środa, 12 grudnia 2018

Browar Węgrzce Wielkie - Barley Wine 30º!!!


Patrzcie jakich dożyliśmy czasów – internet mamy w każdym telefonie, po torach „pędzi” Pendolino, niemal każdy ma swój samochód, mamy jakieś tam autostrady, stadiony, wieżowce w stolicy, Energylandię i wiele innych „dóbr”. W świecie piw jest tak samo. Dziś już nikogo nie wzrusza piwo o ballingu 25º. Ba! Już nawet 30º Plato nie wywołuje większego ślinotoku u birgików (no dobra, u mnie wywołuje!).
Skoro tak, to pora wziąć się w końcu za naprawdę tęgi kaliber. Srogi i ekstremalnie mocny. Taki, przy którym Żubr, czy inny Harnaś sika po nogach na sam jego widok. Mowa tu o potężnym Barley Wine 30º z Browaru Węgrzce Wielkie. I tu powinna nastąpić długa cisza, bo dla mnie jest to jeden z browarów-zagadka. Wiem o nim naprawdę niewiele – browar powstał w połowie 2016 roku i mieści się w wiosce o rzeczonej nazwie (rzut krowim plackiem od Wieliczki). Nigdy nie piłem nic z tego browaru i nie potrafię wymienić z pamięci nazwy choćby jednego piwa. Wiem natomiast, że wszystkie produkowane tam trunki są niepasteryzowane, niefiltrowane oraz refermentowane w butelce! Może wiedziałbym nieco więcej, gdyby nie fakt, że ich fejsbuk aktualizowany jest z częstotliwością porównywalną do odkrywania nowych planet w naszych Układzie Słonecznym ;p
No dobra, żarty na bok. Co takiego niezwykłego jest w dzisiejszym piwie? W sumie prócz referementacji i horrendalnie wysokich parametrów, to nic. Zazwyczaj powtórna fermentacja to domena piw belgijskich, a tu proszę – barli łajno kondycjonowane w butelce! Przekonajmy się co z tego wyszło. 


Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy opakowaniu. Półlitrowa flaszka przy takim stylu i takim mocarzu, to naprawdę niezmierna rzadkość. Chylę czoła. Sama etykieta natomiast, to paździerz niemożliwy do zdzierżenia! Jak można było coś takiego odpierdolić?! :o Jakby to były lata 90-te i etykieta z mózgojeba marki „wino”, to jeszcze bym rozumiał, ale tutaj?
Miedziano-burgundowe piwo przelało się praktycznie bez piany. Jest wyraźnie mętne, choć nie wstrząsałem i nie zlewałem osadu z dna. Smakujemy. Pierwsze co mnie uderza, to potężna miodowa słodycz. Wtóruje jej sowita dawka karmelu i potężne złoże opiekanego słodu. Jest cholernie słodko, ale smacznie. A jakie to wszystko jest gęste i lepkie! Ludzie… istny syrop, olej jakiś. Powaga. Top 3 najbardziej gęstych piwa jakie w życiu piłem. W oddali pojawiają się całkiem przyjemne nuty rodzynek, suszonych fig, daktyli, przypieczonej skórki chleba, biszkoptów i innych ciastek i ciasteczek polanych jak wyżej – karmelem. Słodycz wyraźnie góruje, jednak z niewielką odsieczą przybywa subtelna ziołowa goryczka. Może nie jest adekwatna do słodowej podbudowy, ale to zawsze coś. Wysycenie jest niskie, prawilne. Wielkie słowa uznania należą się również za bardzo dobre ułożenie. Skłamałbym pisząc, że nie czuję tu alkoholu, jednakże przy tak olbrzymim woltażu to rzecz zupełnie normalna. Nie ma tu jednak mowy o żadnych spirytusowych, czy bimbrowych nutach. Raczej przypomina to dobrej jakości nalewkę. Jestem pozytywnie zaskoczony. Smaczne to, mimo że chwilami nieco monotonne.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

SHORT TEST: Blackcyl od Trzech Kumpli



Prolog: Pamiętam czasy (a było to raptem kilka lat temu), gdy się człowiek jarał taką np. Black IPĄ. Ząbki mi się szczerzyły, jak głodnemu na myśl o szynce. Oczka błyszczały, jak szyba wystawowa w Aparcie. Dziś już nie ma takich emocji. Szkoda.
O co kaman: Blackcyl to oczywiście Black IPA od Trzech Kumpli. Piwo znane i lubiane. Cenione przez kraftospijaczy. Proste jak na obecne czasy, bez udziwnień, dodatków, bez kartonika, bez wszelakich polepszaczy smaku (bez miąższu z mango też).
Wdzianko: Zupełnie czarne, jak Stout jakiś. Piana dziarska i szalenie obfita! Beżowa w barwie, drobna, puszysta i niewiarygodnie trwała. Większość Weizenów może zawstydzić.
Kichawa mówi: Niezbyt mocno mi to pachnie. Tak jakoś bardzo zwiewnie. Lekka (niskobudżetowa) czekolada, miałkie kakao, ciemne słody, przypieczona skórka chleba. Chmiele natomiast wnoszą dosyć fajną owocowość – garść cytrusów z domieszką słodszych tropików i śladową ilością żywicy. W tle majaczy subtelna woń kwiatów i landrynek. Szału nie ma, ale w tłumie ujdzie.
Jadaczka mówi: Są owoce tropikalne, trochę żywicy, igliwia, ziół i ździebko cytrusowych wtrętów. Do tego dochodzą ciemne, lekko palone słody przy wsparciu gorzkiej czekolady i łagodnej kawusi. Wysycenie o dziwo nie jest wysokie. Goryczka dość mocna i zdecydowana, ale raczej nieźle ułożona. Finisz długi, wytrawny, lekko palony. Balans w porządku, pełnia jednak jest zbyt niska, dzięki czemu piwo wydaje się płaskie i jakby nieco wodniste. Mimo to pijalność nie jest taka zła. Nie najgorszy to napitek, jednakże większych emocji niestety brak.
Co mi nie pasuje: Zbyt niska pełnia smaku, delikatna wodnistość, nikła świeżość, mało intensywny aromat.
Epilog: Coś z tym piwem jest nie tak. Albo zostało zrobione na pół gwizdka, albo już po prostu czas zajrzał mu w oczy. Fakt – do końca ważności tylko dwa miechy, ale żeby aż tak? No nie wiem. W każdym razie z tą datą raczej nie polecam. 

OCENA: 5/10
CENA: 7.50ZŁ (Auchan)
ALK. 7%
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.02.2019
TRZECH KUMPLI BROWAR LOTNY//BROWAR ZAPANBRAT

sobota, 8 grudnia 2018

Czy BELGIJKA NA TRZECIM to udany Tripel?


Lecimy w belgijskie klimaty. Doświadczeni birgicy wiedzą, że to dosyć trudna sztuka. To znaczy doświadczeni piwowarzy wiedzą, że trudno jest dorównać flamandzkim koleżkom, a piwosze wiedzą, że rzadko kiedy nasze krajowe wypusty dotrzymują kroku belgijskim oryginałom. Tak już po prostu jest. Na szczęście Browar Maryensztadt znam już dosyć nieźle. Ten producent niejednokrotnie już udowadniał, że potrafi stanąć na wysokości zadania. Zobaczmy zatem jak poradził sobie z zadaniem pt. belgijski Tripel.
Mocno zastanawia mnie nazwa tego piwa. Belgijka Na Trzecim. Ale co „trzecim”? Na trzecim piętrze? Na trzecim planie? Na trzecim miejscu podium? Na trzecim odwyku? Na trzecim okrążeniu? No kuźwa gdzie jest ta Belgijka?! ;p


W szkle przywitało mnie ciemno złote, wręcz jasno bursztynowe piwo. Lekko mętne, żeby było ciekawiej. Piana dosyć skąpa i żywotna niczym nadciśnieniowiec po trzecim zawale ;)
Po parametrach (10,5% alko i 22º Blg) sądziłem, że piwo będzie w miarę wytrawne (zresztą taki opis widnieje nawet na etykiecie), ale szybko się przekonałem, że jest inaczej. Goryczka jest tu w zasadzie minimalna, a jej miejsce zajmuje całkiem wyraźna słodową słodycz, co daje wrażenie dosyć treściwego piwa. Żadnej kwaskowatości również nie odnotowałem, więc takie z tego wytrawne piwo, jak z Leśnego Dzbana hiszpańskie Sherry. Piwo oczywiście nie zamula, ale po Triplu spodziewałem się dużo niższej słodyczy. Przyprawowy charakter na szczęście został tutaj nieźle zaznaczony – fenole hulają po moim podniebieniu, acz ciężko jest wskazać jakiś konkretny smaczek. Dominuje słodowo-herbatnikowa podstawa. Tuż za nią biegnie lekka chmielowa nuta, uzupełniona subtelnymi akcentami żółtych owoców, niekoniecznie cytrusów. Bardziej stawiałbym na brzoskwinie, morele i tego typu klimaty. Nagazowanie jest niskie, mało przypominające belgijskie piwa. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony i szlachetny. Delikatnie rozgrzewa, ale nie ma mowy o jakimś pieczeniu, czy drapaniu w gardło. Mało skomplikowane piwo. Teoretycznie pozbawione wad, ale do prawdziwego Tripla mu daleko.

czwartek, 6 grudnia 2018

PIRAT Whisky BA. Profesja umie w beczki :D


Mrozy na dobre już u nas zagościły. Może to jeszcze nie Syberia, ale szyby w autach skrobać trzeba, a panom wypada zakładać na dupę kalesony. Jak co roku, browary na ten czas zbroją się jak tylko mogą. Czas zimowy to prawdziwy urodzaj tęgich i rozgrzewających napitków. Jest w czym wybierać, tyle że nasz portfel może nie zawsze być z tego zadowolony ;)
Dzisiaj gości u mnie Pirat z Browaru Profesja. Nie jest to może taka zupełna świeżynka, ale chyba warto się nim zainteresować, bo to ichni porter bałtycki. Imperialny i do tego w wersji barrel aged! Profesja nam się tu naprawdę bardzo postarała. Tych Piratów bowiem jest, aż czterech mili Państwo – podstawka oraz trzy wersje leżakowane w beczkach po różnych destylatach. Bardzo lubię takie zagrania, bo wówczas nawet kompletny laik może sobie porównać te wersje i na własnej skórze poczuć różnicę (a zapewniam, że te są ogromne). Jednak tutaj musicie wiedzieć, że podstawka nie występuje w butelce, więc zostaje multitap lub domowa degustacja porównawcza dwóch wersji BA.
Mój Piracik leżakował sobie pół roku w dębowej beczce po Whisky. Zakładam, że po szkockiej lub irlandzkiej, które obok Bourbona są najbardziej popularnym lokum dla naszych krajowych cymesików. 


Bardzo podobają mi się te etykiety Piratów. Są zupełnie inne niż dla piw z serii regularnej. Inne w tym wypadku znaczy o wiele fajniejsze. Takie miłe dla oka, dobrze zaprojektowane, przejrzyste, a jednocześnie wyraźnie zalatujące ‘wyższą półką’. Świetnej jakości czarny, śliski papier idealnie koresponduje tutaj ze srebrną czcionką. Dodatkowo mamy tu wszelakie info, jakie nam do szczęścia potrzeba. Good job!
Pirat przywitał mnie czarną jak smoła barwą. Towarzyszy mu może niewysoka, acz zgrabna beżowa piana o drobnej i puszystej strukturze. Niestety niezbyt długo cieszyłem się z jej obecności.
Może zapach mnie bardziej polubi? Uułaaaa… Jest moc. Jest grubo. Jest Crunchips, jest impreza ;) Ależ to zajebiście pachnie! Jak bogato, jak szlachetnie, jak wyraziście. Mało nosa nie urwie. Przede wszystkim mam przed sobą już dosyć utleniony trunek (nie wiadomo ile czasu spędził w tanku, pół roku był w beczce, ze trzy miechy w butelce). Ach ta suszona śliweczka, rodzyneczki, suszone figi i daktyle na wyciągnięcie ręki. Tuż za nimi morze wszelakiej maści czekolady, rozpuszczalnego kakao, karmelu i kawy zbożówki. Na dalszym planie pobrzmiewa łagodna nutka starego drewna, likieru owocowo-czekoladowego, ciemnego słodu, lukrecji i szlachetnej Whisky. Alkohol jest obecny, ale krzywdy nam nie robi. Jak na taki woltaż jest naprawę dobrze ułożony i świetnie podsyca doznania. Pachnie to naprawdę uwodzicielsko i niepowtarzalnie. Zakochałem się ;p

poniedziałek, 3 grudnia 2018

MANGO TANGO - Juicy IPA pełną gębą!


Vox populi, vox Dei. W fejsbukowej ankiecie wybraliście nowość z Zawiercia!

Jak mawia stare dobre powiedzenie – lepiej późno niż wcale. W zasadzie po roku opóźnienia, w końcu na rynku pojawiło się Mango Tango z Browaru Na Jurze! Pewnie większość z Was już wie co to za piwo, ale dla nie będących w temacie szybkie info. Piwo uwarzono wg receptury Zbyszko (Zbyszka?) Kabzińskiego – zwycięzcy kategorii Juicy IPA VIII Częstochowskiego Konkursu Piw Domowych 2017, jak również zdobywcy tytułu Grand Championa tego konkursu, gdyż piwo to zyskało najwięcej punktów ze wszystkich zgłoszeń! A warzenie w komercyjnym browarze to po prostu taka nagroda (może nie finansowa, ale z pewnością podbudowująca ego każdego piwowara domowego).
Od samego twórcy wiem, że przy warzeniu na „dużych garnkach” receptura była jednak modyfikowana w stosunku do oryginału (w zasadzie to niemal zawsze tak się dzieje w mniejszym lub większym stopniu). Zbyszko do konkursowego piwa użył mieszanki suszu owocowego (rodzaj herbaty) o znanej już wszystkim nazwie, która posłużyła później jako nazwa własna komercyjnego już piwa. Ze świeżych dodatków pojawił się tylko sok i skórka z pomarańczy. W porozumieniu z autorem Browar Na Jurze postanowił dać więcej świeżości i efektu juicy. Co więc znalazło się w składzie? Trzymajcie się. Pure z mango, sok z ananasa, sok z pomarańczy, skórka świeżej pomarańczy, suszona skórka słodkiej pomarańczy, suszony kandyzowany ananas, mango, pomarańcza, jabłko, płatki krokosza, granatu, słonecznika i nagietka. Tańczysz? ;)
Nachmielono to Magnum, Perle oraz Summitem. Ja wiem, że ekipa z Zawiercia słynie z różnej maści dodatków w piwie, ale czy to aby nie jest przegięcie? Można by sądzić, że w zasadzie wrzucili do tanku wszystko co akurat mieli w browarze pod ręką. Ja jestem jednak spokojny. Piłem to piwo na częstochowskiej premierze i zrywało papę z dachu! Zobaczmy teraz jak wypada wersja butelkowa. 


Piwo ląduje w szkle. Jest sakrucko mętne, ale to był pewnik. Jego śliczna, intensywnie pomarańczowa barwa przywodzi na myśl soki owocowe (mi osobiście multiwitaminę). Pianka też niczego sobie – bialutka, średnio ziarnista, dość wysoka, ale nie wiedzieć czemu nie chce lepić się do szkła.
Można przyjąć założenie, że Juicy IPA to po prostu Vermont IPA z owocami/miąższem lub sokiem. Bo oczywiście w klasycznych NEIPA efekt soczkowatości powinien (choć nie zawsze jest) być osiągnięty bez pomocy żadnych dodatków. W Mango Tango efektu juicy jest od cholery i jeszcze trochę. Naprawdę ma się wrażenie picia jakiejś mutliwitaminy. Mętne to i dosyć gładkie, nieco nawet oblepiające. Fajnie szwenda się w buzi, skutecznie wypełniając dziury w zębach. Z owoców najbardziej czuć oczywiście mango, ananasa i słodką pomarańczę, częściowo w formie skórek. Na dalszym planie jawią mi się tu przyjemne cytrusy z różowym grejpfrutem na czele. Wszystko to rzecz jasna smakuje szalenie naturalnie. Słodowość nie może się bidulka przebić spod tej owocowej bomby, ale w sumie jakoś za nią nie tęsknię. Tło wypełniają nieśmiałe kwiatowe oraz lekko ziołowe nuty, fajnie komponując się z otoczeniem. Wysycenie jest średnie w kierunku niskiego (nie dziwi mnie to). Goryczka może i niewielka, ale jej grejpfrutowo-skórkowy profil bardzo tu pasuje. Piwo jest delikatnie gorzkawe i ja to kupuję. Okrutnie smaczne to Mango Tango :)

sobota, 1 grudnia 2018

PIWO MIESIĄCA - LISTOPAD 2018


Piwo Miesiąca już od dawna jest stałym elementem ramówki niniejszego bloga. Nie inaczej jest w tym miesiącu. Pora wybrać najlepsze piwo degustowane w listopadzie.

Wybór mam niezmiernie trudny, ale PIWEM MIESIĄCA – LISTOPAD 2018 zostaje Alternatywa 9#1 Quadrupel z Browaru Alternatywa!!! :D



Kłaniam się nisko całej załodze tego śląskiego browaru. Najs dżab!

Naprawdę nie było mi łatwo wskazać to najlepsze piwo. Nie pojawiła się żadna dyszka, czy dziewiątka, ale za to ósemeczki sypały się jak z rękawa. I weź tu się chłopie zdecyduj! Smak oczywiście jest tu bardzo ważnym elementem, ale za Alternatywą przeważały także dodatkowe argumenty – pomysł i oryginalny efekt końcowy. Podwójne beczkowanie to wciąż nie lada rzadkość na polskim rynku. Poza tym do beczek nie powędrował, jak to zwykle bywa RIS, czy porter bałtycki, a belgijski Quadrupel. Resztę zrobiły już dębowe beczki po białym winie Sauvignon Blanc oraz po rumie z Jamajki. Naprawdę szczerze polecam to piwo! :)