poniedziałek, 21 sierpnia 2017

PROJEKT 30 - "1". Imperialny Porter Bałtycki z Browaru Maryensztadt



Dziś bardzo szczególny dzień oraz szczególny wpis, bo i okazja jest nie byle jaka. Pękło milion (1000000) wyświetleń bloga!!! W końcu! Po ponad pięciu latach doczekałem się tej okrągłej liczby. Jestem być może najmniej poczytnym piwnym blogierem w tym kraju, ale wali mnie to. Kopyra milion osób ogląda pewnie w miesiąc, albo i krócej, ale z nim przecież żodyn nie ma startu. Ja się cieszę z tego miliona jak dziecko z lizaka, mimo, że zajęło mi to ponad pięć lat.
Taką okazję trzeba było oczywiście odpowiednio uczcić. Najlepiej jakimś sztosem. Miałem w planach kolejny Wielki Test (na razie nie zdradzę jaki), ale technicznie po prostu nie dałem z tym rady. Na milion wyświetleń sięgnąłem więc w głąb piwnicy po jednego z przebywających tam sztosów. Wybór jak widzicie padł na pierwsze piwo z limitowanej serii Projekt 30 z Browaru Maryensztadt. Piwo zostało oznaczone po prostu cyfrą „1” i jest to imperialny porter bałtycki. Jak głoszą twórcy: „Projekt 30 to seria piw, przy warzeniu których staramy się osiągnąć 30 Plato. Ich wyjątkowość polega na niepowtarzalności. Każde piwo to tylko jedna warka, więc ten kto po nie sięgnie staje się częścią historii naszego browaru”. Przyznacie, że brzmi to niezwykle pięknie i wzniośle :)
Jak na sztosa przystało piwa na rynek trafiło niewiele, a jego cena do najniższych nie należała (choć do najwyższych również nie). Piwo ma potężne ciało (dokładnie 29,33° Plato), ale posiłkowano się przy tym ekstraktem słodowym, co oczywiście jest rzeczą zrozumiałą. Z niespotykanych w porterze składników mamy tu miód spadziowo-gryczany. Trochę to dziwne, ale OK. Oby tylko nie było zbyt słodko…


Nie sposób wspomnieć w tym wypadku o opakowaniu, które z już z odległości dwóch kilometrów mówi nam, że w środku czai się coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. I nie chodzi tu wcale o przeterminowanego Harnasia leżakowanego dwa lata w beczce po kiszonej kapuście. Ekskluzywna włoska mała buteleczka, zamykana „szampanowskim” drewnianym korkiem nie jest co prawda nowością na naszym kraftowym podwórku, ale wciąż robi niesamowite wrażenie. Etykieta jest tu minimalistyczna, ale w zamian tego mamy stylową zawieszkę z masą niezbędnych informacji o całym Projekcie 30, o samym piwie jak i jego parametrach. Piwo zostało rozlane 20 stycznia 2017 roku, więc siedzi już w butelce 7 miesięcy. Kolejnych kilka miechów zapewne leżakowało w browarze, zatem w tym momencie będzie już miało być może około roku. To wystarczająco długo na ułożenie się 10,5% alkoholu.
Sprawdźmy co czai się w środku. Ciecz po przelaniu z pozoru wydaje się być czarna, jednak to tylko pozory, bo naprawdę nosi ciemno brunatną barwę. Piana jest niezbyt wysoka, drobna, puszysta, beżowa z koloru. Opada w średnim tempie.
Siup do dzioba. Mniam, mniam… Jest wyraźnie słodko, cholernie czekoladowo oraz trochę miodowo i karmelowo. Tak, w rzeczy samej czuć tutaj ten miód, ale bardzo fajnie się on komponuje z całą resztą. Opiekane słody robią tu za robola, czyli są tylko tłem dla mlecznej czekolady, drogich pralinek oraz masy suszonych owoców – śliwek, rodzynek, czarnych porzeczek, fig i daktyli. Niebywale estrowy to napitek. Nie wiem na ile jest to efekt utlenienia, a na ile samej receptury. Z tła udało mi się wyłapać akcenty cukru brązowego oraz rozpuszczalnego kakao. Całość słodka, ale nie ulepkowata. Goryczka pochodząca od ciemnych słodów majaczy gdzieś na horyzoncie, ale jej moc jest naprawdę niewielka. Szlachetna nuta alkoholu przyjemnie rozgrzewa od środka, dając wrażenie picia likieru czekoladowo-owocowego. W samych ustach natomiast nie czuć ani grama etanolu! Nic nie piecze, nic nie pali, po prostu mistrzostwo ułożenia i harmonii! Genialnie to smakuje. Bogato i złożenie. Gładko i aksamitnie. Brawo! :D

piątek, 18 sierpnia 2017

SUMMER ALE z DOCTOR BREW. Dobra pozycja na lato



Lato się nam jakby trochę w końcu rozkręciło. Słoneczka jest całkiem sporo, a i temperatury wreszcie wskazują sympatyczne trzydzieści kresek :D Wiem, dla niektórych to zdecydowanie za dużo, ale mnie bardziej wkurwia żałosne 19, czy 20 stopni niż upał rzędu trójki z przodu. Lubię ciepło, a nienawidzę zimna – proste.
Jako wielbiciel mocnych i tęgich napitków niewiele jest w moich zapasach piw typowo letnich i sesyjnych, ale całkiem niedawno stałem się posiadaczem Summer Ale od Doctora Brew. Z rezerwą podchodzę do wytworów sympatycznych skądinąd doktorków, ale z drugiej też strony piłem już od nich kilka urywających wiadomą część ciała trunków. W każdym bądź razie nad letnim ejlem nie zastanawiałem się zbyt długo, zwłaszcza, że mój „oszołom” wystawił go po dobrej cenie. Jako ‘łowca okazji’ nie mogłem przejść nad tym obojętnie ;)


Po przelaniu do szkła mym oczom ukazuje się taki oto obrazek: wyraźnie zamglony, pomarańczowo-złocisty płyn, spowity średnio obfitą czapą białej i drobno pęcherzykowej piany. Piana jakoś specjalnie trwałością nie grzeszy, ale za to fajnie oblepia ścianki. Sumarycznie dość dobrze to wygląda. Salma Hayek w bikini z pewnością wygląda lepiej, ale to nie ten blog… ;p
Gorąc jest, pić mi się chce, więc pora zwilżyć gardełko. Jeden łyk, drugi, trzeci. Kurde gdzie się tu podziały bąbelki? Wysycenie jest tragicznie niskie, w zasadzie to prawie nie ma go wcale. A powinno być, bo przecież to jest piwo na lato. Ma być rześkie i orzeźwiające. No w sumie dość rześkie jest, ale jakby dwutlenek węgla łechtał mnie po jamie ustnej, to bym się wcale nie obraził. Piwo smakuje jak typowy ‘amerykanin’ – jest tutaj sporo cytrusów, bardziej w formie skórek niż miąższu. Chodzi mi głównie o nuty cytryny, limonki i różowego grejpfruta. W następnej kolejności na scenę wkracza wyraźna chmielowość, taka bardziej już tradycyjna, może nawet lekko trawiasta. Tuż za nimi drepcze nieznaczna doza żywicy, igliwia oraz ziół. Lekka słodowość typu zbożowo-chlebkowego pełni natomiast rolę sympatycznego tła. W to wszystko miesza się wyraźna i dosyć mocna goryczka o żywiczno-grejpfrutowym zacięciu. Goryczka minimalnie zalega, ale sumarycznie jest w miarę szlachetna, miękka i gładka. Fajnie się to pije, choć piać z zachwytu nie zamierzam.

wtorek, 15 sierpnia 2017

BROWAR LUBMERJACK. Garść informacji + test trzech pilsów



Od niedawna stałem się posiadaczem trzech z czterech premierowych piw nowego Browaru Lumberjack. Czy szczęśliwym posiadaczem, tego dowiecie się na końcu tego tekstu. Pisząc wstęp nie mam pojęcia, czy owy zakup można uznać za udany. 


Piwka nabyłem w popularnym „oszołomie” po stosunkowo niewygórowanych cenach trzeba nadmienić. Wszystkie piwa są w zielonych butelkach i wszystkie to pilsy! Jeden zwykły, a dwa z dodatkami – owocem jałowca i pędami sosny. Niestety nie udało mi się zdobyć czwartego do kompletu – z trawą żubrową. Przyznam, że pierdyknąć premierę czterech różnych pilsów to dość pomysłowe rozwiązanie. Cztery pilsy, ale każdy inny. Przy takim obrocie sprawy moja mózgownica rzecze jedno: zrób degustację porównawczą!
Zanim przejdę to sedna, to jeszcze słów kilka o samym browarze, który de facto browarem… nie jest! Nawet kontraktowym. Pomysłodawcą tego projektu jest firma Bevgroup z Legionowa – dystrybutor piw importowanych i polskich rzemieślniczych. Firma dostarcza krafty do sieciówek spożywczych, jest także właścicielem marki Chmielologia, pod której szyldem też można spotkać piwa rzemieślnicze. Tak więc właściwie Browar Lumberjack nie jest browarem lecz marką handlową (mówiąc inaczej zleceniodawcą). To chyba coś na zasadzie marki piw HedgeHog z Tesco. Jeśli się mylę, to mnie poprawcie.
Aha, podobnie jak HedgeHogi, Lumberjacki też są warzone w bliskim memu sercu Wąsoszu. Cóż za dziwny zbieg okoliczności!
Do samego opakowania większych zastrzeżeń nie mam, no może poza zieloną butelką. Od razu widać, że marketing wziął tutaj górę nad zdrowym rozsądkiem (zielone butelki są przecież takie modne, takie hipsterskie). Który browar rzemieślniczy jednak leje piwa w zielone butelki?! No właśnie… Każdy craftopijca, jak i sam właściciel browaru rzemieślniczego wie, że zielone są „be”.
Etykiety są spójne i fajnie skrojone, wykonane z białego szorstkiego papieru. Grafiki nawet spoko, no i to hasło „piwo prosto z lasu” też raczej na propsie. Oczywiście to kolejny chwyt marketingowy, ale muszę przyznać, że wywołuje u mnie pozytywne konotacje. Karny kutas natomiast należy się za brak pełnego składu! Są też morskie opowieści. Na szczęście dość krótkie, a fantazja zbytnio autora nie poniosła.

CHMIELOWY PILS


Wygląd: Złocisty, lekko zamglony kolor. Piana biała, drobna, puszysta i bardzo obfita. Opada bardzo wolno, świetnie lepiąc się do ścianek.
Aromat: Przyjemny i czysty, głównie chmielowo-trawiasty. W tle natomiast buszuje dość wyraźna słodowa podbudowa o fajnym chlebkowo-biszkoptowym profilu. Zapach skunksa prawie, że nieobecny (na granicy autosugestii). Świetnie to pachnie! Aż chce się wąchać :)
Smak: Lekko wodnisty, ale w sumie jest tu zaledwie 9% ekstraktu, więc nie wymagajmy cudów. Mamy tu niewielkie muśnięcie chmielem oraz subtelnymi ziołami. Poza tym klasyczna jęczmienna słodowość oraz chlebek. Wysycenie średnie, może nawet ciut za niskie.
Goryczka: Przyjemna, ale niezbyt wielka, typowo chmielowa z nieznacznym ziołowym zacięciem. Piwo chmielone Marynką zaznaczam.

sobota, 12 sierpnia 2017

WARKA OBIECANA - Kooperacyjne dzieło Browarsa i Piwoteki



Nie mam bladego pojęcia komu Browars i Piwoteka obiecali to piwo, ale fakt faktem, że jest to Warka Obiecana ;) Z tego co kojarzę jest to pierwsze w Polsce Buckwheat Wine….yyyyy, a co to kurna jest? – ciśnie się pytanie. Otóż to taki rodzaj Barley Wine z dodatkiem gryki zwyczajnej, czyli popularnej hreczki. Nie chodzi tu jednak o surowe ziarno, lecz tak naprawdę o kaszę gryczaną i do tego prażoną!
Tak więc po wielu Barley łajnach, kilku Wheat łajnach i jednym Rye łajnie, mamy oto Buckwheat Wine. Chyba trochę za dużo gówna jak na jedno zdanie prawda? ;p
Szczerze?  Totalnie nie wiem czego się spodziewać. Piłem już co prawda jedno piwo z dodatkiem gryki (nomen omen Gryczane się zwało), ale jakoś szczególnie tej gryki to ja tam nie czułem.
Piwotekę znam dość dobrze, Browarsa natomiast prawie wcale. Ciekawe jak wyszło piwo spod ich wspólnych rąk? Zobaczmy. 


Nie będę już na wstępie zanudzał Was wyglądem, więc skupmy się na smaku. Jeden łyczek, drugi, trzeci… Smakuje to jak dobry, niemal klasyczny barli łajn. Piwo jest dość gęstawe, nawet gładkie i nieco oleiste. Czuć te 24° Plato. Ciało fest daje o sobie znać. Jest przyjemnie słodowo i karmelowo. Treściwość naprawdę pierwsza klasa. Prawie, że można się tym piwem najeść. W drugim akordzie na scenie pojawiają się lekkie nuty opiekane, tostowe, miodowe oraz chmielowe o wybitnie ziołowym zacięciu. Mimo początkowej słodyczy finisz jest dosyć wytrawny i goryczkowy. Goryczka jest przeciętnie długa, niestety nieco mdła, o ziołowo-chmielowym profilu. Dobrze radzi sobie jednak z opasłym słodowym ciałem. Z tła można wyłapać prażone ziarno zbóż oraz prażoną cykorię, a przynajmniej ja mam takie skojarzenia. Nasycenie niskie, stylowe. Alkohol jest przeciętnie ułożony. Coś tam z lekka szczypie w gardło, może też delikatnie piecze, choć przy takim woltażu wydaje się to zrozumiałe. Całość nawet niezła, ale jak to mawiał klasyk - szału ni ma.

środa, 9 sierpnia 2017

DE FACTO - Mocarny Belg z Browaru Na Jurze



A propo de facto – to słynne powiedzonko sympatycznego Pana Wszywki ;) (ciągle mam gościa w pamięci). De Facto natomiast to jeden w nowszych napitków z Browaru Na Jurze, który naprawdę jest mi bliski. Zarówno z powodu tego, że znajduje się stosunkowo niedaleko ode mnie, jak i z tego, że osobiście poznałem kilka osób z licznej ekipy browaru (jak na rodzinne przedsiębiorstwo przystało).
De Facto to trzeci (tak, trzeci!) już zawierciański Belgian Golden Strong Ale. Wcześniej w świat poszła Szatańska Obelga i Rycząca Czterdziestka. Naprawdę nie mam pojęcia czemu tak sobie upodobali ten styl. Co ciekawe wraz z każdą wersją rośnie zawartość alkoholu. Tutaj mamy jebuckie 12 voltów!! Grubo. Naprawdę zaszaleli w tym Zawierciu. 


Mocarny belg prezentuje się dość zacnie. Piwko jest idealnie klarowne, ciemno złote. Piana niewysoka, ale drobna i puszysta. Opada niestety szybko do postaci cienkiej obręczy.
Hop siup w ten głupi dziób. Jest tęgo, solidnie i przede wszystkim belgijsko! Przyprawy pchają się drzwiami i oknami, a efekt wspomaga lekka owocowa nuta, kojarząca się poniekąd z gruszkami i morelami. Całość jest bardzo pełna w smaku, ani gorzka, ani słodka w odbiorze. Z tła można wyłuskać sympatyczną słodowość o delikatnie biszkoptowym zacięciu. Lekka chmielowość oraz trawa też są tu obecne. Na finiszu łączą się one z niewielkim echem ziół, dając razem niewielką, acz wyczuwalną goryczkę. Swoją drogą bardzo ułożoną i harmonijną. Wysycenie jest dosyć niskie, chyba trochę nawet zbyt niskie, mając na uwadze wymowne słowo na kontrze  - „musujące”. Alkohol czuć owszem, delikatnie rozgrzewa od środka, jednak sumarycznie trzeba stwierdzić, że jest dobrze ułożony. Raczej obstawiałbym, że jest tu jakieś 9%, a nie 12. Naprawdę fajnie to smakuje. Jestem pod wrażeniem.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PIWO MIESIĄCA - LIPIEC 2017




Dni tak szybko zapierdzielają, że nawet nie wiem kiedy zleciał mi ten lipiec. Po prostu mi jakoś uciekł. W związku z tym małe opóźnienie kolejnej odsłony Piwa Miesiąca. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Jak mówi stare mądre powiedzenie – co się odwlecze, to nie uciecze.
W lipcu tak jak i w innych miesiącach przez moje gardło przelało się kilka naprawdę bardzo dobrych piw. Mam tu na myśli te „ósemki”, które sypały się jak z rękawa. Było oczywiście też kilka rozczarowań (mniejszych lub większych), ale nie o tym jest ten wpis przecież.

Bez zbędnego owijania w bawełnę. Tytuł PIWO MIESIĄCA – LIPIEC 2017 zdobywa Gerda z Browaru Spółdzielczego!!! :D


W zaistniałej sytuacji wypada mi mocno pogratulować ekipie z Pucka za uwarzenie, a później wymrożenie tak zacnego Ice RISa!

No nie mogło być chyba inaczej. Naprawdę ciężko byłoby znaleźć godnego konkurenta dla tak zajebistego piwa. Browar Spółdzielczy ochoczo bawi się w wymrażanki, ale prawie każdy chyba podpisze się pod stwierdzeniem, że Gerda to, póki co ich najznakomitsze dzieło.
W piwie tym czeka na Ciebie potężne, ale dobrze ułożone 12 voltów. Do tego mamy tu potężną gładkość, sporą gęstość, olbrzymią pełnię, no i oczywiście wanilię madagaskarską, którą piwo fajnie przesiąkło, ale jednocześnie go nie zdominowało. Oczywiście poza tym Gerda oferuje całą gamę smaczków typowych dla porządnego RISa :)
Genialny trunek, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju!


sobota, 5 sierpnia 2017

SPECTRUM z BROWARU SZPUNT



Ehhhh… jakoś nie mogę się powstrzymać od kupowania ciężkich, mocarnych RISów. Od kupowania i ich konsumowania. Nawet teraz, nawet latem, gdy raczej moda jest na piwka lekkie i sesyjne. Mam do nich słabość po prostu. Taki już jestem pierdolnięty ;)
Dziś na mym stole gości Spectrum  - Russian Imperial Stout z Browaru Szpunt. Ekipa już dość znana i lubiana. Ciekawe piwa robią, choć jak dla mnie to dopiero drugi z nimi kontakt (szejm Piotrek, szejm). Zaczynali od owianego złą sławą Koreba, ale obecnie warzą w Bytowie. A może i gdzieś jeszcze, tego nie wiem.
Spectrum to stosunkowo nowe piwo. Przeszło raczej bez większego echa, bo i w sumie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, zwykły klasyczny RIS bez udziwnień i dodatków. Mimo to zbiera dosyć dobre opinie, stąd moje nim zainteresowanie. Sprawdźmy jak to smakuje. 


Otwieram i przelewam. W szkle ląduje czarny, nieprzejrzysty trunek. Mało odkrywcze, ale wspomnieć trzeba. Piana niewysoka, centymetrowa, ale za to drobna i puszysta. Ma ładną barwę jasnego brązu. Lacing jak na tak mocne piwo nie jest najgorszy.
Mamy tu potężne 25°Blg i „zaledwie” 9,5% alkoholu - dosyć płytkie odfermentowanie. W Żywcu Porterze tyle samo procentów uzyskuje się z 21 ballingów. Teoretycznie zwiastuje to sporą obecność cukrów resztkowych, a tym samym słodyczy. No i faktycznie Spectrum to jeden z tych słodszych ruskich stałtów, które w ciemno można pomylić z porterem bałtyckim. Zwłaszcza, że i samej paloności także tu nie za wiele. Piwo sprawia wybitnie deserowe wrażenie. Jest sporo mlecznej czekolady, pralinek i nut rozpuszczalnego kakao. Kawa jeśli jest, to łagodna i ze sporą ilością cukru oraz śmietanki. Ciemne słody są bardziej prażone, aniżeli palone. Naprawdę zalatuje mi to „bałtykiem”. Z tła dobiegają echa suszonych owoców, przypieczonej skórki chleba, karmelu oraz lukrecji. Lekka i krótka kawowa goryczka jest wyczuwalna, ale nie za specjalnie radzi sobie z tak potężnym ciałem. Smaczne to jest, choć jak dla mnie nieco mulące. Ta słodycz z biegiem czasu staje się trochę monotonna. Wielki plus za doskonale ukryty alkohol. Piwo jest naprawdę doskonale ułożone!

wtorek, 1 sierpnia 2017

RZUTKOWE ze SPÓŁDZIELCZEGO. W sam raz na lato



Lecimy z kolejną recką. Tym razem coś odpowiedniego do pogody. Pisząc to jest ponad 30 kresek na zewnątrz, więc nie w kij dmuchał. Pot się po dupie leje, nic nie poradzisz. Sorry, taki mamy klimat – powiedział kiedyś ktoś bardzo mądry ;)
Na taki skwar to tylko coś lekkiego i sesyjnego. Na przykład takie Rzutkowe ze Spółdzielczego. To jest chyba jakaś nowość o ile się nie mylę. Leciutki Berliner Weisse doładowany cytrusami: limonką, cytryną i mandarynką. Oczywiście całość zakwaszona bakteriami lacto (żeby nie było). Tak więc mamy tu klasykę podrasowaną owocami. Sprytnie. 


Piwo wygląda jak typowy Berliner. Jest blado złote i wyraźnie mętne. Spowite cholernie apetyczną pianką. Bialutką jak świeży śnieg, puszystą, niezwykle drobną i sprężystą. Piana opada bardzo powoli, ładnie osadzając się na ściankach.
Dobra, kończę jarać się wyglądem, bo ślinka cieknie do samej ziemi. Czas zwilżyć gardełko. Przyjemnie kwaskowe jest to Rzutkowe. Natężenie kwasku określiłbym jako przeciętne. Równo połowa skali można rzec. Piwo jest diabelnie rześkie, a dodatkowo efekt ten wzmaga wysokie wysycenie. Świetnie się to pije. Bez problemu wyczuwam cytrynkę oraz limonkę. Mandarynkę może i niekoniecznie, ale spoko. Nic się nie dzieje. Bez tego też da się żyć. Daleko w tle baraszkuje sobie niewielka chmielowa nutka, wymieszana z cieniem jasnego słodu pszenicznego. Całość dość prosta w swojej konstrukcji, ale bardzo smaczna.

sobota, 29 lipca 2017

SZERYF - IPA o podejrzanym charakterze



Gościszewo – niewielka wieś na Pomorzu, mekka AleBrowaru, synonim prawdziwego browaru regionalnego. Piwa mają nawet niezłe, choć do czołówki polskiego piwowarstwa raczej bym ich nie zaliczył. Mimo to AleBrowar wyraźnie pchnął ich do przodu. Pokazał, że można. Ba! Że nawet trzeba iść przed siebie z odwagą i nowymi pomysłami.
Jednym z nich jest nowofalowy Szeryf – IPA o dość niskich parametrach (14°Blg). Dolna granica stylu, osobiście wolę taką na przykład szesnastkę, no ale nie będę wybrzydzał i trolował jak jeszcze piwa nie spróbowałem. Niech nawet będzie to APA. Też może być. Ważne żeby było to dobre. Nazwa stylu nie ma znaczenia. Najpierw sprawdźmy, a jeśli już to będziemy narzekać później.
Piwo na papierze nie wyróżnia się absolutnie niczym. Zwykła, klasyczna IPA (amerykańska jak sądzę). Taka jak Bóg przykazał. Nie żadne tam Niu Ingland, czy Łest Kołst. IPA po prostu.


Przelewam, cykam fotkę i oglądam. Szeryf prezentuje się naprawdę zacnie. Piwko jest śliczne – miedziane z rubinowymi refleksami widocznymi pod światło. Generalnie jest klarowne, choć mam wrażenie delikatnego zamglenia. Piana na dwa palce, puszysta, kremowa w barwie, drobno ziarnista. Utrzymuje się przeciętną ilość czasu. Nieźle znaczy szkło.
Pierwszy łyk mnie raczej nie zaskoczył. Podobnie drugi, piąty i dziesiąty. Całkiem poprawne piwo, może nawet i niezłe, ale tak naprawdę  niczym nie wyróżniające się. Stara szkoła, czyli solidna słodowa podbudowa, wspierana przez karmel, biszkopcik oraz żywicę. Nieznaczne owoce tropikalne występują dopiero na drugim planie. Gdzieś pomiędzy natomiast plątają się echa ziół, chmielu, iglaków oraz lasu. Cytrusów jako takich raczej nie stwierdziłem. Jest za to dość wyraźna, umiarkowanie mocna goryczka o niezłym ziołowo-pestkowym zacięciu. Minimalnie zalega, ale sumarycznie jest miękka i zaokrąglona, sprawia miłe wrażenie. Wysycenie niskie, jak dla mnie zbyt niskie. Całość smakuje nieźle, ale do zachwytów bardzo daleka droga.

środa, 26 lipca 2017

NUTCASE od HOPKINSA. Ciekawy lager z dodatkami



Dziś ponownie Browar Hopkins na tapecie. Podobają mi się strasznie ich etykiety. Są po prostu świetne. Ten śliski, gładki papier, wyróżniające się i widoczne logo, piękne grafiki oraz sowita garść niezbędnych dla beer geeka informacji. Jest tu wszystko co powinieneś wiedzieć, brakuje chyba tylko daty ostatniej miesiączki Twojej żony/dziewczyny ;)
Piwo zwie się Nutcase, co już nam wiele zdradza, choć nie wszystko. Jest to Walnut Winter Lager, czyli po naszemu orzechowy zimowy lager i to dość mocny. Czemu w środku lata piję takie coś? A czemu kuźwa nie? Kto bogatemu zabroni? ;p
Dobra, a o co kaman z tym orzechem? Otóż do leżaka (jak mniemam) dorzucono orzechy włoskie (respect) oraz płatki drzewa tegoż orzecha. Z ciekawszych rzeczy mamy tu jeszcze słód wędzony drewnem gruszy. Ho, ho zanosi się na całkiem nietuzinkowe piwko :D Zatem kończę już to pierdu-pierdu i biorę się do dzieła.


Naprawdę nie wiedziałem czego się spodziewać. Dodatki na papierze są ok, ale chmiele przecież są dość nudne (Magnat, Iunga, Marynka), a poza tym jest to lager… Tymczasem okazuje się, że wyszło z tego całkiem fajne piwo. Poważnie! Jak na 16 ballingów przystało czuć odpowiednie ciało oraz sporą głębię smaku. Dominuje tu przyjemna słodowość, podbita orzechem włoskim, a w sumie bardziej jego skórką. Dalej mamy szlachetne ziołowe nuty, okraszone kapką tradycyjnego chmielu, żywicy i jakiegoś owoca, ale kurczę za cholerę nie mogę skojarzyć jakiego. Tłem popierdziela niewielka doza biszkoptów i ciastek domowej roboty, polanych tu i ówdzie karmelem. Jest słodkawo, ale bez większej przesady. Wędzonki zupełny brak. Goryczka jest nieduża, lekko ziołowa, ale przyjemnie rozchodzi się po podniebieniu. Wysycenie średnie, pasujące do całości. Naprawdę smacznie się to pije.
Piwo jest przyjemnie mętne, nieprzejrzyste. Barwa przypomina ciemne złoto zmieszane z bursztynem w proporcjach pół na pół. Piana bardzo wysoka, obfita o średnich rozmiarów pęcherzach. Opada umiarkowanie powoli, wystarczy jednak, by nacieszyć oko.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Trzy nowości z BRJ. Czy jest się czym zachwycać?




Browary Regionalne Jakubiak jakie są każdy widzi. Zazwyczaj o nich głośno w kontekście różnego rodzaju afer, które pozwolę sobie przemilczeć. Być może to zasługa charyzmatycznego Pana Jakubiaka, a może tylko zrządzenia losu? Sam nie wiem…
Bądźmy szczerzy i postawmy sprawę jasno - w starciu z prawdziwym craftem BRJ raczej szans nie ma (poza nielicznymi wyjątkami), ale za to śmiało może konkurować w segmencie tzw. browarów regionalnych.
Tak się składa, że dzięki pewnemu panu z działu marketingu tejże grupy, stałem się posiadaczem trzech nowości, które właśnie pojawiły się lub dopiero pojawią się w sklepach. Kompletne świeżynki. Jest ich trzy, a każde jest z innej parafii, znaczy się tej… no warzelni! ;)
Ten wpis stanowi swoistego rodzaju research, mający na celu zbadanie poziomu jakości nowych, a zatem świeżych piw z trzech różnych browarów grupy BRJ. Nie traćmy czasu, szklanki w dłoń i do dzieła :)

CIECHAN EKSPORTOWE


Odkrywczym to bym tego piwa nie nazwał, bo jest to zwykły jasny lager, jakich multum w każdym sklepie (nawet u babci Joasi za rogiem). Z materiałów propagandowych promocyjnych można wyczytać, że mamy tu „wyraźnie wyczuwalny zapach chmielu”, a „w smaku wyczuwalny jest delikatnie słodowy posmak z nutą aromatycznego chmielu pozbawionego intensywnej goryczki”. Taaa… kolejne po Carlsbergu Nox piwo „bez zbędnej goryczki” ;>
Chmielowa goryczka faktycznie jest znikoma, ale wbrew pozorom nie zerowa. Powiedzmy, że jest to poziom najbardziej goryczkowego koncerniaka (jasnego lagera), które to wiadomo, że goryczą nie grzeszą. Nie wiem, czy to będzie Żywiec, czy jakieś inne Tyskie? Na oko jakieś 22 IBU, ale wiadomo, że na oko, to chłop w szpitalu umarł.
Jak na dwunastkę Ciechana Eksportowego pije się nadzwyczajnie lekko i żwawo. Może nie jest to jeszcze wodnistość, ale ciała naprawdę jest tu nie za wiele. Co ciekawe opis jak nigdy zgadza się z rzeczywistością! Faktycznie w zapachu czuć chmiel, a przy okazji też trawę oraz chlebową słodowość. Zapach jest dość mocny i świeży. Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie estry… Tak, piwo pachnie białymi owocami oraz landrynkami, a nie powinno. W tym przypadku to jest wada. Co prawda nie jakaś odrzucająca, ale jednak.Nie sądzę, żeby polskie chmiele wniosły takie klimaty.
Smak natomiast to łagodne połączenie lekkiej słodowości, białego pieczywa oraz chmielu o delikatnie ziołowo-trawiastych naleciałościach. W tle ponownie pojawiają się niewielkie echa białych owoców oraz nafty (!). Efekt jest trochę podobny jak po użyciu chmielu Mosaic, tymczasem tutaj mamy Lubelski i Marynkę. Goryczka niewielka, acz wyczuwalna. Szczególnie na finiszu. Wysycenie drobne, ale stosunkowo niskie. Z pewnością niższe niż każdy koncerniak, jeśli już mam do czegoś porównać. 

piątek, 21 lipca 2017

ECHO - Imperialny Porter Bałtycki od Nepomucena



Browar Nepomucen dosyć rzadko gości na moim blogu z racji swojej niewielkiej dostępności w moich okolicach. No, ale jeśli już w „moim sklepie” trafił się taki rarytas jak Echo, nie mogłem sobie odmówić jego zakupu.
Jednym z nowszych piw ze Szkaradowa jest imperialny porter bałtycki o wiadomej już nazwie. Na papierze nie wyróżnia się totalnie niczym, poza lekko podniesionymi parametrami, stąd przydomek imperialny. Nie ma tu żadnych dodatków o niespotykanym pochodzeniu. Po prostu klasyczny ‘bałtyk’ bez udziwnień. Moja opinia o Nepomucenie jest dość wysoka, stąd i oczekiwania nie są małe. Wszak porter bałtycki to jeden z moich ulubionych stylów piwa! Zresztą kto śledzi blog na bieżąco, to doskonale o tym wie. Jestem nieźle świrnięty na tym punkcie. Świrnięty, ale też wyczulony. Nie każdym porterkiem można mnie kupić ;)


Echo wygląda całkiem przystępnie. Piwo z pozoru wydaje się być czarne, lecz gdy się człek dobrze przyjrzy to będzie w stanie ujrzeć ciemno brunatną barwę. Piana rośnie do okazałych rozmiarów, ale szybko redukuje się do grubości palca (jednego niestety). Rzeczona kołderka jest puszysta, drobna i nosi piękne beżowe wdzianko. Lacing zacny – obfity i trwały. Naprawdę zaczyna się dobrze.
Czas na spożycie. Piję i mlaskam. Ciało fajne, dosyć gładkie, dobrze zaokrąglone. Piwo sprawia wrażenie słodkiego. Jest wybitnie pralinkowe, czekoladowe z dużą ilości miazgi kakaowej. Tak, kakao mocno daje o sobie znać. Mamy tu również skojarzenia z gorącą czekoladą, taką do picia. Nie mówię, że to źle. To jest nawet dość fajne, tylko niezbyt często występujące w ‘bałtykach’. W dalszej kolejności na scenę pchają się umiarkowanie palone słody, wspierane przez lukrecję i łagodne nutki posłodzonej kawy z mlekiem. Z tła natomiast można wyłapać nieśmiałe akcenty chleba razowego, karmelu, cukru brązowego oraz chmielu! To on w 50-ciu procentach odpowiada tutaj za goryczkę. Nie jakoś bardzo mocną, ale jednak zauważalną, a przy tym niestety trochę zalegającą. Druga połowa składowych goryczki to oczywiście palone klimaty oraz kawa. Smaczne to jest, choć jakiegoś szaleństwa u mnie nie wywołuje.

środa, 19 lipca 2017

LATO CZEKA! American Wheat z Widawy



Wchodzę ja dzisiaj do mojej świątyni… znaczy się do piwnicy pogłaskać swoje piwerka. Patrzę, a tam Lato Czeka! Myślę sobie: przecież lato już jest, już trwa. Póki co jest kapryśne jak pięcioletnie dziecko, no ale dobrze, że w ogóle jest. Więc wyciągnąłem Lato Czeka! z piwnicy i czytam: Piwo American Wheat z mango i marakują. Kurde przecież mango i marakuja to moje ulubione owoce tropikalne. Uwielbiam je! Amerykańską Pszenicę też uwielbiam. Piwa z Widawy też uwielbiam. Gdybym znał osobiście Wojtka Frączyka też pewnie bym go uwielbiał.
On naprawdę do tego piwa dodał tych owoców. Nie jakieś tam skórki, soki, nektary, czy broń Boże aromaty. To jest piwo z prawdziwymi owocami! Mango i marakuja, czaicie?! 


Na początek tradycyjnie kilka słów o wyglądzie. Trunek z Widawy wcale nie wygląda jak piwo. Raczej jak świeżo wyciśnięty sok. Jest totalnie mętny i nieprzejrzysty, mimo że nie wstrząsałem przed przelaniem, a większość osadów została na dnie butelki. Ciecz trąca pomarańczowo-złocistą barwą. Generuje sporą pianę, która jednak urodziwa nie jest. Zbudowana  z grubych i brzydkich pęcherzy czapa bardzo szybko się redukuje, więc po kilku minutach jest już po ptokach…
Smakujemy. Już pierwszy łyk dał mi do zrozumienia, że nie jest to jakieś tam liche piwko. To znaczy się jest lekkie, ale też kurna zadziorne. Wojtek nieźle musiał sypnąć chmielu na goryczkę, bo skubana porządnie ciora mnie za mordę. Goryczka jest długa, bardzo mocna, lekko ściągająca i niestety też zalegająca. Posiada czysty cytrusowo-pestkowy profil. Jest naprawdę konkret! A cała reszta? No jest pszeniczna słodowość, iglaki, żywica i są owoce. Głównie cytrusy z zielonym grejpfrutem i limonką na czele. Nieco dalej majaczy skórka cytryny oraz wspomniane mango i marakuja. Jestem jednak nieco zawiedziony, bo liczyłem na większy udział tych ostatnich. Tymczasem piwo chłosta mnie cholernie mocną grejpfrutową goryczką, a słodkie tropiki są tylko ulotnym tłem. Nie tak się umawialiśmy, nie tak…

poniedziałek, 17 lipca 2017

GERDA z BROWARU SPÓŁDZIELCZEGO. Wymrażane czarne złoto...



Ponownie Browar Spółdzielczy na tapecie, a wraz z nim kolejne dary losu… Dziękuję ekipo z Pucka! Jesteście niesamowici.
Wiem co myślicie – jak piwo za free, to od razu będzie wysoka nota. Bo przecież jak się wykosztowali, to nie wypada zbesztać napitku. Otóż wypada o ile będzie ciulowy. Miałbym sam przed sobą kłamać? Bez sensu.
Dobra, do rzeczy. Właśnie mam na stole kolejne wymrażane piwo z Browaru Spółdzielczego! Rozsmakowali się w tym na dobre. Udoskonalili cały proces, a skoro tak często „piwo lodowe” trafia do sklepów, to znaczy po prostu, że chce im się w to bawić (drogocenna to zabawa i bardzo czasochłonna). Gerda to drugi już wymrażany RIS!! Potężne 12% woltażu skrywa w sobie dodatek w postaci wanilii madagaskarskiej. Nie mam pojęcia, czy zasyp jest taki sam jak w Królowej Lodu. Mam nadzieję, że nie i że obydwa piwa różnią się czymś więcej niż tylko leżakowaniem z laskami wanilii. Czek dis ałt!


Opakowanie to dobrze nam już znana mała butelka z długą szyjką. Fajnie, że wciąż utrzymywana jest koncepcja materiałowej, wyszywanej (i w cholerę drogiej) etykiety. Tym razem w kolorze turkusowym, czy coś w ten deseń. Ręki se nie dam udziabać, bo w końcu jestem mężczyzną i nie muszę się znać na kolorach ;)
Piwo jest gęste, ale do rekordzistów trochę brakuje. W sumie przelewa się jak zwykły RIS o porządnym ekstrakcie. W ustach jednak ciecz solidnie oblepia ścianki. Piwo jest strasznie gładkie, śliskie, aksamitne, no i jednak gęste. Przyjemna czekolada deserowa rozlewa się po podniebieniu… To lubię! Mniam, mniam. Wtóruje jej rozpuszczalne kakao oraz pralinki z wyższej półki. Palone słody nie łechtają tak mocno kubków smakowych, jak można by się spodziewać po ruskim Stoucie. Paloność reprezentuje raczej umiarkowane pierdolnięcie. Ale za to jak dzielnie radzi sobie wanilia! Strasznie waniliowe piwo, przez to też po części słodkie. Kawowa goryczka jest naprawdę niewielka. Zdecydowanie nie radzi sobie z balansem, który jest skierowany w tę słodszą mańkę. W tle harcują dość wyraźne suszone owoce – rodzynki, śliwka, figi. Cudownie to smakuje, mimo wyraźnej słodyczy na podniebieniu. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony. Piwo grzeje od środka, dając efekt szlachetnego likieru, tudzież nalewki owocowo-czekoladowej. Naprawdę świetny efekt :) Zajefajny Ice RIS!!!

sobota, 15 lipca 2017

Nowość! ŻYWIEC AMERYKAŃSKIE PSZENICZNE. Hit, czy shit?



Pod koniec czerwca na półki sklepowe trafił nowy Żywiec, o którym dowiedziałem się zupełnie przypadkiem. Po prostu na niego trafiłem (w Tesco bodajże). Wytrzeszczyłem lekko prawą gałkę oczną, po czym wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej, myśląc sobie, że nie będzie to nic wartego uwagi prawdziwego beer geeka
Mijały dni, a może nawet tygodnie, gdy wtem Kopyr zrobił na swoim kanale drugi Wielki Test American Wheat. No i nowy Żywiec pozamiatał! Niemalże zajął drugie miejsce, lecz ostatecznie było to trzecie miejsce na podium! Wśród dziesięciu piw trzeba dodać. Reszta to oczywiście same piwa craftowe z bardzo znanych browarów. Można? Można.
Powoli, powoli również od innych blogerów (i nie tylko) docierają sygnały, że nowy Żywiec Amerykańskie Pszeniczne to naprawdę zacny napitek, w zasadzie trzymający poziom naszych rzemieślników. Tyle, że jest o połowę tańszy :D No i jest z koncernu! Tego złego i niedobrego koncernu, co to zamiast piwa produkuje rozwodnioną brzeczkę na wpół z pomyjami ;)


Wpierw rzut okiem na opakowanie. Etykieta jak to od tych „lepszych” Żywców. Graficznie spoko, tylko ten kolor jakiś taki nijaki, mdły. Nie wiem co to jest, jakiś beż? Zawartość goryczki przedstawiona jest w formie szyszek (like), jest temperatura serwowania (chyba ciut za niska), no i oczywiście szklanka zmieniająca kolor, gdy piwo osiągnie pożądaną zimność, czy też lodowatość. Karny kutas z pewnością należy się za brak pełnego składu! A wydaje mi się, że na niektórych Żywcach jest pełny skład. Czy tylko mi się wydaje? Czekam na Wasze komentarze.
Nowość od Żywca wygląda całkiem spoko. Jasno złota, wręcz blada barwa idealnie celuje w styl American Wheat. Piwo jest oczywiście wyraźnie zmętnione, a pieni się jak szalone! Czapa śnieżnobiałej piany rośnie jak głupia. Pierzynka jest średnio ziarnista i dość trwała. Niespiesznie opadając solidnie koronkuje nam na szkle. Piwo punktuje już na stracie. Wery najs.
Pijemy. Wysycenie umiarkowanie wysokie, drobne, perliste. Piwo sprawia wrażenie lekkiego  i w sumie jest takie (11,5° Plato). Faktycznie cytrusy (cytryna, limonka) są tutaj obecne, ale ich poziom nie jest jak dla mnie jakiś szalenie wysoki. Chodzi tu bardziej o skórkowe klimaty niż o sam miąższ. Mimo to i tak jest nieźle. W pierwszym akordzie na języku można wyczuć przyjemną kwaskowatość, która po chwili ustępuje miejsca przyjemnym nutom słodowym, spod znaku pszenicy oczywiście, ale też słodkawych biszkoptów i jasnego pieczywa. Rolę tła pełni lekka chmielowość (taka wiecie, tradycyjna) oraz raczej niespotykana w tym stylu przyprawowość o minimalnie pikantnym charakterze. Nie mam pojęcia, czy to robota belgijskich drożdży, czy jakiegoś dodatku (np. aframonu), bo jedno i drugie nie pasuje mi do koncernowego piwa. Przez tą przyprawową nutę troszkę zalatuje to Saisonem, który zresztą jest w ofercie Żywca. Całość smaczna, świeża i orzeźwiająca. Dobra robota!

czwartek, 13 lipca 2017

PROSTE - Nowofalowy Pils z Browaru Spółdzielczego


Browar Spółdzielczy jaki jest każdy widzi. Teoretycznie ich działalność ma charakter non-profit, więc wydawało by się, że zrobią kilka zwykłych piw na odwal się i jakoś to będzie. Niektórzy tuż przed ich startem mogli nawet sądzić, że będzie to kolejny nudny browar pokroju regionalnego. Ale nie. Ekipa z Pucka w moim mniemaniu należy do najbardziej prężnych rzemieślników w kraju! Tak, rzemieślników. Płodzą piwa jak rasowy buhaj. Są kreatywni jak Mickiewicz, czy jakiś Picasso w swojej szczytowej formie. Kombinują, podróżują, kooperują, no ale przede wszystkim robią dobre piwa. Piłem od nich już kilkanaście trunków i nie kojarzę jakiejś szczególnej wtopy. Wręcz przeciwnie – niemal mam pewność, że każde kolejne piwo będzie co najmniej dobre.
Powodem mojego wywodu jest jedna ze ‘spółdzielczych’ nowości – Proste. Tak, to jest Pils, który de facto jest zaprzeczeniem moich niektórych słów powyżej. No, bo gdzie w Pilsie mamy kreatywność? Może i nie mamy, ale ostatnio jest moda na takie napitki. Każdy szanujący się browar (również kraftowy) powinien  mieć w swojej ofercie Pilsa. Każdy piwowar wie, że o wiele trudniej uwarzyć porządnego Pilsa niż nowofalową ipę, gdzie tak na dobrą sprawę większość wad i tak przykryje jebucka ilość chmielu. 


Pilsik z Pucka to złociste w barwie piwo (fotka przekłamana) o lekko zmętnionym charakterze. Wieńczy je apetyczna czapa białej jak śnieg, drobnej pianki o dość trwałym żywocie. Piana fajnie brudzi szkło, więc naprawdę nieźle to wszystko wygląda.
Zapomniałem wspomnieć, że całość została nachmielona Citrą, więc taki klasyczny Pils to to nie jest. Pisząc te słowa właśnie go sobie popijam i faktycznie trochę czuć tę nową falę. Piwo jest przyjemnie rześkie, lekkie, poniekąd cytrusowe, choć tej cytrusowości daleko do poziomu jakiegokolwiek IPA. Nie mam o to pretensji rzecz jasna. W drugim rzucie na scenę wjeżdża subtelny ziołowy sznyt, uzupełniony lekką dozą kwiatów, świeżej trawy oraz chlebowo-zbożowej słodowości. Wysycenie jest drobne, umiarkowanie wysokie i mega orzeźwiające. Na finiszu pojawia się średniej mocy goryczka – bardzo gładka, krótka, miękka i szlachetna. Superancko kontruje słodową podbudowę. Całość jest dobrze spasowana. Każdy element świetnie dogaduje się z resztą towarzyszy. Nie przysłania go, nie utrudnia oddychania że się tak wyrażę ;) Naprawdę bardzo smaczny Pils.

poniedziałek, 10 lipca 2017

PO GODZINACH - SAISON NA MADAGASKAR



Browar Amber piwa „Po Godzinach” wypuszcza jak oszalały (Po Godzinach to linia takich ciekawszych piw. Nie chodzi o to, że w browarze klepią nadgodziny). Ja już po raz któryś nawiążę tutaj do konkurencji, czyli serii Miłosław Warzy Śmiało. Na Żytnie Session IPA od Fortuny, Amber odpowiada Saisonem Na Madagaskar – sezą doprawione sporą ilością różnorakich przypraw. Tak się porobiło, że tradycyjne browary regionalne pełną parą warzą crafty! Wery najs :D Niech ta wojna trwa dalej! Wojna o klienta znaczy się… ;)
No więc tak. Do piwa, czy też może do kadzi dorzucono: aframon madagaskarski (nie nowinka wśród kraftowców, ale pomysł warty uwagi), skórkę pomarańczy, skórkę cytryny, skórkę pomarańczy bergamotki, trawę cytrynową (to też już było po wielokroć, ale można zapropsować) oraz kolendrę, choć to nie Witbier przecież. Do tego na pokładzie znalazł się między innymi słód pszeniczny, słód żytni i orkiszowy. Całość nachmielono po amerykańsku rzecz jasna. Kurde powiem Wam, że na papierze wygląda to cholernie obiecująco! Nie ma na co czekać, lecę po otwieracz oraz szkłoooooooo……
Parę zdjęć wykonanych blenderem i już mogę rozkoszować się piwkiem. Wpierw jeszcze dwa słowa o etykiecie, która jest naprawdę świetna! Spójność z całą serią zawsze sobie cenię, ale te barwy to po prostu mistrzostwo! :D Może nawet bardziej kojarzą się z porą wiosenną, aniżeli letnią, ale kto by się tym przejmował? Kolory są żywe, oczojebne i wyróżniają piwo  na półce, zdradzając nam przy okazji czego spodziewać się w środku. 


Łykniem, bo odwykniem ;> Mhmmm… piwo jest naprawdę rześkie, letnie, owocowe. Wysycenie umiarkowane, choć piana rosła jak szalona i nie miała zamiaru przestać. Biała i drobna pierzynka długo się utrzymuje, cudnie lepiąc się do szkła. Jasno pomarańczowe i wyraźnie mętne w barwie piwo smakuje bardzo dobrze. Przede wszystkim cytrusowo. Czuć trawę cytrynową, bergamotkę, wspomniany aframon oraz bardziej tradycyjne pomarańczowe klimaty. Z tła dolatuje dobrze skrojona, puszysta słodowa podbudowa o fajnym pszeniczno-chlebkowym charakterze. Stawkę zamykają nieśmiałe cienie kolendry, chmielu oraz ziół. Szczególnie fajnie zaznacza się tutaj bergamotka, przez co trunek przyjemnie zalatuje wiadomo jaką herbatą. Goryczka jest niewielka, ale to taki styl, więc gra gitara. Dzięki słodowi pszenicznemu piwo wydaje się bardziej pełne w smaku, niż sugerowałby to stosunkowo niewielki przecież ekstrakt (12,1°Blg). Mimo to sprawia lekkie wrażenie, jest strasznie pijalne i niebywale świeże. Całość smakuje naprawdę wybornie! Można pić bez końca ;)

piątek, 7 lipca 2017

RYCZĄCA CZTERDZIESTKA z BROWARU NA JURZE



Browar Na Jurze lubi eksperymenty. Wiedzą o tym niemal wszyscy rodzimi birgicy. Może niezbyt często, ale w miarę regularnie z Zawiercia w Polskę wyrusza jakiś autorski projekt. Jego niecodzienność w głównej mierze polega na jakimś mniej lub bardziej nieznanym dodatku. Nie inaczej jest z Ryczącą Czterdziestką. O dodatkach będzie kilka linijek poniżej, ale wpierw musimy rozgryźć nazwę, która jak wiadomo  - z dupy się nie wzięła. Piwo bowiem powstało niejako „na cześć” Pani Moniki, córki założycieli Browaru Na Jurze. Monika w tym roku skończyła czterdziechę i to właśnie ona przede wszystkim specjalizuje się w wymyślaniu tych bardziej ekstrawaganckich napitków. Tak się składa, że poznałem tę kobietę osobiście podczas mojej grudniowej wizyty w browarze. Bardzo miła, rozgadana i pełna energii osoba. Czy ryczy, to nie wiem, ale potencjał na pewno jest ;)
Tytułowe piwo to belgijski mocarz w stylu Belgian Golden Strong Ale. Co ciekawe jeden z trzech w ofercie browaru! Wyróżnia go dodatek świeżo wyciśniętych soków z cytryny i melona. Nachmielono to po słoweńsku, amerykańsku oraz australijsku. Lecimy z koksem!


Zgodnie ze świecką, średniowieczną tradycją zaczniemy od wyglądu. Pani Monika… tfu! Rycząca Czterdziestka to bardziej pomarańczowe w barwie, aniżeli złociste piwo. Mamy tu lekkie zamglenie, bo mętnością bym tego nie nazwał. Trzeba jednak zaznaczyć, że piwo się już dobrze sklarowało – na dnie została się spora ilość osadów. Wieńczy je niezbyt wysoka kołderka białej, średnio ziarnistej piany, która niestety do wytrwałych nie należy.
Czas na konsumpcję. Ja pierdziu jak to dziwnie smakuje!! Strasznie owocowo, strasznie melonowo! Uprzedzam, że nie przepadam za tym owocem, choć słowo „nie lubię” byłoby tu pewnym wyolbrzymieniem. Melon zajmuje u mnie miejsce tuż obok arbuza, czyli ani mnie ziębi, ani grzeje. Kurczę, ale w życiu bym nie powiedział, że to ma 9,5% alko!!! Absolutnie i pod żadnym względem nie czuć tutaj tego woltażu. Nic nie grzeje, nic nie piecze, nic nie smyra. Zajebioza :) Ale ciało czuć. Nie wiadomo iloma Plato szczyci się ów napitek, ale pełnia jest naprawdę spora. Piwo jest dosyć gęstawe, a przy tym przyjemnie gładkie. Melon dzierży palmę pierwszeństwa, nie dając zbytnio wychylić się zza winkla subtelnym akcentom cytryny, grejpfruta i słodszych tropików typu mango, liczi, czy marakuja. Naprawdę cholernie owocowe piwo. Na tyle owocowe, że nut słodowych trzeba się doszukiwać ze świecą. W tle majaczą niewielkie, acz obecne cienie przyprawowe – w końcu to belgijskie piwo. Z odchmielowych niuansów na pewno można zauważyć niewielkie ziołowe echa oraz pokaźną goryczkę o wyraźnym grejpfrutowo-łodygowym charakterze. Goryczka jest solidna i wyrazista, a przy tym dość szlachetna. Świetnie radzi sobie z owocową słodyczą tego piwa, tylko nieznacznie zalegając na podniebieniu.

wtorek, 4 lipca 2017

GEHENNA od GOLEMÓW - Whisky Stout pełną gębą



Ponownie naszła mnie ochota na coś ciemnego, wręcz coś czarnego. Myślimy czarne piwo – mówimy Stout! Tak, ale tym razem to nie wszędobylski RIS, lecz jego słabszy, nieco lichszy brat – Foreign Extra Stout. W sumie FES to też dość popularny skurczybyk, no ale dzisiaj zajmiemy się jego wędzona odmianą. Konkretnie wędzoną dymem z torfu. Myślimy torf – mówimy słód whisky… mada faka! ;) To jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy takie jak ja rzecz jasna, bo trzeba wiedzieć, że na świecie istnieje zdecydowanie więcej przeciwników takowych klimatów, aniżeli zwolenników.
Gehenna – bo o nim mowa – to nic innego jak Whisky Extra Stout. Uwarzyli to Golemowie, a piwo zostało przyjęte bardzo ciepło i nad wyraz pozytywnie. Nie mogłem go sobie odmówić, zwłaszcza, że wieść gminna głosi iż jest to jedno z najbardziej torfowych polskich piw rzemieślniczych! Ja jako wielki fan i piewca asfaltu w piwie, musiałem to sprawdzić :)


Golemowska Gehenna wygląda bardzo prawilnie, po prostu książkowo – trunek jest czarny jak Bóg przykazał. Niestety mimo agresywnego nalewania piana nie chciała się zbytnio tworzyć. Na powierzchni nie pojawiło się nic prócz cienkiej warstewki drobnej, beżowej kołderki. Która zresztą nie cieszyła się zbyt długo swoim żywotem…
Smakujemy, wąchamy… wszystko naraz. Szukamy tej wymarzonej wędzonki torfowej! Nooo Panie jest wędzonka, nie tylko torfowa, ale nawet i bardziej tradycyjna, czyli taka dymna, ogniskowa. W smaku torfowe klimaty określiłbym jako wyraźne, ale raczej przeciętnie intensywne, no ale mówi Wam to wielki wielbiciel słodu whisky. Dla zwykłych śmiertelników taka ilość może stanowczo zniechęcać do konsumpcji. Jest rozgrzany asfalt, są zjarane kable, jest kapka smoły i podkładów kolejowych. Dalej mamy całkiem sporo czekolady deserowej, trochę palonych słodów, posłodzonej kawy i palonego zboża. Tłem zasuwa odrobina karmelu, cukru trzcinowego i słodkich pralinek. Jest gładko, może nawet  nieco ślisko. Wysycenie jest niskie, czyli jak najbardziej stylowe. Finisz jest długi i esencjonalny (jak posmak ust ukochanej osoby), zakończony lekką, ale bardzo sympatyczną goryczką o łagodnym kawowo-palonym profilu. Smaczne to jest, nawet bardzo. Jest dosyć słodko, bardziej słodko niż się spodziewałem, ale na szczęście obyło się bez przegięcia pały ;)

niedziela, 2 lipca 2017

PIWO MIESIĄCA - CZERWIEC 2017




Kurza stopa, jak ten szybko leci! Dopiero co głowiłem się na Piwem Miesiąca maja, a już pora wyłonić najlepsze piwo na blogu spożywane w czerwcu. Dokąd tak gonisz czasie piekielny?
Na szczęście tym razem z wyborem nie miałem żadnego problemu. Nie przybył mi ani jeden siwy włos, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wszystko poszło jak z płatka, a zwycięzca jest oczywisty, choć wygrał niemal rzutem na taśmę. 

Tytuł PIWO MIESIĄCA – CZERWIEC 2017 zdobywa Grodziska White IPA z Browaru w Grodzisku Wielkopolskim!! :D


Jak zawsze w takiej sytuacji gorąco gratuluję włodarzom browaru oraz piwowarowi uwarzenia tak znakomitego trunku!

Grodziska White IPA pojawiła się w sklepach niedawno i z miejsca stała się hitem grillowych (i nie tylko) degustacji dla większości polskich kraftopijców. Aż dziw bierze, że za tak niewiele można dostać, aż tak wiele! Chodzi tu o stosunek ceny do jakości rzecz jasna :D
Piwo jest naprawdę świetne – mega rześkie, wybitnie cytrusowe, poniekąd wytrawne, soczyste, umiarkowanie pełne w smaku i okrutnie pijalne. Dodatek zielonej herbaty Sencha Earl Grey czuć doskonale. Nuty bergamotki oraz słód pszeniczny bardzo fajnie dają o sobie znać, sprawiając że nie jest to jakaś tam zwykła, oklepana IPA.