środa, 26 sierpnia 2015

DOCTOR BREW - BLACK WEIZEN

Dawno już nic nie piłem od naszych rodzimych „doktorków”, oj bardzo dawno. Nie, żebym dał bana Łukaszowi i Marcinowi ze względu np. na kiepskie, czy nawet przeciętne piwa, tak jak zrobili to niektórzy blogerzy po fachu, głośno się przy tym afiszując. Po prostu w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy jakoś nie po drodze mi było z wypustami Doctor Brew. Jest przecież tyle innych browarów na rynku...
Na szczęście ich ostatnie dwie nowości bardzo mnie zaciekawiły. Szczególnie Black Abbey – niestety w „moim sklepie” jakieś skurczybyki wykupili wszystko co do sztuki. Został tylko Black Weizen. A cóż tu u licha jest tak w ogóle? Dunkelweizena jeszcze kojarzę, ale z ww. sformułowaniem spotykam się po raz pierwszy. Być może w istocie jest to właśnie ciemna pszenica, ale ze względu na czarniejszą barwę nosi przydomek Black? Zaraz się przekonam. 


Co jak co, ale piana, to tu jest niesamowita! Lałem powoli i po ściance, a skubana ze szkła chciała uciec! Beżowa pierzyna posiada średniej wielkości pęcherze, ale jej objętość i trwałość jest wprost fenomenalna. Lacing także pierwsza liga! Super.
Jedziemy dalej. Zagadka chyba faktycznie się rozwiązała – ciecz jest w zasadzie niemal czarna i nieprzejrzysta, na pewno dużo ciemniejsza niż Dunkelweizen, który zazwyczaj się co najwyżej ciemno brązowy.
Pomijając nawet kolor i tak nie jest to klasyczny, bawarski ciemny pszeniczniak, bowiem doktorzy niemal nigdy nie rozstają się z nowofalowymi lupulinami. W Black Weizen za niemałą goryczkę (50 IBU) oraz aromat odpowiadają do spółki: Equinox, Galaxy, Amarillo oraz Summit. Można się było domyśleć...
Pierwszy niuch to oczywiście Ameryka (i Australia w tym wypadku) – przyjemne tropiki razem z rześką nutą lekkiego cytrusa mile łechcą moje nozdrza. Trochę dalej mamy ciemne akcenty, głównie w postaci czekolady i kawy zbożowej. Tłem niespiesznie płyną sobie prażone słody, karmel oraz szczypta orzechów włoskich i chleba razowego ze słonecznikiem. Z każdą sekundą aromaty chmielowe nikną pod naporem niuansów pochodzenia słodowego, które wyraźnie dominują w tym piwie. Głęboko w tle majaczą nieznaczne bananowe cienie, o których jest mowa w „morskiej opowieści” na kontrze. Niestety jest to ilość bardziej sugestywna, aniżeli faktycznie wyczuta. Po goździku ani śladu. Nie mniej jednak aromat mi się podoba.

sobota, 22 sierpnia 2015

HARD BRIDE

Lato jeszcze nas nie opuściło, choć temperatury wyraźnie spadły. Co prawda mam w zanadrzu jeszcze kilka typowo letnich pozycji, jednak dzisiaj zdecydowałem się otworzyć może nie żadną nowość, ale jedno z nielicznych w Polsce piw w stylu Barley Wine, czyli Hard Bride z AleBrowaru.
Ku mojej dezaprobacie, na palcach jednej ręki można policzyć polskie browary nowofalowe, które dotychczas zmierzyły się z tym, jakże mocnym, ciekawym i esencjonalnym trunkiem. Jednym z nich jest właśnie wspomniany AleBrowar, który klasyczne ‘wino jęczmienne’ doprawił jankeskimi lupulinami, w konsekwencji czego powstało American Barley Wine.
Powiem szczerze, że kupiłem to piwo z myślą o jesieni, może nawet zimie (nie ma nic przyjemniejszego niż rozgrzanie się mocnym trunkiem w zimowe, długie wieczory). Niestety musiałem zmienić moje niecne plany... Jakże duże było moje zdziwienie, gdy skonstatowałem dziś, że termin ważności tego ’mocarza’ minął dwa dni temu! Sam nie wiem ile to piwo przeleżało w mojej piwnicy, ale na pewno nie więcej niż 2-3 miesiące. Oczywiście wiem co nieco o leżakowaniu piw i jestem pewien, że tak mocne trunki leżakowane w odpowiednich warunkach nie zepsują się przez długie miesiące, a nawet lata (a w większości przypadków nawet zyskają). Nie mniej jednak jest to Barley Wine na amerykańskich chmielach, którym długie leżakowanie zdecydowanie szkodzi. W sumie to każde dobrze nachmielone piwo (nawet polskimi odmianami) mocniej uwypukla swój chmielowy charakter, im jest bardziej świeże. 


Otwieram i przelewam. Piwo prezentuje się wyśmienicie – lekko mętna, miedziano-rubinowa barwa, poprzecinana ładnymi, czerwonymi refleksami. Na wierzchu dość obfita piana, drobna, puszysta i gęsta, koloru ecru. Owa pierzynka opada wolno i niespiesznie, zostawiając po sobie solidne zacieki na szkle. Naprawdę w tej kwestii jest w zasadzie książkowo.
Pierwsze niuchnięcie to faktycznie „hamerykańskie” chmiele, jednak tuż za nimi czai się prawdziwa głębia aromatu. Nie trzeba nawet mieszać, by niezmożone pokłady przyjemnie opiekanego słodu niemal zatkały mi nozdrza. Tosty, skórka od chleba, delikatnie prażone słody i inne melanoidy tarzają się w karmelowym morzu i jak widać (w sumie to czuć) jest im tam dobrze. Drugi plan to subtelna owocowość, raczej typu suszonego (rodzynki, figi, morele), choć trochę świeżych tropików oraz cień cytrusa też da się tu odnaleźć. W tle natomiast doszukałem się bardzo subtelnej, wręcz symbolicznej nuty przyprawowej (głównie wanilii), która zwiększa tylko parabolę doznań. Jak się mocniej sztachnę, to zapach tego wywaru kojarzy mi się poniekąd z jakimś różowym winem, więc jest dobrze. Naprawdę so good!

środa, 19 sierpnia 2015

KWAS BETA

Saharyjskie upały wyraźnie zelżały, ja jednak wciąż kultywuje spożywanie typowo letnich i lekkich, sesyjnych trunków.
Dzisiaj na tapecie kolejny, drugi już kwasior od Pinty, który z pewnością jest godny uwagi, w teorii chyba nawet większej niż Kwas Alfa. Otóż Kwas Beta to Lichtenhainer – historyczny i stary niemiecki styl piwa, produkowany w zasadzie tylko do II Wojny Światowej. Z tego co gdzieś czytałem, obecnie tylko jeden komercyjny browar w Niemczech warzy takie piwo. Lichtenhainer to lekkie i bardzo sesyjne, kwaśne piwo pszeniczne, którego słód jest wędzony (w tym przypadku dymem z buku). W teorii więc jest to skrzyżowanie kwaśnego Berliner Weisse, słono-kwaśnego Gose oraz naszego polskiego, lekko wędzonego Grodziskiego! Wszystkie te style łączy lekki i orzeźwiający charakter oraz dodatek słodu pszenicznego.
Jak wypada interpretacja tego stylu wg Browaru Pinta możecie przeczytać poniżej :)


Nie wiem, czemu ale wszystkie te kwachy jakoś nieszczególnie chcą się pienić. Kwas Beta także generuje niezbyt okazałą kołderkę śnieżno białej piany, która zbudowana jest z mieszanej wielkości pęcherzy i cechuje się stosunkowo krótkim żywotem.
Kolor piwa jest bardzo ładny, przywodzi na myśl ciemniejsze złoto zmieszane z przyjemną dla oka pomarańczową barwą.
Aromatem zajmę się później, niech piwerko się nieco ogrzeje, bo chyba zbyt mocno je schłodziłem. Smak to głównie typowo octowa kwaśność, z miejsca kojarząca się z Kwasem Alfa. Piwo jest tak wyraźnie kwaśne, że aż cierpkie, co oczywiście nie jest tu żadną wadą, wręcz przeciwnie. Poza tym mamy tu jeszcze bardzo łagodne nuty chmielu, cytryny i limonki, a w tle siedzi sobie cichutko delikatna pszeniczna słodowość oraz nieliczne posmaki chlebowe. Goryczka praktycznie zerowa, no bo co to jest te 18 IBU? Tyle to przecież mają koncernowe siuśki... Niepokojącym jest fakt braku obecności jakiejkolwiek wędzonki. W zamian mamy delikatnie słone klimaty na podniebieniu – też fajne!

niedziela, 16 sierpnia 2015

NIEDOBITY

Gdzieś w okolicach czerwca Browar Pinta zaproponował beer geekom niezwykłe piwo, które spokojnie można nominować do tytułu „premiera roku”, czy „najbardziej osobliwe piwo roku” (o ile oczywiście taka kategoria powstanie).
Zazwyczaj każdy browar dumnie i szumnie zapowiada daną nowość, później chwali się na lewo i prawo składem, recepturą, czy migawkami z warzenia. Pinta natomiast wrzuciła na fejsa wyłącznie zajawkę etykiety, a resztę mieliśmy się domyślać sami. Dodatkową zagwozdką był podany styl, czyli Underground. Problem w tym, że taki styl nie istnieje, nie jest to również żadna hybryda – Pinta poszła o krok dalej i wymyśliła sobie własny styl! Proste nie?
Niedobity to nielichy mocarz leżakowany przez pół roku z płatkami (wiórami) dębowymi w jakimś ciemnym i zimnym miejscu. Dziewięć rodzajów słodów, trzy amerykańskie chmiele i jeden niemiecki (Fantasia), imbir, skórka pomarańczy, do tego kandyzowany cukier, dębina i belgijskie drożdże. To nie fikcja, to fakty. Taki właśnie jest Niedobity w stylu Underground od Pinty. Let’s go!


Tak mocno byłem zaabsorbowany robieniem zdjęć, że nawet nie zdążyłem się przyjrzeć pianie, co rzecz jasna niezbyt pochlebnie o niej świadczy, bo była bardzo nietrwała. Wiem tylko, że piwo zapieniło się dość skromnie, a piana miała beżowy odcień. Po dwóch minutach ślad zupełnie po niej zaginął.
Niedobity posiada ładny, miedziano-brązowy odcień, pod światło mieniący się rubinowymi refleksami.
Wysycenie jest stosunkowo niewysokie, a smak bardzo pełny i wielowątkowy. Pierwszy akord to suszone owoce (śliwki, rodzynki, daktyle, figi), w drugim pojawia się całkiem wyraźna wanilia oraz śmiałe akcenty drewna (dębu jak można się domyśleć). W to wszystko wgryza się lekki i przyjemny karmelek, podszyty dobrze opiekanym słodem, tostami i przypieczoną skórką chleba. Tło wypełnia bardzo subtelna chmielowość oraz szczątkowe ilości przypraw, głównie imbiru rzecz jasna. W posmaku dominuje taka fajna i niespotykana piwniczność, przechodząca bardzo szybko w stare i zleżało drewno. Alkohol nawet jeśli jest, to naprawdę znikomy i bardzo ułożony. Nie mam pojęcia jak udało się Pincie tak perfekcyjnie ukryć dziewięć voltów? Na finiszu jest także chmielowa goryczka – umiarkowanie mocna, acz wyraźna, a przy tym dość szlachetna, gładka i niezalegająca. Naprawdę wspaniale się to pije!

piątek, 14 sierpnia 2015

B-DAY 3.1 SPOKO MAROCCO

W końcu w moje łapki wpadła jakaś nowość!
B-DAY 3.1 Spoko Marocco to wspólne dzieło Pinty, AleBrowaru i pubu Piwoteka Narodowa, które już trzeci rok z rzędu świętują wspólnie swoje urodziny. Z tej właśnie okazji rokrocznie wypuszczają w okolicach maja jakieś mega wypasione piwo, a przynajmniej takie są założenia.
Tegoroczny B-DAY, jak łatwo zauważyć opóźnił się, aż o kilka miesięcy! Otóż w zasadzie jest to już czwarte urodzinowe piwo, a nie trzecie. Wersja 3.0, która miała być jakimś kwasiżurem nie ujrzała jednak światła dziennego, bowiem na etapie wspólnego warzenia coś poszło nie tak i zawartość kotła po prostu zasiliła miejscową oczyszczalnię ścieków. Być może ktoś wypił o jedno piwo za dużo i mu się przyciski pomyliły ;) Tego nie wiem, ale koniec końców chłopaki uwarzyli wersję 3.1. Zanim jednak to nastąpiło, podobno w poszukiwaniu inspiracji udali się na wspólne wojaże do Maroka w północnej Afryce (kto bogatemu zabroni?). Przywieźli stamtąd pieprz i kardamon i okrasili nimi rzeczone Pale Ale, które to nachmielili amerykańskim Chinookiem, Columbusem oraz japońskim Sorachi Ace. Ot i cała historyja....


Piłem już kilka piw z pieprzem, czy nawet z chili, nie mniej jednak, gdy za piwo biorą się takie tuzy jak Pinta, czy AleBrowar, to zawsze ciekawość drąży mi tunel w brzuchu.
Otwieram i przelewam. Piwo w pokalu prezentuje się dość skromnie. Piana o białej barwie nie jest zbyt wysoka, cechuje się średnią ziarnistością i opada nader szybko. Natomiast do samego lacingu nie można się zbytnio przyczepić – piana tworzy ładną koronkę na szkle, która zostaje ze mną już do końca.
Barwa tegoż trunku to klasyczny, złocisty odcień, przy czym jest on delikatnie zmętniony.
Czas wysilić w końcu moje zmysły powonienia. Mój nos mówi, że mocno pachnie tutaj owocami, głównie tropikalnymi, choć ździebko cytrusa również się tu pałęta. Owoce pięknie współgrają z wyraźną chmielowością o lekko ziołowym zacięciu. Daleko z tyłu natomiast swoje wdzięki pręży subtelna słodowa nuta, która summa summarum jest bardzo znikoma. Pieprzu żadnego nie czuję (czasem jest to efekt zamierzony, czasem nie), ale gdzieś bardzo głęboko w tle pojawia się na chwilę leciutki powiew kardamonu. Co dziwne po części „zielone aromaty” w tym piwie, wywołują u mnie skojarzenia z aloesem (może to przez ten Sorachi Ace?).

wtorek, 11 sierpnia 2015

KWAS ALFA

Kwas Alfa od Pinty nie jest żadnym z obecnie debiutujących piw, ale z pewnością jest godne uwagi każdego szanującego się beer geeka. Jeśli go jeszcze nie piłeś to czeka Cię ekskomunika z piwnego półświatka! ;p
Otóż Kwas Alfa to zupełnie nowy wymiar smaków i zapachów, a tym samym nowe spojrzenie naszych piwnych rzemieślników na aktualną sytuację polskiego craftu. Oczywiście wynalazek od Pinty nie jest pierwszym w kraju piwem kwaśnym (chodzi o zamierzoną kwaśność), ale przy obecnym poziomie produkcji, dostępności i rozpoznawalności piw Browaru Pinta, niewątpliwie jest to kamień milowy polskiego piwowarstwa.
Co zatem jest takiego wyjątkowego w tym trunku? Do zakwaszenia brzeczki użyto bakterii kwasu mlekowego, czyli Lactobacillus Helveticus, powszechnie używanych np. do produkcji sera Ementaler. Kwas Alfa należy do gatunku Hoppy Sour Ale, czyli piw kwaśnych, ale jednocześnie wyraźnie chmielonych, co objawia się zarówno w smaku, zapachu, jak i goryczce. Specjał ten to single hop, nachmielony na wszystkich etapach (na goryczkę, smak i aromat oraz na zimno) jedną odmianą nowozelandzkiego chmielu Green Bullet.
Poza tym jest to kooperacyjny wywar uwarzony w Zawierciu, który jest dziełem Pinty i duńskiego browaru TO ØL - znanego w swoim kraju rzemieślnika.
Tyle teorii, czas na praktykę.


Kwasior od Pinty i TO ØL nalewa się z przyzwoitą i dość obfitą czapą białej piany, która jest drobna, w miarę zbita i jednocześnie puszysta. Opada w średnim tempie, zostawiając na szkle liczne zacieki.
Piwo sprawia wrażenie lekko mętnego, a jego barwa jest typowo złocista. Wysycenie określiłbym jako stosunkowo niewysokie. Przyznam, że spodziewałem się nieco więcej bąbelków.
W aromacie w zasadzie nie czuć, że mamy przed sobą jakiegoś kwacha (nie chodzi o Olka ;). Zaznacza się tutaj wyraźna przewaga słodowych klimatów, nie mniej jednak akcenty chmielowe, szczególnie kwiaty także dają o sobie znać. Nieco dalej pobrzmiewają delikatne nutki ziemiste i orzechowe, które niejedną osobę mogą zaintrygować. Ziemistość pochodzi od słody żytniego, o którym zapomniałem wcześniej wspomnieć, natomiast lekka orzechowość to właśnie zasługa bakterii kwasu mlekowego. W tle można wyczaić swoistą owocowość, przywodzącą na myśl po części cytrusy, po części słodsze owoce o jasnej barwie.

piątek, 7 sierpnia 2015

PIWO NATURALNE O SMAKU KWIATU CZARNEGO BZU

Upał niemiłosierny, żar leje się z nieba, niczym surówka z pieca hutniczego. Jest to więc najlepsza pora na sączenie lekkich, mocno orzeźwiających i sesyjnych piw. Mając na uwadze powyższe względy, sięgam dzisiaj po drugiego smakowego Grodzisza z reaktywowanego niedawno Browaru z Grodziska Wielkopolskiego.
Obok trunku o smaku czerwonej porzeczki, jednocześnie na świat przyszedł także jego brat bliźniak, aczkolwiek dwujajowy chciałoby się rzec. Piwo Naturalne o Smaku Kwiatu Czarnego Bzu bynajmniej nie powoduje u mnie żwawszego bicia serca, czy przyśpieszonego oddechu. Przypominam, że nie jestem fanem wszelakich piw smakowych, nawet jeśli do ich produkcji użyto 100% naturalnych soków, kwiatów, czy innego badziewia.
Wykorzystanie kwiatu czarnego bzu wbrew pozorom nie jest jakimś absolutnym novum na naszym rynku, bowiem przychodzą mi do głowy, co najmniej dwa piwa z tą właśnie roślinką w składzie (Amber Czarny Bez, Sommersby Elderflower Lime). 


Zanim przejdę do sedna, dla ścisłości wymienię jeszcze co ciekawsze składniki niniejszego specjału – cukier, sok cytrynowy, aromat naturalny kwiatu czarnego bzu, aromat naturalny czarnego bzu. A więc to tak! Same aromaty i cukier, natomiast w rzeczywistości piwo w życiu nie widziało ani kwiatu czarnego bzu, ani jego owocu. Nieładnie ;p
Po przelaniu mym oczom ukazał się żółtawy jak siuśki trunek, przykryty dość wysoką i drobno ziarnistą pianą o białej barwie i przeciętnej żywotności. Generuje ona bardzo znikomy lacing, a po mniej więcej pięciu minutach redukuje się do iście symbolicznej obwódki.
Czas na pierwszy łyk. Wysokie wysycenie wespół z kwaskowym posmakiem dają razem fajnie odczucie orzeźwienia. Sporo tu cytryny oraz limonki, natomiast spodziewanego czarnego bzu (w jakiejkolwiek postaci) jest raczej niewiele. Daleko w głębi majaczy jakaś niewyraźna słodowość oraz garść innych, bliżej nieokreślonych owoców. W tle natomiast pałęta się chyba szczypta chmielu o nieco ziołowym profilu, dająca odrobinę szczątkowej goryczki. Sumarycznie nie jest źle – słodycz została zdominowana przez kwaskowe cytrusy, dzięki czemu całość jest smakuje świeżo i w miarę naturalnie.

środa, 5 sierpnia 2015

SOPHIA

Nie milkną echa VII Degustacji Piw – Grodziskie. Nie milkną, ponieważ powoli spijam trunki, które zajęły czołowe miejsca w naszym „teście”, a których wcześniej nie miałem okazji mieć w ustach.
Dzisiaj piwo bardzo szczególne: Sophia z Browaru Olimp. Stali czytelnicy pewnie kojarzą, że to zwycięzca naszej Degustacji, poza tym w internetach niejednokrotnie różni ludzie wychwalają tego Grodzisza pod same Niebiosa (nie chodzi tylko Kopyra). Zapewne nie może być tutaj mowy o żadnym przypadku. To piwo to niemal ideał piwa Grodziskiego!
Jego receptura została opracowana przez Łukasza Szynkiewicza (z Browaru Domowego Absztyfikant), który we współpracy z Olimpem uwarzył ten specjał w Browarze Wąsosz. Jak mniemam efektem tej, jakże udanej współpracy jest włączenie Łukasza do ekipy Browaru Olimp.
Dodam jeszcze, że piwo domowe oparte na tej recepturze zajęło w swojej kategorii pierwsze miejsce na Festiwalu Birofilia 2014, a w konkursie „Prawie Jak Grodzisz 2014” uplasowało się na drugim miejscu podium! Respect!


Po przelaniu zawartości do szklanki, mym oczom ukazała się bardzo jasna barwa piwa, wręcz taka słomkowa (to nie wada w Grodziszu). Ciecz jest delikatnie mętna i generuje niebagatelnych rozmiarów czapę białej jak śnieg piany. Początkowo piana wydawała się być zbita i gęsta, jednak po kilku dłuższych chwilach zaczęła dziurawić się i opadać, zostawiając po sobie bardzo obfite „firany” na szkle. Niby wszystko fajnie, ale jej żywotność mogłaby być nieco większa.
Piwo jest solidnie nasycone dwutlenkiem węgla, w fajny i orzeźwiający sposób łaskocze i szczypie mój język. W smaku prawdziwy Grodzisz nie powinien być jakoś bardzo rozbudowany i podobnie jest tutaj – łagodna słodowa nuta świetnie koresponduje z wyraźnym chmielowym zacięciem oraz odrobiną trawy w posmaku. Wędzonka jest subtelna, ale bez problemu wyczuje ją nawet laik. Finisz natomiast to dość dobrze zaznaczona chmielowa goryczka o typowym trawiasto-ziołowym profilu i bardzo szlachetnym pochodzeniu. W tle majaczy ociupinka ziemistych klimatów, pochodzenia chmielowego, ale przecież to nic zdrożnego. Nic tu nie zalega, ani nie zamula. Całość jest smaczna, świeża i niebywale orzeźwiająca. Wszystko wydaje się być dopracowane w najdrobniejszym szczególe.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

PO GODZINACH - AIPA

Z pewną dozą tolerancji mogę powiedzieć, że z serią piw „Po Godzinach” jestem na bieżąco. Dziś na warsztat biorę trzecie i póki co najnowsze dziecko Browaru Amber, który to jest ojcem tego całego przedsięwzięcia. Przypomnijmy – seria „Po Godzinach” to limitowane edycje różnych stylów piwa, skierowane – bądź co bądź – do tej nieco bardziej zorientowanej klienteli.
Koźlak Pszeniczny był całkiem niezłym napitkiem, choć na pewno nie porywającym; Altbier natomiast mocno mnie rozczarował. Czas w końcu sięgnąć po ikonę piwnej rewolucji, czyli American India Pale Ale.
AIPA od Ambera to w zasadzie klasyczne podejście do tematu. Za goryczkę oraz chmielowy aromat odpowiedzialność ponosi tutaj ‘hamerykańska’ Citra, Chinook oraz Nowozelandzki Pacific Jade. Zobaczmy zatem, co w tym piwie  piszczy. 


Mój dzisiejszy gość uwodzi obfitą i nader trwałą pianą o względnie białej barwie i dość drobnej strukturze. Pierzynka trzyma się naprawdę długo, poza tym cudownie brudzi szkło.
Piwo przemawia do mnie swoim ładnym, ciemno złotym odcieniem oraz delikatną mętnością. Wydaje mi się, że kolor jest ciut za jasny jak na AIPA, ale nie będę się czepiał takich mało ważnych szczegółów.
Zacznę od smaku, póki zawartość mego pokala jest jeszcze zimna. Już od pierwszego kontaktu z tym piwem wyczuwam solidną chmielowość. Nie brakuje tu zarówno żywicy, igliwia, jak i trawy, czy swoistej ziołowości. Nieco słabo rządzi tu cytrus, ale bez wątpienia jest obecny, podobnie jak niewielkie akcenty owoców tropikalnych. W tle pałęta się stosunkowo efemeryczny karmel oraz niewielka słodowość, zaś finisz został doszczętnie zdominowany przez bardzo wyrazistą i mocną, pestkowo-ziołową goryczkę, która wg deklaracji producenta wynosi 65-75 IBU. Faktycznie mogę się pod tą wartością podpisać, lecz muszę przyznać, że jej szlachetny rodowód został poniekąd nadszarpnięty przez nadmiernie zaleganie i nieco mdły charakter.