OCENA: 6/10
CENA: nieznana
ALK. 6%
TERMIN WAŻNOŚCI: 10.05.2019
BROWAR SPÓŁDZIELCZY

poniedziałek, 18 marca 2019

WIELKI TEST PROJEKTU BARREL AGED z Maryensztadtu!


Musiałem się w końcu zreflektować. Dosyć dawno nie było żadnego Wielkiego Testu, więc oto i on! 

Projekt Barrel Aged z Maryensztadtu znacie? Otóż od prawie pół roku, ten znany wszystkim rzemieślnik oferuje światu kolejne mocarne piwa leżakowane w drewnianych beczułkach po różnych destylatach. Idea jest taka, że nie są to żadne wymyślne piwa, ale ważniejsze jest to, że nigdy nie będą one powtórzone. Jeśli więc ktoś coś przegapi, to już raczej nigdy nie będzie mu dane tego spróbować. Fajnie. Druga rzecz, że piwa te są dosyć szeroko dostępne, a ich cena wcale nie jest wygórowana, jak choćby podobnych trunków z browaru na literę B. ;)
Od jesieni zeszłego roku kupuję sobie kolejne piwa z tej serii i tak jakoś sobie z nimi zwlekam i zwlekam, w sumie nie wiem na co czekając. Koniec końców uzbierało mi się ich, aż sześć sztuk! Trochę nie chce mi się Was męczyć pojedynczymi recenzjami, zatem pomysł na Wielki Test narodził się w mej głowie bardzo szybko. Przed Wami sześć pierwszych piw z serii Barrel Aged od Browaru Maryensztadt :) Ciekawi jesteście, które z nich okaże się najlepsze i dlaczego? Wytrwajcie do końca artykułu.



Russian Imperial Stout Bowmore Whisky

Zaczynamy od bodajże najstarszego piwa w zestawieniu. RIS leżakowany w beczce po szkockiej torfowej Whisky! To jest to, co tygrysy lubią najbardziej ;)
Mimo, że piwo odgazowywało się przez długi czas w drewnie, to i tak tworzy całkiem fajną i miłą dla oka pianę o grubości dwóch palców. Ciemno beżowa kołderka jest drobna, puszysta i w miarę trwała. Piwo oczywiście jest czarne jak dupa nietoperza.


Wącham. Ullaaalaaa… Jest dobrze, jest bardzo dobrze, jest zajebiście! Ale wyrazistość. Ale moc. Ale złożoność. Nuty peated są całkiem nieźle wyczuwalne – gorący asfalt, smoła, zjarane kable, stare bandaże, podkłady kolejowe. Takie klimaty to ja rozumiem! :D Nieco dalej mamy morze gorzkiej czekolady, mocnej kawy bez cukru i palonych słodów. Fest palonych. Spalenizny jest tu naprawdę sporo. W tle majaczy łycha, gorzkie kakao, chlebek razowy oraz garść melaso-lukrecjowych klimatów, a więc i słodkawe klimaty się tu pojawiają. Alko jest ledwo zauważalne, niebywale dobrze ułożone, gładkie i szlachetne. Świetnie to pachnie, bogato i dobitnie.
W smaku mamy bardzo charakterny trunek o fajnej gęstości i przyjemnie gładkiej teksturze. Miks gorzkiej czekolady, tęgiej kawy i sowicie palonych słodów wyraźnie dominuje. Tuż za nimi biegną nuty torfowe – spalenizna, dym, rozgrzany asfalt, smoła i masa bitumiczna. Wszystko naznaczone jest dużą dawką palonej goryczki, która naprawdę dobrze kontruje słodową podbudowę. Daleko w tle cichutko grają echa ziołowego chmielu, pumperniklu i palonego jęczmienia. Bardzo stałtowo to smakuje, jak również bardzo imperialnie. Alko jest tutaj bardzo dobrze ułożone i szlachetne. Żadnego pieczenia, czy drapania w gardełko. Natomiast konotacje z kawowym likierem i owszem. Pychotka! :)

sobota, 16 marca 2019

Czy zwycięskie piwo Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych jest spoko?


Pogoda nas ostatnio nie rozpieszcza, ale jakoś żyć trzeba. Na papierze niby wciąż zima, ale za oknami chyba bardziej późna jesień. W każdym bądź razie to wciąż dobry okres na mocne, rozgrzewające napitki.
Dzisiaj na przykład wybór padł na Battle Master 2018 od Brokreacji. Piwo stoi już u mnie od ładnych paru miesięcy, więc w końcu musiałem się nad nim zlitować. Jest to Barley Wine Bourbon Oak Aged. Czyli tak bardziej po polskiemu – wino jęczmienne leżakowane z płatkami dębowymi z beczki po Bourbonie. Nie jest to więc prawdziwy barrel ejdżing, ale takie piwa też potrafią czasem wypaść sztosowo. Rzeczony napitek to zwycięskie piwo Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych, a uwarzono je na podstawie receptury Marcina Marcia. Gratuluję Marcinowi i liczę na to, że trunek będzie smakował wybornie.
To co? Lecę po szkłooo, łotwieracz i łaparat ;)


Piwo jest mocno wysycone, bo pieni się całkiem żwawo. Posiada ładny, rubinowo-miedziany odcień i jest delikatnie zamglone (osadu nie ruszałem). Piana dosyć pokaźna, puszysta, kremowa, średnio pęcherzykowa, ale wystarczająco trwała. Lacing natomiast znikomy.
W smaku jest bardzo gładziutkie, takie kremowe, aksamitne. Ciała całkiem sporo, gęstość duża, czyli prawilna. Przeważa biszkoptowa słodowość o lekko opiekanych cechach. Są zboża, ciastka i ciasteczka. Drugi plan to przypieczona skórka chleba, polana z lekka karmelem. Piwo jest dosyć słodkie, ale bez przeginki, a poza tym to barli łajno, więc jakie ma być? Po jakiejś chwili do głosu dochodzą rodzynki oraz suszone daktyle, które wnoszą tutaj pewną niespodziewaną rześkość. Stawkę zamykają subtelne akcenty Bourbonu, a także chmielu i kakao (!). W rzeczy samej finisz został muśnięty mleczną czekoladą. Alkohol jest dobrze ułożony. Może coś tam z lekka czuć, ale nie można się czepiać, że wali ruskim spirytem, czy bimbrem od dziadka. W sumie całkiem dobre piwo tutaj sączę, ale niestety płatków dębowych nie odnotowałem.

środa, 13 marca 2019

OKO W OKO - Mango Tango vs Tango z Mango!


Ludzie i ludziska. Piwosze i piwoszki. Oto przed Wami kolejny pojedynek „Oko w Oko”. Niby wciąż to są tylko recenzje, ale osobiście bardzo lubię porównywać piwa. Zwłaszcza, gdy mają one ze sobą coś wspólnego, jakiś wspólny mianownik. Takie właśnie są założenia tego cyklu wpisów.
Dziś porównam dwa dosyć podobne napitki, gdzie jak sama nazwa mówi, motywem przewodnim jest mango – mój najbardziej ulubiony owoc tropikalny! Oczywiście piw z tym dodatkiem jest dużo więcej (choćby Mangoł od Kazimierza, Jungle Smoothie od Hopito), ale jedno z założeń mówi, żeby to były dwa piwa. Od większej ilości są przecież Wielkie Testy ;)
Mango Tango z Browaru Na Jurze, gdy pojawiło się w zeszłym roku, swoją nazwą wzbudziło wiele emocji, bowiem od razu skojarzyło się piwnemu ludowi z trunkiem o łudząco podobnej nazwie – Tango z Mango z Pracowni Piwa. Oczywiście to drugie jest już na rynku od dość dawna. Prócz nazwy łączy je dodatek pure/pulpy tego pyszniutkiego owocu rodem z tropików.
Mango Tango już raz pojawiło się na blogu, czym wzbudziło mój nieskrywany zachwyt. Przypomnę, że jest to piwo uwarzone na podstawie zwycięskiej receptury Zbyszka Kabzińskiego VIII Częstochowskiego Konkursu Piw Domowych 2017. Prócz miąższu z mango do piwa dodano pierdyliard innych owoców i soków oraz płatki około tryliona kwiatów. Jednak nie będę tu tego wszystkiego wypisywał, bo szkoda Waszego i mojego czasu.
Tango z Mango od Pracowni Piwa z kolei jest piwem dużo prostszym w swojej budowie. W składzie prócz podstawowych rzeczy widnieje tylko mango, laktoza oraz płatki owsiane. Jak prosto i jak logicznie. Szklanki w dłoń i do dzieła! :)



Mango Tango

Na pierwszy ogień idzie znane mi już Juicy IPA z Zawiercia. Piwo w szkle prezentuje się przeciętnie. Owszem, jest spora i drobna piana, ale sama ciecz jest jakaś taka błotnista, przybrudzona, o barwie ni to złocistej, ni to pomarańczowej, ni beżowej. Oczywiście mętne to jak diabli.
Bierem do dzioba. Soczyste piwko sprawia wrażenie mocno naznaczonego różnymi owocami. Dominuje mango, ale nie brakuje tu również pomarańczy, ananasa, czy marakuji. Cytrusy bardziej w formie skórek, niż soku, czy miąższu. Są też wspomniane wyżej kwiaty. O tak, jest fest kwiatowo. W tle lekkie tony żywicy, ziół oraz chmielu w tradycyjnej postaci. Słodowość mocno wycofana do defensywy, ale obecna. Jest i goryczka – średnio mocna, przyjemna, ułożona, gładka. Taka naprawdę sympatyczna. Całość bardzo smaczna, szalenie gładka, taka wręcz puszysta, kremowa w odczuciu.

poniedziałek, 11 marca 2019

ALTERNATYWA 10#1.1 Porter Bałtycki Whisky BA


Już wiem jak wywołać shitstorm – wystarczy napisać w internetach, że Sosnowiec to śląskie miasto! Ale ja dzisiaj nie o tym.
Natomiast o śląskim browarze jak najbardziej. No chyba, że Ruda Śląska też nie leży na Śląsku? Jak Ruda to oczywiście Browar Alternatywa, który bardzo rzadko gości u mnie na blogu. Konkretnie chodzi o piwo Alternatywa 10#1.1 Porter Bałtycki.
Ja naprawdę rozumiem zamysł z tymi cyferkami i hasztagami, ale za cholerę nie mogę tego zdzierżyć. No jak można tak nazywać piwa? Ja po prostu tego nie kupuję. Wysiadam z pociągu i zamykam za sobą drzwi.
Wracając do samego piwa – mamy tu klasycznego portera bałtyckiego 22º Plato, ale leżakowanego w beczce po szkockiej Whisky. Niestety producent nie informuje nas po jakiej konkretnie, acz z etykiety dowiadujemy się, że chodzi o torfowe klimaty. Zapowiada się więc bardzo ciekawie, przynajmniej dla tych, którzy lubią asfalcik w piwie ;)


Porter Bałtycki od Alternatywy to ciemno brunatny trunek, który nalewa się zupełnie bez piany.
W smaku faktycznie czuć lekką wędzonkę typu torfowego, ale jest to taka ilość, która raczej nie odstraszy nawet początkujących miłośników klimatów peated. No po prostu jest tego mało. Gdzieś tam kapka smoły, dymu oraz bakelitu na końcu języka. To wszystko. Przy czym całość jest dziwnie kwaskowa na finiszu. Naprawdę nie mam pojęcia skąd taki efekt, ale zakładam, że nie jest to celowy zabieg. Czyżby delikatne beczkowe zakażenie? Samo piwo bez dwóch zdań jest porterowe, bardzo gładkie, umiarkowanie treściwe. Sporo tu gorzkiej czekolady, palonych słodów i kawy bez cukru. W tle powiewa nieco chmielowych naleciałości. Palona goryczka jest wyrazista, długa i w miarę konkretna, trochę też torfowa. Alkohol świetnie ułożony, delikatnie rozgrzewający, ale nic ponadto. Smakuje to nie najgorzej, ale niestety za słabo, by odpalić fajerwerki, czy choćby zimne ognie.
Aromat jest chyba trochę lepszy, bo przynajmniej bardziej wyrazisty. Torfowa wędzonka też jakby silniejsza. Jest świeży asfalt, zjarane kable, smoła i podkłady kolejowe. Ale przede wszystkim nie czuć tu tego kwasku, który bardzo brudził w smaku.

sobota, 9 marca 2019

SHORT TEST: Kwasy Ny z Browaru Pinta & To Øl



Prolog: Tak jak Pinta kilka lat temu uwarzyła swój pierwszy kwas (Alfa) z browarem TO ØL, tak samo powtórzyła ten wybryk w zeszłym roku. Efektem tego jest Kwas Ny.
O co kaman: Jest to Sour Tripel, czyli jeden z nielicznych mocnych kwachów na rynku. Jasne słody, belgijskie drożdże, chmiel Liberty, bakterie Lacto. W smaku rześka kwaśność, a w głowie młyn. Tak przynajmniej brzmi teoria.
Wdzianko: Dosyć ciemne jak na Tripla. Ciemno złote, może nawet lekko bursztynowe, delikatnie mętne. Spowite olbrzymią czapą białej, gęstej, drobniutkiej i zbitej piany.
Kichawa mówi: A od kiedy to kichawy mówią?! Ja mówię, że Kwas Ny pachnie bardzo rześko i świeżo. Wyraźnie czuć Lacto oraz szeroko pojętą owocowość. Nie brakuje cytrusowych wstawek, jak i soczystych brzoskwiń i moreli. Dalej mamy zbożową słodowość oraz nieco kwiatów, kapkę karmelu i przypraw w oddali. Alkoholu brak. Sumarycznie zapaszek pierwsza liga :)
Jadaczka mówi: Niebywale rześkie piwo. Średnio kwaśne, ale bardzo wyraziste. Jest słodowa podstawa, jest chlebek oraz zboża. Są żółte owoce, choć i nieco cytrusów się znajdzie. W tle powiewa subtelna belgijska przyprawowość, muśnięta z lekka chmielem. Wysycenie średnio wysokie. Alko świetnie ułożone. No smaczniutkie to jak pierun :D
Komu mogę polecić: Mojej Kasi, a w sumie to wszystkim amatorom kwachów. Bedom Państwo zadowoleni.
Epilog: Bardzo pijalne piwo, mimo sporego woltażu i dużego ciała (18º Blg). Całość jest bardzo rześka, półpełna w smaku, przyjemnie nasycona CO2. Alko świetnie ułożone, wręcz niezauważalne, co może być bardzo zdradzieckie. Na upały jak znalazł, ale nie ręczę za skutki ;) 

OCENA: 8/10
CENA: ok 7ZŁ
ALK. 8,9%
TERMIN WAŻNOŚCI: 25.09.2019
BROWAR PINTA & TO ØL//BROWAR NA JURZE