sobota, 20 lutego 2016

JOLLY ROGER

Są na świecie piwa, które koniecznie musisz spróbować; które możesz spróbować; którymi możesz podlać kwiatki oraz takie dzięki którym miejscowa oczyszczalnia ścieków ma dodatkową robotę. Jolly Roger od Kraftwerka z pewnością należy do tej pierwszej kategorii.
Poza oczywiście zajebistą etykietą Jolly ma to, czego nie ma zdecydowana większość rodzimych porterów bałtyckich – przyprawy/dodatki. Konserwatywne, stereotypowe podejście do tematu być może niektórym już się znudziło, toteż dla rzygających zwykłymi porterami piwoszy z pomocą spieszy rzemieślniczy, śląski Kraftwerk. Od razu zaznaczam, iż moja persona do tego grona się nie zalicza, to tak gwoli jasności.
To co tam ciekawego chłopaki wrzucili do kotła? Otóż styczniowa nowość oprócz odpowiednio wysokich parametrów oferuje także lukrecję i wanilię, które wydaje mi się w tego typu napitku powinny zagrać jak ta lala. Zresztą po co zgadywać? Kończę już to ględzenie i zapindalam po szkło, piwo & otwieracz (może być głupi widelec). 


Otwieram i przelewam. Między czasie słit focia. Piwo nie jest czarne jak kilka ostatnich, które miałem okazję degustować. Jego barwa jest ciemno brązowa, dość mętna z niewielkimi przebłyskami burgundu. Piana zaś to istny majstersztyk! W tym wypadku nie musiałem skupiać się na jej wymuszaniu, wręcz odwrotnie – musiałem lać po ściance jak w reklamie jakiejś... Mimo tego chwytliwego zabiegu mym oczom ukazała się nader obfita i drobna pierzynka o puszystej strukturze i barwie koloru ecru. Pierzynka nie dość, że pokaźna to jeszcze jaka trwała skubana! Lacing również z pierwszej ligi (ale nie Ekstraklasy, bardziej Bundesligi) – pianka ładnie i skrupulatnie oblepia mi ścianki ;)
Czas skupić się na aromacie. Jego intensywność nie jest jakaś porażająca, ale źle też nie jest. Stawce przewodzą ciemne, opiekane słody okraszone bardzo wyraźną nutką lukrecji. Fajnie, że nie trzeba się jej doszukiwać. Na  drugim planie egzystują pralinki czekoladowe maczane w niezbyt mocnej kawie z mlekiem vel. śmietanką. W tle natomiast cichutko siedzi sobie subtelna wanilia oraz garstka suszonych owoców zatopionych w likierze. Ale z tym likierem to bez przesady – alkohol nie jest drażniący, czy ordynarny. Prawdę mówiąc jest nad wyraz ułożony i szlachetny. Sumarycznie ładnie ten Jolly pachnie, może nie pucuje mną podłogi, ale naprawdę jest spoko.

Piwo jest stosunkowo nisko wysycone, a jego konsystencja jest gęsta i gładka, wręcz aksamitna. Tu również na czele pochodu maszerują ciemne słody, które jednak wykazują więcej cech palonych aniżeli miało to miejsce w aromacie. Na ogonie siedzi im ponownie lukrecja, tyle że akompaniuje jej przyjemny prażony słonecznik. Tuż za nimi drepcze łagodna kawusia, która jednak z biegiem czasu daje się wyprzedzić mocnemu kakao (kuźwa, czemu to się nie odmienia?). Tyły natomiast zostały obstawione przez lekko stonowany, przypalony karmel, szybko ulegający metamorfozie do średnio mocnej i nie zalegającej, kawowo-palonej goryczki.  Nie jest ona jakaś mocarna, bo i być nie musi, skutecznie jednak kontruje słodową podbudowę. Wanilii niestety nie odnotowałem. Szkoda, ale czasem tak bywa.
Kraftwerkowy Baltic Porter to dosyć bogate, złożone i przede wszystkim nad wyraz ułożone piwo. Alko w smaku nie czuć w ogóle, a w zapachu jest lekkie i niezwykle przyjemne. Przebogata pełnia przekłada się na sporą gęstość i treściwość, zakończoną wytrawnym, umiarkowanie gorzkim finiszem. Pijalność także niczego sobie, zwłaszcza pacząc na tak mocarne parametry ;)
Może nie jest to najlepszy porter bałtycki jaki piłem, ale i tak brawa się należą. Kraftwerk wziął na warsztat nasz piwowarski skarb Polski i odwalił kawał dobrej roboty.
OCENA: 8/10
CENA: ok. 9ZŁ
ALK.9,8%
TERMIN WAŻNOŚCI: 19.07.2016
BROWAR KRAFTWERK//BROWARY REGIONALNE WĄSOSZ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz