wtorek, 29 września 2015

LILI FONTELLI

Browar Piwoteka rozpoczynał swoją działalność jako jeden z bardziej nieogarniętych na rynku (sorry Marek ;p). Zaczynając od słabych i „robionych na kolanie” etykiet, kończąc na bardzo nieregularnie wypuszczanych nowościach i nie do końca przemyślanej koncepcji. Od jakiegoś czasu jednak oblicze tegoż przybytku odmieniło się o 180°. Firma postarała się o całkowitą zmianę wizerunku (nowe logo, nowe spójne etykiety, tematyka związana z miastem Łódź), co zaowocowało na przykład większą rozpoznawalnością na rynku, ale przede wszystkim dało nam, beer geekom całą masę ciekawych, oryginalnych, często mocno odważnych trunków. W dodatku nowości pojawiają się już regularnie i możemy być niemal pewni, że każda z nich będzie się czymś wyróżniać.
Jednym z ostatnich piw od Piwoteki jest właśnie Lili Fontelli, czyli niemiecki Weizen z dodatkiem kwiatów róży, bratków, chryzantem, nasturcji i nagietka... Piwo z kwiatami? Why not?


Jak na pszeniczniaka przystało piwo pieni się nad wyraz obficie. Puszysta kołderka tworzy się bez pomocy czarodziejskiej różdżki, rośnie do bardzo okazałych rozmiarów, by spokojnie i niespiesznie opadać do kilkumilimetrowej warstewki. Średnio ziarnista piana niestety nie może się pochwalić sowitym lacingiem, który jest wręcz znikomy.
Lili to bardzo mętne piwo, zwłaszcza, że Weizeny zawsze nalewam w tradycyjny sposób, czyli z osadem. Ciecz posiada brązowo-pomarańczową barwę.
Bardzo jestem ciekawy zapachu piwa z płatkami kwiatów, więc pora to w końcu obwąchać. Na pierwszy plan wysuwa się pszeniczna słodowość, którą zresztą bardzo lubię. Nieco dalej dumnie pierś wypina delikatna bananowa nuta, okraszona z lekka szczyptą nienachalnych drożdży i ciasteczkowych akcentów. Dopiero na samym końcu można wyczuć (choć nie jest to łatwe) ulotną kwiatowość, która powiedzmy sobie szczerze jest czysto symboliczna. Chromolić te kwiaty, ale najgorsze jest to, że moje receptory nie zarejestrowały tutaj obecności goździka!
Już na spokojnie mogę stwierdzić, że może i szkoda, że wspomniane róże i bratki nie buchnęły mi w twarz, bowiem całościowo zapach jest bardzo przeciętny.

sobota, 26 września 2015

BOJAN MAORYS

Dzisiaj znowu degustacja w formie „odgrzanego kotleta”, bowiem Bojan Maorys to piwo, które już dość długo puszcza do nas oczko ze sklepowych półek. Nie chcąc, aby się przeterminowało, po prostu się nad nim zlitowałem, choć muszę Wam się przyznać, że po niedawnej recenzji Somero jest strach! Przecież to piwo z Bojanowa! ;p
A już tak na poważnie, to w rzeczy samej Bojan Somero, tak jak większość prawie wszystkie piwa z tej warzelni jest słabym napitkiem, po którym już niemal straciłem zaufanie do tego producenta. Szybko jednak skonstatowałem, że ostał mi się jeszcze Maorys, który gdy się pojawił zbierał bardzo dobre recenzje (mimo, że z BeRJotu to ludzie sobie chwalili).
Nie pozostaje mi nic innego jak zweryfikować owe zjawisko i raz na zawsze odpowiedzieć na pytanie, czy w Bojanowie potrafią uwarzyć naprawdę ciekawe i smaczne piwo?
Aha, Bojan Maorys to piwo w stylu Rye IPA, gdzie za efekt ‘wow’ odpowiedzialne są nowozelandzkie chmiele: Kohatu oraz Motueka do spółki z Amerykańcem o imieniu Mosaic i Niemcem o ksywie Magnum. 


Otwieram i przelewam. Buchło mi ‘nową falą’, aż mi się błogo zrobiło, jednak o tym za chwilę. Trunek generuje średnich rozmiarów pianę, która ma barwę ecru i średnio ziarniste pęcherzyki. Piana umiarkowanie długo cieszy gały, jednak w miarę opadania zostawia po sobie liczne potomstwo na ściankach.
Piwo jest bardzo mętne i to nawet pomimo ostrożnego nalewania i pozostawienia osadu na dnie butelki. Barwa jest dość ciemna jak na IPA - brunatna, a pod światło miedziano-burgundowa.
No, ale co z tym zajebistym zapachem, który pojawił się tuż po zdjęciu kapsla? Jego intensywność może nieco spadła, ale wciąż jest very good. Moje nozdrza zatyka cały kosz słodkich owoców tropikalnych z przewagą mango, liczi i granata. Jest także odrobina melona, marakui oraz różowych winogron. Drugi plan to subtelna, ale bardzo przyjemna kwiatowość oraz słodowa nuta, oblana z lekka niewielkim karmelem i ulotnymi melanoidynami. Gdzieś tam w tle natomiast pałęta się subtelny cytrusik, wsparty minimalną dozą żywicy. Całość bucha w twarz owocami świata, aż nie można oderwać nosa, choć poboczne niuanse także dają radę. Naprawdę świetna sprawa!

środa, 23 września 2015

5 [Piątka]

Wiele wody upłynęło w Wiśle i wiele obietnic składał nam rząd od czasu, gdy po raz ostatni piłem kolaboracyjny wypust Szałupiw i Pracowni Piwa. Mam tu na myśli rzecz jasna słynną serię piw ponumerowaną od 1 do 5, bo wydaje mi się, że współpraca – przynajmniej na tej płaszczyźnie - została na razie zakończona.
Piwa parzyste warzone są w Modlniczce, czyli na podwórku Pracowni Piwa i są dostępne (a raczej były) tylko w beczkach, natomiast nieparzyste powstawały w Wąsoszu, gdzie kontraktowo słód do kotła wrzuca Janek Szała.
5 (Piątka) to stout ze słodem żytnim w składzie, ale by nie było strasznie nudno przyprawiony trzema rodzajami/odmianami pieprzu: czarnym, czerwonym oraz indonezyjskim. W teorii niby nic nadzwyczajnego, ale z piwami jest tak, że nawet z pozoru nieciekawy i nudny trunek może nas wydrzeć z bamboszy i sfilcować kalesony, aż do kolan!
Zatem bez uprzedzeń otwieram niniejszy specjał i mówię jak jest. 


Po przelaniu piwo generuje dość znacznych rozmiarów pianę o wyraźnie beżowej barwie, ale niestety grubych pęcherzach. Po chwili owa pierzynka rzednie w oczach i opada co najmniej kilkukrotnie szybciej niż ustawa przewiduje, zostawiając po sobie umiarkowanie liczne firany na szkle.
Kolor za to bardzo mi się podoba – jest tajemniczo czarny i nieprzejrzysty. Taki właśnie powinien być prawdziwy stout!
Jedziemy dalej. W aromacie mamy sporo czekoladowej słodyczy, wyraźnie wspieranej przez akcenty kawy zbożowej oraz rodzynek. Nieco dalej obnaża się przede mną garstka palonego słodu, a także szczypta pieczywa razowego, prażonego słonecznika i tostów. Na samym końcu natomiast  swoją egzystencję wiedzie subtelna, acz wyczuwalna pikantość vel. pieprz, który jest ciekawym spoiwem pomiędzy słodką czekoladą, a ciemnym słodem. Bardzo przyjemnie się to niucha ;)

poniedziałek, 21 września 2015

BOJAN SOMERO

Do początku astronomicznej jesieni zostało tylko dwa dni – jest to więc ostatni dzwonek, by piwni puryści podopijali wszystkie typowo letnie piwa, które trzymają w swoich szafkach, kredensach, barkach, lodówkach, czy piwnicach.
Ja oczywiście nie podpiszę się pod pojęciem piwnego purysty (patrz na szkło z którego piłem to piwo), ale nigdy nie ukrywałem, że mniej więcej w miarę możliwości staram się dostosowywać trunki do pory roku, tudzież aktualnej temperatury. Niestety tak się akurat złożyło, że ostatnio miałem mało wolnego czasu = mało recenzji, toteż taki na przykład Bojan Somero ostał mi się do dzisiaj.
A czym właściwie jest Bojan Somero z Browaru Bojanowo? Jak głosi etykieta jest to ichni Summer Ale, czyli bardzo lekkie i sesyjne piwo, doprawione oczywiście amerykańskimi chmielami. Aby uzmysłowić mniej zorientowanym w temacie czytelnikom, gdzie w szeregu piw jasnych opartych na jankeskich lupulinach jest Summer Ale, zapodaję poniższy schemat, gdzie wraz ze strzałkami maleje ekstrakt i alkohol, a co za tym idzie pełnia piwa.
Imperial/Double IPA > IPA > Session IPA > APA > Summer Ale
Przy czym muszę tutaj nadmienić, że w obecnych czasach mówiąc IPA, raczej mamy na myśli American IPA/AIPA, no chyba że ktoś zaznaczy, że jest to IPA tradycyjne, czyli angielskie. 


Otwieram i przelewam. Bojan Somero generuje przeciętnej wielkości białą pianę, która zbudowana jest ze średniej wielkości pęcherzy. Piana bardzo szybko się rozrzedza, by w konsekwencji po dwóch minutach opaść niemal do zera. Sytuację dodatkowo dramatyzuje lichy jak buty mojej babci lacing.
Piwo jest lekko mętne, zamglone, a jego barwa klasycznie złota. Pasuje do lata i do stylu, który ten trunek reprezentuje.
Zapach z pewnością nie powala intensywnością – o ile jeszcze tuż po otwarciu wyhaczyłem 'hamerykański' chmiel, o tyle po kilku minutach ze szklanki już nie było tak różowo. Co prawda pałęta się tam odrobina cytrusa (głównie mandarynki) i innych owoców, ale wszystko jest takie jakieś płytkie i przytłumione (może to przez ten niski ekstrakt 10°Blg). Poniekąd kojarzy mi się to z aromatem lemoniady i kwasku cytrynowego. Tłem sunie powoli delikatna słodowa nuta, chwilami ocierająca się o klimaty chlebowe, a chwilami o klimaty miodowe. Mamy tu więc lekkie utlenienie, to jeszcze nie zbrodnia, ale poniekąd wpływa na całościową ocenę. Sumarycznie nie jest jednak tak źle, piwo pachnie owocami i jest w miarę rześkie w aromacie.

środa, 16 września 2015

SOME LIKE IT HOT

Some Like It Hot z Radugi to nie żadna nowość (choć stare też nie jest), ale jak już kupiłem, to trza tera wypić (taka dola blogera piwnego).
Tak jak American Wheat oraz Summer Ale stały się hitami tego lata, tak trawa cytrynowa oraz werbena cytrynowa stały się ulubionymi dodatkami naszych krajowych piwnych rzemieślników. I w rzeczy samej w niniejszym piwie oprócz rzecz jasna chmieli, robotę ma robić tutaj wspomniana trawa cytrynowa.
Piłem już kilka piw z tą bądź, co bądź przyprawą, więc jakieś tam odniesienie posiadam i mam nadzieję, że wyczuje tą „trawkę” ;) Poza tym celowo po Be Like Mitch biorę się za kolejną amerykańską pszenicę, by je w pewien sposób ze sobą porównać, bo uważam, że propozycja od AleBrowaru - mówiąc oględnie - szału nie robi.
Zatem, szklanki w dłoń i do boju!


Rzeczony trunek pieni się nad wyraz dobrze. Obfita, wysoka, biała czapa dość długo utrzymuje się przy życiu, ciesząc me oko niczym złoto sknerusa. Co prawda zbudowana jest ona ze średniej wielkości pęcherzy, a z biegiem czasu się dziurawi, nie mniej jednak stanowi mocny punkt tego napitku.
Piwo jest umiarkowanie nasycone CO2, a jego barwa to głęboka barwa złota, wyraźnie ciemniejsza niż na przykład koncernowe ojrolagery.
Już z daleka czuję nieziemską moc cytrusów i trawy cytrynowej, którą z powodzeniem wyniucha nawet piwny laik. Rześki aromat mocno kojarzy się także z cytryną i limonką, poza tym odnalazłem w nim nieco owoców tropikalnych oraz zwykłego chmielu. Jest także lekka i przyjemna słodowa nuta, która jednak nie odgrywa w tym spektaklu żadnej znaczącej roli. Mimo niezbyt rozbudowanego profilu piwo wącha się z nieskrywaną przyjemnością. Jest intensywnie i świeżo!

niedziela, 13 września 2015

BRACKA JESIEŃ 2015


W ubiegły weekend dość nieoczekiwanie pojawiłem się na chwilę w Cieszynie na Brackiej Jesieni. Z początku miałem nic o tym nie wspominać, jednak po długim namyśle postanowiłem podzielić się z Wami moimi wrażeniami.
Od razu powiem, że moja wizyta w Cieszynie nie była jakoś specjalnie zaplanowana, po prostu akurat w tamtym czasie byłem z moją lepszą połową na ‘łykendzie’ w Beskidzie Śląskim. Wystarczyło tylko odrobinę skręcić z wyznaczonej wcześniej trasy i już byliśmy w Cieszynie. 

Była to moja pierwsza wizyta na Brackiej Jesieni, toteż nie mam porównania z ubiegłymi latami, ale wrażenie jakie na mnie wywarła ta impreza jest raczej mizerne. Faktem jest, że moja obecność tam była ograniczona tylko do sobotnich 2,5 godzin. W dodatku były to godziny około południowe, które z pewnością nie są godzinami szczytu tego typu eventów. Tak, czy siak koło południa ludzi była garstka, a niektórzy jak np. Wrężel nawet jeszcze nie zdążyli otworzyć stoiska. Akurat specjalnie mi to nie przeszkadzało, bowiem i tak byłem szoferem, tak więc na Brackiej nie wychyliłem ani kropelki. Aha przepraszam, kilka łyków wziąłem od żony, której poleciłem Pszeniczne Cieszyńskie, które swoją drogą było całkiem niezłe.
Ogólnie rzecz ujmując w Cieszynie zastałem biedę, piwną biedę. Swoje stoiska miały tam tylko: Pinta, wspomniany Wrężel, Fabrica Rara, Reden, Widawa oraz rzecz jasna Browar Zamkowy Cieszyn. Co prawda w namiocie Krainy Piwa wybór był jak zawsze zacny (lany Birbant, Kingpin, Artezan i ‘mnogo’ zagranicy) , no ale porównując to np. do Wrocławia, czy do świętej pamięci Birofilii, to po prostu jest słabo. Za to miejsce naprawdę fajne – dziedziniec browaru na Wzgórzu Zamkowym robił spore wrażenie. Warto tu nadmienić, że Browar Zamkowy Cieszyn jest jednym z najstarszych w kraju, który nieprzerwanie warzy piwo od 1846 roku! 






Muszę Wam się przyznać, że głównym wabikiem, który ściągnął mnie tego dnia do Cieszyna była możliwość zwiedzenia tego browaru, z czego skwapliwie skorzystałem, bo co tu robić, gdy nie można pić, a przejście całego terenu imprezy zajmuje mniej niż przysłowiowe pierdnięcie?
Browar szczyci się tym, że większość urządzeń pamięta jeszcze XIX wiek, a przy warzeniu piwa wciąż w użyciu jest korytko Granta, które w innych browarach jest eksponatem czysto muzealnym. Faktycznie warzelnia wygląda na wiekową, choć częściowo została ona skomputeryzowana. Nie mniej jednak jej konstrukcja nie zmieniła się od otwarcia browaru, czyli od 1846 roku. Najbardziej chciałem zobaczyć na własne oczy otwarte kadzie fermentacyjne, którymi to browar chwali się na lewo i prawo. Niestety z niewiadomego powodu było to jedyne miejsce, do którego nie wpuszczano gapiów, więc musiałem spuścić głowę i iść dalej, czyli do zamkowych piwnic. 
Tu również można wpaść w zachwyt, zwłaszcza, gdy ma się świadomość, że jesteś w tunelach wydrążonych wieki temu w Zamkowym Wzgórzu. W podziemiach ciągnie się prawdziwy labirynt pomieszczeń z ponad setką tanków leżakowych o różnej pojemności. Mam też info dla wszelakich tropicieli teorii spiskowych, lądowania ludzi na księżycu, itp – piwo Żywiec Saison, podobnie jak Żywiec APA jest warzone w Cieszynie. Osobiście widziałem opisane tanki, w których sobie to piwko czekało na transport do Żywca i rozlew. Aha, w Cieszynie niedługo też będzie linia rozlewnicza (do butelek), bo w tym momencie wszystkie warzone tam piwa są rozlewane w Żywcu.


Podsumowując, wiem że nie trafiłem z godzinami szczytu, toteż rozumiem tak małą podaż ludzi w południe, ale kurna stoisk mogłoby być trochę więcej. Chociaż z drugiej strony chyba miało być kameralnie, bo przecież nie wszędzie musi być rozmach i przepych jak we Wrocławiu, czy Warszawie (czytałem u innych, że wieczorem teren imprezy pękał w szwach, więc amatorów piwa kraftowego i tutaj nie brakowało).
W programie imprezy były wykłady Kopyra, Docenta i głównego piwowara Browaru Zamkowego, a także panele degustacyjne oraz strefa piwowarów domowych, więc w sumie nie było chyba tak źle. 

wtorek, 8 września 2015

BE LIKE MITCH

Wygląda na to, że lato się chyba skończyło (nie kalendarzowe, ale to odczuwalne), a mi zostało jeszcze klika typowo letnich piw „do obalenia”. Jedno z nich właśnie widzicie na poniższym zdjęciu.
Be Like Mitch to propozycja AleBrowaru na letni skwar, który w tym roku faktycznie dał nam się we znaki, chociaż ja raczej należę do osób nie narzekających na upały.
Bez wątpienia American Wheat (tuż obok Summer Ale) to hity tego lata – lekkie, sesyjne, mocno orzeźwiające i pachnące Ameryką trunki, to jedne z niewielu piw, które skutecznie ugaszą nasze pragnienie, a jednocześnie nie ululają nas do snu.
AleBrowarowa amerykańska pszenica w zasadzie jest klasyczną interpretacją stylu, a czarną robotę odwalają tutaj: Citra, Amarillo, Simcoe i Cascade, czyli sama śmietanka nowofalowych lupulin.
Nazwa piwa oraz postać z etykiety nawiązują oczywiście do Mitcha Buchannona (Davida Hasselhoffa), głównego bohatera (obok ‘Pam’) słynnego serialu Słoneczny Patrol. AleBrowar opisuje go tak: „Zawsze był moim guru. Ciął fale kraulem jak szkuner na pełnych żaglach, kobiety mdlały na jego widok, nigdy nie naginał swoich zasad – sięgał po lekkie i orzeźwiające American Wheat dopiero wtedy, gdy uratował pół plaży i zszedł z posterunku” ;)


Piwo ma ładną pomarańczowo-złotą barwę i rzecz jasna jest okrutnie mętne. Ale ludzie jakie ono ma obłędną pianę! Wielka jak Ryszard Kalisz, o barwie przybrudzonej bieli, średnio ziarnista, sztywna i nieśmiertelna jak PSL. Praktycznie wcale nie opada, musiałem ją spijać, by dolać piwa do sniftera, bo inaczej to czekałbym sobie chyba do jutra. Owa pierzynka tworzy najbardziej trwały i obfity lacing jaki kiedykolwiek widziałem – do ścianek przykleił się kożuch gruby na kilka milimetrów! Respect!
Najpierw smak. Okazuje się, że poza książkowym wręcz wyglądem, piwo niczym więcej nie zaskakuje, choć oczywiście złe nie jest. Słodowo-chlebowa pełnia nieźle współgra z chmielowymi doznaniami pod postacią garści cytrusa, szczypty żywicy i nieznacznych niuansów owoców tropikalnych. W posmaku można się doszukać nieco ziół oraz typowo trawiastych klimatów znanych z wielu europejskich odmian chmielu. Jest też goryczka – dość wyrazista, chmielowo-ziołowa, acz nieco szorstka i delikatnie zalegająca, przez co sprawia wrażenie nie ułożonej. Sumarycznie trunek jest dość wytrawny, lekko kwaskowy i na finiszu wyraźnie gorzki.

czwartek, 3 września 2015

AFRICAN QUEEN

Rzadko robię zakupy w Tesco, jednak ostatnio zdarzyło mi się tam wdepnąć. Oczywiście nie był bym sobą, gdybym nie luknął na dział w piwami. Z ciekawszych propozycji ujrzałem kilka sztuk od Radugi, Kraftwerku oraz Pinty. Po krótkim researchu przygarnąłem trzy najnowsze wypusty z Radugi, mimo że cena nie była jakaś strasznie rewelacyjna (aczkolwiek myślę, że nie przepłaciłem).
Na pierwszy ogień idzie African Queen, które miało premierę całkiem niedawno. Jest to APA doprawiona aframonem madagaskarskim*, który ostatnio robi się u nas coraz popularniejszy. Do tej pory już ze trzy, czy cztery browary rzemieślnicze sięgnęły po tę dość rzadką spotykaną w Polsce przyprawę.
*Aframon madagaskarski (aframon rajski) to rodzaj byliny z rodziny imbirowatych, występująca w stanie dzikim w zachodniej Afryce, wnosząca nuty lekko pikantne i pieprzowe. 


Afrykańska Królowa ma całkiem nie najgorszą prezencję. Piwo ma jasno bursztynową barwę (na fotce wydaje się ciemniejsze), do tego w miarę obfitą pianę o białej barwie, drobnej strukturze i wystarczająco długiej egzystencji, by się nią nacieszyć. Piana zostawia liczne zacieki na szkle, co także jest plusem.
Zapach to w zasadzie amerykańska klasyka, czyli głównie owoce tropikalne (mango, liczi, marakuja i grejpfrut) oraz szczypta cytrusa, choć naprawdę jest go niewiele. Nieco dalej chowają się średnio intensywne nuty brzoskwiń, moreli i słodu typu biszkoptowo-ciasteczkowego, z lekka polanego ulotną żywicą. W tle majaczą jakieś bliżej nieokreślone przyprawy (najbliżej im do imbiru), co nawet mi się podoba, aczkolwiek żadnych pieprznych klimatów to ja tu nie wyczuwam. Nie mniej jednak aromat mi się podoba, jest intensywny, złożony i na wskroś owocowy.

wtorek, 1 września 2015

KWAS GAMMA

Z wielką dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to już ostatni w tym roku dzień, kiedy na dworze słupki rtęci dochodzą do 35 kresek (ponoć wrzesień ma być stosunkowo chłodnym miesiącem, nie mówiąc już o październiku). Oczywiście strasznie nad tym ubolewam, ale w związku z tym nie znajdę już chyba lepszej okazji to opróżnienia najnowszego Soura od Pinty, czyli Kwasu Gamma.
Jest to już trzeci po Alfie i Becie kwasior, jednak tym razem mamy przed sobą wersję smakową, a dokładniej mówiąc malinową. Do jego produkcji oprócz bakterii kwasu mlekowego, użyto świeżo wyciśniętego soku z jednej tony malin. Brzmi dosyć obiecująco, a o efekcie takiego zabiegu możecie poczytać poniżej. 

Rzeczone piwo po przelaniu mieni się pięknymi czerwonymi refleksami. W zasadzie jest mętne i intensywnie czerwone, tudzież rubinowe. O pianie nie będę nawet wspominał, bo nie dość, że była nie wysoka i gruba, to jeszcze zniknęła w oka mgnieniu. Cóż...
Czas na pierwszy łyk, bo pić się chce niemiłosiernie. Bakterie kwasu mlekowego, które zdążyłem już dobrze poznać, radzą sobie w tym trunku niemal doskonale. Kwaśność jest dość cierpka i czysta, a przy tym mocno owocowa. Oczywiście dojrzałe maliny są dużo bardziej słodkie, aniżeli kwaśne, stąd wiadomo, że kwasek pochodzi od ww. przemiłych mikroorganizmów, a nie od soku malinowego. No, ale czy znajdziemy tutaj coś jeszcze? Owszem, oprócz smaku malin, wyraźnie czuję charakterystyczny smak rabarbaru, limonki oraz czerwonych porzeczek (skąd takie skojarzenia, nie wiem). Słodu, chmielu i tym podobnych piwnych akcentów raczej tu nie znajdziecie, ale w kwasach można je sobie darować.