poniedziałek, 29 lutego 2016

PIWO MIESIĄCA - LUTY 2016


Niniejszy wpis jest początkiem nowego bloku tematycznego na stronie Piwa Naszego Powszedniego. Tak to już jest, że jedne koncepcje upadają, a w ich miejsce rodzą się nowe.


Jak sami widzicie od teraz systematycznie, mniej więcej co 30 dni będę wyróżniał najlepsze wg mnie piwo danego miesiąca. Nie chodzi tu bynajmniej o miesiąc jego premiery, lecz o miesiąc, w którym ukazała się recenzja danego trunku. Proste jak sikanie z wiatrem prawda?
Piwem Miesiąca zostanie specjał, który zrobił na mnie największe wrażenie, który pod różnymi względami zmasakrował mi kubki smakowe, który zrył mi beret, sfilcował kalesony oraz zorał czachę aż dym wyszedł uszami! ;p
Wszystko po to, aby jeszcze mocniej i dobitniej docenić oszałamiające i nietuzinkowe piwa. Aby pokazać browarom, że jeśli uwarzą genialny trunek, zostanie to dostrzeżone i w pewien sposób nagłośnione. Przecież każdy producent lubi jak się chwali jego produkt. Przy okazji piwna gawiedź także dowie się, które polskie crafty koniecznie trzeba spróbować oraz dla których czasami warto się poświęcić, a nawet zgrzeszyć, by je zdobyć.

Dobra, do rzeczy. Tak więc wszem i wobec oświadczam iż tytuł PIWO MIESIĄCA – LUTY 2016 zdobywa IMPERIUM PRUNUM z Browaru Kormoran!!!


Imperialny porter bałtycki z suską sechlońską na pokładzie już długo przed premierą (16 styczeń) stał się jednym z najbardziej pożądanych piw w historii polskiego piwowarstwa. Piwo w sklepach rozeszło się w góra dwa dni! Dla wielu chętnych go nawet zabrakło. Wędzona dymem bukowym śliwka węgierka okazała się strzałem w dziesiątkę i doskonale sprawdziła się jako dodatek do wzmocnionego na maksa porteru bałtyckiego. Nie będę tu ponownie przytaczał oczywistych walorów Imperium Prunum, bo wszystko to macie już w recenzji.

Browarowi Kormoran składam serdeczne gratulacje i podziękowania za olbrzymią dawkę wrażeń podczas degustacji! Natomiast dla tych, co nie mieli jeszcze okazji spróbować Imperium Prunum też mam dobrą wiadomość – piwo będzie powtarzane co roku, więc może w 2017 się uda Wam go namierzyć? Głowa do góry! :)


niedziela, 28 lutego 2016

DYBUK

Nowe browary już nie mają tak łatwo jak kiedyś. Obecnie niezwykle ciężko jest się wybić nowicjuszom na tyle, by już od premiery pierwszego piwa było o nich głośno na fejsbukach, twitterach, czy innych instagramach. Browarowi Golem chyba się to udało. Oczywiście nie sztuką jest wysłać piwo do blogerów i dać im trochę ‘siana’ w ramach jak to się mówi? Współpracy? Mnie ten proceder niestety nie dotyczy. Do tej pory nie mogę zrozumieć jakim cudem nie podesłali mi Dybuka?! Kuźwa przez tydzień nie mogłem się pozbierać - załamanie nerwowe, apatia, depresja, rwanie włosów z głowy. Czułem się nieszczęśliwy, niepotrzebny i niekochany...
Za piwo musiałem zapłacić sam swoimi ciężko zarobionymi peelenami, ale jakoś się pozbierałem do kupy i oto w końcu mogę się napić premierowego, debiutanckiego piwa z Browaru Golem. Ekipę tego nowego kontraktowca tworzą Artur Karpiński, Michał Kamiński i Sebastian Łęszczak. Chłopakom udało się namówić do współpracy Browar Gontyniec, który użycza im swoich mocy produkcyjnych w Kamionce (tam powstają słynne Gniewosze oraz piwa marki Konstancin).
Dybuk to żytni Robust Porter z dodatkiem łuski kakaowca i soli (tak ku..a, soli! Niewyraźnie napisałem?). Wg autorów „Sól miała podbić czekoladę, dać lekką mineralność i twist”. Nie wiem co dokładnie znaczy ten twist, bo znam go tylko z zakrętek od słoików. Aha, piwo było leżakowane z płatkami dębowymi z beczki po sherry (za dwa cztery).
Dobrze, że oglądałem horror „Kronika Opętania” to tera wiem, co to jest ten dybuk. Golema  też znam, ale to akurat z serialu „Z Archiwum X”. Wiecie – ejdżent malder end dejna skali.


Tytułowy Dybuk nalewa się z ładną, jasno beżową i dość obfitą pianą. Owa pierzynka nosi znamiona puszystości, jest drobna, zwarta i opada powoli. Lacing niewielki, ale zawsze.
Piwo jest w zasadzie czarne, choć pod silne światło można dojrzeć burgundowe refleksy.
Wysycenie jest niskie, czyli właściwe, a w smaku niepodzielnie rządzi czekolada i to pod różnymi postaciami. Mamy tu zarówno odmianę gorzką, choć nie brakuje też tej deserowej. Na chwilę pojawia się także płynna czekolada, taka do picia (łuski kakaowe zrobiły swoje). Kakao w rzeczy samej też się uwidocznia, ale bardziej na drugim planie. Tuż za nim czają się ciemne, delikatnie palone słody, łagodna kawa, nieco popiołu oraz odrobina dębiny. Całość niezwykle gładka i aksamitna. Ciecz wolno sunie po przełyku, jest stosunkowo gęsta i oleista. Finisz został okraszony dość mocną i wyraźną goryczką pochodzenia słodowego. Palona, kawowa goryczka delikatnie zalega, ale sumarycznie podoba mi się. Doskonale równoważy słodową podbudowę. Soli pod żadną postacią nie zarejestrowałem, ale może to i lepiej. Twista też nie ma ;p

piątek, 26 lutego 2016

KARTY NA STÓŁ

Browar Miejski Gloger z Białegostoku zadebiutował w czerwcu zeszłego roku, ale debiut u mnie na blogu ma dopiero dzisiaj (ja to mam refleks ;p).
Tera bedzie łyk historii. Gloger to dzieło Edyty i Waldemara Dąbrowskich, którzy swój browar nazwali nazwiskiem znanego etnografa i historyka – Zygmunta Glogera. Ów Muniek w 1880 roku także założył swój browar, ale miało to miejsce w oddalonym o 30 kilometrów od Białegostoku Jeżewie Starym.
Nie byłem w tym Białymstoku, bo kurna za daleko, ale prócz browaru mają tam jeszcze restaurację Gloger House (splendor, bogactwo, szyk, wytworność - takie klimaty ponoć).
Jako, że lubię te nasze kochane porterki bałtyckie, to zakupiłem te karty, znaczy się Karty Na Stół. Nie będę Was owijał w bawełnę – jest to zwykły, klasyczny Baltic Porter, którego pozbawiono jakichkolwiek udziwnień. Tytułowe Karty to jedno z czterech limitowanych piw z podobizną Józefa Piłsudskiego. Pozostałe to: Bilet do Frisco (AIPA), Belgijski Zaciąg (Belgian Blond Ale) i Głos Wodza (Koźlak). Jak na browar restauracyjny całkiem spoko. Może nie jakoś hardcorowo, ale dosyć odważnie.
Niewątpliwym plusem tej serii piw są także świetne etykiety. Nie ma tu jakiejś wielkiej ekstrawagancji, jest za to prosty, logiczny układ, czytelność, przejrzystość i spójność, a to wszystko na doskonałej jakości, satynowanym papierze. Jest też „morska opowieść” (na szczęście dość krótka i zrozumiała), pełny skład i wszystkie niezbędne piwnych freakom cyferki. 


Otwieram i przelewam. Piana rośnie jak głupia. Jest drobna, zwarta i puszysta. Jej beżowy odcień, długa żywotność i wspaniały lacing dowodzą jej szlachetnego rodowodu.
Kolor piwa jest czarny jak smoła, czy też górnik kończący swoją szychtę na dnie kopalni Budryk.
W smaku jest umiarkowane bogactwo doznań. W pierwszej chwili czuć dużo palonych słodów oraz dość mocną kawę bez cukru i śmietanki. W drugim akordzie pojawia się lukrecja i czekolada. Gorzka i ciemna, taka co jej dzieci nie lubią. Nieco dalej czai się lekki popiół, okraszony nutką chmielu (dawno nie czułem chmielu w porterze!). Rolę greenscreena pełni tutaj ociupinka suszonych owoców, których niestety trzeba ze świecą szukać, albo nosić okulary co najmniej siedem dioptrii. Finisz został zgwałcony przez bardzo wyrazistą, mocną, wręcz ordynarną i nieułożoną goryczkę o chmielowo-palonym charakterze. Napisali, że ma 45 IBU, ale ja im nie wierzę (ma więcej). Gorycz jest nieco mdła i trochę zalega, przez co stanowi najsłabszy punkt wrażeń smakowych. Na poczet plusów zaliczam natomiast niemal zupełny brak alkoholu. Co jedynie lekkie grzanie w przełyku.

wtorek, 23 lutego 2016

TURBO GEEZER

Turbo Geezer ze stajni Kingpina długo czekał w mojej piwnicy. Za każdym razem, gdy szedłem tam po piwo spoglądał na mnie błagającym i litościwym wzrokiem. Mówiłem mu „spokojnie kolego i na ciebie przyjdzie kiedyś czas”. Ten czas właśnie nadszedł.
Wszyscy wiedzą, że nie jest to nowe piwo i ma już swoją historię. Wszystko zaczęło się od Gezeera, który jak mniemam na tyle spodobał się piwnym freakom, że włodarze Kingpina postanowili zaaplikować mu turbodoładowanie. Zwiększyli parametry, dowalając przy tym odpowiednio większą ilość składników. Nie będę wymieniał tu wszystkich składowych, bo zajęłoby mi to pół tego wpisu, jednakże pozwolę sobie przytoczyć co ciekawsze dodatki, tak by każdy miał świadomość z czy mam właśnie do czynienia. W składzie wylądował między innymi słód whisky light, słód żytni, palony jęczmień, brazylijska odmiana kawy Yellow Bourbon w formie espresso zaparzonej przez Brisman Crew, laktoza, wanilia burbońska oraz cukier kandyzowany ciemny. Całość leżakowana z płatkami dębowymi whisky! Cenka opada prawda? Jeśli już pozbieraliście ją z podłogi to zapraszam na degustację ;p
Aha, wg browaru jest to Double Irish Espresso Stout, choć równie dobrze można nazwać tą hybrydę Foreign Extra Stoutem, Imperial Coffee Milk Stoutem, czy nawet Oak Aged Stoutem. Do wyboru, do koloru.


Jegomość od Kingpina wyglądem łatwo można pomylić z colą. Barwa ciemna, w zasadzie czarna i klarowna, jednak nie tak smoliście czarna jak przy wzorowym Stoucie. Pod silne światło pojawiają się delikatne przebłyski. Do tego dochodzi piana, niezbyt okazała, okropnie grubo ziarnista i dziurawa, która opada w iście ekspresowym tempie (nawet nie zdążysz cyknąć sensownej fotki), głośno sycząc przy tym na mnie niczym czarna mamba na swoją ofiarę.
Piwo jest nisko wysycone, co mnie zresztą nie dziwi. Złożoność smaku jest niezwykła i przebogata, a tekstura dość gęsta, gładka i aksamitna. Prym wiedzie tu ciemny, wyraźnie palony słód oraz dość mocna kawa, jednak przyznam się bez bicia, że akcentów mlecznych, tudzież laktozy to ja tu raczej nie czuję. Nic to jednak, bowiem po chwili moje usta wypełnia przyjemna, słodko-gorzka czekolada, oblana karmelem i solidną ilością jak mniemam bourbonu (amerykańskiej whisky). Co prawda nie jestem smakoszem ‘łiskaczów’ i nie odróżniam wersji szkockiej, amerykańskiej, czy armeńskiej (taki żarcik), ale parę razy w życiu łykło się Dżony Łokera, czy innego Balajntajnsa... Na końcu stawki majaczy palone ziarno, wiśnia i rodzynki w likierze, szczypta popiołu, kilka ziarenek cukru kandyzowanego, przypieczonej skórki chleba i ociupinka szlachetnego alkoholu, dodająca dodatkowego uroku. Posmak obfituje w łagodną i niezwykle ułożoną, kawowo-paloną goryczkę, która jest krótka i nie zalega. Robi co do niej należy i zmyka, gdzie pieprz rośnie. Fuck – nie pamiętam, czy kiedykolwiek piłem tak bogate i wielowątkowe piwo :o

sobota, 20 lutego 2016

JOLLY ROGER

Są na świecie piwa, które koniecznie musisz spróbować; które możesz spróbować; którymi możesz podlać kwiatki oraz takie dzięki którym miejscowa oczyszczalnia ścieków ma dodatkową robotę. Jolly Roger od Kraftwerka z pewnością należy do tej pierwszej kategorii.
Poza oczywiście zajebistą etykietą Jolly ma to, czego nie ma zdecydowana większość rodzimych porterów bałtyckich – przyprawy/dodatki. Konserwatywne, stereotypowe podejście do tematu być może niektórym już się znudziło, toteż dla rzygających zwykłymi porterami piwoszy z pomocą spieszy rzemieślniczy, śląski Kraftwerk. Od razu zaznaczam, iż moja persona do tego grona się nie zalicza, to tak gwoli jasności.
To co tam ciekawego chłopaki wrzucili do kotła? Otóż styczniowa nowość oprócz odpowiednio wysokich parametrów oferuje także lukrecję i wanilię, które wydaje mi się w tego typu napitku powinny zagrać jak ta lala. Zresztą po co zgadywać? Kończę już to ględzenie i zapindalam po szkło, piwo & otwieracz (może być głupi widelec). 


Otwieram i przelewam. Między czasie słit focia. Piwo nie jest czarne jak kilka ostatnich, które miałem okazję degustować. Jego barwa jest ciemno brązowa, dość mętna z niewielkimi przebłyskami burgundu. Piana zaś to istny majstersztyk! W tym wypadku nie musiałem skupiać się na jej wymuszaniu, wręcz odwrotnie – musiałem lać po ściance jak w reklamie jakiejś... Mimo tego chwytliwego zabiegu mym oczom ukazała się nader obfita i drobna pierzynka o puszystej strukturze i barwie koloru ecru. Pierzynka nie dość, że pokaźna to jeszcze jaka trwała skubana! Lacing również z pierwszej ligi (ale nie Ekstraklasy, bardziej Bundesligi) – pianka ładnie i skrupulatnie oblepia mi ścianki ;)
Czas skupić się na aromacie. Jego intensywność nie jest jakaś porażająca, ale źle też nie jest. Stawce przewodzą ciemne, opiekane słody okraszone bardzo wyraźną nutką lukrecji. Fajnie, że nie trzeba się jej doszukiwać. Na  drugim planie egzystują pralinki czekoladowe maczane w niezbyt mocnej kawie z mlekiem vel. śmietanką. W tle natomiast cichutko siedzi sobie subtelna wanilia oraz garstka suszonych owoców zatopionych w likierze. Ale z tym likierem to bez przesady – alkohol nie jest drażniący, czy ordynarny. Prawdę mówiąc jest nad wyraz ułożony i szlachetny. Sumarycznie ładnie ten Jolly pachnie, może nie pucuje mną podłogi, ale naprawdę jest spoko.

środa, 17 lutego 2016

NIGHT WOLF

Browar Szpunt to jedna z takich starych-nowych inicjatyw, bo w sumie nie jest ani nowa, ani stara. Innymi słowy jest to już w miarę rozpoznawalna marka, jednakże do ‘starej gwardii’ nie sposób jej zaliczyć.
Browar powstał mniej więcej rok temu, a tworzą go: Piotr Tomaszewski, Paweł Dukiel i Dawid Głuszczyński. Ekipa ta pochodzi ze Zduńskiej Woli, a swoje piwa warzy w Łasku, w browarze owianym niesamowicie złą sławą, czyli rodzinnym Browarze Koreb (syf, malaria, kiła i mogiła – takie ponoć klimaty). Pamiętam doskonale jak piwna gawiedź pukała się w czoło na wieść o ulokowaniu się tego nowego wówczas kontraktowca w Korebie właśnie. Jak widać Piotr, Paweł i Dawid broni nie składają, swego czasu zmienili butelki, logo browaru oraz etykiety i ciągle prą do przodu niczym Titanic podczas swego dziewiczego rejsu.
Tak się złożyło, że nie miałem jeszcze godności próbować nic ze Szpunta, choć miałem ku temu niejedną okazję (jakoś tak wyszło). Pewnego jednak razu, gdy mój wzrok utkwił na słowach Night Wolf, nie mogłem sobie odmówić jego zakupu. Whisky Stout to naprawdę zacny i arcyciekawy trunek o ile jest dobrze wykonany rzecz jasna. W tym piwie oprócz oczywiście słodu wędzonego torfem na uwagę zasługują jeszcze płatki owsiane i płatki pszenne, które nie są regułą w tego typu wywarach. 


Otwieram i przelewam Nocnego Wilka. Piwo ląduje w ‘kraft master łanie’ i pieni się dość pokaźnie. W miarę drobna piana o barwie ecru rośnie do okazałych rozmiarów, po czym opada w iście przeciętnym tempie, po drodze ładnie i obficie brudząc mi szkło. Nawet nieźle to wygląda, a jeśli do tego dołożymy kruczo czarną i nieprzejrzystą barwę, to buzia sama zaczyna się uśmiechać.
Piwo jest nisko nasycone, dzięki czemu faktura z pierwszym łykiem wydaje się być nieco płaska. To jednak tylko złudzenie, bowiem z każdym kolejnym haustem ciecz zyskuje na gęstości i gładkości, nie jest także wodniste. W smaku jest nieźle – głównie gorzka czekolada, średnio mocna kawa oraz umiarkowanie palone słody. Nieco z tyłu wyłapałem także lekki kwasek, odrobinę popiołu, przypalony karmel i jakąś wędzonkę dymną, która jednak z torfem raczej ma niewiele wspólnego. Na finiszu pałęta się średnio mocna, palona goryczka, która jest krótka i szlachetna. No, ale gdzie te bandaże, asfalty, masy bitumiczne i spalone kable się pytam? No ku... gdzie?! Jak to mawiał słynny z YT Cygan: „oszukali mnie, banda złodziei,  polskich decydentów...”

niedziela, 14 lutego 2016

APOLLO 19

Co ja na to poradzę, że tak mocno kocham portery bałtyckie? No co?
Póki zima, to w dalszym ciągu będę eksplorował ten zacny gatunek, ochrzczony bardzo słusznie piwowarskim skarbem Polski.
Ostatnio wpadł mi w ręce Apollo 19 z Browaru Setka, opisany jako Smoked Porter. Angielskiego nieco w życiu liznąłem, więc pomyślałem – wędzony porter bałtycki, super!. Niestety styczniowa nowość ekipy Setki okazała się porterem angielskim! (F**k!). Niestety dowiedziałem się tego właściwie przed chwilą. Zmyliły mnie nad wyraz wysokie parametry jak na anglika - 19°Plato, 7.8% alko (świat oszalał). Myślałem po prostu, że to nieco lichszy Baltic Porter, a tu taki zonk... Wszystko przez drożdże US-05, które są przeznaczone do piw górnej fermentacji.
Otarłszy łzy jakoś pozbierałem się do kupy i postanowiłem nie spinać zbytnio dupy (jakie rymy ;p). Po prostu traktuję ten wypust jako porter bałtycki na drożdżach górnej fermentacji i tyle. Krótka piłka. Zresztą niedawno Piwoteka zrobiła taki sam zabieg ze swoim Porterem Bałuckim i jakoś nikomu nie przyszła do głowy ekskomunika z piwnego półświatka. 


Uwarzony w Wąsoszu Apollo 19 skrywa bujną i świetnie wyglądającą pianę o drobnej strukturze i ładnej barwie ecru. Puszysta konsystencja oraz wrodzona długowieczność to jej kolejne niewątpliwe atuty. Lacing też zaanonsował swoją obecną, ale jakiś powalający to on nie jest. Cóż, jak widać nie można mieć wszystkiego.
Piwo wygląda jak rasowy Stout – jest czarne i nieprzejrzyste jak smoła, jak noc, jak wrona, czy jakie tam macie powiedzenia...
Czas na pierwszy łyk. Wysycenie oscyluje na dość niskim poziomie, a ciecz wydaje się nieco wyklejająca. Płynna czekolada wypełnia mi usta po brzegi, po czym lekko i z gracją przelewa się do przełyku, zostawiając po sobie przytulne mleczno-kakaowe posmaki. W drugim akordzie pojawiają się delikatnie palone słody, łagodna kawa, przypieczona skórka chleba oraz szczypta spalenizny i popiołu, kojarząca się poniekąd z wyspiarskim Stoutem. Tłem natomiast subtelnie płynie sobie odrobina suszonych owoców (rodzynki, śliwki, wiśnie) i bardzo homeopatyczna wręcz ilość dymu, pochodząca ze słodu wędzonego. Szczerze powiem, że gdybym pił w ciemno, raczej bym tego nie wyłapał. Finisz lekko wytrawny, z wyczuwalną, acz sumarycznie niezbyt mocną paloną goryczką.

czwartek, 11 lutego 2016

QUATRO

Istny potwór wśród imperialnych IPA to właśnie Quatro od Pinty. Nie jest to rzecz jasna żadna świeżynka , ale okazuje się, że trunek ten wciąż jest mocno pożądany wśród piwnej społeczności. W dodatku zbiera dobre recenzje. Na FB zalecano mi jego leżakowanie, ale bacząc na amerykańskie chmiele w składzie uznałem, że dwa miechy w piwnicy mu styknie. Przecież to nie porter bałtycki do licha...
Special Double IPA, co to właściwie znaczy? Nie mam bladego pojęcia, bo właściwie poza nad wyraz olbrzymimi parametrami piwo niczym specjalnym się nie wyróżnia. Aha, pewne zdziwienie, tudzież zażenowanie może jedynie budzić obecność w składzie ekstraktu słodowego oraz cukru! Zagranie jakby rodem z wielkich koncernów ;p Widocznie trzeba było czymś podbić ów ekstrakt do kosmicznej (nawet jak na Double/Imperial IPA) wręcz wartości 24,7Blg.
Dobra, dosyć gadania. Pora chwycić diabła za rogi! ;>


Quatro wygląda na całkiem sympatyczne piwerko. Dziarska piana o barwie przybrudzonej bieli rośnie do sporych rozmiarów, jest drobna i puszysta. Opada naprawdę w żółwim tempie, do tego świetnie krążkuje! Lacing zaiste książkowy.
Kolor dryblasa z Pinty także niczego sobie – w szkle mieni się piękna i dość rzadko spotykana, pomarańczowo-miodowa barwa. Wspaniale to wygląda :D
Tuż po otwarciu butelki dostałem z buta w twarz od jankeskich lupulin, jednak o tym za chwilę, bo piwo musi się trochę ogrzać. W smaku prym wiedzie miks owocowo-słodowy, z którego wyraźnie przebijają się tropiki (mango, liczi), a sporo mniej cytrusy, głównie grejpfrut. Tuż za nimi niczym Struś Pędziwiatr gna co sił olbrzymia słodowa baza, przypominająca po części biszkopty, a po trochu herbatniki z cukrem (tak, czuć cukier). Bardziej w głębi natomiast można spotkać chmielowe naleciałości, łyżkę karmelu oraz żywicę. Z początku piwo wydaje się być dosyć słodkawe, jednak po kilku łykach słodowa słodycz zostaje dostaje w pysk od złowieszczej i sowitej goryczki. Chmielowa goryczka jest wypadkową trawy, ziół i grejpfruta, jednakże jej rodowód raczej nie wywodzi się ze szlachetnej rodziny. Poza lekko tępym charakterem gorycz wyraźnie zalega, co oczywiście nie jest zbyt przyjemne. W posmaku z biegiem czasu wychodzi na wierzch lekko piekący etanol, co jednak przy tak dużym woltażu jestem jeszcze w stanie zrozumieć.

poniedziałek, 8 lutego 2016

IMPERIUM PRUNUM

Imperium Prunum to piwo, na które z jęzorem na wierzchu czekał niemal każdy rodzimy beer geek. Bez wątpienia jest to jedna z najbardziej oczekiwanych nowości w historii polskiego piwowarstwa. Jego premiera miała miejsce 16 stycznia w pierwsze Święto Porteru Bałtyckiego. Niebywałe, że browar pokroju Kormorana był w stanie zrobić taki hype na trunek bądź, co bądź nienależący do nurtu nowofalowego. Browary rzemieślnicze (i nie tylko) bierzcie przykład!
Nowość ze stajni Kormorana to imperialny porter bałtycki, nielichy mocarz z jedenastoma „voltami” na pokładzie i ekstrakcie tak dużym, że nie zmierzy go zdecydowana większość ballingometrów - 26°!!! Tym samym jest to drugie po Samcu Alfa najbardziej ekstraktywne polskie piwo i jednocześnie jedno z dwu najmocniejszych! Z takimi parametrami naprawdę nie ma żartów. 


Jednakże piwo jest tak wyjątkowe nie tylko ze względu na wysokie cyferki, lecz także z uwagi na bardzo ciekawy składnik, który to okrasił ten wyjątkowy specjał. Jest nim Suska Sechlońska – wędzona śliwka węgierka, a ściślej mówiąc węgierka suszona w specjalnej wędzarni dymem z drewna bukowego. Ów regionalny cymes pochodzi z podkarpacia, z okolic małej wioski o nazwie Sechna. Produkt ten posiada nawet chroniący go unijny certyfikat Chronionego Oznaczenia Geograficznego, nie można go więc legalnie wytwarzać nigdzie poza wspomnianym rejonem. Taka sytuacja.
Rarytas ten otwieram specjalnie z okazji moich urodzin. Czy mogłem sobie zafundować lepszy prezent? :D
Piwo zostało zapakowane do oryginalnego kartonowego pudełka, które wyraźnie zalatuje rzemiosłem i daje nam pewność obcowania z jakimś wyjątkowym, niezwykłym i nader drogim produktem. Znajduje się na nim sporo potrzebnych informacji na czele z nieco przydługawą „morską opowieścią”, nawiązującą do nowofalowego chmielu i tegoż porteru zarazem. Sama butelka również niczego sobie – zalakowany kapsel, satynowa czarna flaszka, a na niej genialny obrazek i nazwa, wymalowane „złotą” farbą. Naprawdę robi to ogromne i niezapomniane wrażenie. 


Imperium Prunum generuje dość obfitą czapę ciemno beżowej piany, która jest puszysta i drobna. Piana trochę się dziurawi, jednak mimo to opada powoli, zostawiając przy tym wzorzyste firany na szkle.
Piwo ma iście ciemną barwę, jest smoliście czarne i nieprzejrzyste niczym górnik po ośmiu godzinach harówki. Nie przypominam sobie, aby jakiś porter bałtycki miał tak intensywnie czarny kolor.
Biorę pierwszy łyk – jest wyraźnie słodko i czekoladowo. Wysycenie na niskim poziomie intensywności. Ciecz jest gęsta i nieco oleista. Mleczna czekolada płynnie przechodzi w okolice łagodnej kawy z mlekiem i lekko palonych słodów, by za chwilę zahaczyć o rejony ciemnej, gorzkiej czekolady i mocnego kakao. W tle pobrzmiewa niewielka dawka suszonej śliwki, szczypta rodzynek oraz bardzo subtelna wędzonka, wręcz na granicy percepcji. Finisz jest długi, delikatnie palony o stosunkowo niewielkiej goryczce. Całość jest spójna, ułożona i niezwykle bogata w doznania. Alkoholu nie czuć praktycznie wcale, a o mega wysokim woltażu przypomina jedynie lekkie grzanie/pieczenie w przełyku, wywołujące konotacje z likierem kawowo-czekoladowym. Mniam!

sobota, 6 lutego 2016

OSTEROIDA

Z okazji 800 lajków na fanpejdżu bloga mam dla Was zupełnie wyjątkowe i odjechane piwo. Jest nim Osteroida z Browaru Bednary, czyli niemal mityczny i pożądany przez wszystkich piwoszy Stout Ostrygowy. Jest to bardzo rzadki styl piwa i to nie tylko w Polsce, ale nawet na świecie. Odkąd tylko zacząłem się interesować światem piwa moim marzeniem było napić się takiego wywaru. Aż w końcu dziś to marzenie się ziściło :) Szczerze powiem, że nie mam zielonego pojęcia jak smakują, albo pachną ostrygi, bowiem nigdy ich nie jadłem. Co prawda jakieś owoce morza czasem się wszamało, ale nie przypominam sobie, aby to były rzeczone skorupiaki.
Do uwarzenia Osteroidy w rzeczy samej użyto prawdziwych, żywych ostryg! Poza tym w składzie znalazły się także ostre papryczki i sól morska.
Chcąc, nie chcąc, czytałem kilka opinii na temat tego napitku, więc mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Generalnie ponoć samych ostryg się raczej  nie wyczuwa, a bardziej wodę morską, tudzież sól morską. No, ale po co dywagować, skoro przede mną stoi prawdziwy Stout Ostrygowy! 


Tuż po przelaniu piwo spowiła drobna, jasno brązowa piana, która jednak była dość niska. Jej żywotność mogę ocenić jako przeciętną, lacing również skąpy, acz obecny.
Nad kolorem nie będę się zanadto rozwodził, bowiem jak na Stouta przystało jest zupełnie czarny i nieprzejrzysty. Prawdziwa klasyka.
W smaku rzuca się w oczy całkiem wyraźna paloność oraz przyjemna świeżość dopiero co zaparzonej kawy o umiarkowanej mocy. Kawa dość płynnie przechodzi w łagodne czekoladowe klimaty, które długą suną po podniebieniu. Gdzieś w tle pałęta się palone ziarno, prażony słód i niewielki kwasek od nich pochodzący. Na finiszu natomiast odczuwam lekkie pieczenie (papryczki) oraz delikatną, niezalegającą kawową goryczkę. Całość nader intensywna i zbalansowana, nie mniej jednak morskich klimatów, czy mineralności to ja tu kurna nie czuję.

wtorek, 2 lutego 2016

MIŁOSŁAW GÓRNEJ FERMENTACJI

Były kiedyś czasy, gdy człek jarał się piwami z Fortuny. Poważnie. Nieomal piałem z zachwytu sącząc niespiesznie kolejną wersję Miłosławia, która bez wątpienia obecnie ląduje daleko poza kręgiem zainteresowań rasowego beer geeka.
Piwa się nie zmieniły (chyba), to czasy się zmieniły, rzeczywistość się zmieniła. Dziś już prawie nikt nawet głośniej nie westchnie na widok nowego piwa z Browaru Fortuna, czy innego tym podobnego regionalnego przybytku.
Z tegoż właśnie powodu Miłosław Górnej Fermentacji wdarł się na rynek niemalże niepostrzeżenie, by nie powiedzieć kompletnie niezauważalnie. A czym właściwie jest ów napitek? W ciemno można założyć, że to coś na kształt Belgian Blond Ale, bo użyty slogan „górnej fermentacji”, to bodajże największy kretynizm ostatnich lat. Kto to w ogóle wymyślił? Skąd przykładowy Kowalski ma wiedzieć co czai się w środku? Przecież jakieś 70-80% piw na świecie można podpiąć pod to stwierdzenie!


Nowy Miłosław nalewa się z nader obfitą i bujną czapą. Średnio ziarnista piana posiada białawy odcień i dość luźną strukturę, w efekcie czego szybko się dziurawi. Opadając zostawia sowite zacieki na szkle, nie jest więc tak źle.
Piwo jest lekko mętne, ale może to być wynik nalewania do ostatniej kropli (nie chciałem, aby mi umknęły jakieś niuanse). Kolor tegoż trunku zaiste jest złoty, gwoli ścisłości jest to pełny i wyraźny odcień złota, a nie jakaś blada dupa…
Czas na pierwszy łyk – już z progu wiadomo, że drożdże zrobiły co trzeba. Nawet laik wyłapie tutaj swoistą belgijską owocowość (brzoskwinia, morela, gruszka), wspartą na solidnej słodowej podbudowie. Drugie skrzypce grają fenolowe przyprawy, a tuż za nimi drepczą wyraźne chmielowe niuanse o lekkim ziołowo-trawiastym zabarwieniu. Jest i goryczka – sumarycznie niezbyt mocna, acz wyraźna z łodygowo-ziołowym zacięciem. Goryczka raczej pochodzi ze szlachetnego rodu, jest krótka i niezalegająca, choć chwilami sprawie nieco mdłe wrażenie. W zupełności wystarcza, by skontrować słodową bazę.