wtorek, 30 października 2018

OKO W OKO - Kmicic Jasne Pełne vs Kmicic Jasne Pełne (WTF?!)


Mam dwa różne piwa, ale o takiej samej nazwie, uwarzone w tym samym stylu i o bardzo podobnych parametrach. Co można z nimi zrobić? Oczywiście sporządzić następny wpis z serii „Oko w Oko”! :D
Piwo Kmicic to temat rzeka. Częstochowski Browar Kmicic zaprzestał warzenia pod koniec 2004 roku. Niestety nie było mi dane spróbować żadnego z miejscowych wyrobów (mieszkałem wówczas na Lubelszczyźnie). Piwa Kmicic oraz Bohun były jednak jeszcze przez pewien czas wciąż produkowane, tyle że w browarze w Zduńskiej Woli. Po czym zniknęły z rynku na długie lata. Dość nieoczekiwanie kultowa marka częstochowskiego piwa pojawiła się ponownie w 2014 roku. Tych Kmiciców pojawiało się, aż cztery rodzaje. Jak głosi etykieta, zostały uwarzone w pobliskim Browarze Wąsosz na zlecenie firmy SGA Sp. z o.o., której to siedziba (chyba tylko na papierze) mieści się dokładnie pod takim samym adresem, co ruiny częstochowskiego browaru. Oczywiście spółka musi posiadać prawa do marki Kmicic. Wszystko odbywa się zatem zupełnie legalnie. Tyle wiem na pewno, reszta to tylko domysły. 

Sakrucko wielkie było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia zobaczyłem na sklepowej półce Kmicica wyprodukowanego przez… Browar Jabłonowo. Przemilczę już fakt łudząco podobnej etykiety do wiadomego piwa Kompanii Piwowarskiej. Jestem jednak bardzo ciekaw, co na to wspomniana wyżej firma, co to zleca warzenie Kmicica w Wąsoszu? Czy takie zagrywki są w pełni zgodne z prawem? Nie wiem, ale zostawmy to. Czas na bezpośrednie starcie. Cudów nie oczekuję, ale mam cichego faworyta.



Kmicic Jasne Pełne (Wąsosz)

Piwo jest dosyć zamglone, ciemno złote w barwie. Wieńczy je niewysoka, ale całkiem zgrabna biała pianka o drobnej strukturze i przeciętnie długim żywocie. Lacing za to bez zarzutu. Ciecz wspaniale trzyma się ścianek.
Nie piłem nigdy wcześniej tego napitku, ale zaskoczenia żadnego nie ma. Ot, zwykły jasny lager o wyraźnej, acz nieco mdłej słodowej podbudowie w starym stylu. Kojarzy mi się to z wyrobami Browaru Grybów, Fuhrmann, czy też Głubczyce. Stare, zleżałe i nieco stęchłe zboże, piwnica, wilgoć, białe pieczywo – takie klimaty. Drugi plan to lekkie chmielowe zacięcie, podszyte muśnięciem trawy oraz ziół. O dziwo pojawia się też goryczka. Może niewysoka, ale zauważalna o całkiem zgrabnym ziołowo-chmielowym profilu. Całość z pewnością nie jest słodka, a to już coś. Wysycenie na dość wysokim poziomie. Powiedziałbym nawet, że takie w koncernowym stylu.
No to wąchamy. Niestety ponownie nie zostałem pozytywnie zaskoczony. Jaki smak, taki aromat. Typowo słodowy napitek w zapachu nie oferuje niczego nowego, czego byśmy nie znali ze smaku. Ponownie dominuje stary i lekko zleżały słód o niezbyt miłym dla nosa piwnicznym i wilgotnym zacięciu. Do tego dochodzi chlebek oraz bardzo subtelna nuta ziołowego chmielu. Intensywność na średnim poziomie. Nie jest to szczególnie zachęcający zapaszek, ale z drugiej strony, jeśli ktoś gustuje w takich oldskulowych klimatach, to będzie zadowolony, bo piwo tak naprawdę nie jest wadliwe.

niedziela, 28 października 2018

SHORT TEST: Po Godzinach - Hippyskus



Prolog: Myślałem, że mało mnie już rzeczy zdziwi w piwnym półświatku, ale ostatnio moja niewiedza pobiła chyba wszelkie rekordy. W październiku kupiłem najnowsze piwo Po Godzinach od Ambera, myśląc że to zupełna nowinka. Tymczasem piwo weszło na rynek w… połowie sierpnia! Szejm Piotrek, szejm.
O co kaman: Po Godzinach Hippyskus to jasny lekki lagerek doprawiony kwiatem hibiskusa, chmielony polskimi odmianami Humulus lupulus. Nie wysilono się tu zbytnio, ale nie uprzedzajmy faktów.
Wdzianko: Taka wyblakła czerwień. W sumie to wygląda to identycznie jak wino różowe. Piana obfita, jednakże strasznie nietrwała i dziurawa. Niespecjalnie zachęca do konsumpcji.
Kichawa mówi: Mega intensywny zapach przywodzi na myśl landrynki, czerwone owoce oraz oranżadę. Jest to oczywiście zasługa hibiskusa, który bardzo pasuje do herbatki owocowej, ale do piwa? Aromat jest nawet ładny, ale strasznie jednotorowy. Żadnego piwa w tym nie czuję. Bardziej już owocowo-kwiatowy soczek.
Jadaczka mówi: Hibiskus jest bardzo wyraźny, porządnie zdominował ów napitek. Jest słodko, kwiatowo i owocowo (od rzeczonego kwiatu). Ma się wrażenie, że dodano tu soku z czerwonych owoców. Dość wysokie wysycenie solidnie buzuje na języku, dając sporą rześkość. Goryczka bardzo znikoma, ale coś tam pozostaje na języku. Całość sprawia co najwyżej umiarkowanie naturalne wrażenie. Mocno kojarzy mi się to z czerwoną oranżadą od Helleny! Powaga.
Komu mogę polecić: Gimbazom, co to piją te wszystkie Reddsy, Desperadosy, czy inne aromatyzowane wynalazki.
Epilog: Piwo jest dosyć rześkie, nieźle pijalne, fajnie wysycone, ale kurde nie mogę pozbyć się wrażenia picia czerwonej Helleny. No i z czasem niestety wychodzi taka sztuczność na podniebieniu. To zapewne tylko złudzenie, ale nie fajne to jest. Po prostu to nie moja bajka.

OCENA: 5/10
CENA: 5.99ZŁ (Tesco)
ALK. 3,5%
TERMIN WAŻNOŚCI: 09.02.2019
BROWAR AMBER

czwartek, 25 października 2018

MOJA PIWNICZKA: 5,5-LETNI PORTER MOCNO DOJRZAŁE


"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.

Cześć i czołem! Cykl Moja Piwniczka po wiosenno-letniej przerwie, wraca na łamy blogaska :D W całym kraju zaczęło piździć jak w kieleckim, więc nie ma co dłużej zwlekać. W ruch poszły kozaki, kurtki zimowe, czapki, kalesony i inna odzież pierwszej (zimowej) potrzeby. Jedziemy z trzecią odsłoną „Mojej Piwniczki”!
Portery bałtyckie, ruskie imperialne Stouty, Barley Wine, Wee Heavy – to jest to, co tygryski lubią najbardziej. A portery bałtyckie, ruskie imperialne Stouty, Barley Wine, Wee Heavy  porządnie wyleżakowane, to jest to, co takie świry jak ja lubią najbardziej :p
Zapewne niemała część z moich czytelników z wypiekami na twarzy czekała na rozpoczęcie nowego sezonu Mojej Piwniczki (ja to nawet miałem wypieki na dupie). Sporo z Was wie już doskonale na czym cała rzecz polega. Natomiast nowych fanboyów bloga, jak co roku odsyłam do swoistego kompendium wiedzy odnośnie leżakowania piwa. Inaczej mówiąc – co się z czym je, dowiecie się z tekstu pt. Wszystko co powinieneś wiedzieć o leżakowaniu piwa.
Pierwszy wpis w tym sezonie i od razu ruszamy z wysokiego C. Prawie 5,5-letni Porter Mocno Dojrzałe z Okocimia! Do dziś nie wyjaśniono sprawy, czy jest to to samo piwo, co wcześniejszy Okocim Porter? Czy po prostu był to zwykły rebranding? Sprawę komplikuje inny woltaż, ale zostawmy to. Mam butelkę i zamierzam jej użyć ;) Okocimski porter to wg mnie jeden z lepszych krajowych ‘bałtyków’, który pijam bardzo regularnie. Lubię to piwo za jego dostępność, za jego cenę, no i oczywiście walory smakowo-zapachowe. Piłem już kilka razy trzy-, czteroletnie egzemplarze i z uśmiechem na gębie muszę stwierdzić, że czas mu służy. Chyba tylko raz ów porter poszedł nie w tą stronę co trzeba, ale tego akurat się nie przewidzi (nie kiełbasa – nie wyczujesz). Zależy to głównie od formy danej partii/warki. Zobaczmy zatem co oferuje tak bardzo doświadczony czasem egzemplarz.

Producent
Carlsberg Polska
Termin ważności
18.11.2014
Wiek (miesiące)
65
Zawartość alkoholu (%)
8,9
Ekstrakt (°Blg)
22

Z wyglądu piwo niczym nas nie zaskakuje. Barwa w zasadzie czarna, totalnie nieprzejrzysta. U góry rozsądnych rozmiarów piana – początkowo drobna i puszysta, o ładnym beżowym odcieniu. Z czasem coraz rzadsza i niższa. Lacing za to wzorowy! Firanki pierwsza klasa :)


Tuż po odkapslowaniu myślałem, że coś poszło nie tak. Wyraźnie zajechało mi tu domowym winem od babci Zenki. Na szczęście nie taki diabeł straszny… Faktycznie piwo jest mega utlenione! W aromacie przypomina mi to kompocik, o którym od dawna ktoś zapomniał. Od bardzo dawna. Albo inaczej – czerwone wino domowe zmieszane z porterem w stosunku 50:50. Wcale jednak nie twierdzę, że trunek jest zepsuty/skiśnięty. Po prostu czas wyraźnie odcisnął na nim swoje piętno. Mleczna czekolada, prażone słody, ciemne pieczywo oraz stare pralinki. Z drugiego końca kija atakuje nas mocna wiśniowa nuta, kojarząca się właśnie z akcentami pospolitego winiacza (kto inny napisałby: porto, sherry). W tle pałęta się trochę rodzynek, suszonych śliwek i daktyli zatopionych w marcepanie. Jest słodko, jest winnie, jest porterowo. Alkoholu żadnego nie wyczuwam. Dziwne, żeby po takim czasie było inaczej. Intrygujący to zapaszek i raczej nie spotykany w świeżych porterach, ale dosyć mi się podoba taki obrót sprawy. Po prostu jest to coś innego.

poniedziałek, 22 października 2018

FORTUNA CZARNE Whisky Wood. Drewno poszło w komin


Browar Fortuna idzie w zaparte. Zamiast szarpnąć się na prawdziwe leżakowanie piwa w beczkach, wciąż dodają do piwa drewniane wióry. Nie mówię, że to źle, ale to zawsze będzie tylko namiastka prawdziwego barrel aged.
Dopiero co na półki sklepowe wjechał nowy Komes Porter, a dosłownie kilka dni temu browar z Miłosławia prezentuje swoją kolejną nowość – Fortuna Czarne Whisky Wood (do kupienia w Lidlu w bardzo dobrej cenie). Ponoć jest to piwo Fortuna Czarne, tyle że leżakowane z płatkami z beczek po Whisky. Okej, pomysł może i szanuję, ale wątpię, żeby bazą była tu regularna Fortuna, której stężenie alkoholu wynosi 5,8%. Nowość z kolei chwali się woltażem na poziomie 7,5%. Składu obydwu piw niestety nie można porównać, bo browar po prostu się tym nie chwali.
Fortuna Czarne to bardzo popularne piwo w ofercie tego producenta. Niestety to nie moja bajka. Zalepiająca wręcz słodycz, monotonia, do tego nieodparte wrażenie picia ciemnego piwa zmieszanego z coca-colą w stosunku 80:20 (20% piwa ma się rozumieć). Czy zatem teoretycznie to samo piwo, ale leżakowane z płatkami drewna z beczki po „rudej”, jest w stanie pozytywnie mnie zaskoczyć?


Wygląd sobie tym razem podaruję, bo naprawdę nic ciekawego w tym temacie się nie dzieje.
Przechodzę zatem od razu do smaku. No, tu ewidentnie pojawiają się skojarzenia ze zwykłą Fortuną Czarną. Przypomnę, że chodzi tu o bardzo charakterystyczne orzeszki drzewa kola (te same, które używa się do produkcji wszelkiej maści napojów typu cola). Słodyczka wciąż jest bardzo wyraźna, ale chyba jej natężenie lekko spadło w stosunku do oryginału. Cola, ciemne słody, karmel, kawa zbożowa, ciemne pieczywo – tak właśnie mi to smakuje. Nieco z boku dają o sobie znać subtelne akcenty cukru trzcinowego, melasy, sproszkowanego kakao i dopiero na samym końcu drewna. Ale mówię od razu szczerze – w ciemno żadnych drewnianych wstawek pewnie bym tu nie wyłapał. To jest po prostu granica mojej percepcji, a być może już i czysta autosugestia. Goryczki w zasadzie brak. Ilość bąbelków oceniam jako średnią – piwo jest optymalnie wysycone CO2. Niestety akcentów Whisky, raczej nie odnotowałem. Sorry, starałem się jak mogłem, ale po co mam Was ściemniać? Piwo zdatne do wypicia, ale w żaden sposób nie zaskakujące.

sobota, 20 października 2018

Piwo z czarnym kwadracikiem to zajebista rzecz!


No i lecimy z kolejnym mocnym trunkiem. Przyszła jesień, zrobiło się już dosyć zimno, więc to doskonała okazja, by wyciągnąć z szafy jakiś większy kaliber. W sumie jeśli ktoś kocha RISy, czy portery bałtyckie, to już teraz może odetchnąć z ulgą, bo mamy usprawiedliwienie – jest chłodno, zatem bez przeszkód możemy się już raczyć mocnymi winter warmerami. Żona/kochanka/dziewczyna/narzeczona już teraz nie ma nic do powiedzenia. Latem mogła mieć jakieś ale, typu: „Taki gorąc, a Ty znowu chlejesz takie mocne piwa?! Radlera, byś się napił!”. Teraz niestety argumenty już za nią nie przemawiają.
Dziś na tapecie ląduje Black Square z Browaru Absztyfikant. Jak widać na załączonym obrazku – czarny kwadrat został tutaj potraktowany zupełnie dosłownie. Jest to debiut tej ekipy na blogu. Miejmy nadzieję, że zaliczymy go do udanych.
Black Square to oczywiście Imperialny Stout z prażonym ziarnem kakaowca oraz ziarnem fasoli tonka, którą już znam z kilku piw. Z bardziej oczywistych składowych mamy tu płatki owsiane, płatki pszenne, palony jęczmień oraz laktozę. Szable pokale w dłoń i do dzieła!


Kurde, wiecie co? Uwielbiam jak czuć w piwie rzeczony dodatek. Kocham sytuacje, jak go nie pożałowano, albo nie poszedł on w komin. Tu właśnie poszedł w grzejniki. Hy hy hy! ;)
Fasola tonka jest tu wręcz namacalna. Moje kubki smakowe ją bez problemu namacały – mamy tu wyraźne akcenty marcepanu i wanilii. Ziarno kakaowca również zagrało, ale nie kojarzy się to zbytnio z typową czekoladą, czy ciepłym babcinym kakałkiem, lecz właśnie z takim niezmielonym prażonym ziarnem kakaowca. To wszystko bardzo dobrze zazębia się z sowitą ilością palonych słodów, palonego jęczmienia i dosyć mocnej kawy z pewną dozą śmietanki. Tu zapewne odzywa się laktoza J Tłem płynie opiekany karmel, może nawet toffi. Palono-kawowa goryczka fajnie się uwydatnia pod koniec każdego łyku. Jest dosyć mocna, ale krótka i szlachetna, niczym dama z dobrego rodu. Nie robi żadnej krzywdy pijącemu, a przy okazji doskonale równoważy słodkie dodatki. Tym samym piwo nie idzie, ani w słodką, ani w gorzką mańkę. Balans jest naprawdę idealny, zaś alkohol chowa się lepiej niż kilkuletnie dzieci na strychu pełnym gratów. Oczywiście zaprawiona w boju gęba wyczuje nielichy przecież woltaż, ale wówczas uśmiechnie się tylko cichaczem i pomyśli: „cholernie dobrze ułożone piwo”. Niemiłosiernie smaczniutkie, wyraziste i mega złożone. Palce lizać!

czwartek, 18 października 2018

1 na 100 PIGWOWIEC I MIÓD. Czy lepszy niż podstawka?


W końcu biorę się za nowe 1 na 100 od Kormorana. Jestem do tyłu o jakieś trzy miechy, ale w kolejce czekały przecież inne piwa. A kolejka to rzecz święta – nie oszukuj, bo Cię znęka.
1 na 100 Pigwowiec i Miód, to jak głosi producent: Lite Fruit & Honey Ale. W składzie mamy więc miód naturalny (3%) oraz naturalny sok z pigwowca (2,4%). Na wieść o miodku w tak lekkim napitku piwna gawiedź zareagowała falą hejtu. Tak niskoalkoholowe piwo ma być rześkie jak poranna bryza, a nie mdłe od miodu – krzyczeli w komentarzach. Jak się szybko okazało – shitstorm był niepotrzebny, bowiem nowość od Kormorana ponoć walorami smakowymi dorównuje, a wg niektórych nawet przewyższa starszego brata. Kormoran to jednak potrafi, dlatego z trollowaniem należałoby się wstrzymać co najmniej do degustacji mości Państwo.
Początkowo przyszło mi na myśl, by ową nowinkę zestawić z pierwowzorem w ramach cyklu „Oko w Oko”. Jednakże wówczas byłaby to już trzecia recenzja na blogu 1 na 100 Lite APA, co byłoby pewnego rodzaju faux pas z mojej strony. A nuż trafiłaby się jakaś ciulowa warka i po co mi to? Przejdźmy zatem do standardowej degustacji :)


Z wyglądu jest dość klasycznie. W szkle mamy barwę przybrudzonej pomarańczy, względnie jakiegoś miodu. Oczywiście całość jest wyraźnie zmętniona. Piana raczej niezbyt apetyczna - skąpa, rzadka i grubo ziarnista. Opada jeszcze szybciej niż Piątek pakuje piłkę do siatki ;)
Pijemy. Po pierwszym łyku szybciutko spojrzałem na ekstrakt, czego wcześniej nie zdążyłem zrobić. Zaledwie 8,5º Blg, choć mózg mówi mi, że piję pełnoprawne piwo. Pełnia smaku oraz gęstość w żadnym wypadku nie przypominają cienkusza! Kormoran znowu pozytywnie zaskakuje :D W ogóle to piwo jest takie przyjemnie gładkie na podniebieniu. Ja wiem, że słód żytni, bla, bla, bla i tak dalej, ale ludzie – każde ‘jasne pełne’ z koncernu jest bardziej wodniste niż nowe 1 na 100!!! Powaga. W ustach wyczuwam sowitą nutkę chmielu, trawy oraz ziół. To wszystko przesiąknięte jest lekko kwaskowym sznytem soku z pigwowca. Na deser dostajemy szczyptę innych cytrusów (głównie limonki i gorzkiej pomarańczy) oraz kapkę miodu. Tło wypełnia przyjemna, zwiewna i dobrze skomponowana słodowość o charakterze zbożowo-chlebowym. Piwo finiszuje wyraźną chmielowo-ziołową goryczką, która jest dosyć szlachetna. Nie zalega, nie rujnuje kubków smakowych, a przy okazji świetnie kontruje słodowo-miodowe ciało. Całość w rzeczy samej nie jest słodka, czy mdła. Wręcz przeciwnie – buzuje z tego ogromna świeżość i orzeźwienie. Pije się to z niebywałą przyjemnością, zwłaszcza mając na uwadze tak niskie przecież parametry.

poniedziałek, 15 października 2018

KONSTANCIN Saison wg receptury Doroty Chrapek


Na początek dzisiejszego wpisu krótka lekcja historii. Przyda Wam się ;)
Jest sobie zabytkowy Browar Czarnków A.D. 1893. (najdłużej działający państwowy browar). W 2010 roku kupuje go spółka o nazwie Browar Gontyniec. W międzyczasie owa spółka zaczyna budować od podstaw swój własny browar w miejscowości Kamionka. W międzyczasie spółka Browar Gontyniec staje się właścicielem Browaru Konstancin, ale tylko po to, by go zlikwidować, a sprzęt przenieść do nowego Browaru Kamionka. Jakiś czas później rzeczona firma zmienia nazwę na Browar Czarnków S.A z siedzibą w Kamionce i browarami w Czarnkowie oraz Kamionce. W Kamionce warzone są piwa marki Konstancin, a w Czarnkowie te wszystkie Noteckie, Gniewosze i inne. To tak w skrócie (o ile czegoś nie pomyliłem).
Oj, sporo dziewic zaszło w ciążę, odkąd piłem ostatnio piwo marki Konstancin. Widzę je (piwa, nie dziewice) regularnie podczas każdej wizyty w oszołomie, ale jakoś mnie nie kręcą te farbowane lisy. No kurde czuję pewien dystans, awersję do tej „skradzionej marki”. Ostatnio jednak serce chyba mi trochę zmiękło, bo zakupiłem trzy sztuki Konstancina :) Przyznam, że zachęciły mnie do tego lubiane przeze mnie style, które te piwa reprezentują. Style, całkiem fajne etykiety oraz receptury uznanych piwowarów domowych! Tak. Browar Czarnków, tudzież marka Konstancin wiosną tego roku rozpoczęła współpracę z takimi sławami jak Dorota Chrapek, czy Michał Kopik. 


Na start odkapslowuję belgijskiego Saisona Doroty Chrapek. W składzie mamy tu cukier kandyzowany, skórkę gorzkiej pomarańczy i belgijskie drożdże. Piwo nachmielono naszą Sybillą oraz czeskim Saazem.
W szkle wygląda całkiem apetycznie. Ni to kolor herbaty, ni to miodu (zależy jaka herbata i jaki miód). Całość przyjemnie zamglona. Na powierzchni dość spora czapa bujnej piany, która niestety szybko się dziurawi i opada z głośnym sykiem. Lacingu zero :(
Dawno nie piłem żadnego Saisona, ale dobrze pamiętam, z czym to się je. Piwo jest dosyć wyraźnie nagazowane (co idzie na poczet plusów) i całkiem nieźle nachmielone. Czuć europejskie chmiele (trawa, zioła, świeży tytoń) oraz równie dobrze belgijską przyprawowość. Skórka pomarańczy również daje o sobie znać, nie wnosi jednak ona spodziewanej przeze mnie cytrusowości, bowiem do akcji z buta wkracza pan miodek (to nie ten od wymądrzania się na temat polskiego słownictwa). Piwo jest moim zdaniem zbyt miodowe/karmelowe, co ujemnie rzutuje na rześkość i świeżość napitku. Całość jest oczywiście osadzona na wyraźnej, ale raczej nie przegiętej słodowej podbudowie. W rzeczy samej czuć tutaj dosyć spore ciało (15,5º Blg). Chmielowa goryczka także nie jest z pierwszej łapanki, bo z nawiązką kontruje słodową słodycz. Niestety sprawia nieco łodygowe i lekko mdłe wrażenie. Nie jest bardzo zalegająca, ale na pewno wyrazista i zdecydowana. Sumarycznie w miarę nieźle się to pije, ale po cichu liczyłem na więcej.

sobota, 13 października 2018

Ścienna MAPA PIWOSZA - doskonały prezent dla beergeeka!


Co beergeek lubi najbardziej? Oczywiście dobre piwo! A co lubi dostawać na prezent? Oczywiście, że dobre piwo, ewentualnie jakieś piwne gadżety. W internetach, jak się dobrze poszuka, to można trafić na fikuśne otwieracze do piwa, gry planszowe (np. Piwne Imperium), różnego rodzaju „mrożące kufle”, czy mini-lodówki. A co byście powiedzieli na piwną mapę Polski z otworami na kapsle?
Niedawno odezwała się do mnie firma oMAPPo, która jest producentem takiego gadżetu. W zamian za gratisowy egzemplarz postanowiłem napisać parę słów o tym produkcie. 



oMAPPo jest producentem różnego rodzaju map o charakterze ozdobnym (w znacznej części do powieszenia/przyklejenia na ścianę). W ofercie mają też globusy, mapy-zdrapki, plakaty i miarki wzrostu dla naszych pociech. Generalnie są to wyroby stricte prezentowe, które oprócz walorów ozdobnych pełnią również funkcję edukacyjne.
Skupmy się jednak na typowo piwnych gadżetach. Do wyboru mamy tu Mapę Piwosza Polska (96 otworów), Mapę Piwosza Europa (87 otworów) oraz Butelkę Piwosza (46 otworów). Całość zrobiona jest z polakierowanej sklejki, w której znajdują się otwory na kapsle. Wykonanie oceniam na solidne i bardzo dobre jakościowo

Mapkę taką wieszamy na ścianie i w zależności od miejsca pochodzenia piwa, wkładamy dany kapsel w odpowiedni otwór. Kapsle trzymają się stabilnie, nie wypadają – sprawdzałem. Jest to więc doskonała alternatywa dla birofilów zbierających kapsle, którzy zazwyczaj przyklejają je na tablicę korkową lub po prostu trzymają w szufladzie. Tablicy korkowej z przyklejonymi (często niechlujnie) kapslami, nasza druga połówka raczej nie pozwoli zawiesić w salonie obok kominka, a elegancko wykonaną Mapę Polski/Europy – i owszem.
Jeśli więc szukasz oryginalnego, a przy okazji pragmatycznego gadżetu dla piwosza, to jest to strzał w dziesiątkę! Artykuły można zamawiać bezpośrednio ze strony producenta lub można je nabyć w kilkudziesięciu miejscach w stacjonarnej sprzedaży. Wykaz tych miejsc znajdziecie na stronce mapkazdrapka.pl  :)