sobota, 30 kwietnia 2016

FLAGOWE



Po całym tygodniu zalewania wątroby pomorskim piwem przyszła w końcu pora na ostatni napitek spożywany w ramach kończącego się cyklu „Tydzień z Browarem Spółdzielczym”. Na sam koniec zostawiłem sobie ikonę piwnej rewolucji, czyli wszem i wobec znane American India Pale Ale. Niezwykle popularna ajpa w Browarze Spółdzielczym przyjęła nazwę Flagowe. Czyżby więc w Pucku piwem flagowym było rzeczone Flagowe? Zaraz się o tym przekonam.
Wiecie co? Bardzo cenię i szanuję koncepcję przyjętą przez Browar Spółdzielczy, zwłaszcza patrząc na co niektóre przybytki, którym wyraźnie brakuje pomysłu na siebie. A tu mamy wyróżniające się spójne etykiety, nazwy oraz malunki węzłów żeglarskich – regionalizm pełną gębą! Nawet głupek się zczai, że browar pochodzi z Pomorza, ale ja mam co innego na myśli. Chodzi o to, że Browar Spółdzielczy ma jasno wytyczoną ścieżkę, z której nawet TIR go nie zmiecie. W tym Pucku mają wyznaczony cel, plan, koncept, którego dziarsko się trzymają i to jest fajne. Ciekawi mnie tylko, co będzie, gdy ilość piw w ofercie przewyższy ilość węzłów? Może przerzucą się na skalę Beauforta, albo typy i klasy jachtów? Kto wie...


Flagowe to ładne piwo. Intensywnie bursztynowe z lekkimi herbacianymi akcentami. Jest delikatnie mętne, ale to norma (nie wlewałem osadu z dna). Wieńczy je przeciętnych rozmiarów biała piana – drobna, zbita i dość sztywna. Opada powoli, zostawiając fantazyjne koronki na ściankach (wielbiciele fikuśnych stringów wiedzą o co chodzi).
Wziąłem jeden łyk, potem drugi i trzeci. Kurna dobre to jest. Smaczne, świeże i rześkie. Tego właśnie oczekiwałem! Cytrusy zdominowały to piwo na dobre. Limonka, cytryna i zielony grejpfrut dają czadu, aż skóra cierpnie. No dobra, może nie skóra, ale pojawia się tu lekko cierpki i minimalnie ściągający posmak, który jednak nie jest na tyle duży, by przeszkadzał. Chwilę później na wierzch wychodzą nuty leśne, żywiczne, świeża trawa oraz chmiel w czystej postaci. Typowe niuanse chmielowe, jak w dobrym Pilsie. Role tła pełni delikatna słodowość, odrobina karmelu, niewielka domieszka ziół oraz owoców tropikalnych. Jest też chmielowo-owocowa goryczka – silna i mocna, ale nie porażająca. Nie skopie nam dupska jak słynne Ósemkowe. Goryczka co prawda minimalnie zalega, ale mi to absolutnie nie przeszkadza. Z nawiązką kontruje słodową podbudowę. Wysycenie bąbelkami jest średnio intensywne. W miarę wyraźne, ale nie ingerujące w odbiór piwa.

piątek, 29 kwietnia 2016

RATOWNICZE



Jak piątek, to musi być piąte piwo. Nie może być inaczej. Piąte piwo z cyklu „Tydzień z Browarem Spółdzielczym”. Tym razem na wokandzie ląduje oczojebne Ratownicze.
Nie dziwota, że ma czerwoną jak cegła etykietę, którą zapewne widać z odległości kilometra, niczym bojkę ratowniczą ze Słonecznego Patrolu (gimbaza może nie wiedzieć o co kaman). No właśnie! Słoneczny Patrol... ach, ten niepoprawnie przystojny David Hasselhoff, cycata Pamela Anderson, nie mniej cycata Erika Eleniak oraz nieziemsko seksowna (i prawie równie cycata) Carmen Electra. To były czasy! Oglądałem, nie powiem. Chyba każdy oglądał, choćby dla samej Pam i jej koleżanek. David jakoś mnie nie kręcił, ale to chyba dobrze.
Rozmarzyłem się, a mam tu przecież piwo do wypicia. Tak jak wspominałem Ratownicze. Nie wspominałem tylko, że to American Pale Ale. Popularna APA, co to niczego ma nie urywać, ale ma dobrze wchodzić i dobrze smakować. 


Otwieram i przelewam. Chwaliłem ja ci tę pianę, chwaliłem w każdym piwie. Tu niestety piana jest bardzo znikoma, skąpa. Mieszano ziarnista, kremowa w barwie, opada w kilka chwil. Zostaje po niej tylko wyraźny lacing na szkle, nic więcej.
Piwo jest dość ciemne jak na ten styl – zdecydowanie bursztynowe i lekko mętne, ale to akurat moja wina. Mogłem nalewać ostrożniej.
Już po pierwszym łyku wiem, skąd ten problem z pianą. Strasznie mało tu gazu! Ratownicze jest bardzo nisko wysycone, co od razu przekłada się na jego niezbyt okazałą rześkość. Nie lubię, gdy piwa mające mnie orzeźwić są mało nasycone dwutlenkiem węgla. Ich smak wydaje się wówczas taki nijaki, płaski i wodnisty. Po części dzieje się tak w niniejszej apie. No, ale do rzeczy. W smaku mamy całkiem sporo owoców, głównie tropikalnych, choć europejskie brzoskwinie, czy morele też tu odnajdziesz. W oddali majaczy jakiś niewyraźny cytrus i odrobinę kwiatów oraz ziół. Na dalszym planie egzystuje słodowa nuta. Dość lekka i nienarzucająca się, delikatnie karmelowa, z herbatnikowym zacięciem. Na finiszu natomiast pojawia niezbyt tęgich rozmiarów goryczka o chmielowo-ziołowym posmaku. Gorycz generalnie jest krótka i nie zalega, ale trochę brakuje jej charakteru. Jest nieco mdła i ma lekko tępawy charakter, który skutecznie obniża pijalność.

czwartek, 28 kwietnia 2016

REFOWE



Hefe-weizen to jeden z moich ulubionych stylów piwa, a przynajmniej tak było kiedyś, przed erą piwnej rewolucji. W czasach, gdy nie istniał jeszcze nawet Atak Chmielu, a ja zaczynałem odkrywać bogactwo piwnego świata. Obecnie ciężko jest mi uznać wyższość bawarskich pszeniczniaków nad nowofalowymi, dojebanymi na maksa chmielem ajpami. Choć nie ukrywam, że wciąż z chęcią od czasu do czasu wychylę szklaneczkę jakiegoś Weizena. Tak dla smaku, dla goździków, dla banana. Lubię te klimaty.
Ostatnimi czasy można zauważyć u naszych krajowych rzemieślników pewne zainteresowanie tym stylem piwa. Co jakiś czas ktoś pokusi się o wypuszczenie tego tradycyjnego niemieckiego pszenicznego wywaru. Taki przerywnik pomiędzy pięćdziesiątą, a sześćdziesiątą ajpą na koncie.
Browar Spółdzielczy z Pucka, jak wiecie w tym tygodniu przejął stery mojego bloga ;p Mają oni w swojej ofercie niezbyt pokaźną jak na razie ilość piw, ale wśród nich jest właśnie rzeczone piwo pszeniczne na dedykowanych drożdżach WB06. Zapowiada się nieźle, więc nie ma co przedłużać, bo Refowe czeka. 


Piwo – jak to ma w zwyczaju Browar Spółdzielczy – przywitało mnie nieziemsko piękną i obfitą pianą. Przy Weizenie to powinna być norma, ale wiadomo, że nie zawsze tak jest.  Biała czapa jest dość sztywna, drobno ziarnista i zbita. Opada w żółwim tempie, tylko nieznacznie brudząc przy tym szkło. Lacing nie za specjalny, ale obecny.
Refowe nosi ładne jasno złote wdzianko, które jest oczywiście jest okrutnie mętne. Choć efekt ten zależy od tego, jak bardzo wstrząśniesz butelką przed otwarciem. Mój egzemplarz swoje już odstał, więc w zasadzie piwo się sklarowało. Nie mogłem sobie jednak odmówić trochę drożdżowego osadu z dna. Lubię to.
W zapachu mamy wyraźną woń słodu pszenicznego, wspieranego przez łagodne tony biszkoptów i bananów. Słodkich i bardzo dojrzałych bananów, co to już skórka z nich zaczyna sama odchodzić. Po chwili dołącza do nich delikatna, wręcz subtelna nuta goździka oraz ulotnego cytrusa, przywodzącego na myśl pewną kwaskowość. Daleko w głębi majaczy niewyraźna chlebowość, trochę drożdży i miękkie akcenty zboża, głównie pszenicy rzecz jasna. Bardzo intensywny i bogaty to aromat. Można wąchać bez końca!

środa, 27 kwietnia 2016

CUMOWE



Trzeci dzień tygodnia i trzecie już piwo w ramach cyklu „Tydzień z Browarem Spółdzielczym”.
Tym razem na tapecie ląduje Cumowe, czyli tradycyjny, wytrawny angielski Dry Stout. Piwo proste jak konstrukcja muszli klozetowej, co to każdy wie do czego służy i jak z niej korzystać.
Wiecie co? Podobają mi się te nazwy – Cumowe, Ósemkowe, Ratownicze, Flagowe... Nazwy węzłów żeglarskich. Ja tam się na tych węzłach nie znam. Ledwo potrafię sznurówki zawiązać, a o zawiązaniu krawatu mogę tylko pomarzyć. Nigdy nie byłem żeglarzem, marynarzem, rybakiem, piratem, ani nawet wędkarzem. Kiedyś czytałem „Stary człowiek i morze”, ale to nie to samo...
Browar z Pomorza, więc wybrali morską tematykę. Rozumiem to i szanuję. Każde piwo nosi nazwę jednego z węzłów żeglarskich, a na etykiecie widnieje ów węzeł, co by każdy mógł zobaczyć, jak to cholerstwo wygląda. Jak widać piwa z Browaru Spółdzielczego uczą, a nie tylko dostarczają procentów. Chyba powinni zmienić motto z „Piwo, które warzy więcej” na „Piwo, które uczy i warzy więcej” ;)


Piwo (jak zawsze w przypadku tego browaru) w szkle wygląda bardzo efektownie. Jest czarne jak węgiel z kopalni Wujek. Okrutnie czarne i nieprzezroczyste. Generuje bardzo wysoką pierzynkę piany o pięknej beżowej barwie i długowieczności kota (przy założeniu, że ma siedem żyć). Piana zbudowana jest z mieszanej wielkości pęcherzy i szybko się dziurawi. Nie zmienia to jednak faktu, że jest nadludzko trwała i tworzy zajefajny lacing.
W Dry Stoucie chodzi przede wszystkim o pijalność, a także pijalność, jak również pijalność oraz pijalność. A wspominałem już o pijalności??? W Cumowym pijalność wzniosła się na wyżyny swoich możliwości. Piwo pije się szybko, lekko i przyjemnie. Jego sesyjny charakter podkreśla łagodna kawa, okraszona subtelną nutką palonego słodu i odrobiną gorzkiej czekolady. W tle pobrzmiewa lekki kwasek, popiół oraz palony jęczmień. Finisz został zakończony niezbyt mocną, acz dość wyraźną goryczką o chmielowo-palonym rodowodzie. Wysycenie niskie, bardzo stylowe. To by było na tyle, ale czy potrzeba nam czegoś więcej w tak prostym i nieskomplikowanym piwie?

wtorek, 26 kwietnia 2016

DWA PÓŁSZTYKI



Drugim piwem po urywającej dupę imperialnej ajpie z Browaru Spółdzielczego są Dwa Półsztyki. To znaczy było to pierwsze, debiutanckie piwo tego browaru, ale po prostu ja w ramach „Tygodnia z Browarem Spółdzielczym” piję je jako drugie.
Dwa Półsztyki to Pale Ale, a ściślej mówiąc English Pale Ale. Takie lekkie i sesyjne brytyjskie piwo, którego chyba jedynym zadaniem jest gaszenie pragnienia, bo nawalić się tym, to naprawdę karkołomne zadanie. Piwo ma nic nie urywać, nie filcować skarpetek, nie wyrywać z bamboszy - ono generalnie ma dobrze wchodzić. I tyle.
Piłem niedawno podobny napitek. Krak się zwał. Od Beer City, tyle że tamto to była angielska IPA. Czyli mówiąc wprost mocniejsza i bardziej nachmielona wersja dzisiejszego trunku. 


Dwa Półsztyki to ładne piwo. Złociste, klarowne z solidną, białą i drobną pianą, która długo cieszy oko. Niespiesznie opadając tworzy mega wzorzyste zacieki na szkle. Naprawdę pięknie to wszystko wygląda.
Od angielskiej wersji Pale Ale nie oczekuję fajerwerków, czy piwnych orgazmów. Piwo mówiąc oględnie ma być dość smaczne i nieźle pijalne. Takie do picia, a nie do mlaskania i delektowania się nim przez bite dwie godziny. 
Dwa Półsztyki niemal idealnie wcielają się w tą ideę. Napitek ów jest stosunkowo lekki, nisko wysycony i łagodny w smaku. Nic Cię tu nie zaatakuje znienacka, nic nie czai się za Tobą w krzakach. Można powiedzieć – piwo jest przewidywalne. Mamy tu świetny balans pomiędzy wyrazistą słodowością, a wyczuwalnym, acz nienachalnym chmielem. Chlebowo-biszkoptowy słód wspaniale dogaduje się z nienarzucającymi się akcentami chmielu, trawy oraz ziół (europejskie chmiele w całej okazałości). Każdy łyk kończy się nieźle zaznaczoną i dość mocną goryczką, która broń Boże nie jest przesadzona. Chmielowo-ziołowa gorycz praktycznie nie zalega, jest dość krótka, ale stanowcza. Z pewnością pochodzi ze szlachetnej rodziny. Całość niezbyt rozbudowana, ale smaczna i pijalna. Brawo.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

ÓSEMKOWE



Tak, tak. Brawo bystrzacy! Przed nami kolejny „Tydzień z...”. Co to oznacza? Codzienne zalewanie pały piwem z jednego browaru i to przez cały tydzień! Tym razem na celowniku Browar Spółdzielczy z Pucka :D
Zacna to ekipa, naprawdę zacna. Jak sama nazwa wskazuje jest to browar spółdzielczy, można by rzec nie do końca komercyjny, a przynajmniej taki, który nie powstał, by się nachapać. Wszystko działa tu w ramach Spółdzielni Socjalnej DALBA. Browar został stworzony w zeszłym roku, by dać miejsce pracy ludziom niepełnosprawnym umysłowo, wykluczonym społecznie. Mottem pomysłodawców jest hasło „Piwo, które warzy więcej”. Bardzo to wszystko szlachetne, zwłaszcza mając na uwadze fakt, iż jest to dopiero szósta tego typu inicjatywa na świecie! Pełen szacun z mojej strony. No, ale do rzeczy, bo mam tu przecież piwo do wypicia.
Ósemkowe to najnowszy wypust z Pucka. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się Imperial AIPA podrasowana do 20°Blg i 120 IBU! Czas wziąć diabła za rogi ;)


Piwo ładnie wygląda w firmowym szkle. Czapa śnieżno białej piany jest wysoka i bujna, choć miejscami szybko się dziurawi. Po prostu jest dość rzadka, nie przeszkadza jej to jednak być kosmicznie trwałym, skubańcem! Piana prawie wcale nie opada! Z pół roku musiałem czekać, aż opadnie, by dolać do kreski. Panie, a jaki tu lacing niesamowity. Firany takie, że można by zasłonić pół okna balkonowego! Ponownie szacun.
Ciecz jest wyraźnie zamglona, a jej kolor to klasyczne wcielenie złota. Nie jakaś blada dupa jak obecne pierścionki z tego cennego kruszcu. Bardziej przypomina złote klejnoty z lat 70-tych i 80-tych. Jak nie wiecie o co chodzi, zobaczcie na palcu u rodziców, dziadków.
Muszę trochę upić, bo za pełno nalałem do tego polish dilda, by zamieszać i powąchać. W smaku na dzień dobry dostałem pałką w łeb od sowitej słodowości. Całe zastępy herbatnikowego słodu, karmelu i ciastek zrobiły mi nie lada powitanie. Na szczęście z odsieczą szybko przybywają odziały jankeskich chmieli w postaci słodkich i wyraźnych owoców tropikalnych. Mango zdaje się królować, jednak tuż obok niego podąża marakuja i liczi. Rześkich cytrusów jest tu niewiele za wyjątkiem jednego – soczystego i dojrzałego czerwonego grejpfruta. To chyba najbardziej grejpfrutowe piwo jakie w życiu piłem! Normalnie czuję się jakbym przed chwilą ugryzł kawałek tego kwaśno-gorzkiego owoca. Wrażenie jest naprawdę niesamowite, ale nie ma co się zbytnio podniecać, bo to jeszcze nie koniec. Bowiem nie sposób tu pominąć przyjemnej żywicy w posmaku i lekkich nut sosnowych w tle. Teraz będzie parę słów o goryczce, która wybitnie kąsała mnie już od samego początku, ale celowo jej opis zostawiłem sobie na koniec. Goryczka jest masakrycznie i diabolicznie wysoka! „Okrutna, zła i podła” atakuje moje biedne kubki smakowe i rozjeżdża je na miazgę. 120 IBU nie w kij dmuchał. Istny chmielowy walec! Co ważne – mimo nieziemskiej mocy, żywiczno-grejpfrutowa goryczka nie jest jakoś szczególnie uciążliwa. Oczywiście trochę zalega, co przy takim natężeniu alfa-kwasów jest to rzeczą normalną. Sumarycznie jednak jest bardzo przyjemna, gładka i miękka. Jak dla mnie – smakuje genialnie. BTW jest to jedno z trzech najbardziej gorzkich piw, jakie miałem w ustach (a trochę ich miałem jak wiecie). Fanom Harnasia, czy Żubra raczej odradzam ;p

sobota, 23 kwietnia 2016

STAROPOLSKIE DWORSKIE

Czasem przychodzi taki czas, gdy trzeba odpocząć od nowej fali i wrócić do macierzy. Pijąc niemal codziennie te wszystkie barli łajny, RISy, ajpy-srajpy, czy wity-srity, można po pewnym zwariować i dostać pomieszania zmysłów. Głupio by było nie odróżniać wędzonki szynkowej od dymnej prawda?
Dlatego też raz na ruski rok polecam resetowanie kubków smakowych. Swoistą kalibrację naszych zmysłów jakimś zwykłym i niewymagającym piwem, nad którym przestaniemy marszczyć w skupieniu brwi i wsadzać nos do szkła tak głęboko, jak jest to tylko możliwe. Najlepiej niech będzie to jakiś zwykły jasny lager bez księżycowych przypraw i najnowszej odmiany nowofalowego chmielu, wyhodowanego na Saturnie. Zwykłe, klasyczne piwo. Najlepiej bez wad. Nie musi być urywać czterech liter, ale żeby było bez wad.
Mój wybór padł na Staropolskie Dworskie z Browaru Staropolskiego ze Zduńskiej Woli. Miałem go w piwnicy już od jakiegoś pół roku. Leżał i czekał na odpowiedni moment. No i się w końcu doczekał.


Piwo w szkle wygląda zwyczajnie – biała, umiarkowanie obfita piana o mieszanej wielkości pęcherzach. Opada w średnim tempie, zostawiając na szkle lekki lejsing.
Ciecz posiada dość ładny ciemno złoty kolor, raczej niespotykany w koncernowych sikaczach.
Aromat przywodzi na myśl klimaty spelunkowych lokali z lat 90-tych. Jest odrobinę piwniczny, taki oldschoolowy, ale też wyrazisty, nie jak obecne korpolagery. Piwo pachnie solidną dawką słodu i zboża, wspartą na chlebowej skórce i lekkich akcentach mokrego kartonu (naprawdę lekkich). W tle pałętają się niewielkie ślady miodu świadczące o nieznacznym utlenieniu. Chmiel jeśli już, to występuje na granicy mojej percepcji. Nie jest to wybitnie świeży zapach, raczej taki nieco stary, ale jeszcze nie stęchły. W tłumie ujdzie.

piątek, 22 kwietnia 2016

VII CZĘSTOCHOWSKI KONKURS PIW DOMOWYCH – ZAPOWIEDŹ


Jak co roku, tak i tym razem pozwolę sobie na małą propagandę odnośnie najciekawszego wg mojego mniemania wydarzenia piwowarskiego na zadupiu piwnym zwanym Częstochową. Jeden profesjonalny sklep z piwem i tylko jeden sensowny lokal, przez co niektórych nazywany multitapem, to z pewnością nie jest raj dla beer geeka... No, ale nie o tym, nie o tym.

Otóż w imieniu swoim i pozostałych organizatorów, czyli Częstochowskiego Kręgu Lokalnego Bractwa Piwnego i Częstochowskiej Organizacji Turystycznej zapraszam wszystkich piwowarów domowych (piwowarki też mogą być) do wzięciu udziału w VII CZĘSTOCHOWSKIM KONKURSIE PIW DOMOWYCH BRACTWA PIWNEGO.





Konkurs odbędzie się 18 czerwca 2016 roku.

W tym roku obowiązują następujące kategorie konkursowe:
„1. West Coast IPA - mocne, wytrawne , jasne piwo górnej fermentacji nawiązujące do stylu 14B. American India Pale Ale - wg BJCP jednak w odróżnieniu od piw warzonych na wschodnim wybrzeżu Ameryki, charakteryzuje się tym, że balans przesunięty jest stanowczo w stronę goryczy i intensywniejszego chmielenia. Gęstość początkowa 14-18° Blg, goryczka 40-70 IBU.
2. Oktoberfest (03B. Oktoberfest - wg BJCP)
3.
Summer Ale – letnie, lekkie, jasne piwo górnej fermentacji, nieograniczone do stylu bazowego, chmielone w wersjach amerykańskich lub brytyjskich. Charakteryzuje się rześkim profilem, równoważy delikatny profil chmielowy z adekwatną słodowością, przy zachowaniu wysokiej pijalności i wysokiego wysycenia. To piwo ma dostarczać ulgi od upałów, ma być rześkie, promieniste i radosne jak samo lato. Gęstość początkowa 11-13° Blg, goryczka 15-28 IBU.
4. Porter angielski – kategoria zawiera style (12A.Brown Porter - wg BJCP) oraz (12B.Robust Porter - wg BJCP) Uwaga - Robust Porter jedynie w wersji z chmielem angielskim .
5. Piwo niskoalkoholowe – celem tej kategorii jest popularyzowanie piw o niskiej zawartości alkoholu. Do konkursu piwowarzy mogą zgłaszać smaczne, dobrze pijalne piwa o zawartości alkoholu od 0 do 4 ABV%. Piwa zgłoszone do konkursu, po ewentualnym przeprowadzeniu wstępnych eliminacji, zostaną zbadane laboratoryjnie w celu sprawdzenia dokładnej zawartości alkoholu.”

Link do Regulaminu Konkursu macie tutaj, ale dla leniwych zebrałem do kupy najważniejsze informacje, które mogą Wam się przydać:
  • Uczestnik może startować w pięciu kategoriach.
  • W każdej kategorii uczestnik może wystawić najwyżej jedno piwo.
  • Uczestnicy mają obowiązek dostarczenia piw konkursowych wraz z wydrukowanym formularzem zgłoszeniowym w terminie od 16.05.2016 r. do dnia 06.06.2016 r. na adres organizatora :
    Andrzej Grzeliński
    ul. Waszyngtona 53
    42-202 Częstochowa
    z dopiskiem „VII CKPDBP
  • Piwa konkursowe oceniać będą dwie niezależne komisje.
    Pierwsza - Komisja Branżowa, to osoby, których działalność jest związana z branżą piwowarską.
    Druga to Komisja Konsumencka składająca się z osób niezwiązanych z branżą piwowarską.
  • Nagrodzone zostaną trzy pierwsze miejsca w każdej kategorii ocenione przez Komisję Branżową. Wyróżnione zostaną trzy pierwsze miejsca w każdej kategorii ocenione przez Komisje Konsumencką.
  • GRAND CHAMPION - piwo które otrzyma największą liczbę punktów w Komisji Branżowej ze wszystkich piw zgłoszonych (oprócz piwa w kategorii niskoalkoholowe). Zostanie uwarzone w BROWARZE WĄSOSZ, a piwowar otrzyma możliwość osobistego udziału w warzeniu.
  • Piwo zajmujące PIERWSZE MIEJSCE w kategorii SUMMER ALE zostanie uwarzone w RZEMIEŚLNICZYM BROWARZE JANA w Zawierciu, a piwowar otrzyma możliwość osobistego udziału w warzeniu. Browar zastrzega sobie możliwość modyfikacji receptury ze względów technologicznych.
  • Konkurs zostanie przeprowadzony zgodnie zaleceniami, które opisuje przewodnik dla organizatorów konkursów piw domowych opracowany przez komisję ds. szkolenia i certyfikacji sędziów konkursów piwa - PSPD.

Gdyby komuś jeszcze było mało informacji, to wszelkie pytania można kierować pod adres e-mail: ckpdbp@gmail.com

Jak widzicie warto wysłać do nas piwo, bo nagrody są naprawdę zacne. Teoretycznie nawet dwóch różnych piwowarów może uwarzyć swoje piwo w komercyjnym browarze o ogólnopolskiej dystrybucji! Oczywiście może stać się tak jak w zeszłym roku, kiedy to jeden piwowar uwarzył to samo piwo w dwóch różnych browarach. Rzecz jasna piwowarzy z drugich i trzecich miejsc także mogą liczyć na małe co-nieco. Głównie chodzi tu o talony, bony i rabaty na zakupy w wybranych sklepach internetowych dla piwowarów domowych.

Tak więc piwowarzy i piwowarki wszystko w Waszych rękach! Macie wystarczająco dużo czasu, by uwarzyć jakieś totalnie wyrywające z kapci piwo :) Pamiętajcie jednak, że czas szybko leci, nie czekajcie na ostatni dzwonek – bierzcie się do roboty już dziś!
Powodzenia.

czwartek, 21 kwietnia 2016

WRCLW RYE RIS Barrel Aged

Wrocław – miasto stu mostów. Browar Stu Mostów musi być zatem z Wrocławia. Już na wstępie kłaniam się nisko i całuję rączki, bo ekipa Stu Mostów właśnie debiutuje u mnie na blogu. Wstyd się przyznać, ale generalnie jest to moje pierwsze w życiu piwo z tego browaru. Ever. Zresztą jaki to wstyd przy ponad 150-ciu browarach w Polsce, nie licząc kontraktowców. Wstyd to jest popijać ukradkiem w zakrystii wino mszalne, albo walić konia w szkolnej ubikacji...
Dzisiaj na tapecie jak widzicie RIS, dokładniej żytni RIS, a jeszcze dokładniej żytni RIS leżakowany w dębowej beczce po burbonie. Szacun! Takie klimaty, to już na dzień dobry propsuję.
Browar Stu Mostów kilka miesięcy temu miał już w swojej ofercie ruskiego imperialnego stałta. Wszyscy zgodnie twierdzili, że czterech liter nie urywał, toteż w Stu Mostach postanowili zrobić wersję barrel aged tego piwa. Wlali je do dębowych beczek po burbonie (hamerykańskiej odmiany whisky) i tak oto powstał WRCLW Rye RIS. Nie próbujcie nawet wymawiać nazwy tego piwa, bo sobie język połamiecie. I to w dwóch miejscach. Seriously.


Otwieram i przelewam. Cykam fote i oglądam. What the fuck?! Gdzie jest piana? Lałem gwałtownie, energicznie. Celowałem w sam środek, niemal jak do wiadra, a tu praktycznie nic. Piany nie ma, bo tego marnego kożuszka pianą nazwać nie można. Dobrze, że to nie żaden Weizen, bo bym się wkur... Kolor za to jest idealny – czarny jak zad konia, podoba mi się. Kolor znaczy, nie zad.
Dosyć oglądania. Czas się w końcu napić. WRCLW (kocham tą nazwę) jest umiarkowanie gęsty i gładki, taki trochę likierowy bym powiedział. Palone słody są bardzo wyraźne, podobnie jak kawa z cukrem i gorzka czekolada. Jest też sporo czekolady deserowej i pralinek (drogich, porządnych). W tle rządzą dosyć wyraźne akcenty amerykańskiej whisky. Nie pijam ja tych hipsterskich dżeków danielsów i dżim bimów. Drogie to, a poza tym mi nie smakuje. Oprócz tonów burbonowych stawkę zamyka jeszcze karmel, dębina i bardzo lekka wanilia. W posmaku natomiast pojawia się niezbyt silna, palono-alkoholowa goryczka, która co prawda nie zalega, ale nie do końca radzi sobie z opaśnym słodowym ciałem. A właśnie – alkohol jest obecny nie tylko na finiszu. Etanol przewija się przez cały profil smakowy, wyraźnie rozgrzewając przełyk i kiszki w brzuchu. Na szczęście nie jest jakiś nadmiernie natarczywy, czy ordynarny. Da się z tym żyć.

środa, 20 kwietnia 2016

KRAK

Będąc na początku kwietnia w Łodzi na targach Piwowary kupiłem sobie parę piw do domu. Tak na bloga, nie na wieczór z kumplami. Jednym z tych właśnie napitków jest Krak z browaru Beer City. Niezbyt o nich głośno, zatem nie dziwi fakt iż nigdy wcześniej nie miałem nic w ustach od Beer City (tylko bez skojarzeń zboczuchy). Więc się skusiłem, a w zasadzie to cena mnie skusiła. Sześć ziko za craftowe piwo i to jeszcze na piwnej imprezie, to ja biorę w ciemno (za 6zł były też wszystkie piwa z Czarnego Kota, Koreba i Browaru EDI, ale z wiadomego powodu się nie skusiłem ;). Cena zadziwiająco niska, ale teraz już wiem dlaczego. Do końca terminu ważności brakowało tylko dwa tygodnie. Ja się trochę zgapiłem, więc obecnie piwo jest już po terminie :/ Trudno, przecież nie wyleję. Trzeba wypić.
Krak to pierwsze piwo tej krakowskiej inicjatywy, która debiut miała już ponad rok temu. Ekipę Beer City tworzy Andrzej Najder, Adam Staśkiewicz i Marcin Wnuk. Warzenie swoich piw zaczynali w Zodiaku, choć obecnie stacjonują w Wąsoszu, a przynajmniej rzeczony Krak został tam poczęty. BTW w tym Wąsoszu to już cholernie ciasno musi być. Tam już chyba z dziesięć browarów miesza w kotłach!
Rzeczony trunek to już trzecie wcielenie Kraka. Trzecie wersja tego English IPA. Za każdym razem coś w nim zmieniają, nie wiem dokładnie co, ale na pewno trochę majstrują przy recepturze. 


Piwo bardzo ładnie się prezentuje w znienawidzonym przez co niektórych birgików shakerze. Co prawda jest lekko zamglone, ale jego intensywnie bursztynowa barwa z niewielką domieszką miedzi, wygląda nad wyraz zachęcająco. Ciecz generuje dość obfitą pianę o kremowej barwie i mieszanej wielkości pęcherzach. Piana opada w średnim tempie, przy okazji sowicie oblepiając ścianki.
Rozumiem i popieram piewców teorii wyższości nowofalowych chmieli nad tradycyjnymi odmianami, pochodzącymi ze starego kontynentu. Z tego też powodu nieszczególnie przepadam za staromodnymi, angielskimi wcieleniami aj-pi-ej. Z niewiadomego powodu jednak Krak mi smakuje. Wyraźna, lekko opiekana słodowość świetnie współgra tu z chmielowymi naleciałościami w postaci akcentów trawy, tytoniu oraz ziół. Słodu jest sporo, ale nie zdominował on piwa na tyle, by nie wyczuć w nim także subtelnych i nieznacznie kwaskowych owocowych estrów (czerwone owoce, trudne do zdefiniowania). W tle egzystuje odrobinę karmelu i opiekanego pieczywa. Finisz został okraszony bardzo przyjemną chmielową goryczka, która nie jest zbyt mocna, ale wyraźna. Nic tu nie zalega, nic nie męczy, nic nie muli.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

WIELKI TEST PIW ZIELONYCH


Tak! Stało się. Wielki Test Piw Zielonych (pierwszy w kraju jak sądzę) przeszedł do historii, a ja wciąż żyję, funkcjonuję, oddycham – cud! Zrobiłem to dla Was, abyście Wy już nie musieli tego robić. Aby Wasze żołądki wciąż pracowały w spokoju, a Wasze odruchy wymiotne były nadal uśpione. Wiem, wiem, jestem hardcorem, ale taki już się urodziłem ;p


Przyznam, że sporo się namęczyłem, aby zdobyć wszystkie piwa zielone w Polsce. Ponoć istnieje jeszcze (chyba) jakieś piwo zielone z Jabłonowa, ale występuje tylko w wersji beczkowej. Tu od razu należy Wam się małe wyjaśnienie: Bearnard Zielony od Czarnego Kota nie posiada zielonej barwy. Niestety dowiedziałem się tego dopiero po przelaniu piwa do szkła (zostałem bezczelnie wprowadzony w błąd!). Nigdy wcześniej go nie piłem, a papierowa owijka do samego końca utrzymywała wszystko w tajemnicy. Poza tym zmyliło mnie słowo „zielony” w nazwie... Tak, czy siak, ze względu na bardzo „oryginalny klimat” tego piwa, postanowiłem z niego nie rezygnować i ocenić je w taki sam sposób jak pozostałe. Czyli jak?
Przy tego typu wynalazkach postanowiłem nie robić z siebie idioty i darowałem sobie rozkładanie każdego piwa na czynniki pierwsze, bo rzeczą wiadomą jest, że chodzi tu przede wszystkim o pijalność. Jakąkolwiek pijalność. Z związku z tym każdy trunek oceniałem dość ogólnikowo, skupiając się w zasadzie tylko na smaku i aromacie. Krótka piłka. Najważniejszą dla mnie cechą była ogólnie pojęta pijalność oraz poziom sztuczności danego delikwenta. Innymi słowy, czy piwo wykręca gębę o 180°, czy tylko o 90° ;)
Aha, z obecnych sześciu piw wcześniej piłem tylko trzy, w tym najgorsze piwo w moim życiu i jako pierwsze oceniane pod kątem tego bloga – Lubuskie Zielone. Naprawdę jest się czego bać. Jako wzorzec barwy zaproponowałem Ludwika – bodajże najpopularniejszego w tym kraju płynu do mycia naczyń o intensywnie zielonej barwie. I jeszcze jedno – do degustacji celowo użyłem słoików, by nie kalać tymi zielonymi pseudopiwami moich wychuchanych i wymuskanych pokali ;> Potem jeszcze bym ich nie domył i na co mi to potrzebne?



RACIBORSKIE ZIELONE

Na pierwszy ogień poszło zielone z Raciborza, - browaru, którym każdy świadomy beer geek gardzi lub przynajmniej robi sobie z niego niezłe podśmiechujki.
Kolor tego wynalazku jest ciemno zielony, wyraźnie opalizujący. O dziwo piwo poniekąd pachnie chmielem. Dość wyraźnie „zielony” zapach kojarzy mi się z liśćmi i ogólnie z jakimiś roślinkami. W tle pojawiają się lekkie nuty kwiatowe i świeżo skoszonej trawy. W miarę naturalny to aromat, na pewno nie odrzuca.
W smaku Raciborskie Zielone jest nieco wodniste i puste. Ponownie czuć zielone klimaty, głównie trawę i świeże zielone liście. Całość wieńczy lekka, acz delikatnie mdła goryczka o minimalnie chemicznym zacięciu. Da się to pić, a to już coś, mimo że w składzie same literki E – 104, 132 i 110 (barwniki rzecz jasna).
ALK. 4,7%
OCENA: 5/10
POZIOM SZTUCZNOŚCI: 3/10
TERMIN WAŻNOŚCI: 09.06.2016
BROWAR ZAMKOWY RACIBÓRZ


BEARNARD ZIELONY MIĘTA ENERGY

To jest właśnie to piwo, które mnie tak oszukało. W nazwie pada słowo „zielony”, w składzie widnieje barwnik zieleń pistacjowa, a w rzeczywistości piwo jest intensywnie żółte i do bólu klarowne (jaja sobie z nas robią i tyle!). Coś jak mój poranny mocz, po pięciu Żywcach wypitych z gwinta dzień wcześniej.
Aromat jest silny i zdecydowany, ale powiem w skrócie – piwo pachnie jak jakiś podrzędny energy drink. W sumie wg producenta tak właśnie ma pachnieć. Zero piwnych klimatów. Nic tylko tani energetyk, landrynki i pseudooranżada z ‘biedry’ w dwólitrowej butelce (są takie).
W smaku jest bardzo słodko. Wyraźnie zalatuje tu jakimś słodzikiem. Prym wiedzie oczywiście energy drink, a w posmaku podobnie jak w aromacie kiepskiej jakości oranżada oraz tanie landrynki! O dziwo w tle pojawia się delikatna słodowość. Całość de facto mocno owocowa, jednak cholernie sztuczna. Nie, żebym płakał z tego powodu, ale nie czuć tu żadnej mięty. Dziwne.
Smakuje to jak jakiś tani, słodki ulepek z lekką, chemiczną i nieco mdłą goryczką na finiszu. To mój pierwszy kontakt z tym kontraktowcem i jakoś niekoniecznie chcę następnego razu.
ALK.4%
OCENA: 3/10
POZIOM SZTUCZNOŚCI: 8/10
TERMIN WAŻNOŚCI: 30.08.2016
BROWAR CZARNY KOT

sobota, 16 kwietnia 2016

BAŁTYK-PACIFIC COLLABORATON PORTER

Pinta nigdy nie zwalnia tempa. Rzuca piwami na lewo i prawo. Trzeba uważać, by w łeb nie dostać. Jednym z ich najnowszych napitków jest właśnie Bałtyk-Pacific Collaboration Porter. Niby porter bałtycki, niby nie. Jedni mówią, że tak, a Kopyr np. gada, że to takie lagerowe Barley Wine. Cholera wie. Cyferki się zgadzają, drożdże dolnej fermentacji także, choć na butelce nigdzie nie jest napisane, że to Baltic Porter. Jak w zeszłym roku Pinta leciała do Japonii, to mówili, że będą warzyć nasze dobro narodowe – piwowarski skarb Polski. Zresztą, nie ważne. Nie będę tego rozgrzebywał, bo dokopie się do jądra Ziemi...
Jak już zapewne wiecie piwo to powstało w Azji w ramach kooperacji, kolaboracji, współpracy, konsolidacji, koprodukcji, czy jak się tam to teraz nazywa. Niniejszy specjał jest dziełem Baird Brewing z kraju kwitnącej wiśni i Browaru Pinta z kraju kwitnącej jabłoni. Wszystko w tym piwie jest kooperacyjne. Polacy z Ziemkiem na czele ostentacyjnie wrzucali polski chmiel do kadzi, podczas gdy Japońce w tym czasie cieszyli michy, majstrowali przy panelu sterowniczym warzelni i porozumiewawczo kiwali głowami. Grzesiek wrzucał słód do śrutownika, a żółtek naciskał przycisk „start”. Każda nawet najmniejsza czynność była wykonywana kooperacyjnie. Po fajrancie picie polskiej wódki też było kooperacyjne. Poważnie ;) 


Otwieram i przelewam. Jeśli faktycznie ma być to porter bałtycki, to jest to najjaśniejsza jego wersja jaką w życiu widziałem. Piwo jest raczej klarowne, a jego barwa przypomina miedziano-brązowy odcień (wypisz wymaluj Barley Wine!). Wieńczy je dość wysoka piana koloru ecru, zbudowana ze średniej wielkości pęcherzy. Pianka jest żywotna, opada powoli, sowicie brudząc przy tym szkło – lacing pierwsza klasa! Firanki jak u mojej babci w oknie ;>
Jak na 20° Plato kooperacyjny trunek jest dość gęsty i oleisty. Aksamitna gładkość długo sunie na języku, zostawiając po sobie słodowo-karmelowe cienie. Słód jest wyraźnie opiekany, ale nie palony. Przez chwilę jest słodko, lecz po chwili do gry włącza się bardzo wyrazista chmielowo-ziołowa goryczka. Od razu widać, że szyszek to tu nie pożałowali. Gorycz jest dosyć długa, nieco mdła i minimalnie zalega, jednak doskonale wykonuje swoją robotę. Z nawiązką równoważy solidną przecież słodową pełnię. Z tła można wyłapać niewielkie nuty jakichś owoców, tostów, przypieczonej skórki chleba i prażonego ziarna.

piątek, 15 kwietnia 2016

ANTYLOPA



Piątek, piąteczek, piątunio. Koniec pracy, czas zabawy. Zatem tuż po przyjściu z pracy do domu zaczynam ostro weekendować. W lodówce, czy też w piwnicy cała masa piw do wypicia! Ja rozpoczynam balangę od ostatniego już piwa z łódzkiego Antybrowaru, który gościł u mnie na blogu przez ostatnie kilka dni.
Na koniec „Tygodnia z Antybrowarem” zostawiłem sobie ANTYlopę – piwo, które już miałem okazję próbować (Piwowary się kłaniają). Pamiętam, że było niezłe. Ciekawe, czy tym razem moje wspomnienia znajdą potwierdzenie w warunkach domowych?
 ANTYlopa to Imperial AIPA o cyferkach 20° Blg i 80 IBU. Piwo zamknięte jest w butelce oklejonej charakterystyczną dla tego browaru etykietą z wyszczególnionym mocno przedrostkiem ‘Anty”. Generalnie podobają mi się te ety. Są spójne, nieźle przemyślane oraz dobrze wykonane. Wszystko jest czytelne i wyraźne, już z daleka wiadomo, że to Antybrowar. Śliski, nieco odblaskowy i doskonałej jakości papier daje poczucie luksusu i splendoru. Z tyłu znajduje się sporo niezbędnych informacji o piwie, a także krótka „morska opowieść”. Całe szczęście, że autora nie ponosi zbytnio wyobraźnia, jak to bywa czasem w przypadku piw z innych browarów (patrz: Doctor Brew). 


Piwo w szkle jak zawsze prezentuje się wyśmienicie. Posiada dość ciemny, brązowo-herbaciany kolor (takie East Coast AIPA). Wieńczy go solidna czapa średnio ziarnistej piany o kremowej barwie i całkiem niezłej gęstości. Tempo jej opadania jest niesamowicie wolne – nim opadnie do zera spokojnie zdążysz się przekimać. Ale po co kimać, skoro mam tu imperialną ajpę do obalenia?
Biorę pierwszy łyk, drugi, trzeci, piąty. Jest słodko, słodowo, ale też owocowo. Konkretna dawka opiekanego słodu rywalizuje o palmę pierwszeństwa z bardzo silnym i wyraźnym karmelem. Do koryta próbuje się także dopchać słodkawa, tropikalna owocowość, jednak na niewiele się to zdaje. Nieco z boku do walki włącza się także umiarkowanie mocna żywica, lecz ona również nie jest w stanie konkurować z tak silnym duetem. Słód i karmel rozdają tu karty. Nic i nikt nie jest w stanie im zagrozić. Cytrusy na przykład są tak wątłe, że drżą z przerażenia na samą myśl o jakiejkolwiek konfrontacji. Zaraz, zaraz, przecież to Imperial AIPA naszpikowana chmielem do granic możliwości. Gdzie zatem wykręcająca gębę chmielowa goryczka? Jest, jest, znalazłem! Jakieś 50 IBU pałęta się tu i ówdzie. Wiadomym jest, że z taką mocą nie zbalansujemy tak obfitego słodowego cielska. Żywiczno-grejpfrutowa goryczka po prostu nie daje rady. Jest za słaba.

czwartek, 14 kwietnia 2016

PROKREACJA



Antybrowar – PROkreacja, ANTYbiotyk. PRObiotyk. ANTYkwariat. PROpaganda. ANTYlopa. PROmocja... Wszystkie nazwy piw z tego browaru zaczynają się od „anty” lub „pro”. Jedne piwa są za, a drugie przeciw. Nie wiem za czym są i przeciw czemu, ale są. Aby patrzeć jak w piwnych sklepach pojawi się PROstytucja i ANTYkoncepcja. Nie zawsze idą razem w parze, ale co tam...
Nie o seksie, a o piwie przecież miało być. Zatem trzecim piwem cyklu „Tydzień z Antybrowarem” jest PROkreacja... No widzicie, miało już nie być o seksie, ale się kurna nie da! Po prostu się nie da! PROkreacja w stylu American Wheat to póki co ich najnowszy wywar, który o ile się nie mylę zadebiutował na początku kwietnia na łódzkich Piwowarach. I ja tam byłem, jadłem, piłem, pierdo.... A tak – miało nie być o seksie, zapomniałem! ;p
Pamiętam, że piłem tego łita w tej Łodzi i piwo wydawało mi się jakieś takie nijakie, mało wyraziste, przeciętne. Jakoś tak niezbyt mi zapadło w pamięć, a przecież wtedy jeszcze nie byłem nadziabany. Trzy Harnasie walnięte na hejnał przed wejściem (co by mniej wydać na targach), aż tak by mnie nie ściorały prawda? ;)
Tak, czy siak za chwilę sprawdzę dogłębnie (znowu konotacje z seksem), czy piwo jest warte zachodu. Tym razem na bank będzie na trzeźwo. Słowo honoru. 


Otwieram i przelewam. Piwo jak piwo. Pełno złote i mętne od pszenicy, wpadające w lekko pomarańczowy odcień. Spowite bardzo obfitą pianą o białej barwie. Piana nawet nieźle daje radę, jest dość trwała, średnio pęcherzykowa, choć szybko się dziurawi. Opadając zostawia na ściankach bardzo wyraźne i frywolne farfocle. Zacnie to wszystko wygląda i nader smakowicie.
Smak też jest dosyć smakowity. Widocznie myliłem się w tej Łodzi, albo faktycznie miałem już w czubie. Piwo jest lekkie, rześkie i zwiewne. Wysycenie jest raczej przeciętne i z pewnością mogłoby być wyższe. Pszeniczna słodowość przełamywana jest świeżym i delikatnie kwaskowym cytrusem. Skórka mandarynki, limonka i odrobina cytryny. Amerykańce hasają, aż miło! W tle natomiast cichutko siedzi sobie łagodna nutka chleba, trawiastego chmielu i stonowanej żywicy. Całość zwieńczona jest lekką i przyjemną goryczką o cytrusowo-chmielowym charakterze. Może nie ma tu jakiegoś wielkiego efektu wow, ale przyczepić się do czegoś też nie sposób. Wszystko jest poukładane i dopasowane, stanowi integralną całość. Podoba mnie się ta PROkreacja. Lubię prokreować...

wtorek, 12 kwietnia 2016

ANTYKWARIAT



Drugie piwo z łódzkiego Antybrowaru spożywane w ramach cyklu „Tydzień z...”.
O piwie zimowym (PROmocji) szybko zapominamy, bo w drugim rzucie na tapecie ląduje ANTYkwariat w rzadko spotykanym stylu American Smoked Stout. Amerykańskich Stoutów trochę już się u nas przewinęło, ale dymionych amerykańskich Stoutów nadal jest jak na lekarstwo. Cóż za intelekt, spostrzegawczość oraz zdolność adaptacji i znalezienia luki na rynku. Tym niżej kłaniam się ekipie Antybrowaru ;)
Cóż my tu mamy za specjał? Zapowiada się arcyciekawie, zwłaszcza, gdy rzucimy okiem na skład: woda (wiadomo, bez wody nie będzie piwa), słód pale ale, wędzony, czekoladowy ciemny, pszeniczny jasny, jęczmień prażony i pszenica prażona. Na dokładkę cztery nowofalowe odmiany chmielu. Żadnych egzotycznych przypraw, czy niespotykanych na tej planecie dodatków importowanych z sąsiedniej galaktyki. Czyste piwo bez zbędnych udziwnień. Oczywiście wyjąwszy wędzonkę i jankeskie chmiele. Ale czy w obecnych czasach to jakieś nadzwyczajne udziwnienia? 


Tuż po otwarciu butelki dostałem porządnie po nosie od amerykańców z plemienia Humulus Lupulus. Nadzwyczaj urodziwa tropikalna owocowość wespół z rześkim cytrusem robią ze mną co chcą (a ja się wcale im nie przeciwstawiam). Co ważne po kilkunastu minutach ze szkła wciąż bucha bardzo wyraźne mango, marakuja, liczi i granat. Aromat ani na chwilę nie zwalnia tempa! Spoko, spoko, są też i czarne klimaty. Palone ziarno kawy, ciemne, prażone słody, niespotykanie szlachetna czekolada, a także marginalna wędzonka (trochę szkoda). To wszystko też odnajdziesz w Antykwariacie, choć otwarcie przyznam, że w zapachu dominują odchmielowe naleciałości. Na koniec będzie niezwykle ciekawy spoiler – po ogrzaniu się tego zacnego napitku z głębi dolatują do mnie lekkie i bardzo świeże nuty jasnych winogron i agrestu. Poważnie, czuje agrest! Genialnie!
Piwo równie dobrze wygląda jak i pachnie. Czarna barwa, do tego nieziemsko obfita czapa ciemno beżowej piany. Co prawda jej bąbelki nie są jakoś szczególnie drobne, a całość nie jest zbyt sztywna i gęsta. Mimo to piana na bank opada wolniej niż ustawa przewiduje. Jakakolwiek ustawa! Skubana trzyma się jak rzep psiego ogona, albo i lepiej. Możesz sobie w połowie picia zrobić drzemkę, a po obudzeniu wciąż będziesz mieć pianę na powierzchni piwa. Super sprawa :D

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

PROMOCJA


Jedziemy z drugą odsłoną cyklu „Tydzień z...”. O co w tym chodzi? Bez zbędnego owijania w bawełnę i mydlenia oczu tłumaczę – w danym tygodniu na blogu lądują recenzje piw z tylko jednego browaru. Pięć dni, pięć piw (choć może być mniej, jak w tym wypadku, czyli cztery). 


Bohaterem tego tygodnia jest Antybrowar z Łodzi, który jest stosunkowo nową inicjatywą, bo wystartował pod koniec października ubiegłego roku. Tworzy go pięcioro piwnych zapaleńców, w tym dwa małżeństwa! Sytuacja zupełnie nadzwyczajna, nawet w skali świata jak mniemam. Ten typowo rzemieślniczy przybytek został założony przez Piotra i Joannę Wojnarskich, Magdalenę i Borysa Banasiak oraz Łukasza Kacprzaka. Obydwa małżeństwa można powiedzieć, że znam, choć bardziej z widzenia. Z tego właśnie powodu mocno im kibicuję. Co nie znaczy jednak, że będzie jakaś taryfa ulgowa w mojej ocenie. Co to, to nie. Na dobre słowo z mojej strony trzeba sobie zasłużyć dobrym piwem, a nie znajomościami :p
No, ale do rzeczy, bo piwo stygnie..., znaczy ociepla się. Na pierwszy ogień idzie PROmocja. Nie żebym piwo kupił w promocji, ono po prostu się tak nazywa – PROmocja. Jest to mocny, jasny elj zrobiony trochę na modłę świąteczną, czy też zimową (stąd dopisek Winter Warmer). Świadczy o tym spory woltaż oraz użyte przyprawy: ziele angielskie, cynamon i kardamon. Nie wiem tylko po jaką cholerę dali tu jeszcze pieprz czarny, no ale pies ich trącał. Piwo ma przede wszystkim smakować. Za chwile się przekonam co za licho z tego wyszło...


Nie jestem zwolennikiem jasnych piw ze świątecznymi przyprawami i PROmocja to potwierdza, bo mam spory bajzel na języku. Wyraźnie atakuje mnie sowita dawka opiekanego słodu, podszyta z lekka karmelem i skórką od chleba. Chwilę później do gry włącza się ziele angielskie, które pasuje mi tu jak pięść do nosa, albo jak wół do karety (kto, co lubi). Nieco dalej mamy trochę trawiastego chmielu, nutkę owocowych estrów oraz jakieś zioła. Finisz został naznaczony dość mocną i wyraźną, ziołowo-żywiczną goryczką, która nieźle kontruje słodową pełnię. Gorycz w zasadzie nie zalega, ale trochę drażni mnie jej mdły posmak. W tle natomiast buszuje szczypta kardamonu i cynamonu, które tak na dobrą sprawę są ledwo wyczuwalne. No, ale są i szczerze mówiąc, to nie wiem po co. To znaczy wiem po co, tylko nie wiem, dlaczego to piwo nie jest czarne, lub chociażby ciemne, brunatne, czy cuś w ten deseń...
A propos koloru, to takie strasznie jasne też ono nie jest. Generalnie ciężko jest wytyczyć granicę między jasnym, a ciemnym piwem. ‘Zimowy Ogrzewacz’ z Antybrowaru należałoby jednak podpiąć pod tą „jasną stronę mocy”. Jego barwa oscyluje gdzieś pomiędzy bursztynem, mocną herbatą i miedzią (sami sobie dopasujcie). Piwo jest lekko zmętnione, generuje bardzo wysoką pierzynkę piany o drobnej strukturze i kremowej barwie, która opada dość wolno, delikatnie brudząc przy tym szkło. Dałem z siebie wszystko ;p Więcej szczegółów wyglądu nie jestem w stanie opisać. A teraz czas na wąchanko!

niedziela, 10 kwietnia 2016

MADAGASKAR


Zaglądam dzisiaj do jakże cennej dla mnie piwnicy, patrzę, a tam cichutko jak mysz pod miotłą siedzi sobie Madagaskar z Browaru Setka. Szczerze to o nim już troszkę zapomniałem, leżało tam już z półtora miesiąca. Może gdybym był bardziej ogarnięty wziąłbym ową butelczynę na X Degustację Sweet Stoutów Bractwa Piwnego, z której to kilka dni temu pisałem relację. Chociaż sam nie wiem... piwo dostałem w prezencie od Pawła Galeji z Krotoszyna (pozdro), więc ciężko byłoby się rozstać z prezentem. Druga sprawa, że trunki z Setki są u mnie ciężko dostępne, a to kolejny powód dla którego ucieszyłem się z tego niby drobnego, ale dla mnie cennego daru.
Madagaskar to Milk Stout, choć nie taki do końca klasyczny. Oprócz laktozy macherzy z Browaru Setka dodali do niego wanilię madagaskarską oraz kardamon. Całość nachmielili hamerykańskim Chinookiem. Od razu napomnę, że nie jestem wielkim wielbicielem stoutów mlecznych, ale przyznam, że brzmi to dosyć interesująco. 


Zaczynam tradycyjnie od wyglądu. Wiem, że tego widać na fotce, ale w rzeczywistości od razu rzuciła mi się w oczy dość jasna jak na stout barwa. Okej, jest ciemna, a nawet bardzo ciemna, ale do koloru czarnej dziury (tej z kosmosu) to jej sporo brakuje. Ciemno brązowa ciecz patrząc pod światło generuje niewielkie burgundowe refleksy. Całość wygląda jak jakiś Dark Lager, no ale niech już tam będzie.
Rzeczony trunek okrył się bardzo obfitą czapą beżowej, grubo pęcherzykowej piany, która niezbyt piknie wygląda. Jest rzadka i dziurawa jak stary durszlak, w dodatku jej żywotność pozostawia wiele do życzenia. Lacing również marginalny. Nieciekawie to wszystko się zaczyna.
Biorę pierwszy, a potem drugi łyk. Kurka wodna! Toż to jakiś Christmas Ale, a nie żaden stout. Kardamon wyczuję nawet w najmniejszym stężeniu, choć w tym wypadku nie muszę się aż tak bardzo skupiać – jest go tu całkiem sporo, przez co pojawiły się u mnie konotacje z piwem świątecznym. Delikatnie piernikowo-kardamonowe klimaty chwilę później łączą się z subtelną dozą wanilii i ciemnym, ale raczej mało palonym słodem. Tuż za nim kroczy laktozowa słodycz, wsparta na niewielkiej i ulotnej nucie mlecznej czekolady. Tłem sunie przyjemny lekki kwasek, chlebek razowy, a także odrobina chmielowych wtrętów. Goryczka znikoma jak opady deszczu na Saharze. Całość wyraźnie słodka, choć nie przesadzona. Wysycenie niskie, poprawne. Jak na ten styl, to dziwnie to wszystko smakuje, choć nie mówię wcale, że źle. Po prostu inaczej.

piątek, 8 kwietnia 2016

X DEGUSTACJA PIW - SWEET STOUT


Trochę ostatnio zdupiłem. Wybaczcie. Pamiętacie cykliczne degustacje Bractwa Piwnego z Częstochowy, z których to relacje mogliście śledzić na tym blogu? Wszystko szło ładnie, pięknie do pewnego czasu. Sam osobiście się zajmowałem tym tematem, aż nagle wszystko ustało. Moje wpisy skończyły się na siedmiu degustacjach, mimo że one trwały nadal i przygotowywał je ktoś inny. Nie było mnie na ósmej i dziewiątej edycji (głównie brak czasu oraz nie pasujący terminarz).
Aż w końcu spiąłem mocno poślady, kupiłem bilet na PKS i pojawiłem się na jubileuszowej dziesiątej degustacji! Co prawda nie wziąłem swojego aparatu, ale ktoś tam jakieś fotki cyknął. Od razu przepraszam za fatalną jakość, ale zdjęcia były robione szczoteczką do zębów (elektryczną! żeby nie było).

Sweet/Milk Stout


Stout jaki jest każdy widzi. Szkopuł w tym iż gama różnych rodzajów stoutów jest obszerna i bogata niczym rodzina królewska w UK. Nas dzisiaj interesuje tylko Sweet Stout, określany też czasem jako Milk Stout lub Cream Stout. Wbrew nazwie w piwie tym nie ma mleka, a jedynie cukier mleczny – laktoza. Słodkość w większości Sweet Stoutów pochodzi od niższego poziomu goryczki niż w Dry Stoucie i wyższej zawartości nieprzefermentowanych dekstryn. Laktoza, jako cukier niefermentowalny (drożdże jej nie zjadają) jest często dodawana, by nadać dodatkową słodkość. Co ważne owa słodycz smakuje inaczej niż sam cukier. Laktoza wnosi też do piwa pewną dozę gładkości i łagodności, przez co trunek wydaje się bardzo grzeczny i ułożony.

Parametry wg BJCP:
 - ekstrakt początkowy 11-14,7,%
 - alkohol objętościowo 4,0-6,0%
 - goryczka 20-40 IBU


Aromat
Delikatny zapach palonego zboża wraz z kawowymi i/albo czekoladowymi nutami. Często występuje wrażenie kremowej słodkości. Owocowość może być niska do umiarkowanie wysokiej. Diacetyl niski lub brak, podobnie jak aromat chmielowy.

Barwa
Kolor bardzo ciemno brązowy do czarnego. Może być nieprzejrzysty, zazwyczaj jest klarowny.

Piana
Piana kremowa, żółtobrązowa do brązowej.

Smak
Dominują ciemne, palono-zbożowe i słodowe smaki, podobnie jak w Dry Stoucie i dostarczają kawowych i/albo czekoladowych klimatów. Średnia do wysokiej słodkość (często w wyniku dodatku laktozy) nadaje punkt zwrotny dla palonych cech i pozostaje do finiszu. Mogą tu występować również owocowe estry w stężeniu niskim do umiarkowanego. Dwuacetyl niski lub brak. Balans zachowany jest pomiędzy ciemnymi słodami, a słodyczą, która może być różna - od całkiem słodkiej do umiarkowanie wytrawnej i nieco palonej.

Goryczka
Chmielowa goryczka jest umiarkowana, raczej niższa niż w Dry Stoucie.

Odczucie w ustach
Piwo jest średnio pełne i średnio treściwe, ale dość kremowe. Nasycenie niskie do umiarkowanego. Wysoka utrzymująca się słodkość z nieprzefermentowanych cukrów wzmacnia pełnię tekstury.



Fajnych czasów się doczekaliśmy – praktycznie z każdego stylu piwa można już zrobić w miarę sensowną degustację. Wybór piw na rynku jest przeogromny. Co nie znaczy jednak, że każdy browar trzyma się sztywno wytycznych danego stylu. Mnogość różnych gatunków piw jest zauważalna, ale trzeba mieć na uwadze, że nie zawsze mamy do czynienia z typowym np. stoutem mlecznym. Panuje bowiem powszechna moda na różnego rodzaju hybrydy, łączenie gatunków, nowatorskie dodatki, czy niestandardowe do stylu chmiele.

czwartek, 7 kwietnia 2016

PORTER 24° z Browaru Widawa

Jest! Mam go! W końcu udało mi się zdobyć jedno z najbardziej pożądanych przeze mnie polskich piw (w kolejce wciąż czeka Samiec Alfa). Co najważniejsze nie musiałem nikogo okradać, zabijać, czy namawiać do współżycia ;p
Dla mnie to taki Święty Graal polskiego piwowarstwa rzemieślniczego. Co prawda nie do końca jest to wersja o którą mi chodziło, ale co tam...
Porter wędzony z Browaru Widawa niejedno ma imię. Wojtek swoją przygodę z tym piwem zaczął dość ostrożnie w 2014 roku od 19° Plato. Piwo było ponoć spoko, ale dupy nie urywało. Wersja 2.0 została solidnie podbita do 24°Blg, co uczyniło go w zasadzie imperialnym porterem bałtyckim. Dodatkowo poddano ją leżakowaniu w drewnie – konkretnie w dębowej beczce po amerykańskiej whisky (bourbonie). No i w ten właśnie sposób Wojtek Frączyk rozbił bank! Piwo smakowało każdemu i w każdych okolicznościach. Ludzie nieomal zabijali się o nie. Było tak cholernie dobre, że zdobyło tytuł Kraft Roku 2015 na Konkursie Piw Rzemieślniczych w Poznaniu. Dzięki bardzo limitowanej ilości w sklepach rozeszło się w zasadzie zanim jeszcze się tam pojawiło.
Mnie też w końcu udało się zakupić to cudo. Niestety nie jest to wersja Barrel Aged, która wywoływała u beer geeków serię spazmów, orgazmów, a niekiedy nawet omdleń. W okolicach lutego pojawiła się bowiem w sklepach trzecia odsłona tego piwa. Od poprzedniej różni je tylko (albo aż) leżakowanie w stalowych tankach. Pies ją trącał! Biorę co jest. Trochę szkoda, że wersja 3.0 nie miała kontaktu z beczką, ale i tak cieszę michę jak głupi do sera :D


Szkoda czasu na pitolenie, bo pewnie jesteście ciekawi jak wypada widawski Porter 24°. Z miejsca mówię, że piwo wyrywa z kapci, jak prawy podbródkowy Kliczki! Każdy łyk tego niezwykłego cymesu wywołuje u mnie duży dreszczyk emocji. Pozytywny dreszczyk ma się rozumieć. Wędzonka w smaku jest bardzo wyraźna, mimo to nie przykrywa pozostałych aspektów. Dymne akcenty świetnie korespondują z palonym słodem i przyjemną, świeżo parzoną kawą. Później wchodzi słodko-gorzka czekolada oraz pralinki. Całe morze niezwykle smacznej czekolady. Mniam! W jej cieniu cichutko siedzą sobie suszone owoce (śliwka, rodzynki), które pomimo swojej obecności nie odgrywają tu znaczącej roli. W tle odnalazłem odrobinkę popiołu, sprytnie przechodzącego w dość zwiewną i łagodną, paloną goryczkę. Piwo jest bardzo gładkie i gęste zarazem. Jego aksamitnie oleista konsystencja sprawia, że ciecz długo sunie po języka, ciesząc mnie każdą najmniejszą kroplą. Alko ponad dyszkę, a kurna nie czuć go w ogóle! Mistrzostwo świata w ukrywaniu woltażu ;)

środa, 6 kwietnia 2016

MIŁOSŁAW WITBIER

Właśnie wróciłem do domu. Z pracy. Po dwunastu godzinach roboty pić mi się chce jak cholera. Nie żebym łopatą machał przez pół doby, no ale za biurkiem też nie siedzę. Normalnie robię po osiem, ale dziś akurat nadgodzin mi się kurna zachciało. A na dworze Panie lato! W kwietniu lato przyszło. Na dworze ciepło, to i w pracy ciepło (niektórym wręcz gorąco).
Wysiadam z auta, a pić się chce niemiłosiernie. Co zrobić? Człowiek nie wielbłąd, a pić musi. Od razu walę do piwnicy po jakiś browar. Schodzę po stromych schodach, na suficie pająki się bzykają, a w kącie jakaś mysz się poruszyła. Dobrze, że chociaż żaden szczur się na mnie nie rzucił... Kurcze co tu wybrać? Prawie same RISy w tej mojej piwnicy, RISy i portery bałtyckie. Tym nie ugaszę pragnienia, tym to się jedynie mogę nagrzmocić. Szybko, szybko, bo suszy... Biorę zatem nowego Miłosława, com go już raz degustował. Kilka dni temu w busie jak wracałem z Łodzi z Piwowarów. Pamiętam, że było dobre, ale byłem wtedy trochę podchmielony, więc nawet woda z kałuży by smakowała.
Miłosław Witbier. Poczciwy belgijski witek. W składzie pszenica, kolendra i skórki pomarańczy. Brzmi zachęcająco, zatem otwieram bez obawień. 


Bul, bul, bul. Piana rośnie gwałtownie, nie trzeba jej namawiać do współpracy. Ma biały kolor, w miarę drobną strukturę, ale niestety opada za szybko. Zostawia lekkie zacieki na szkle, ale jak na piwo pszeniczne wypada raczej słabo. Chyba się nie polubimy.
Szybko, bo pić się chce. Biorę łyk, drugi, trzeci. Od razu lepiej. Piany już prawie nie ma, w ustach mokro – o to chodziło. Czuję lekki i przyjemny kwasek, to dobrze – ugasi moje pragnienie. Piwo jest rześkie i średnio pełne w smaku, ale nie wodniste. Są też jakieś zboża, chyba ta pszenica, no i rzecz jasna słód. Do tego dochodzi subtelny chlebek w posmaku i jakieś cytrusy. A no tak, pewnie ta skórka pomarańczy. Mogłoby być jej więcej, ale i tak nie jest źle. Goryczki w zasadzie tu nie ma, bo to przecie witek. Jest za to ta cholendra... znaczy się kolendra! Dobrze, że nie przesadzona jak w Żywcu Białym. Całość niezbyt mocna wysycona, a szkoda. W lekkim piwie lubię jak mnie bąbelki smyrają.
Już mniej chce mi się pić, to mam czas obejrzeć to piwo. Trochę mało mętne, jak na Witbiera, ale niech im tam będzie. Kolor ładny, jasno złoty. Nie sposób się przyczepić.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

EDYCJA LIMITOWANA - 170 LECIE BROWARU OKOCIM


Zabierałem się do tych piw jak pies do jeża. Niby chciałem, ale się bałem. Cudów się po nich nie spodziewałem i w sumie miałem rację.
Pod koniec tamtego lub na początku tego roku w sklepach pojawiła się limitowana edycja trzech piw z grupy Carlsberg Polska. Wyróżniają się one etykietami w stylu vintage, gdyż piwa te powstały z okazji 170-lecia istnienia Browaru Okocim. Wszystkie są lagerami, jedno ciemne i dwa jasne. Jedziemy z koksem!


PIWO EKSPORTOWE
W skrócie można powiedzieć, że przeciętność najlepiej oddaje charakter tegoż napitku. Piwo nalewa się z obfitą czapą białej i drobnej piany, która opada w średnim tempie. Ciecz cieszy oko ładną klarowną i złocistą barwą.
Średnio intensywny zapach oferuje głównie słodowo-zbożowe klimaty, okraszone szczyptą chmielowych doznań. Niestety dość szybko do głosu dochodzi wyraźny mokry karton oraz trochę mniej wyraźny aldehyd octowy, który co prawda pachnie zielonych jabłkiem, lecz trzeba pamiętać, że w jasnym lagerze jest on wadą. Sumarycznie aromat nie byłby taki zły, gdyby nie wyraźne utlenienie.
W smaku Piwo Eksportowe jest nader puste i płaskie. Na uwagę zasługuje drobne i dość wysokie, ale dla mnie optymalne wysycenie. Chlebowo-słodowa pełnia jest okropnie niska, przez co piwo wydaje się nie tyle lekkie, co wodniste. W tle pałęta się ociupinka chmielu, trochę mokrego kartonu oraz trawy. Słabiutka goryczka przekłada się na nikły balans i bardzo przeciętną pijalność.
ALK.5,6%; EKST.11,9° Blg
OCENA: 5/10
                                                                         CENA: 2.69ZŁ (Delikatesy Centrum)
                                                                         TERMIN WAŻNOŚCI: 08.10.2016


CZTERY CHMIELE
Piwo to jest o dwa tony jaśniejsze niż poprzednie, choć jego klarowna, jasno złota barwa wciąż jest jak najbardziej poprawna. Ciecz generuje średnio wysoką, białą pianę o drobnej strukturze i nader krótkiej trwałości. Lacing za to wyraźny.
Aromat jest dosyć rześki i świeży. Występuje w nim lekko kwaskowa, trawiasta nuta, choć dominantą jest tu typowy chmielowo-słodowy kręgosłup. Całość dość intensywna, podoba mi się. Zapach chmielu może i nie powala, ale z pewnością jest wyczuwalny.
Piwo zostało porządnie nagazowane. Wysycenie jest bardzo wysokie, chwilami wręcz szczypiące. Przy czym sam smak jest dość łagodny i rześki. Delikatnie chmielowy profil oraz lekka trawiastość nieźle współgrają z subtelnym słodem i przyjemnym chlebkiem w tle. Gdzieś tam w oddali pojawia się też lekki kwasek, a na finiszu subtelna goryczka, która oczywiście jest bardzo słaba, ale szlachetna. Całość lekka, wysoce pijalna i dosyć przyjemna. Piwo w sam raz na lato. Można pić bez obawień ;)
ALK.5,5%; EKST.11,4° Blg
OCENA: 7/10
CENA: 2.69ZŁ (Delikatesy Centrum)
TERMIN WAŻNOŚCI: 09.10.2016


PIWO CIEMNE OKOCIMSKIE
Faktycznie piwo ciemne, choć do czarnego mu bardzo daleko. Brązowo-brunatny kolor ewidentnie wywołuje skojarzenie z colą. Piana kremowej barwy jest drobna, ale niewysoka. Opada szybko, a o jakimkolwiek lacingu można tylko pomarzyć.
Wygląd to pikuś, aromat do dopiero tragedia. Ciemne piwo w zasadzie pachnie jak jasne! A w sumie to prawie, że nie pachnie. Zapach jest okropnie słaby, nikły. Odnalazłem w nim jedynie wątłą skórkę od chleba oraz subtelne, lekko opiekane słody i nic poza tym. Tragedia!
Niestety w smaku wcale nie jest lepiej. Średnio wysycone piwo jest cholernie wodniste, płaskie i bez wyrazu. Mamy tu lekko opiekane słody, tosty oraz delikatny chlebowy posmak. Na finiszu pojawia się minimalna chmielowa goryczka. Smakuje i wygląda to jak jakaś zabarwiona woda. To w ogóle nie powinno nazywać się piwem!
Ciemne Okocimskie posiada bardzo niską pełnię smaku, jest okropnie wodniste i niemal zupełnie wyprane ze smaku. W piwnym środowisku panuje podejrzenie, że jest to słynne Okocim Palone, które znikło z rynku dawno temu i pojawiło się w nowej odsłonie pod koniec 2014 roku. I ja się z tym absolutnie zgadzam. Obydwa trunki mają identyczne parametry. To jest to samo piwo, tylko z inną etykietą. Masakra!
ALK.5,3%; EKST.12,7° Blg
OCENA: 2/10
CENA: 2.69ZŁ (Delikatesy Centrum)
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.01.2017

niedziela, 3 kwietnia 2016

ŁÓDZKIE PIWOWARY OKIEM AMATORA PIWA


Żaden tam ze mnie globtroter, ale czasem lubię się odchamić i wyrwać z domu na jeden dzień. Zwłaszcza na piwny dzień. Piwo to moja największa pasja, to moje hobby, na które poświęcam ponad połowę wolnego czasu.


Jak pewnie wiecie w pierwszy kwietniowy weekend oprócz wrocławskiego Beergeeku miała miejsce jeszcze jedna piwna impreza – Targi Piw Regionalnych PIWOWARY w Łodzi. W kuluarach mówi się, że to impreza klasy B, schowana w cieniu mocno reklamowanej czwartej edycji BGM. Wiecie, taka alternatywa - jak masz mało szmalu na Wrocław, to jedziesz do Łodzi, bo tam tanio Panie, tanio jest.
No i byłem w tej Łodzi. W zeszłym roku też byłem, ale zacznę może od początku, tzn. od mojego wkurwienia się. W sobotę o 6.30 rano wróciłem z pracy do domu (nie wszyscy pracują za biurkiem od 8 do 16). Szybkie kimanie do 9.30, a potem wyścig z czasem. Pakowanie w biegu – komóra, plecak, jakaś mapa, szkło degustacyjne z ubiegłego roku, odznaka Bractwa Piwnego, szmal (portfel znaczy się) i długa na busik do Czewy. A dalej już bla bla carem do Łodzi. Fajna sprawa, można poznać ciekawych ludzi i przejechać całą Polskę za grosze.
No i w całym tym porannym ferworze na śmierć zapomniałem o aparacie! Fuck! Nie żadna lustrzanka za pięć „koła”, tylko zwykły kompakcik, ale na nic lepszego mnie nie stać. Zakląłem głośno z pięć razy, ale odwrotu już nie było. Zawsze jak robię jakiś wpis, to staram się udekorować go mniej lub bardziej udanymi fotkami. Jeszcze gdybym miał porządnego smartfona to byłby luz. Niestety jestem nieszczęśliwym posiadaczem małego komórkowca, niby z aparatem 5 megapixeli, ale fotki robi słabe. Także tym razem będzie bez zdjęć. Sorry, wybaczcie.
Na miejscu byłem równiutko o 12.30. Miejsce to samo co w zeszłym roku (Hala Expo w centrum). Wystawców też podobnie, chyba tylko jedzenia było ciut więcej (ze dwa food trucki i dwa zwykłe stoiska). Jak co roku na targach nie mogło zabraknąć najbardziej „zacnych” ekip polskiego piwowarstwa, czyli Browaru Koreb, Edi i Czarny Kot. O dziwo nie pojawiła się Witnica, ale może to i lepiej. Z interesujących mnie browarów warto wymienić Bednary, Beer City, Spirifer, Fabryka Piwa, Świętochłowicki Reden, Kormoran, Jan Olbracht z Piotrkowa, Antybrowar z Łodzi i Maryensztadt ze Zwolenia. W Łodzi pojawiły się też wytwórnie, które mnie ani ziębią, ani grzeją, czyli Fortuna, Jabłonowo, Browar z Grodziska Wielkopolskiego, Bierhalle, Trzy Korony z Puław, czy Browar Staropolski. W sumie nie było tego tak mało i przekrój też dość spory. Od browarów regionalnych, po typowo rzemieślnicze. 
Premier piwnych było chyba tylko trzy, choć przyznam, że specjalnie się tym tematem nie interesowałem. Trzy były na pewno, ale mogło być więcej. Antybrowar zaprezentował Prokreację w stylu American Wheat. Fabryka Piwa natomiast przywiozła ze sobą dwie świeżynki – Smoked Robust Porter oraz West Coast APA.
W tym roku moim głównym celem nie było jednak picie do upadłego craftowych pozycji, lecz podszkolenie się w kierunku szeroko pojętej sensoryki piwa (płatny kurs sensoryczny II stopnia prowadzony przez znanego w branży Maćka Chołdrycha). Nie mogłem zatem pozwolić sobie na jakieś wybitne hulanki i swawole, wszak na kursie sensorycznym warto mieć świeże i niezmącone zmysły. Zanim jednak przystąpiłem do nauki, rzecz jasna parę próbek przelało się przez moje gardło. Antybrowar muszę pochwalić się świetną imperialną ajpę o nazwie Antylopa. Dawno nie piłem tak aromatycznego i doskonale zbalansowanego piwa. Równie duże wrażenie wywołał też u mnie Antykwariat (American Stout), nad którym także piałem z zachwytu. Niestety premierowa Prokreacja mnie nieco rozczarowała. Piwo było płaskie w smaku, a aromat jakiś taki niewyraźny. Bardzo podobnie wypadło Holy Grale (APA) z Browaru Bednary. Naprawdę niczym mnie nie zachwyciło w przeciwieństwie do Kuby Rozpruwacza (Red Ale), którego piłem po raz pierwszy. Kuba na szczęście okazał się znakomicie wykonanym i smacznym piwem. Będąc na targach nie mogłem sobie odmówić odrobiny RISa z Browaru Maryensztadt. RAISA miała premierę całkiem niedawno, mimo to butelek do Łodzi nie przywieziono.

piątek, 1 kwietnia 2016

APA z Browaru Jabłonowo


Ach, to były czasy, gdy człek jarał się taką na przykład Manufakturą Piwną z Jabłonowa. Z braku prawdziwego piwnego craftu podniecałem się jak młody byk na widok jałówki, konsumując kolejne wypusty wspomnianej Manufaktury. Rozpływałem się nad nimi, mlaskałem i oblizywałem się namiętnie, sącząc np. Klasztorne Piwo Na Wzór Piwa Trapistów (nie ma to jak krótka i zwięzła nazwa ;) Nie mówię, że piwa te były złe, czy niedobre. Oj nie. Tak jak i dzisiaj wyróżniały się na tle koncernowej szarzyzny. Odnoszę jednak wrażenie, że poziom mojej ówczesnej wiedzy i piwnego doświadczenia w znacznym stopniu wpłynął na tak wysokie oceny pierwszych wypustów Manufaktury Piwnej.
Ostatnio rozglądając się w pewnym sklepie mój wzrok utkwił na jednym z nowszych piw z tej serii. APA z Jabłonowa. Cóż za odważny eksperyment z ich strony, pomyślałem. Zwłaszcza, gdy nie jest to dzieło popularnego Masona, jak to w przeszłości bywało. Nie musiałem zbierać szczęki z podłogi, ale przyznam, że brew lekko mi podskoczyła. 


APA z Jabłonowa prezentuje się bardzo ładnie i klasycznie zarazem. Ze szkła spogląda na mnie głęboka, bursztynowa barwa, taka w stylu East Coast. Piwo jest w zasadzie klarowne, a wieńczy go bardzo wysoka i obfita czapa mieszano ziarnistej piany. Z jej gęstością nie jest jednak najlepiej – już po chwili pojawiają się dziury, a piana zaczyna opadać. Może nie aż tak efektownie jak Niagara w USA, ale generalnie jej żywotność oceniam jako przeciętną.
Czas na pierwszy łyk. Wysycenie oscyluje na dobrym, średnio intensywnym poziomie. W smaku za dużo Ameryki to ja tu niestety nie czuję, choć oczywiście byłem na to przygotowany. Ciecz obfituje w wyraziste słodowe klimaty typu słodkawy karmel, solidna zbożowość oraz przypieczona skórka chleba. Jest także i słód, całe morze słodu, takiego lekko opiekanego. Nie powiem, jest dość przyjemny, ale w APA robotę mają robić inne składowe. Mowa o owocach rzecz jasna, których w tym piwie jest tyle co kot napłakał! Cytrusa nawet ze świecą nie znajdziesz, natomiast być może jak zamkniesz oczy i się rozluźnisz, gdzieś z głębi tła wyłapiesz odrobinę tropików. Nawet jeśli już, to jest ich naprawdę niewiele. Dobrze, że chociaż na horyzoncie majaczy lekka i smaczna żywiczna nuta, która płynnie przechodzi w żywiczno-ziołowy, goryczkowy finisz. Sama goryczka nie jest zbyt mocna, ale zauważalna. Minimalnie zalega, tworząc delikatnie mdły i mało świeży posmak, nie mniej jednak doskonale kontruje obfitą słodową bazę.