czwartek, 22 sierpnia 2019

Mors IPA. Czy warto się skusić?


Sesyjny Mors IPA jest piwem, które pierwszy raz ujrzałem w oszołomie. Obok niego stał jeszcze Mors APA. Wziąłem flaszkę do ręki i poczytałem sobie etykietę. Inne Beczki – okej mówię. Pewnie jakaś niskobudżetowa seria dla marketów. Sam nie wiem czemu, ale temat jakoś olałem. Nie zakupiłem, mimo atrakcyjnej ceny, bodajże pięć ziko bez grosza. Minęło ponad pół roku, a ja tego samego Morsa widzę w moim osiedlowym Lewiatanie. Cena rewelacyjna – 4,29zł!!! Co jest – se myślę? Pewnie data wychodzi. Ale nieeeee! Data ważności jest wporzo. No to biere. Wypiłem w zakamarkach moich czterech kątów i weszło dobrze. Fakt, że był upał jak cholera, to i pić się chciało.
Na drugi dzień poszedłem i nabyłem kolejną sztukę, aby podzielić się z Wami opinią. W moim mniemaniu piwko z butów nie wyrywa, ale w tej cenie można brać na kartony. To znaczy obecnie w lewku Mors kosztuje już 6 goldów, ale za piątkę też pewnie gdzieś da się kupić. Oto moje wrażenia z degustacji :)


Piwo jest oczywiście prawilnie złote i wyraźnie zamglone. Piana może nie jest szczególnie wysoka, ale przyjemnie drobna, puszysta i dosyć żywotna. Długo cieszy gałki oczne, do tego porządnie „brudzi” szkło.
W smaku od razu czuć, że to wersja sesyjna, choć jeśli mam być szczery to bliżej temu do apki niż sesyjnej ipy. Ciała nie ma zbyt dużo, ale wodniste nie jest. Całość jest delikatnie kwaskowa, ale tylko przez chwilę. Pojawiają się rześkie cytrusy, które szybko ustępują miejsca owocom tropikalnym z papają i marakują na czele. Jest też sporo kwiatów i zwykłego zielonego chmielu. W drugim rzucie zjawia się zbożowa-chlebowa słodowość oraz pewna doza subtelnej żywicy, ziół i kwiatów. Grejpfrutowo-ziołowa goryczka początkowo wydaje się być bardzo delikatna, jednak z każdym łykiem się rozkręca. Koniec końców osiąga przeciętne rozmiary, przynajmniej dla mnie. Ale nie można odmówić jej gracji, polotu i szlachetnego pochodzenia. Piwo jest naprawdę smaczne, rześkie i dobrze pijalne.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Potężny Braggot Bourbon Barrel Aged od Pinty


Pinta, Pinta, wszędzie ta Pinta! Otwieram lodówkę, a tam Pinta. Otwieram barek, a tam Pinta. Idę do sklepu – Pinta. Wchodzę na stację benzynową – znowu Pinta. Schodzę do piwnicy – to samo. I jak tu nie zwariować? Nie no, żartuję. Spoko jest. Browar Pinta rules! :)
Dzisiaj na ten przykład biorę się za Oh, Honey…! Nazwa może i dziwnie brzmi, ale koniec końców wszystko się zgadza, bo pod tym szyldem kryje się Braggot. Co ciekawe z dodatkiem miodu wrzosowego. Nie mam bladego pojęcia czym on się wyróżnia, bo nie dane mi było nigdy takowego próbować. Piwa z miodem wrzosowym również sobie nie przypominam. Poza tym Oh, Honey…! było leżakowane w beczkach po Bourbonie Woodford Reserve i powstało w kooperacji z amerykańską miodosytnią rzemieślniczą
Ten brażocik to naprawdę solidny skurczybyk. Ponad 13% alko i potężne 27,5 ballinga czyni go prawdziwym zabójcą wśród piw. Pora chwycić diabła za rogi ;) 


O dziwo piwo jest klarowne, a jego kolor chyba nikogo nie zdziwi – jest miodowy. Piany niemalże brak. Bywa i tak.
Przyznam, że po takim ballingu spodziewałem się większej gęstości. Tymczasem jakoś bardzo gęste to ono nie jest. Gładkie i owszem. W Braggotach zawsze obawiam się zalepiającej słodyczy, ale tutaj na szczęście poziom słodkości nie jest wielki, choć wciąż stosunkowo spory. Miód jest dobrze wyczuwalny, kojarzy mi się z łąką i kwiatami. Na dalszym planie egzystuje sobie karmel, cukier kandyzowany oraz lekko opiekana słodowość. Są też herbatniki, ciastka Pieguski, wanilia i bardzo subtelna nuta Bourbonu wraz z  odrobiną dębiną. Po jakimś czasie w posmaku odzywa się nuta suszonych owoców. Alkohol owszem, jest obecny, ale w żaden sposób nie drażniący. Nie ma skojarzeń z bimbrem, czy ruskim spirytem przewożonym przez białoruską granicę w baku po benzynie. Piwo jest naprawdę niezłe. Wchodzi dobrze, choć szybko załącza śmigło w główce ;p

środa, 14 sierpnia 2019

Strong Ale z malinami leżakowany w beczce po Whisky


Dzisiaj otwieram jedno z tych piw, które w kolejce już swoje odstały. Ale od razu zaznaczę, że moje działanie było w pełni świadome. Bo cóż może się stać z tak mocnym napitkiem raptem w kilka miesięcy? Może być tylko lepsze (zazwyczaj).
Rage Madness to wymysł Browaru Birbant. Przy okazji sprawdzę formę tego weterana, bo wydaje mi się, że już dosyć dawno nie degustowałem nic od Birbantów. Jak sama nazwa wskazuje jest to piwo specjalnie uwarzone na Beer Geek Madness. Wiadomo – jak BGM, to piwo musi być odjechane. Czy tak jest w rzeczywistości? Tego jeszcze nie wiem, ale pomysł, by do Strong Ale dodać malin, a potem całość leżakować w beczce po Whisky wydaje się mieć swój sens. A czy to wszystko ma ręce i nogi przekonam się już za chwilę. Niech no tylko znajdę ten otwieracz i coś do pstrykania fotek…


Z wyglądu Rage Madness nie zaskakuje. Ciecz jest ciemno brunatna, w sumie to nawet błotnista bym rzekł. Pianka bez szału – niska i raczej nietrwała.
Pierwszy łyk sprawił mi sporo radości. Piwo jest przyjemnie kwaskowe od malin. Widać, że ich nie pożałowano. Kwaskowość jest wysoka, można ją nawet porównać do niektórych piw typu Sour. Na drugim planie pojawia się lekko opiekana słodowość, jakieś herbatniki oraz spód od ciasta. Z tła natomiast wyłania się ociupinka karmelu, suszonej śliwki, Whisky i… kefiru malinowego (są takie smakowe). Drewna niestety nie zanotowałem. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony. Nic nie piecze, nie pali, nie drażni. W ciemno nie idzie odgadnąć jaki jest tu woltaż. Bardzo przyjemnie to smakuje. Piwo wchodzi lekko, gładko i bez oporów. Przez ułamek sekundy jest słodkawo, ale później to już tylko kwasek i wytrawność pozostaje na języku. Jestem zdecydowanie na tak!

niedziela, 11 sierpnia 2019

DDH DIPA leżakowane w drewnie!


Kochani oto najnowsze piwo z serii Projekt Barrel Aged od Maryensztadtu! W końcu jestem na bieżąco. Dogoniłem peleton :)
Pod czarno-żółtą etykietą kryje się Double Dry Hopped New Zealand IPA White Wine BA. Tak, wiem – brzmi groźnie. Język sobie można połamać, ale już wszystko wyjaśniam. Mamy tu modną ostatnio DDH ipkę na nowozelandzkich chmielach, dodatkowo leżakowaną w beczce po białym winie. Tak, to nie pomyłka. Jasne piwo (IPA) starzone w drewnie. Jak widać nasi piwowarzy są nader kreatywni. Zresztą to przecież nie pierwsze tego typu piwo, więc nie ma co, aż tak się jarać.
18º Plato świadczy o tym, że jest to w zasadzie Imperial IPA. No naprawdę bardzo jestem ciekawy jak zagrały akcenty białego wina oraz drewna w tak obficie chmielonym piwie.
Koniec pierdół, pora przejść do konkretów. 


Otwieram piwo, a tu gushing! Szok. Nie jakiś ekstremalny, no ale jednak piwo wylata ;) Bardzo dawno mi się to nie przytrafiło. Przy okazji z dna poderwało cały ten osad, który w konsekwencji znalazł się w szkle. Dzięki temu piwo wygląda nieapetycznie. Pływają w nim sporych rozmiarów farfocle. Sam kolor trunku jest taki lekko pomarańczowy, może nawet nieco miodowy. Piany jest ogrom. Bez komentarza.
Smakowo na szczęście jest dobrze. Czuć sporą dawkę owoców, głównie białych i żółtych, ale zwyczajowe tropiki też się tu znajdzie. A więc białe winogrono, morela, agrest, melon, mirabelka, brzoskwinia, mango oraz papaja. Z cytrusów wyróżnia się głównie różowy grejpfrut i nieco limonki w formie skórek. Jest rześko, bardzo owocowo, lekko kwaskowo i soczyście. Ma się wrażenie, że do piwa dodano tych wszystkich owoców, jednak nie jest to prawda. Zbożowa słodowość jest raczej wycofana do defensywy, choć wciąż obecna. Po jakimś czasie pojawiają się nuty kwiatowe, delikatnie żywiczne oraz winne. Generalnie czuć alkohol, ale nie stanowi on jakiegoś problemu. Lekko grzeje w gardziel, ale nic ponadto. Zastanawia mnie natomiast ta niespotykana kwaskowość. Czyżby to wpływ wina, czy może tego, że piwo po prostu się nieco zakaziło (stąd gushing). W każdym razie nawet jeśli nie jest to cecha pożądana, to efekt jest całkiem niezły. Goryczka też jest tu bardzo przyjemna. Dosyć wyraźna, dla niektórych może i mocna, ale zarazem krótka, szlachetna i niezalegająca. Jej grejpfrutowo-żywiczny charakter bardzo tu pasuje. Naprawdę smacznie wyszło :)

czwartek, 8 sierpnia 2019

OKO W OKO - Żywiec Białe vs Żywiec Białe 0,0%


Mam wrażenie, że obecny wysyp piw bezalkoholowych jest jakimś szaleństwem. Mam tu na myśli głównie koncernowy wyścig szczurów, choć nie tylko. Niemal wszystkie browary dwoją się i troją, by tylko wypluć z siebie nowego bezalkusa. Toż to prawie bezprocentowa wojna!
Grupa Żywiec zdaje się być tu liderem.  Z racji tego porównam sobie dzisiaj dwa Żywce Białe, które rzekomo mają uchodzić za Witbiera. Jeden klasyczny, obecny z nami już od 2014 roku. Drugi to tegoroczna nowość – w teorii to to samo piwo, tyle że pozbawione procentów. Kompletne 0,0%. Skład jest identyczny, więc podobieństwo powinno być duże.
Żywiec Białe był już oceniany na blogu i przyznam, że przez jakiś czas do niego wracałem. Nawet mi smakował. Obecnie jednak już po niego nie sięgam. Sam nie wiem dlaczego.



Żywiec Białe

Zaczynamy od wersji regularnej. Piwo jest bardzo mętne i nieprzejrzyste. Jego kolor to mieszanka żółtego z pomarańczowym. Piana dosyć wysoka, drobna i puszysta. Niestety szybko zanika. Lacing niemal zerowy.
Piję. Trochę się bałem, ale przez te wszystkie lata piwo się nie zmieniło na gorsze. W sumie jest takie, jakie je zapamiętałem. Wyraźna kolendra mocno daje o sobie znać, fajnie współgrając ze słodyczą i puszystością słodu pszenicznego. Na deser dostajemy delikatne chlebowe nutki, nieco gumy balonowej, namiastkę skórki pomarańczy (aromat) oraz szczyptę drożdżowego posmaku. W miarę dobre, bardzo świeże, mocno wysycone CO2, choć nieco trąca sztucznością. Poza tym piwo jest słodkie i po większej ilości może trochę zamulać, mimo stosunkowo niedużego ciała.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

SatrAPA. Apka jak się patrzy :)


Browar Inne Beczki stale się rozwija. Zaczynał od warzenia za granicą, później tułał się po Polsce, następnie poszedł w crowdfunding, by w zeszłym roku otworzyć własny browar. W między czasie inwestował też w firmowe multitapy. Browar wciąż szuka nowych kanałów dystrybucji, bez problemu ich piwa znajdziemy w wielu sieciach handlowych i stacjach benzynowych.
Duży Ben to jedna z takich sieci, tyle że jest to w zasadzie sieć marketów monopolowych (obecna tylko w zachodniej Polsce). I to właśnie specjalnie dla nich Browar Inne Beczki uwarzył dwa piwa, które nie są dostępne nigdzie indziej. Przy czym nazwy tych piw wybrali fani na fejsbuku. Taka sytuacja. Jednym z nich jest właśnie SatrAPA. Zwykła, klasyczna apka, której formę zamierzam właśnie sprawdzić.
Trochę martwi mnie brak pełnego składu na etykiecie, bo przecież szanujący się beergeek chce wiedzieć na przykład jakich chmieli użyto. Jakoś będę musiał z tym żyć niestety.


Leję do szkła. To znaczy piwo przelewam, żeby nie było ;) Ciecz nosi znamiona jasnego złota i jest lekko zamglona. Piana nie jest jakaś bardzo obfita, czy trwała, ale do najgorszych też nie należy. Pojawia się i znika – jak w tej piosence.
W smaku od razu czuć, że piwo jest lekkie. W końcu to APA o 12-stu prawilnych ballingach. Jest przyjemnie gładka na podniebieniu, rześka i fajnie owocowa. Jankesi się tu wykazali jak trzeba. Są tropiki (mango, marakuja, liczi, papaja), sporo nut kwiatowych oraz trochę cytrusów zarówno w formie skórek, jak i miąższu. Z pewnością spośród nich wyróżnia się różowy grejpfrut. Do tego dochodzą też białe owoce. Z tła natomiast można wyłuskać bardzo subtelną żywicę, akcenty perfumowe, a nawet nieśmiałe iglaki. Jak na APA to sporo się tu dzieje. Grejpfrutowo-żywiczna goryczka jest idealnie dobrana. Nie za mocna, nie za słaba, taka w sam raz. Jest krótka i szlachetna, a zarazem bardzo skuteczna. Bez problemu równoważy delikatnie zaznaczoną słodowość. Smaczne piwo, nawet bardzo :)

środa, 31 lipca 2019

JuRajska Jeżyna. Takie piwa to ja rozumiem!


Za Browarem Na Jurze naprawdę ciężko nadążyć. Są płodni niczym jurny buhaj w kwiecie wieku. Trzaskają nowe piwa jedno za drugim, nie dając ani chwili wytchnienia poszukiwaczom nowości.
JuRajska Jeżyna to jeden z nowszych napitków, choć debiutował już ponad pół roku temu. Znając pomysłowość Browaru Na Jurze możemy być niemal pewni, że nie będzie tu wiało nudą. Generalnie jest to piwo pszeniczne z dodatkiem soku z jeżyn oraz owoców pigwowca i miodu. Brawo! Naprawdę odjechany pomyślunek, choć oczywiście jeżynę do piwa już kilka browarów dodawało. Na dokładkę jednak włodarze tego zawierciańskiego browaru dorzucili do piwa sok z jabłek, kolendrę, belgijskie drożdże oraz amerykańskie chmiele. No i tu już robi się naprawdę ciekawie i oryginalnie. Oni to potrafią namieszać w tym kotle (piwie) :)
Bez zbędnych ceregieli przechodzę do konsumpcji, bo ślina już do samej ziemi…


Tak, dobrze widzicie. Piwo w zasadzie jest czerwone, ale pieni jak rasowy pils. Piana jest gęsta, zbita i drobna. Z jej trwałością też nie ma problemów. Do tego pięknie zdobi szkło.
W smaku jest słodko, ale też jednocześnie delikatnie kwaskowo. Umiarkowane wysycenie dobrze współgra z takim klimatem. Jeżyna jest dobrze wyczuwalna, ale nie zdominowała piwa. Kwaskowy pigwowiec bowiem też daje o sobie znać, podobnie jak lekki powiew akcentów miodowych, które pasują tu o dziwo bardzo dobrze. Tłem porusza się delikatna słodowość, chlebek oraz niewielka porcja kwiatów i czerwonych owoców (coś jakby żurawina, truskawka, poziomka). Sok jabłkowy może i też tu występuje, ale to już naprawdę obrzeża mojej percepcji. Kolendry natomiast nie odnotowałem i to pomimo usilnych starań. Piwo jest lekkie, ale z pewnością nie wodniste. Czuć pszeniczną pełnię oraz przyjemną gładkość na podniebieniu. Smaczniutkie to! :D

sobota, 27 lipca 2019

SHORT TEST: Saint Satanislav z Browaru Bednary



Prolog: Święty Satanislav ma już swoje lata. Mało kto już pamięta jego premierę. Ale co tam. Liczy się tu i teraz. Zresztą z takimi piwami nie ma się co spieszyć. Czas jest ich sprzymierzeńcem :)
O co kaman: Kiedyś był to torfowy RIS, teraz jest zwykły imperialny Stout beż żadnych dodatków. Receptura była zmieniana chyba więcej niż jeden raz. Kiedyś było 8% alko i 22º Blg, później 9,5%, a obecnie jest 10% etanolu, a ekstraktu bodajże 24 Plato. Przy okazji tych „szlifów” gdzieś po drodze dodano także kartonik.
Wdzianko: Czarne jak kret po wędrówce przez kopalnię węgla kamiennego. Piany brak.
Kichawa mówi: Najs, najs, ale bez fajerwerków, czy innych wodotrysków. Piwo pachnie słodko, deserowo, wybitnie czekoladowo i kakaowo. Są pralinki, mleczna czekolada, kawa zbożowa, opiekane słody. W tle trochę wanilii, karmelu, cukru trzcinowego oraz melasy.
Jadaczka mówi: No fajne, fajne piwko. Dosyć stylowe. W miarę palone, ale nie zadziorne. Kawusia ze śmietanką, lekko palone słody, przypieczony spód od ciasta, czekolada deserowa, a do tego odrobina belgijskich pralinek, nieco lukrecji, kakałka, wanilii i crème brûlée (tak, znam takie słowa). Całość bardzo gładziutka, dosyć gęsta i taka kremowa w ustach. Alkohol bardzo dobrze ułożony, goryczka nie za duża. W sumie bardziej to słodkie niż gorzkie.
Komu mogę polecić: Fani naprawdę tęgich i palonych risów mogą mieć mały ból dupy. Ale trunek z pewnością posmakuje wielbicielom ciemnych, raczej słodkawych piw, a także smakoszom łagodnej kawy jak sądzę.
Epilog: Smaczne, deserowe piwko o niezbyt wysublimowanym smaku, ale może się podobać. Bardzo fajna pełnia, przyjemna gęstość i nienaganna gładkość. Ułożenie pierwsza klasa, pijalność także bez zarzutu. Całość dobra, ale daleki jestem od jakiejś euforii. Zwłaszcza przy takiej cenie. 

OCENA: 7/10
CENA: ok 21ZŁ
ALK. 10%
TERMIN WAŻNOŚCI: 2022
BROWAR BEDNARY

środa, 24 lipca 2019

OKO W OKO - Portermass vs Portermass Mead BA


Dwa sztosy od Pinty w jednym poście?! Why not?
Hola, hola. Czy sztosy, to się dopiero okaże.
Jakiś czas temu ojcowie polskiego kraftu wypuścili na rynek dwa imperialne portery bałtyckie o całkiem konkretnych cyferkach (27,5º Blg, 11,5% alko). Jedno piwo to wersja bazowa, drugie natomiast to Mead Barrel Aged. Czyli to samo piwo, tyle że leżakowane w beczce po miodzie pitnym. Kopyr z wiadomo-jakiego-blogu przez pewien zbieg okoliczności wywołał wokół tych trunków znaną w środowisku gównoburzę. Wszystko przez miód gryczany w składzie tego drugiego piwa. Okazało się jednak, że Pinta nie poleciała sobie w kulki, a piwo faktycznie leżakowało w beczce po miodzie pitnym, a konkretnie po trójniaku gryczanym. Tyle tylko, że wcześniej w tej beczce leżakował sobie… Bourbon.
To jednak nic nie znaczy. Miód jako alergen musiał zostać wymieniony na etykiecie, mimo że fizycznie do piwa żadnego miodu nie dodano. To tyle gwoli wyjaśnienia. Czas na kolejne piwne starcie! 


Portermass

Piwo wygląda na zupełnie czarne i nieprzejrzyste, co jest rzadkością w porterach. Beżowa pianka raczej mizerna, niska, mieszano ziarnista, niezbyt trwała.
Podstawka w smaku jest całkiem spoko, choć bez większych fajerwerków. Z pewnością na pochwały zasługuje zajebiste ułożenie. Serio to ma aż 11,5% alkoholu?! Chyba każdy by się nabrał. Poważnie prawie nic nie czuć alko. W smaku drzemie olbrzymie ciało, spora gęstość i fajna gładkość na podniebieniu. Jest czekolada deserowa, gorzkie kakao, belgijskie pralinki, łagodna kawa ze śmietanką oraz lekko palone słody. Na deser dostajemy subtelną nutkę orzechów laskowych, ciemnego pieczywa, cukru trzcinowego, karmelu oraz brownie. Goryczka jest z tych łagodniejszych i szybko mijających. Faktycznie bardzo dobrze to smakuje. Złożoność stylowość pierwsza klasa :)

niedziela, 21 lipca 2019

Oat Wine leżakowany po Single Malt Whisky


Projektu Barrel Aged od Maryensztadtu chyba nikomu nie muszę przedstawiać. W tym Zwoleniu naprawdę robią kawał dobrej roboty, kawał piwnego rzemiosła. Zresztą Projekt 30 tylko potwierdzą tą tezę, tak jak i zdecydowana większość piw tego producenta.
Nie tak dawno temu był czas, kiedy to już byłem na bieżąco z Projektem Barrel Aged, ale niestety przespałem kilkanaście tygodni i znów jestem w plecy. O dwa piwa. Starszym z nich jest Oat Wine Single Malt Whisky. Swoją premierę piwo miało w marcu, więc aż tak źle jeszcze nie jest z moimi zaległościami. Bywało gorzej.
No i co my tu mamy? Oat Wine to kolejne pokłosie niezwykle popularnego Barley Wine. I z tego co się orientuje jest to najmłodsze dziecko z całej serii łajnów. Widocznie owies dopiero wkracza na salony. W tym konkretnym piwie w składzie prócz płatków owsianych znalazły się jeszcze płatki żytnie, a całość jest cholernie mocno odfermentowana. Z 22 ballingów wyciągnięto aż 12% alko!!! Szok.


Piwko w szkle prezentuje się całkiem zwyczajnie. Jest lekko zamglone, miodowo-herbaciane w barwie. Piana skąpa, mizerna. W zasadzie nie ma o czym mówić.
Kurcze, pierwszy łyk i od razu rozdziawiona gęba ze zdziwienia. W ogóle nie przypomina mi to barli łajna, czy tym podobnego ustrojstwa. Ciało jest w stosunkowo lekkie, gęstość też raczej nie duża, a na pewno mniejsza niż można by się spodziewać. Słodyczy zero – czyli tu akurat wyczułem sprawę. Dziwnie się to pije. To zupełnie inna kategoria niż Barley Wine, Rye Wine, czy Wheat Wine. Daleko mu do ulepu, czy olbrzymiej pełni smaku. W rzeczy samej drożdże się tutaj napracowały. Piwo jest odfermentowane praktycznie do zera. Jest wytrawne i takie smukłe w odczuciu. Dominuje łagodna i zwiewna słodowość, są też ciastka, chlebek i sporo nut kwiatowych. W tle majaczy nieco miodku (ale takiego nie słodkiego) oraz coś jakby cytrusowe owoce, a przynajmniej coś lekko kwaskowego (owies?). Stawkę zamyka subtelna chmielowość, dębina, a także bardzo delikatna nuta łiskacza. Niestety alkohol trochę daje o sobie znać. Odczuwam lekkie pieczenie spirytusowe, co zapewne jest zasługą Whisky. Goryczka reprezentuje raczej łagodne klimaty, ale w to w zupełności wystarcza. No dziwne to piwo. Jeszcze nie piłem podobnego wynalazku.

środa, 17 lipca 2019

Bim-Bom od Pinty. Czy warto się skusić?


Bim-bom, bim-bom! Na na na na na na….
Do świąt jeszcze w ciul daleko, ale pojawiła się u mnie mała nutka sentymentu, choć piwo o którym mowa, z Bożym Narodzeniem ma tyle wspólnego, co ja z Zakonem Iluminatów. Po raz kolejny sięgam po trunek, który swoją premierę ma już dawno za sobą, ale jak widać to już takie moje prywatne, osobiste fatum. Człowiek obkupi się jednego dnia, a potem miesiącami degustuje, odcinając się od nowości.
Bim-Bom to American Abbey Single – taki belgijsko-amerykański mariaż od Pinty. Najlżejszy przedstawiciel belgijskich piw klasztornych, ale nachmielony nową falą. Czyli zasyp i drożdże belgijskie, ale chmiele jankeskie. Co ciekawe na pokładzie melduje się Sabro. Nigdy nie słyszałem o takim chmielu, a przecież trochę już piw się w życiu wypiło…


Piwo oczywiście jest jasne, przyjemnie złociste i lekko zamglone. Pianka biała i dosyć drobna. Może nie wysoka, ale bardzo puszysta, umiarkowanie trwała.
Piję. Ciężko tu oddzielić wpływy drożdży od chmieli, bo piwo faktycznie wypada dosyć owocowo. Z jednej strony atakuje nas delikatny cytrusik, ale jest też tu całkiem sporo białych i żółtych owoców, które cytrusami na pewno nie są. Mam tu na myśli morele, brzoskwinie, białe winogrono, a nawet gruszki, agrest i odrobinę ananasa. Słodowość jest raczej wycofana do defensywny, acz wnosi pewną dozę ciastek, biszkoptów i jasnego pieczywa. Goryczka jest zauważalna, niezbyt mocna, taka chmielowo-grejpfrutowa, krótka i szlachetna. W sumie całkiem przyjemna i wystarczająca. W tle mamy delikutaśne przyprawowe fenole oraz subtelne nuty kwiatów i żywicy. Fajne piwko, dosyć smaczne, ale z pewnością nie zaskakujące, czy jakieś odkrywcze.

sobota, 13 lipca 2019

OKO W OKO - Lech Free Lager vs Lech Free


„Ale jak to Panie kochany?! Testujesz dwa takie same piwa?! Czyś Ty do reszty zgłupiał?”
I tak i nie. Po prostu chcę obalić lub potwierdzić pewien mit. Otóż przyczynkiem do napisania tego artykułu był wpis „typa z Piwolucji”. Łukasz nie tak dawno temu testował bezalkoholowe jasne lagery z koncernów. W jego teście pojawił się dwa razy Lech Free (z białą oraz niebieską etykietą). Bloger myślał, że to dwa zupełnie różne piwa, bo w smaku różnica była ogromna. Zresztą do niedawna sam tak sądziłem. Łukasz twierdzi, że już kilkukrotnie potwierdził owe doznania. Okazało się jednak, że chodzi tu jedynie o odświeżenie etykiety. W środku wciąż jest ten sam Lech Free (info potwierdzone u producenta). Zrezygnowali jedynie z dopisku „lager”, bo niebieskie barwy to te po lifcie ;)  
I  tu rodzi się moje pytanie – czy faktycznie ja także będę odczuwał tak kolosalne różnice w smaku i aromacie? Czy rzeczywiście jak robili Lecha Free z białą etykietą to piwko było bardzo dobre, a jak z niebieską to syf, kiła i mogiła? No właśnie. Zapraszam do lektury :)



Lech Free Lager

Złociste i mega klarowne piwo w szkle prezentuje się całkiem apetycznie. Tylko ta piana jakaś mizerna, skąpa i nietrwała, ale przynajmniej drobna.
W smaku faktycznie nie jest źle. Ciecz rześko buzuje w jamie ustnej – duże wysycenie, jak to u koncernów. Słodowość nie jest nachalna, a wręcz łagodna. Towarzyszy jej wyraźny powiew świeżego chmielu z dodatkiem ziół oraz świeżo skoszonej trawy (zapewne polskie chmiele). W tle subtelne posmaki chlebowe, ale zero brzeczki. Ciała nie ma tu za wiele, ale to przecież zrozumiałe. Goryczka jest też nikła, ale na pewno zauważalna. Chmielowo-ziołowa, krótka, szlachetna, w sumie całkiem sympatyczna. Żadnego kartonu, miodu, czy innego utlenienia. Piwo jest świeże i rześkie. Smakuje niemal identycznie jak zwykły Leszek, choć w sumie bardzo dawno go nie piłem. W każdym razie nie wiem, czy bym odróżnił.

środa, 10 lipca 2019

TAURA. Pyszne NZ Double IPA


Browar Trzech Kumpli rzadko u mnie gości, a szkoda, bo piwa majo dobre. Taką przynajmniej opinię sobie o nich wyrobiłem. Niby są dostępni nawet w dużych sieciach handlowych, ale jakoś mi z nimi nie po drodze.
Kiedyś gdzieś tam usłyszałem, że Pia i Taura to dwa znakomite nowozelandzkie ipy od Trzech Kumpli. Pierwsze z nich to Session IPA, drugie natomiast to NZ Double IPA. Ślepy los zadecydował, że trafiłem akurat na Taurę i długo się nie wahałem przed zakupem.
Na etykiecie Browar Lotny chwali się, że do piwa nie zostały użyte żadne dodatki, owoce, czy aromaty, a cała owocowość pochodzi tutaj od chmieli. Nie omieszkam za chwilę tego zweryfikować, wszak u mnie słowo droższe od pieniędzy ;) 


Och, piwko w szkle wygląda obłędnie! Jest okrutnie soczkowate, bardzo mętne i wybitnie oczojebne. Dawno nie widziałem w piwie tak intensywnie żółtej barwy. Pianka też niczego sobie. Może nie jest strasznie obfita, ale jest drobna, dosyć trwała, kremowa i puszysta. Do tego pięknie osadza się na ściankach.
Ciała jak na 18,5º Blg jest aby-aby. Tak na styk. Ale nie to jest najważniejsze, bo faktycznie owocowości to tu nie brakuje. Owoce tropikalne (marakuja, papaja, ananas) ochoczo buszują po moim podniebieniu. Do spółki wtóruje im różowy grejpfrut, białe winogrono, morela i brzoskwinia. W rzeczy samej białych owoców jest tu od groma. Dopiero w trzecim rzucie pojawia się nieśmiała, acz obecna słodowość w typie biszkoptów i herbatników. Tło natomiast zostało zajęte przez przyjemne akcenty kwiatów, lekkiej żywicy, nafty oraz ziół. Goryczka nie jest potężna, wręcz bliżej jej do niskich niż wysokich wartości, ale swoją rolę spełnia. Ilość gazu także na propsie. W sumie cholernie smaczne piwo. Po prostu pyszne :)

niedziela, 7 lipca 2019

CZARNOLAS - klasyka w ciemnym wydaniu


Czarnolas to już dosyć leciwe piwerko, ale dawno nie piłem nic w tym stylu. A musicie mieć świadomość, że to jeden z moich ulubionych gatunków piwa. Kiedyś jarałem się jak belka słomy na wieść o każdej nowej czarnej ipce. Maryensztadt trochę utrudnia moim zdaniem i nazywa to Double India Black Ale. Ja wolę jednak bardziej powszechną nazwę – Double Black IPA, ewentualnie Imperial Black IPA.
No. Tak więc, jak już wiemy co to za piwo ten Czarnolas, to chyba czas na degustację. Aha, właśnie wróciłem od dentysty, ale na szczęście nie mam w ustach „apteki”. Druga rzecz, że na dworze jest kulminacja upałów - 37ºC w cieniu! Zakładam zatem, że piwo szybko będzie mi wchodzić, bo pić się chce jak diabli… 


Piwo z pozoru wydaje się czarne, ale w rzeczywistości jest bardzo ciemnobrązowe. Piana jest ładnie zbudowana, obfita, sztywna i drobna. Opada powoli dość pokaźnie znacząc szkło.
W smaku mamy poczciwe Black IPA. Albo nie poczciwe – smaczne. Stara szkoła, czyli mariaż ciemnych oraz odchmielowych klimatów. Jest sporo cytrusów i owoców tropikalnych (mango, liczi, papaja). Jest wyraźna żywica oraz garstka iglaków. Są też ciemne, lekko prażone słody, subtelna kawa i gorzka czekolada. W tle jakby prażony słonecznik oraz przypieczona skórka chleba. Wysycenie optymalne, czyli średnie. Goryczka umiarkowana, nie za mocna i nie za słaba. Chmielowo-palona, naprawdę idealna, szlachetna i nie zalegająca. Bardzo smaczne piwko. Może bez efektu wow, ale pije się nader szybko.

czwartek, 4 lipca 2019

Barley Wine z hibiskusem od Manufaktury Piwnej


Browar Jabłonowo już dawno przestał być kojarzony z producentem tanich marketowych mózgotrzepów (choć te wciąż istnieją). Próbkę swoich możliwości pokazał choćby w genialnym Porterze Podbitym Śliwką, który dla wielu osób był nawet lepszy (a przy tym dwu-trzykrotnie tańszy) niż słynne Imperium Prunum.
Pod koniec zeszłego roku ten podwarszawski browar ponownie rozdziawił szeroko oczy piwnym niedowiarkom, wypuszczając dwa potencjalne sztosy w niebagatelnych opakowaniach. Okazuje się, że aby zabłysnąć wcale nie potrzeba wszędobylskiego ostatnio kartonika. Wystarczy malowana farbą butelką w nowoczesnym dizajnie. No spójrzcie tylko jak zajebiście wygląda ta flaszka! A co mamy w środku? Oczywiście tęgi Barley Wine z dodatkiem kwiatów hibiskusa. Nie jest to może zupełnie pionierski dodatek, ale nie sposób odmówić browarowi pomysłowości w tej kwestii. Po genialnym imperialnym Stoucie mam naprawdę duże oczekiwania, co do tego napitku. Szklanki w dłoń i do dzieła! :p


Piwo w szkle nie wygląda zbyt apetycznie. Jest ciemno brązowe i mętne jak woda z kałuży. Piana niewysoka, ale bardzo drobniutka i zbita, beżowa w kolorze. Lacing symboliczny.
Ale smak już od progu wynagradza nam niekoniecznie apetyczny wygląd. Potężne ciało daje nam solidnego kopa w postaci przyjemnie podpieczonego słodu, polanego dość wyraźną warstwą karmelu. Tak, jest słodko, ale jeszcze w graniach normy dla tego stylu. Sporo tu również tostów i skórki od chleba. W drugim rzucie na talerzu dostajemy garść rodzynek i suszonych daktyli. Very najs! Z tła natomiast puszcza do nas oczko subtelna doza kwiatów (hibiskusa), chmielu, miodu i…. mlecznej czekolady. Powaga. Wysycenie średnie w kierunku wysokiego i to nie jest zbyt fajne. Goryczka umiarkowana, chmielowo-ziołowa, krótka i ułożona. Alkohol jest tu bardzo dobrze ułożony i szlachetny. Coś tam grzeje w trzewiach, ale w gardzieli nie pali, więc gra gitara. Całość gęsta, oleista i bardzo gładka. Palce lizać :)

poniedziałek, 1 lipca 2019

Browar Nook i jego Faza Wstępna


Faza wstępna – określenie, które Browar Nook powinien już chyba mieć za sobą, wszak niedługo strzeli im roczek obecności na kraftowym podwórku. Owszem, to niby wciąż niedługo, ale według mnie to wystarczający czas, by zadomowić się na rynku i wyrobić sobie pierwsze opinie wśród kraftopijców. W sumie można rzec, że to najważniejszy okres w działalności każdego browaru, bo od tego jak dany projekt wystartuje zależy jego dalsza przyszłość. Przy obecnym nasyceniu rynku i już stosunkowo sporej konkurencji, pierwszy rok to dla niektórych ‘być, albo nie być’. Minęły czasy, gdy rynek chłonął każdy wypust jak gąbka wodę. Teraz to trzeba się już naprawdę postarać, w jakiś sposób wybić, wyróżnić, pokazać. Oczywiście wciąż podstawą ku temu jest dobre piwo. Bez niego żaden browar daleko nie zajedzie.
Dla mnie to dopiero drugie podejście do Nooka, więc opinii jeszcze jako takiej nie mam. Być może zatem Faza Wstępna coś mi tu podpowie. To klasyczna AIPA beż żadnych udziwnień. Czy w obecnym, cholernie silnym trendzie na wszelakie Vermonty i DDH, zwykła ipka ma jeszcze rację bytu? Czy jest w stanie mnie czymś zaskoczyć?


Piwo jest dosyć ciemne jak na styl. W zasadzie ma kolor bursztynu i jest niebywale mętne. Co gorsza przez przypadek zlałem do szkła osad z dna butelki. Dzięki temu w toni piwnej mogłem cały czas „podziwiać” tysiące całkiem sporych rozmiarów farfocli. Fuj! Piana niska, średnio pęcherzykowa, ale w miarę trwała.
Już pierwszy łyk zdążył mnie uświadomić, że to East Coast. W dodatku bardzo mdły i toporny. Silna słodowa podbudowa bazuje na sporej ilości karmelu, a nawet szczypcie opiekanych klimatów (skórka chleba). Tuż za nimi wybrzmiewają jakieś tam owoce, ale czy cytrusy w czystej postaci to nie jestem pewien. Bardziej może tropiki, ale i tak to wszystko jest jakieś przytłumione. Mamy tu za to wyraźną ziołowość, mocną żywicę oraz chmiel. Goryczka też niczego sobie – mocna, zdecydowana, ale niestety też szorstka, chropowata i trochę za bardzo zalegająca. Finisz jest długi i wyraźnie wytrawny. Wysycenie średnie w kierunku niskiego. Całość wypada dosyć blado. Nie smakuje mi to zbytnio.

czwartek, 27 czerwca 2019

OKO W OKO - Żywiec Sesyjne IPA vs Żywiec Sesyjne IPA 0,0%


Popularność piw bezalkoholowych rośnie w zadziwiającym tempie. Jeszcze 5-6 lat temu było ich raptem kilka (o czym świadczy mój stary „Test Piw Bezalkoholowych”), a teraz ten „niszowy” rynek pęka w szwach. Sprawa tyczy się to zarówno wielkich koncernów, jak i browarów rzemieślniczych oraz częściowo regionalnych. Raptem każdy producent piwa w Polsce zapragnął mieć w swojej ofercie piwko bez procentów lub chociażby niskoalkoholowe (do 2%). I nie mówię tu tylko o popularnych radlerach, bo w tym segmencie bez wątpienia przoduje Grupa Żywiec. Choć oferta Kompanii Piwowarskiej w postaci nowych wariantów Lech Free też robi się coraz bardziej bogata. Co z tego wynika? Polacy pokochali piwo bezalkoholowe. Choć może słowo pokochali jest nieco na wyrost, to na pewno się do niego przekonali, a to też już dużo znaczy.
W wyścigu koncernowych bezalkusów bez wątpienia prowadzi GŻ. Nie zamierzam jednak testować każdej nowej wersji Warki Radler, ale takie na przykład sesyjne IPA z chęcią spróbuję. A czy jest na to lepszy sposób niż porównanie jej z wersją bazową/podstawową



Żywiec Sesyjne IPA

Z wyglądu piwo jest nieszczególnie zachęcające. Błotniście mętne (było wstrząsane), takie ni to ciemnozłote, ni to jasno brązowe. Piana skąpa, rzadka i nietrwała. Kremowa w barwie.
Najpierw smak. Dość dawno nie piłem tego piwa, choć na początku często po nie sięgałem. Mam wrażenie, że trochę się zepsuło, ale wciąż nie jest źle. Mamy tu niewielkie ilości cytrusowych owoców, wspieranych subtelną ilością kwiatów i landrynek. Za tło robi dosyć przyjemna i lekka słodowość typu zbożowo-chlebowego. Stawkę zamykają nieśmiałe echa tradycyjnego chmielu oraz leśnego igliwia, ale to już naprawdę są ilości homeopatyczne. Całość jest średnio mocno wysycona. Goryczki jak nie było, tak nie ma. W każdym razie nie jest to poziom na piwo typu IPA, nawet w wersji sesyjnej. Całość rześka, świeża, lekka i dobrze pijalna. Szału nie ma, ale pije się całkiem nieźle.