czwartek, 30 czerwca 2016

BIMBROWNIK


Idę za ciosem niczym Rocky Balboa. Taki Stallone po prostu jest ze mnie. Dziś kolejny trunek od Profesji i kolejny, trzeci już z rzędu mający w składzie słód wędzony torfem. I na tym jeszcze nie koniec…, w zanadrzu mam jeszcze jedno piwko w takim klimacie i z pewnością będzie to absolutna petarda!
Tymczasem zajmijmy się Bimbrownikiem. Bardzo wdzięczna nazwa, choć nie jestem pewien, czy pasuje do piwa. Ale zostawmy to. Generalnie nazwy piw z Browaru Profesja są bardzo fajne. Podobają mi się. Przedstawiają jakieś zawody, profesje. Etykiety też są spoko. Świetnie zaprojektowane i wykonane. Nie jakieś bardzo wymyślne, ale wyglądają bardzo profesjonalnie i stylowo. Jest tu mnóstwo informacji, podanych w czytelny i przystępny sposób. Naprawdę dobra robota.
Bimbrownik to w zasadzie dobrze znana w środowisku żytnia IPA, dodatkowo podrasowana słodem wędzonym torfem. Częściowo mamy tu polskie chmiele, a częściowo angielskie. To tyle w temacie. Przejdźmy zatem do tego co najprzyjemniejsze w tym fachu, czyli do konsumpcji :D


Otwieram i przelewam. Piwo wygląda po prostu piwnie. Ma ładną, ciemno złotą, wpadającą w bursztyn barwę i jest prawie klarowne (nie nalewałem syfu z dna). Generuje olbrzymich rozmiarów pianę o średniej wielkości pęcherzy. Piana ładnie oblepia ścianki, opada powoli i długo cieszy oko. Jest czas, by się do niej pouśmiechać i cyknąć fotkę.
W smaku niestety wielkiego szału nie ma. Piwo jest bardzo nisko wysycone i jakieś takie mdłe. Słód dominuje, tuż za nim biegnie lekki karmel, tosty, skórka od chleba i tym podobne melanoidy. Akcenty chmielowe oraz torfowa wędzonka są tu tylko tłem. Do tego dochodzą nuty ziemiste, piwniczne i drewniane, zapewne od słody whisky. Natomiast zioła i trawa majaczą gdzieś na granicy mojej percepcji. Finisz został okraszony niezbyt mocną, ziołowo-chmielową goryczką o łagodnym i stonowanym usposobieniu. Absolutnie nic do niej nie mam, ale sumarycznie Bimbrownik smakuje tak sobie. Jest mdłe, nad wyraz słodowe i wyraźnie brakuje mu chmielowych naleciałości.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

DUDZIARZ


Narzekanie na horrendalne temperatury byłoby z mojej strony wysoce niestosowne. Wszak ja lubię, gdy jest słoneczko grzeje mi w czachę. Przecież lepsze to niż trzaskające mrozy, no nie? Laseczki chodzą skąpo ubrane, można jechać na wodę, pokąpać się, a przede wszystkim można bardziej legalnie niż zwykle pić zimne piwo dla ochłody i dodania energii. 18 lat już co prawda dawno skończyłem, ale chodzi mi tu o nasze żony, które w kółko skrzeczą: znowu pijesz to piwsko, jesteś alkoholikiem, weź się ogarnij! Natomiast, gdy pot ciurkiem się po dupie leje, to już nas tak nie cisną. Ich gadanie traci na sile, bo same też chętnie wypiłyby jakiegoś radlerka.
Dzisiaj na tapecie piwo, które niejako nawiązuje do poprzedniego wpisu, czyli Smoga z Pracowni Piwa. Dudziarz z Browaru Profesja to także mocny, słodowy trunek ze szkockim rodowodem (Wee Heavy lub jak kto woli Strong Scotch Ale).  Tu także nie mogło się obyć bez słodu whisky




Otwieram i przelewam tego Dudziarza. Ładny jest skurczybyk. Trochę czerwony, trochę miedziany, a trochę nawet brązowy. W każdym bądź razie wygląda fajnie i apetycznie. Ubrany został w obfitą, drobną i równie ładną pianę o cudnym kremowo-beżowym odcieniu. Piana długo się utrzymuje. Brawo.
Czas na pierwszy kontakt. Fizyczny znaczy się, bo wzrokowy już był. Piwo jest bardzo pełne w smaku, słodkawe i słodowe. Czuć suszone owoce (rodzynki, śliwkę), przyjemny karmel i szczątki chmielu. W miarę ogrzewania się na wierzch wychodzą nieśmiałe nutki drewna, spodu od ciasta oraz torfu. Samej wędzonki i dymu w zasadzie tu nie ma, jest natomiast bardzo subtelna torfowa ziemistość. Finisz dość treściwy z lekką i przyswajalną goryczką o fajnym, ziołowym profilu. Goryczka jest łagodna, krótka i przyjemna. Taka jak Bóg przykazał. Alkohol jest bardzo dobrze ukryty, delikatnie grzeje wnętrzności, ale nic poza tym. Nie jest ostry, czy piekący jak spiryt spod ruskiej granicy, przewożony w baku po bezołowiowej. Sumarycznie świetnie się to pije. Gdyby to piwo startowało w Mam Talent, powiedzieliby „Trzy razy tak!”.

piątek, 24 czerwca 2016

SMOG


Schodzę dzisiaj do piwnicy po piwo (pisałem o niej wielokrotnie, znawcy bloga wiedzą o co kaman). Żyjecie, oddychacie, więc na pewno widzicie jaka jest obecnie pogoda. Skwar leje się z nieba niemiłosiernie. Majty kleją się do tyłka, a stopy i inne części ciała pocą się niesamowicie. Takie życie, nic nie poradzisz. Możesz jedynie schłodzić się zimnym piwkiem. Wodą też niby można, ale woda to raczej jest dla zwierząt. Nie będę się zniżał do poziomu zwierząt przecież. Zostaje więc piwo :D
No to jestem w tej piwnicy. Fajnie i chłodno tam jest. Na zewnątrz ze 30, w środku 14. Naprawdę fajnie i przyjemnie. Przebieram i szukam jakiegoś napitku na lato, a tam kurde lipa. Prawie same mocne trunki, kupione jeszcze za czasów niższych temperatur. Pal licho, mówię. Biere Smoga i czmycham na powierzchnię. Piw w szkockim stylu Wee Heavy ci u nas jak na lekarstwo. Można je zliczyć na palcach jednej ręki, a i tak ci jeszcze tych palców zostanie. Mocne i tęgie piwo. Dodatkowo podrasowane słodem whisky. Może być ciekawie, pomyślałem.


Smok… przepraszam Smog. Ten z Pracowni Piwa rzecz jasna, wygląda całkiem przyjemnie w mym snifterze. Pianka ładna, drobna, umiarkowanie obfita. Kremowej barwy i średniej trwałości. Piwo jest lekko zamglone, a jego kolor to piękna czerwono-miedziana poświata z rubinowym refleksami. Naprawdę smakowicie to wygląda.
W smaku Smog jest bardzo smaczny, wielowątkowy i ułożony. Mówię od razu – wcale nie czuć drzemiącej w nim mocy. Alko świetnie ukryte! Z początku kwaskowy napitek szybko przechodzi do ofensywy. Staje się przyjemnie owocowy i wyraźnie słodowy. Czerwone owoce oraz te suszone nieźle współgrają z lekko opiekanym słodem, skórką od chleba, tosatsami i tonami karmelu. Co jakiś czas przewija się tu i ówdzie coś słodkiego, jakby mleczna czekolada, czy może kakao? Sam nie wiem, ale ewidentnie coś jest na rzeczy. Tłem powoli suną klimaty zleżałego drewna i subtelnej wędzonki typu torfowego. Czuć bardzo delikatną spaleniznę, asfalt i naftę. Goryczka jest lekka i nieinwazyjna. Nie zalega i sprawia miłe wrażenie.

środa, 22 czerwca 2016

CORNELIUS APA


Słońce, plaża, opalone cycki, stringi. Lato już chyba zawitało do nas na dobre. Fajnie, bo lubię tę porę roku, jak próchnica zęby, czy pijawka krew. Najwyższa już pora zmienić kurs i przestawić się na lekkie, sesyjne wywary, które nas orzeźwią i ukoją pragnienie podczas nadchodzącej fali upałów.
Dzisiaj mój wybór padł na Cornelius APA. Jest to jedna z dwóch nowości w portfolio tego producenta. Co ciekawe – obydwa piwa to trunki nowofalowe! Tym samym producent z Piotrkowa Trybunalskiego dołączył w końcu do piwnej rewolucji. Nie jest to może szczyt refleksu, ale fakt na pewno godny jest odnotowania w kajecikach wszystkich birgików, a może nawet w piwnych niusach u Kopyry z „wiadomo jakiego blogu”. Przy miażdżącej rzemieślników mocy produkcyjnych browaru oraz bardzo szerokiej dystrybucji, nowy Cornelius APA może okazać się hitem tego sezonu wśród nawracającej się na craft rzeszy bardziej rozgarniętych piwoszy.
Ja naprawdę byłem sceptyczny, co do tego piwa. Może nie aż tak, jak w sprawie awansu białoczerwonych na Euro, ale jednak. Bałem się uwierzyć w to, że Browar Cornelius jest w stanie uwarzyć sensowne piwo na nowofalowych chmielach. Dość szybko okazało się, że przez 32 lata żyłem w błędzie ;p


Cornelius APA bowiem, to w miarę solidny i dosyć smaczny napitek. Połączenie słodkich owoców tropikalnych, a także brzoskwiń, moreli i świeżych kwaskowych cytrusów zdaje tutaj egzamin na zasłużone 4. Nie jest to oczywiście drugi Pacyfik od Artezana, ale naprawdę nie jest źle. Owoce podszyte zostały tutaj niezbyt mocną, ale przyjemną nutą słodu, chleba, trawy i kwiatów. Z tła wyłania się symboliczna żywica oraz odrobina karmelu. Po ogrzaniu się piwa na wierzch wychodzi (niewiadomego pochodzenia) subtelna przyprawowość, wywołująca konotacje z belgami! Niespotykane to zjawisko w tym stylu, ale sprawia fajne wrażenie. Spokojnie lejdis end dżentelmen – jest też i chmielowo-cytrusowa goryczka. Lekka, zwiewna i powabna. Krótka, niezalegająca, szlachetna i mówiąc ogólnikowo bardzo przyjemna. Nie orze kubków smakowych jak niektóre dojebane AIPA, ale naprawdę sprawia miłe i sympatyczne wrażenie. Piwo zostało umiarkowanie mocno wysycone. Podoba mi się taka ilość gazu. Jestem na tak! :)
Z wyglądu też jest nieźle. Piwo ma ładną pomarańczowo-złotą barwę oraz umiarkowanie obfitą, białą pianę. Rzeczona kołderka zbudowana jest z mieszanej wielkości pęcherzy i niestety dość szybko się dziurawi i opada.

niedziela, 19 czerwca 2016

BIG SLEEP




Niestety przyszła już pora na ostatni, szósty trunek z cyklu „Tydzień z Browarem Raduga”. Łezka się w oku kręci, żal dupę ściska, ale czas biegnie nieubłagalnie i nie można go zatrzymać. Przede mną jeszcze pierdyliardy piw do wypicia, nie mogę przeto do końca życia pić tylko Radugi.
Na zakończenie zostawiłem sobie piwo, z którym wiąże spore nadzieje. Jest nim Big Sleep w stylu American Barley Wine. Skrót ABW kojarzy się niektórym zapewne z czymś innym, ale to tylko i wyłącznie niezamierzona zbieżność. Bardzo lubię ABW. To znaczy takie piwa, a nie słynną agencję ;) Mocne, tęgie i wyraziste piwo nachmielone zgodnie z najnowszymi trendami, to jest właśnie to, czym zachwyca się każdy kumający bazę beer geek.
Nazwę zaczerpnięto oczywiście od filmu o tym samym tytule. Ja nie gustuję w, aż tak starym kinie, toteż jak dotychczas nie oglądałem żadnego dzieła kinematorgrafii, którym zainspirowali się włodarze Radugi. Ale z jęzorem na wierzchu czekam na piwo o nazwie na przykład Terminator, czy Elizjum ;>


Po przelaniu piwo nie wygląda zbyt apetycznie. Piana jest w sumie ok – bujna, średnio ziarnista, puszysta i umiarkowanie trwała. Jednak totalnie mętny i brązowy kolor nie szczególnie mocno wzmaga pracę ślinianek.
No, ale nie po to przecież kupiłem piwo, żeby mu się przyglądać, tylko żeby go wypić. Tak więc biorę pierwszy łyk, drugi, a nawet trzeci. Słodko panie, słodko. Słodowo-karmelowa pełnia solidnie wykleja mi gębę, powodując niechciany grymas na twarzy. Na sąsiednim torze egzystują owoce tropikalne, też słodkie. Z tła natomiast powoli wyłania się przyjemna kwiatowość, całkiem fajna żywica i akcenty lasy w formie igliwia. Na zakończenie każdego haustu zostajemy poczęstowani krótką, żywiczną goryczką – w sumie dość sympatyczną, tyle że za słabą. Goryczka wyraźnie nie radzi sobie z opasłym słodowym cielskiem tegoż napitku. Alkohol został tutaj doskonale zamaskowany. Dopiero po całkowitym ogrzaniu się piwa coś zaczyna nas lekko smyrać w przełyku.

piątek, 17 czerwca 2016

MY GEISHA




Wiecie, że trwa „Tydzień z Browarem Raduga”? Wiecie. Wiecie, że jest to już moje przedostatnie piwo z tego cyklu? Wiecie. Wiecie, że mamy już prawie pewny awans w Euro 2016? Na pewno wiecie. A czy wiecie, czy piwo i mecz, to niezwykle udane połączenie? Jasne, że wiecie. W końcu z niejednego polmosu się wódkę piło, co nie? Tfu, tfu, tfu… miało być – z niejednej warzelni się piwo piło ;>
No dobra, to jak już wszystko wiecie, to jeszcze tylko napiszę co tym razem trafi w moje gardziołko. Jest to My Geisha w stylu (uwaga, skupcie się, ale nie za mocno, bo będzie śmierdziało) Japanese Cherry TeaPA. Tadammm! Zapewne mówi Wam to tyle, co tajwańska niemowa, więc spieszę z pomocą. To IPA z dodatkiem japońskiej wiśni i zielonej herbaty sencha gingko. Taka herbata to mieszanka ziół w głównej mierze oparta na liściach miłorzębu japońskiego (chin. Gingko) który de facto wywodzi się z Chin, a nie z Japonii, ale mniejsza o większość. Ważne, żeby było smaczne i rwało papę z dachu prawda?


Kurcze blade dziwne jest to piwo. Może i jedno z ciekawszych jakie w swoim marnym żywocie piłem, ale dziwne. Może nie aż tak, jak perfekcyjna jazda samochodem przy czterech promilach, ale jednak. Maj Gejsza szeroko otwiera gębę i robi mi dziwny wyraz twarzy. Mimo, że to generalnie jest IPA, to ciecz jest wyraźnie słodka. Nie przesadnie, ale wyraźnie. Wiśniowe klimaty wyczuje tu każdy. Dosłownie każdy, nawet pacjent psychiatryka powie ci, że jest tu wiśnia. Zupełnie jakby ktoś dolał tu soku, ale nie. Soku to piwo nie widziało, tak samo jak ja szczytu Mount Everest. Tuż za wiśnią podąża owoc dzikiej róży, kwiaty, odrobina pomarańczy i zielonej herbaty. Nie jestem smakoszem tej ostatniej, dlatego nie mam bladego pojęcia, czy faktycznie jest to sencha gingko, czy jakaś podróbka z Biedry. Ale spokojnie zjadacze rodzimego craftu – w tle są też typowo piwne niuanse typu przyjemna, zwiewna słodowość oraz nieco trawiastego i ziołowego chmielu. Niestety chwilami z głębi wyłażą też nuty landrynek, a to już nie jest takie super fajne. Na finiszu pałęta się niezbyt mocna goryczka o łagodnym ziołowo-chmielowym usposobieniu. Nie jest ona jakoś bardzo tęga, a jak na IPA to wręcz zbyt niska. Niska, ale za to cholernie przyjemna, krótka, rześka i szlachetna. Całe piwo mimo swoistej słodyczy jest dość rześkie. To pewnie dzięki tej herbacie, która wywołuje też przy okazji lekkie uczucie ściągania w ustach.

czwartek, 16 czerwca 2016

POTIOMKIN




Info dla tych co ostatnie kilka dni byli zakopani w bunkrze, albo przespali pod kamieniem – trwa właśnie cykl „Tydzień z Browarem Raduga”. To info również dla tych, co tracą poczucie rzeczywistości z mniej oczywistych względów typu alkoholizm, czy narkomania ;)
Dzisiaj na wokandzie drugi RIS z tego browaru, co zowie się Potiomkin. Skoro to Russian Imperial Stout, to nazwa nie może nikogo dziwić. Potiomkin to dawny rosyjski pancernik, który swą nazwę zawdzięcza pewnego dzielnemu feldmarszałkowi. Jak wyglądała ta łajba możecie sobie obczaić na etykiecie (o ile grafika nie poniosła zbytnio wyobraźnia).
Tym razem chłopaki przestali sobie robić z nas jaja oraz jednocześnie urągać temu szacownemu stylowi (stylu?) piwa i wypuścili w świat naprawdę sowicie mocne i ekstraktywne piwo, co by nikt już im nie zarzucił braku wiedzy, poczucia taktu i fachu w ręku. Od teraz nikt już nie będzie trolował, że Raduga leci sobie w kulki i nie wie jak uwarzyć poczciwego (przynajmniej pod względem parametrów) RISa ;) Dodatkowym smaczkiem jest doprawienie go hamerykańskimi chmielami. Ciekawy jestem jak nowofalowe chmielenie wpłynęło tutaj na całokształt.


Otwieram i przelewam. Piwko wygląda naprawdę zacnie – jest totalnie czarne. Czarne jak dupa nietoperza. To tego generuje całkiem porządną jak na RISa pianę. Drobno ziarnista, beżowa pierzynka jest naprawdę dość gęsta i trwała. Długo cieszy oko i nawet oblepia szkło :D
Biorę pierwszy łyk. Ulalaaa… Piwo jest gęste, gładkie i wyraźnie oleiste. Mocne, zadziorne i charakterne, niczym dobrze wyszkolony adept Al-Kaidy. Od razu czuć, że to nie przelewki. Mamy tu całkiem sporo słodko-gorzkiej czekolady, mocnej kawy i solidnie palonych słodów. Pomaga im palony jęczmień, nieco prażonego ziarna słonecznika i odrobina lukrecji. Z tła natomiast wyłaniają się lekkie nuty owoców tropikalnych oraz ziołowego chmielu. Jest trochę słodko, ale natychmiast z odsieczą przybywa dość pokaźna dawka palono-kawowej goryczki, która w oka mgnieniu równoważy opasłe słodowe ciało. Goryczka jest wyraźna i konkretna. Minimalnie zalega, ale sumarycznie jest bardzo przyjemna i urodziwa. Na samym końcu pojawia się lekkie muśnięcie alkoholem. Trochę grzeje nam kiszki, ale nie ma z tym żadnej tragedii. Powaga.

środa, 15 czerwca 2016

DEMENTIA




Dzisiaj trzecie piwo od Radugi. To znaczy trzecie w tym tygodniu, bo przecież jest to „Tydzień z Browarem Raduga”.
Na tapecie ląduje Dementia – Imperial American Wheat. Rozumiem, iż wegetujecie na odpowiednio wysokim poziomie inteligencji, toteż daruję sobie wyjaśnienie z czym mamy do czynienia. Mocna, dojebana jankeskimi chmielami wersja amerykańskiej pszenicy brzmi naprawdę rozsądnie, zwłaszcza gdy bardzo chce ci się pić, brakuje ci elektrolitów i jesteś styrany jak ja dzisiaj. Po ośmiu godzinach pracy w fabryce (a nadmieniam, że nie jestem tam kierownikiem), a potem jeszcze cięższej harówce u siebie na budowie człowiek naprawdę jest ściorany. Ściorany jak koń po westernie, albo jak żółw po maratonie (pół roku w ciągłym „biegu” to naprawdę nie przelewki).
Czas więc odpocząć, wyluzować się i zregenerować siły. Między innymi po to pije się piwo prawda?


Dementia z początku ma ładną, białą pianę. Obfita i wysoka jest skubana, jednak dość szybko się rozrzedza i dziurawi niczym stare kalesony, co to nieraz dostajemy w spadku po dziadku. Efekt – po kilku minutach piana jest tylko wspomnieniem. Zostaje z niej tylko niewielki kożuszek (taki jak po zamieszaniu kakao na przykład). Barwa tego co siedzi w szkle jest stosunkowo ciemna jak na ten styl. Bursztynowe American Wheat to raczej rzadki widok. Może nie tak rzadki jak uczciwy polityk, ale jednak.
Obwącham piwko za chwilę, a tymczasem siup w ten głupi dziób! Ciecz jest dość zimna, ale nie przesadnie. Wysycenie bardzo niskie, bliskie zeru… nie dobrze. Dalej wcale nie jest lepiej. Solidnie słodowy napitek ma raczej niewiele wspólnego z mega rześkim i pijalnym piwem, za które się podaje. Tępa słodowość miesza się tutaj z nutami karmelu, opiekanego chlebka i chmielu. Na drugim planie stonowane owoce tropikalne, biszkopty, jakaś kwiatowość oraz zioła. Na zakończenie dostajemy po łbie od mało sympatycznej ziołowo-pestkowej goryczki, która może nie jest jakaś bardzo tęga, jednak sprawia mdłe i mało świeże wrażenie. Naprawdę w smaku to piwo nie oferuje żadnych ciekawych doznań. Pijąc w ciemno za cholerę bym nie zgadł, z czym mam do czynienia. A miało być tak pięknie…

wtorek, 14 czerwca 2016

NIGHT FEVER




Tygodnia z Browarem Raduga ciąg dalszy. Po pierwszym i niezwykle udanym piwie (Lost Weekend) przyszła pora na dużo nowsze piwerko, a jest nim Night Fever.
Tak zupełnie nowe, to ono nie jest. Premierę miało już ładnych kilka miesięcy temu i od tego czasu spokojnie leżało sobie w mojej prywatnej, osobistej i pilnie strzeżonej piwnicy. Pięć kłódek, dwie Gerdy, szyfr, alarm, czujniki ruchu, Solid Security i pies cerber skutecznie odstraszają potencjalnych włamywaczy. No, ale miało być o piwie, a nie o zabezpieczeniach mojego bejsmentu.
Otóż Nocna Gorączka to pierwszy RIS Radugi (drugiego też już się dorobili). Parametry nie zwalają z nóg, u co niektórych wywołując pewne podśmiechujki. Ja owszem, zwracam uwagę na ekstrakt, ale nigdy nie ganię, dopóki nie spróbuję. 20°Blg to niby nie jest bardzo dużo, ale czasem wystarczy, by solidnie skopać dupsko. Piwo to leżakowane było z kostkami dębu francuskiego zatopionymi w bourbonie! Wiem, co to dąb. Wiem, co to bourbon, więc może być ciekawie. Zatem szklanki w dłoń i do boju! ;p


Dyskotekowy Night Fever to zupełnie czarne i nieprzejrzyste piwo. Kompletnie nic przez nie nie widać. Nie zobaczyłbyś nawet gołej panienki, gdyby za nim stała (za pokalem znaczy się). Piana jak to w RISach nie jest mocną stroną. Beżowa kołderka jest niewysoka, ale ładnie zbita, drobna i puszysta. Opada dość szybko bardzo delikatnie znacząc szkło.
Piwo jest bardzo nisko wysycone, gładkie, aksamitne i posiada umiarkowanie gęstą fakturę. Smak jest wystarczająco wyrazisty, ale jak na ten styl stosunkowo mało urozmaicony. Dominuje w nim wyraźna kawa, palone słody, prażony jęczmień i gorzka czekolada – wszystko to w jakby podwójnej dawce. Z tła wyłaniają się delikatne cienie bourbonu i dębu. Niestety daje o sobie też znać alkohol, który wyraźnie piecze w przełyku. Da się z tym żyć, ale wolałbym lepiej ukryty etanol. Finisz został naznaczoną mocną, tęgą goryczką o kawowo-palonym i niestety również alkoholowym charakterze. Goryczka długo siedzi na podniebieniu, jest ostra i piekąca. Całość smakuje średnio, a piwo sprawia wrażenie chaotycznego i nieułożonego.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

LOST WEEKEND




Niniejszym rozpoczynam kolejny cykl „Tydzień z…”. Tym razem tygodniową przygodę spędzę z Browarem Raduga, a w tle meczyki na Euro 2016 ;)
Jest to ekipa bardzo już znana, mająca ugruntowaną pozycję na rynku piw rzemieślniczych. Zwłaszcza odkąd można ich wypusty nabyć w sieci Tesco. Raduga słynie z wyszukanych trunków, często gęsto będących hybrydami różnych stylów, albo autorskimi interpretacjami. Ich motywem przewodnim są tytuły starych filmów, którymi nazywają swoje piwa. Etykiety mają spójne i dość ciekawe, ale zapewne to wszystko już wiecie. Po co ja to w ogóle piszę?
Kończę już to ględzenie, napomnę jeszcze tylko iż pierwszym piwem w cyklu jest Lost Weekend – piwo bardzo znane, jedno z pierwszych z tego przybytku. Jest to żytnie Black IPA, które wygrało swego czasu naszą VI Degustację Piw Bractwa Piwnego. Musiało naprawdę urywać dupę. Za chwilę sprawdzę jego obecną formę. 


Piwo w szkle wygląda świetnie. Jest totalnie czarne, nieprzejrzyste i majestatyczne jak pochmurna noc. Wieńczy je drobna, obfita i puszysta piana o barwie jasnego beżu. Pierzynka dość długo utrzymuje się przy życiu, zostawiając liczne i trwałe zacieki na szkle.
Lost Weekend jak wygląda, tak i smakuje. Piwo jest bardzo gładkie, śliskie i aksamitne. Cudownie zbalansowane. Z jednej strony atakuje nas przyjemny cytrusik, łagodna żywica i tropikalne frukty. Na drugim końcu kija mamy subtelnie palone słody, rześką kawę i delikatne czekoladowe muśnięcie. Tłem łagodnie sunie lekki karmelek i prażone ziarno słonecznika. Wszystko pięknie wyważone i dobrane. Zgrane ze sobą jak Scorpionsi, czy inni bitlesi. Finisz został naznaczony przeciętnej mocy goryczką o żywiczno-palonym rodowodzie. Gorycz jest krótka i szlachetna. Nie zalega i nieźle równoważy słodową pełnię. Naprawdę bardzo smaczne i ułożone piwo. Wchodzi jak złoto!

niedziela, 12 czerwca 2016

CZY PIWO CECHOWE Z BIEDRONKI MOŻE BYĆ DOBRE? WIELKI TEST



Sklepy Biedronka zna chyba każdy z Was. Wiadomo – tanio, blisko, szybko i wygodnie. Jednak dla poczciwego piwosza, tudzież masochistycznego beer geeka popularna biedra jest niczym innym jak piwną pustynią (jak każdy dyskont zresztą). OK, fanatyk koncerniaków widząc swojego ulubionego Tyskacza Klasycznego za dwa zeta może być wniebowzięty. Amatorzy taniej najebki spod znaku VIPa też zapewne zacierają ręce na wieść o kolejnej promocji ich ulubionego dostarczyciela alkoholu do organizmu. A taki typowy hop head to może tylko siąść i rzewnie płakać. Zostaje mu co najwyżej któryś wariant Książęcego, który jak wiadomo, koło craftu nawet nigdy nie stał.
Tak było kiedyś, bo jakiś rok, a może i już ze dwa lata temu pojawiła się w biedrze iskierka nadziei dla tych wszystkich piwnych świrów, co to byle czego do ust nie biorą. Chodzi o trunki sygnowaną marką Cechowe. Piwa stylowe. Kilka różnych rodzajów.  Dostępne tylko w sieci Biedronka, po stosunkowo niskiej cenie trzech peelenów. Cóż to jest? - pytała piwna gawiedź.  Kto to robi? Jak to smakuje? 


Po kilku blogerskich recenzjach piwna hołota - w tym ja – szybko zeszła na ziemię. Okazało się, że za tak okazyjną cenę grupa Van Pur nie jest w stanie zrobić sensownego piwa, nie mówiąc już o czymś porywającym. Co ja wtedy zrobiłem? Olałem temat ciepłym moczem i omijałem Cechowe wynalazki szerokim łukiem. Do czasu, aż pewnego pięknego dnia w kochanej Biedronce spotkała mnie powalająca promocja (styczeń to był chyba). Piwa Cechowe za jedyne (uwaga) 1.50Zł!!! Tak, to nie żart – złoty pisiont za piwo! Mocno zdziwiony, a jednocześnie podniecony i zbity z tropu zakupiłem wszystkie pięć rodzajów. Zobaczcie co dobra promo robi z człowiekiem. Do pełni kolekcji brakowało mi tylko IPY, której pomimo moich kilkumiesięcznych poszukiwań nie udało mi się zakupić po dziś dzień (nawet w normalnej cenie za ‘trójkę’). Może już je wycofali? Cholera wie. W każdym bądź razie piwa kupiłem tylko w jednym celu – sprawdzenia i przekonania się na własnej skórze, czy faktycznie są tak kiepskie jak głoszą inni. Chciałem wiedzieć, czy w tym kraju za 3zł (1,5zł w moim przypadku) można napić się poczciwego piwa innego niż koncernowy wyprany ze smaku ojrolager? Całość przyjęła zatem formę Wielkiego Testu. Oto wyniki moich degustacji i moich spostrzeżeń.


Na pierwszy ogień poszło najnowsze Cechowe – Bezglutenowe. Jest to lekki jasny lager w wersji dla osób nie tolerujących glutenu. Zacne to i szlachetne, że pomyślano o chorych na celiakię, jednakże sam wyrób pozostawia bardzo wiele do  życzenia.
Piwo posiada jasno złoty odcień i niską białą pianę o grubych pęcherzach i krótkiej trwałości. Nie to jest jednak najgorsze. Najgorszy jest jednowymiarowy i mega wodnisty smak. Rozumiem, że ciecz ma niski ekstrakt (nie podano dokładnie jaki), ale ono jest po prostu masakrycznie wodniste! Nie ma tu nic prócz lekkiej słodowości. Chwilami pojawia się lekki kwasek, ale generalnie smak jest pusty jak mój portfel tuż przed wypłatą. W aromacie wcale nie jest lepiej. Bezglutenowe pachnie głównie zbożowo i słodowo, ale w tle czai się też lekko stęchły, piwniczny zapach. Jest też dość wyraźny mokry karton oraz subtelne nuty miodu.
Sumarycznie jest to bardzo słabe piwo. Okropnie wodniste i utlenione. Co to ma być się pytam? Jakbym chciał się napić wody, to kupiłbym półtora litra przezroczystego płynu w plastiku!
OCENA: 3/10
CENA: 1.50ZŁ
ALK.4,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 11.10.2016
VAN PUR


Jako drugiego z kolei skosztowałem Cechowe Lager Bier. Głownie dlatego, że obstawiałem iż będzie bardzo podobne do tego powyżej. I w sumie niewiele się pomyliłem, choć nie mogę powiedzieć, aby były to te same piwa.
Napitek ma białą, obfitą i średnio ziarnistą pianę. Cechuje ją średnia trwałość i bardzo znikomy lacing. Piwo jest blado złote, wręcz słomkowe, idealnie klarowne.

czwartek, 9 czerwca 2016

MR. HARD'S ROCKS MILK


Są w tym kraju piwa znane i mniej znane. Potoczne jak koncerniaki i mniej spotykane jak rzemieślnicze krafty. Te najbardziej pożądane są najmniej dostępne. Rozpalają do białości wyobraźnię każdego beer geeka. Dla mnie jednymi z takich trunków wciąż są RIS i Barley Wine z Pracowni Piwa. Do tej pory z nazwy nie odróżniam które jest które, ale to nie ważne. Ważne, że wiem o co chodzi.
Niedawno PP wypuściła w świat dwie nowe wersje swojego flagowego RISa  – jedna z dodatkiem laktozy, druga z dodatkiem słodu wędzonego torfem (popularne to ostatnio jak ajfony wśród hipsterki). Ja miałem sposobność zakupić tylko tego mlecznego RISa, ale dobre i to. Nie wahałem się ani chwili, mimo wziętej z kosmosu ceny. Nie piłem nigdy dotąd regularnego Mr. Hard’s Rocks, ale będę pił za chwilę wariację na jego temat. Emocje wcale nie mniejsze. Naprawdę.


Mr. Hard’s Rocks Milk to jedno z najbardziej czarnych piw, jakie w życiu widziałem, a widziałem ich naprawdę sporo. Możecie mi wierzyć lub nie. Ciecz jest czarna jak smoła. Jak to zwykle w przypadku RISów bywa - piana nie jest ich mocną stroną. Tu również na powierzchni uformowała się niewielka kołderka beżowej piany. Dość drobnej i puszystej, jednak mało trwałej.
Piwo jest wyraźnie gęste, gładkie i oleiste. Długo i powoli sunie po przełyku, niczym „czajnik” po lodzie w curlingu. Bałem się laktozowej słodyczy, ale na szczęście nie ma jej na tyle dużo, by zamulać. Owszem słodycz jest, ale jak dla w dopuszczalnym jeszcze stężeniu. Mamy tu spore ilości kawy z mlekiem, słodko-gorzkiej czekolady i pralin. W drugim rzucie pojawia się mocne kakao oraz ciemne, palone słody zakończone niewielką popiołowością. Daleko w głębi czai się coś na kształt karmelu, przypieczonej skórki chleba i prażonego jęczmienia. Są też jakieś estry suszonych owoców, ale to dopiero po całkowitym ogrzaniu się piwa. Poza tym naprawdę jest ich ultra mało. Finisz został obsadzony zauważalną, umiarkowanie mocną goryczką o kawowo-palonym charakterze. Goryczka ani przez chwilę nie zalega, jest krótka, ułożona i dobrze jej z oczu patrzy ;) Wysycenie jest niskie, ale norma przy tego typu napitkach. Alko jest niemal niezauważalne, co najwyżej delikatnie grzeje w gardziołku. Fajnie to smakuje, choć brakuje mi tu większej dawki suszonych owoców.

wtorek, 7 czerwca 2016

XI DEGUSTACJA PIW - IMPERIAL IPA



Kocham piwo. Lubię je pić, poznawać nowe smaki, nowe style, nowe browary. Degustacje też lubię i to bardzo. Zwłaszcza te anonimowe z Bractwem Piwnym. Bractwo też jest fajne. Każdy z nas jest inny - jeden łysy, drugi gruby, jeden z brodą, inny bez. Ale to nie ważne, bo łączy nas piwo! Tak, piwo łączy ludzi. To fakt.
Na ostatnim spotkaniu częstochowskiego Bractwa Piwnego grono sympatyków napoju z pianką miało okazję uczestniczyć w XI Degustacji Piw. Tym razem na tapetę wzięliśmy Imperial India Pale Ale. Ikonę piwnej rewolucji, tyle że w wersji imperialnej, podwójnej, jeszcze mocniej nachmielonej niż zwykła IPA.


Imperial IPA

Double IPA każdy zna, a przynajmniej każdy, kto trochę liznął w życiu piwnego craftu. Definicja jest prosta – jest to jasny ejl na maksa dojebany chmielem. Każdy znawca tematu powie, że amerykańskim, jednak BJCP mówi, że mogą to być chmiele na przykład angielskie lub jeszcze inne. Generalnie mają to być szlachetne odmiany, a kraj pochodzenia jest tu sprawą drugorzędną. W skrócie jest to mocne jasne piwo o wyraźnym chmielowym charakterze, bardzo wysokiej goryczce, ale bez olbrzymiej słodowości i ciężkości spotykanej w American Barley Wine.

Parametry wg BJCP:
- ekstrakt początkowy 17,1-21,6%
- alkohol objętościowo 7,5-10%
- goryczka 60-120 IBU

Aromat
Intensywny charakter chmielowy, który może być dostarczony przez amerykańskie, angielskie albo jakieś inne szlachetne odmiany chmielu (aczkolwiek cytrusowy charakter jest prawie zawsze obecny). Większość wersji jest chmielona na zimno, więc może mieć dodatkowy żywiczny albo trawiasty aromat, ale nie jest to absolutnie wymagane. Troszeczkę czystej słodowej słodkości może być wyczuwalne w tle. Owocowość zarówno wynikająca z estrów jak i chmieli, może również być wyczuwalna w niektórych wersjach. Przeważnie alkohol może być troszkę wyczuwalny, ale powinien mieć „ciepły” charakter.

Barwa
Kolorystyka od złotego bursztynu do czerwonawo-miedzianego. Niektóre wersje mogą mieć pomarańczowawy odcień. Powinno być klarowne, chociaż wersje niefiltrowane, chmielone na zimno mogą być delikatnie mgliste.

Piana
Przyzwoita piana o złamanym białym, żółtawym lub szarawym kolorze, która powinna długo się utrzymywać.

Smak
Smak chmielowy powinien być mocny i kompleksowy, co odzwierciedla użycie amerykańskich, angielskich albo innych szlachetnych odmian. Klimaty słodowe powinny być niskie do średnich i generalnie czyste, aczkolwiek troszkę karmelowych albo tostowych naleciałości może być do przyjęcia. Brak diacetylu. Lekkie smaki owocowe są akceptowalne, ale nie wymagane. Finisz od średnio wytrawnego do wytrawnego.  Czysty, gładki posmak alkoholu jest przeważnie obecny, ale nie może być dominujący.

Goryczka
Mocna lub nawet bardzo mocna goryczka, która może być długa. Nie powinna być jednak ostra i nieprzyjemna.

Odczucie w ustach
Piwo powinno być gładkie o średnio-lekkiej do średniej treściwości. Wysycenie od umiarkowanego do średnio wysokiego. Brak ostrej chmielowej cierpkości. Może być odczuwalne lekkie alkoholowe grzanie w przełyku.



Do degustacji udało się zebrać 14 różnych piw. Docelowo miały to być oczywiście trunki chmielone jankeskimi odmianami, jednak zrobiliśmy jeden mały wyjątek. Duży Volt od Brodacza to Double IPA na polskich chmielach. Byliśmy ciekawi jak nasze odmiany poradzą sobie na tle amerykańskiej rewolucji.

niedziela, 5 czerwca 2016

PILSWEIZER ANDY'S ESB


Bałem się. Zwlekałem z tym piwem już od dłuższego czasu. Targały mną rozterki, przerywane nagłymi napadami strachu i nocnego moczenia się. Bałem się jak dziecko złego Pana, który przyjdzie i je porwie jak będzie niegrzeczne. Wypić, czy nie wypić? Oto jest pytanie. Czy angielski Extra Special Bitter w wykonaniu Browaru Pilsweizer vel. Grybów  może w ogóle być dobry, czy chociażby pijalny? Czy typowy producent dolnofermentacyjnych lagerów jest w stanie uwarzyć sensowne ESB? Pytań i wątpliwości nie było końca.
Aż pewnego słonecznego popołudnia powiedziałem sobie „one kozie death”. Skoro przeżyłem Wielki Test Piw Zielonych, to już żadne piwo mnie nie zabije. A jak nie zabije, to wiadomo co zrobi.
Na etykiecie wszystko wygląda w porządku. To znaczy sama eta jest brzydka jak noc – na bank grafik płakał jak projektował ;p Chodzi ma bardziej o takie rzeczy jak podane IBU (45), angielskie chmiele (Admiral, EKG, Fuggles), otwarte kadzie fermentacyjne, słód pale ale, karmelowy i melanoidynowy. Niemal wszystko jak książka pisze.
Bardzo szybko okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go sobie wyobrażałem, bo w Grybowie potrafią uwarzyć przyzwoite piwo. Poważnie! Ale po kolei.


Do wyglądu naprawdę ciężko się przyczepić. Trunek jest lekko mętny o miodowo-herbacianej barwie. Piana jest drobna, bardzo obfita i gęsta. Opada powoli, a to się ceni. Lacing niewielki, ale obecny.
Smak jest ciekawy i dość złożony, a co najważniejsze całkiem przyjemny :) Dominuje w nim wyraźna słodowość i fajnie zestawiony karmel. Do tego dochodzą ciasteczka i przypieczona skórka od chleba. Drugi akord to chmielowe niuanse w postaci ziół, liści tytoniu i ulotnej żywicy. W tle pojawiają się tosty, niewielkie ale bardzo sympatyczne owocowe estry. Tuż za nimi majaczy minimalny diacetyl, ale w tym stylu jest to dopuszczalne. Jest też i chmielowo-ziołowa goryczka. 45 IBU od razu można między bajki włożyć, bo gorycz jest stosunkowo niska, ale za to całkiem przyjemna, łagodna, dobrze ułożona, krótka i rześka. Wysycenie jest niskie, stylowe. Fajnie się to pije. Piwo nie zamula i dobrze wchodzi. Jestem w szoku. Sam nie wiem, czy to sen, czy jawa.

piątek, 3 czerwca 2016

HOPSBANT FRESH IPA


Na zewnątrz typowo letnie klimaty. Laski pokazują swoje wdzięki. Faceci też nie chcą być gorsi, więc zaczynają odsłaniać zarośnięte łydki. Chciałem się dzisiaj napić czegoś lekkiego, rześkiego, sesyjnego. No i się kurna napiłem. Może nie było to mega sesyjne, ale jak babcie kocham, pijalne i rześkie do bólu było.
Hopsbant Fresh IPA od Birbanta jest sprawcą całego zamieszania. Piwo dość  nowe, choć na pewno nie najnowsze (tak, sraczka wydawnicza ich również dopadła). Owa trylionowa IPA na rynku jednak różni się czymś od pozostałych. Wszystko przez pewien wynalazek, którego karykatura została zamieszczona na etykiecie właśnie. Jeśli jednak nie wiecie jak to działa, to służę pomocą. Hopsbant służy do chmielenia piwa na zimno. W największym uproszczeniu gotowe piwo przed rozlewem przepuszcza się przez warstwę świeżego (chyba) chmielu. Koromysło to generalnie ma robić robotę w aromacie, o czym przekonałem się na własnej spoconej od słońca skórze. 


Zapach poczułem tuż po otwarciu. Ale to jeszcze nic. Wyobraźnie, że czuć go było nawet z odległości metra i to na powietrzu, przy wyraźnym wietrze. Z początku pomyślałem, że to pewnie trawy tak wokół mnie pachną, ale trawa przecie Panie nie wali cytrusem na kilometr! A to piwo właśnie wali tym cytrusem jak jasna cholera (określenie „wali” występuje tu w pozytywnym znaczeniu). Tak więc cytrusy tutaj rządzą, wiercą potężne dziury w nosie, tak że aż chwilami chce mi się kichać. Rześkie cytryny, limonki i grejpfruty to jednak nie wszystko. Słodkie owoce tropikalne też się tu nieźle udzielają. Mango, ananas, liczi oraz marakuja świetnie dogadują się z wspomnianymi cytrusami, a także z łagodną, ale wyczuwalną żywicą. Nieco dalej czają się akcenty lasu, igliwia i trawy. Dopiero daleko w tle egzystuje lekka i bardzo przyjemna słodowość podszyta miłym i subtelnym muśnięciem karmelu. Wszystko świetnie do siebie pasuje. Całość mega wyrazista, mega złożona i mega owocowa! Zapach klasy światowej droga młodzieży – mógłby powiedzieć nauczyciel III LO.

czwartek, 2 czerwca 2016

PIWO MIESIĄCA - MAJ 2016




Początek nowego miesiąca, to tradycyjnie już czas podsumowania i wybór najlepszego piwa na blogu z zeszłego miecha. Spośród kilkunastu pozycji muszę wybrać to jedno jedyne. Takie, które śni mi się po nocach. Które za mną chodzi i takie, o którym wciąż myślę i pamiętam jego porywający smak oraz uwodzący aromat.

W maju, podobnie jak miesiąc wcześniej, również panował na blogu istny róg obfitości. Nie wiem, czy to poziom polskich piw ostatnio poszedł w górę, czy po prostu świadomie wybieram trunki o szczególnie wysokim potencjale. Tak, czy siak znowu miałem trudny orzech do zgryzienia. Tyle zacnych napitków przelało się przez moje gardełko, a tu muszę wybrać tylko jedno. Piw dobrych i bardzo dobrych było naprawdę wiele, ale w rzeczywistości walka o Piwo Miesiąca toczyła się pomiędzy tymi specjałami: Pacific Avenue (Fabryka Piwa), Nafciarz Dukielski (Brokreacja i Dukla), RIS Blended Barrel Aged (Birbant), Transfuzja oraz Biohazard (Browar Hopkins).
Wszystkie te piwa oceniłem na 9 pkt. Wszystkie są świetnymi napitkami o klasie światowej. Każdym z nich można by namieszać w niejednym międzynarodowym konkursie piwnym, ale ja musiałem wybrać jedno z nich. No i wybrałem.

Wszem i wobec oświadczam, że tytuł PIWO MIESIĄCA – MAJ 2016 zdobywa Nafciarz Dukielski, który jest wspólnym dziełem Browarów Dukla i Brokreacja!!! :)


Żytni podwójny porter angielski na słodzie whisky tym samym dołącza do zacnego grona  moich najulubieńszych piw! Wybór był naprawdę ciężki, zwłaszcza że z konkurencji mocno naciskał Biohazard (również zajebiście torfowe piwo). 
Wracając jednak do zwycięzcy to naprawdę Dukla i Brokreacja wspięły się na wyżyny swoich możliwości. Piwo jest niesamowicie gęste, gładkie i oleiste. Cudownie omamia nos swoim mega silnym zapachem asfaltu, podkładów kolejowych, spalonych kabli, czekolady, kawy, dymu i wielu innych niesamowicie oryginalnych klimatów. W smaku czeka nas to samo! Piłbym wiadrami ;D
Jeśli ktoś jeszcze nie próbował to śmiało polecam. Oczywiście nie każdemu takie piwo będzie podchodzić. To jest raczej pozycja dla wtajemniczonych (taki wyższy level wśród piw). Jeśli do tej pory wlewałeś w siebie tylko koncernowe lagerowe siuśki, to możesz być w głębokim szoku. Pij małymi łyczkami i najlepiej z kimś na spółkę ;p
Browarom Dukla i Brokreacja gratuluję tak znakomitego i niepowtarzalnego wywaru! Odwaliliście kawał dobrej roboty. 


środa, 1 czerwca 2016

PHANTOM


Dziś na tapecie Phantom od Kingpina. Sympatyczna świnka przybrała twarz upiora, zjawy, co to się śni po nocach. Bardzo lubię te kingpinowskie etykiety. Niby schematyczne, ale zarazem bardzo spójne, dowcipne i w sumie też oryginalne. Przykuwają wzrok i mocno wyróżniają się półce sklepowej, a o to przecież chodzi. Nieświadomy Janusz kupi z ciekawości, bo fajnie wygląda ;>
Na ecie fantom, a w środku czai White IPA, czasem nazywana też Wit IPA – hybryda belgijskiego Witbiera oraz kultowego IPA. Mamy tu więc zarówno kolendrę, skórkę gorzkiej pomarańczy, jak i słód pszeniczny w zasypie. Wiadomo, że Michał Kopik do każdego piwa daje coś od siebie, jakiś ciekawy i mało spotykany/znany składnik. Do Phantoma dodał liście limonki kaffir. Nie znam, nie jadłem, ale niech będzie. Michał na pewno się zna na rzeczy. Całość oczywiście została doprawiona hamerykańskimi chmielami. Parametry też raczej zwrócone ku nowofalowej ipie. Powinno być zatem nieźle. Musi być nieźle, jak to u Kingpina. Jeszcze nie piłem od nich słabego piwa. Respect.


Phantom pieni się jak szalony. Generuje olbrzymich rozmiarów białą pianę o mieszanej wielkości pęcherzy. Początkowo pierzynka jest dość zwarta, lecz szybko zaczyna się rozrzedzać i dziurawić. Jej żywotność jednak jest wystarczająco długa. Piana opadając tworzy bardzo ładnie wyglądający lejsing.
Kolor piwa też niczego sobie. Ze szkła spogląda na mnie piękna złocista barwa, która jest lekko zamglona, co przy słodzie pszenicznym jest rzeczą jak najbardziej normalną.
Kingpinowska White IPA smakuje wybornie i zdumiewająco rześko. Wysokie i drobne nasycenie to jest to, czego oczekuję od tego typu piw. Uwielbiam miziające podniebienie bąbelki! Dominuje tu bardzo konkretna i wyrazista nuta cytrusów, głównie limonki ma się rozumieć. Choć z głębi można też wyłapać niuanse cytryn, pomarańczy oraz zielonych grejpfrutów. Jak dobrze poszukasz, to odnajdziesz też  lekkie muśnięcie owoców tropikalnych, świeżej trawy, tytoniu, ziół, igliwia (głównie sosny) i łagodnego słodu. Słód dopiero na szarym końcu tej listy. Finisz został okraszony wyraźną, a zarazem lekką, zwiewną i bardzo szlachetną goryczką o grejpfrutowym charakterze (jakże mogło być inaczej?). Takie właśnie jest to piwo – świeże do bólu, wybitnie cytrusowe, rześkie i lekko cierpkie! Super się to pije :D