piątek, 22 stycznia 2016

DIGGLER

Skłamałbym i zapewne poszedłbym za to do piekła, gdybym mówił, że nie lubię Kingpina. Bardzo mi podchodzą te piwa Michała Kopika, są jakieś takie inne, pomysłowe, oryginalne i niesztampowe. Może nie w każdym z nich jest tyle szaleju, co w wytworach na przykład Bazyliszka, czy Piwnego Podziemia, ale i tak chłopaki mają u mnie szacun na dzielni ;)
Najnowszym dziełem kingpinowskiej ekipy, które już miało swoją premierę jest Diggler. W środku butelki opatrzonej tą tajemniczą nazwą siedzi sobie cichutko porter angielski. Aby nie było mu zbyt nudno do piwa dodano także orzechy laskowe (stąd przydomek Hazelnut), a całość podchmielono głównie angielskimi chmielami, nie zapominając także o koledze zza oceanu, który zowie się Citra. 


Piwo pieni się niesamowicie obficie. Piana barwy ecru rośnie i rośnie, nie znając litości. Zbudowana jest ze średniej wielkości pęcherzy, a do jej żywotności nie sposób się doczepić. Niespiesznie opadając zostawia umiarkowanie liczne, ale nader urodziwe firany na szkle.
Kolor tegoż napitku również niczego sobie – ze szklanki spogląda na mnie dość klarowna, ciemno brązowa ciecz, pod światło mieniąca się ładnymi burgundowymi refleksami.
Czas obwąchać ten specjał. W aromacie głównie czai się łagodna czekoladowa nuta, wspierana przez jeszcze łagodniejsze klimaty palonego słodu i kawy zbożowej. Nieco dalej przykucnęła sobie nad wyraz przyjemna orzechowość oraz szczypta przypieczonej skórki chleba. Tło wypełnia bardzo subtelny karmel, który niczym beton w murze wypełnia tutaj każdą wolną przestrzeń pomiędzy poszczególnymi składowymi. Dosyć słodko to pachnie, ale nie ma w tym przesady. Złożoność aromatu jest całkiem spora, lecz jego itensywność nie jest zbyt duża. Z drugiej strony trzeba mieć na uwadze stosunkowo niewysoki ekstrakt 13,1° Plato.

środa, 20 stycznia 2016

MALINOWY BERET

To, że Browar Na Jurze jest jednym z wiodących producentów piwnych 'kwachów' wiadomo już od dawna. To, że ich konikiem są kwaśne owocowe wywary również wie niemal każdy. Jak do tej pory bardzo mocno urzekło mnie Owocowe Love Czarne z sokiem z czarnej porzeczki, czarnego bzu oraz aronii. Nie mniej udane było wiśniowe Cherry Lady i Kwas Pruski w stylu Berliner Weisse, który co prawda owocowy nie jest, ale za to genialnie kwaśny i baaaardzo stylowy. Mojej uwadze umknęło gdzieś Owocowe Love Czerwone, którym nie miałem jeszcze okazji się raczyć, aczkolwiek wiem, że zbierało dobre noty.
Dzisiaj natomiast na tapecie ląduje Malinowy Beret – Sour Ale zaprawiony własnoręcznie wyciśniętym sokiem z malin (to się ceni) i świeżym rabarbarem na etapie gotowania. Do jego zakwaszenia posłużono się rzecz jasna bakteriami fermentacji mlekowej Lactobacillus delbruecki. Całość brzmi dumnie i zachęcająco, pora więc spróbować. 


Rzeczony specjał nalał się z dość obfitą pianą o lekko różowym zabarwieniu, niezwykle drobnej strukturze i puszystej konsystencji. Piana została obdarzona wyjątkową żywotnością i genialnym lacingiem – oblepia ścianki aż miło!
Kolor piwa oczywiście nie jest jakoś szczególnie odkrywczy, ot taki jakiś czerwono-różowy odcień. Do tego cholernie mętny.
Biorę pierwszy łyk. Jest owocowo-kwaśnie, przy czym kwasek nie jest zbyt mocny, czy uciążliwy. Wręcz przeciwnie – wydaje się być idealnie dopasowany i w żadnym wypadku nie maskuje lekko słodkich malin i przyjemnego rabarbaru na drugim planie (mmhmm... lubię rabarbar!). Mógłbym przysiąc, że daleko w głębi majaczy bardzo subtelna chmielowość i cytrusik od niej pochodzący (to zapewne sprawka Amarillo). Słodu nie czuć, ale to było pewne już przed otwarciem butelki.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

ŚWIĘTO PORTERU BAŁTYCKIEGO - WIELKI TEST


Porter Bałtycki to nasz piwowarski skarb Polski, czarne złoto piwowarstwa, nasza wizytówka w piwnym świecie. To wyraziste, ciemne, treściwe i mocarne piwo co prawda warzone jest w niemal każdym kraju basenu Morza Bałtyckiego (a nawet na Ukrainie i Węgrzech), jednakże to polskie portery uznawane są za najlepsze, o czym  świadczą częste medale na międzynarodowych konkursach piwnych.
Nasz rodzimy porter stał się na tyle popularny na krajowym podwórku, że doczekał się swojego święta. Za sprawą zapalonego piwowara i znanego miłośnika tego stylu piwa, Marcina Chmielarza (Masona) 16 stycznia 2016 roku miała miejsce pierwsza edycja Święta Porteru Bałtyckiego. Ja również należę do grona wielkich entuzjastów i orędowników Baltic Portera, wobec czego nie mogłem tego dnia spędzić ot tak zwyczajnie. Długo myślałem nad tym, jak uczcić ten szczególny dzień, do głowy przychodziły mi różne rzeczy – nocleg w piwnicy pośród moich siedemdziesięciu paru sztuk porteru bałtyckiego, kąpiel w wannie wypełnionej po brzegi wiadomym piwem, picie na okrągło (na umór) od rana do wieczora jakiegoś dobrego przedstawiciela stylu, szwędanie się cały dzień po monopolkach i supermarketach w celu wykupienia wszystkich butelek (a jakże) porteru bałtyckiego... Koniec końców zdecydowałem się na mniej ekstrawagancką formę „świętowania” i wybrałem Wielki Test naszych krajowych reprezentantów gatunku. Degustację przeprowadziłem w domu razem z moimi czterema kamratami, którzy – od razu dodam – generalnie nie znają się na piwach, praktycznie nie piją craftu, a skróty typu AIPA, FES, RIS, ABW, IBU, BLG są dla nich czarną magią (pozdro chłopaki! ;).




Generalnie była to tylko zabawa, aczkolwiek by nadać nieco powagi sytuacji postanowiłem oceniać piwa jak na konkursach piw domowych (krótkie wprowadzenie odnośnie wytycznych stylu, anonimowe próbki, punkty zgodne z PSPD). Mój pomysł koledzy przyjęli z wielką aprobatą, jednakże na początku widać było na ich twarzach lekkie zdenerwowanie. Na szczęście szybko przerodziło się ono w przyjemnie spędzony czas, obfitujący w ciekawie zdobyte doświadczenie odnośnie sztuki degustacji i oceny piwa. Co ciekawe (i o dziwo) prawie zawsze zgadzaliśmy się z punktacją danego piwa, a poszczególne trunki różniły się niewielką liczbą oczek. Uwierzcie mi – nie ściągali ode mnie :)
Udało mi się zebrać 15 najpopularniejszych w kraju porterów bałtyckich (choć ponoć Black Boss i Witnicki Porter to jedno i to samo piwo). Trochę żałuję braku w tym zestawieniu porteru z Perły i z Krajana, ale z drugiej też strony celowo pominąłem typowo rzemieślnicze wyroby, które często podrasowane są jakimiś dodatkami, tudzież wędzeniem, czy leżakowaniem w drewnie.
Tak jak się spodziewałem piwa były dość różne – jedne bardzo alkoholowe i płaskie w smaku, inne nad wyraz bogate, pełne i owocowe. Choć nie powiem, bo niekiedy różniły się tylko niuansami. Sumarycznie jednak poziom był stosunkowo wysoki o czym świadczą poniższe wyniki: 

  1. Porter Mocno Dojrzałe (Carlsberg Polska) – 38,20
  2. Porter Warmiński (Browar Kormoran) – 37,60
  3. Porter Jurajski (Browar Na Jurze) – 35,40
  4. Grand Imperial Porter (Browar Amber) – 33,80
  5. Porter Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) – 33,40

sobota, 16 stycznia 2016

KOMES PORTER BAŁTYCKI

Tak, to już dziś. Pierwsza edycja Święta Porteru Bałtyckiego! W tym dniu koniecznie musisz napić się jakiegoś Baltic Portera i nie waż mi się brać od ust żadnego Żubra, czy innego Tyskacza! ;p Do całej akcji przyłączyło się kilkadziesiąt knajp w całym kraju (tu masz listę), oferując większą niż zazwyczaj liczbę porterów bałtyckich lanych z kija jak i z butelki.
Ja jako wielki fanatyk i piewca tego stylu piwa jestem z tego faktu niezmiernie dumny i cholernie podekscytowany. Nasz piwowarski skarb polski, czarne złoto piwowarstwa w końcu ma swoje święto! :D
Długo się zastanawiałem jak uczcić ten szczególny dzień. Koniec końców namówiłem paru znajomych na wspólną degustację krajowych porterków w domowym zaciszu wraz z ich punktową oceną i wyborem najlepszego. No, ale co wrzucę na bloga? – myślałem. Mam w zanadrzu prawdziwą petardę, piwo absolutnie genialne, ale chyba jeszcze trochę pozwlekam z jego wypiciem. Tymczasem na wokandzie ląduje Komes Porter, czyli jeden z najbardziej znanych i cenionych porterów na rynku. Tuż obok Porteru Warmińskiego jest to najczęściej nagradzany medalami polski porter bałtycki, który zdobywa wiele wyróżnień w kraju i za granicą. Zatem, do dzieła! :)


Otwieram i przelewam. Brązowa piana rośnie jak oszalała, zostawiając mi bardzo mało miejsca na samo piwo. Niezwykle drobna i puszysta pierzynka opada nader wolno i niespiesznie, zostawiając niezbyt wielki, acz wyraźny osad na szkle.
Skłamałbym mówiąc, że ów trunek nie jest czarny. W zasadzie to jeden z najczarniejszych porterów bałtyckich jakie widziałem.
Piwo jest umiarkowanie wysycone, a jego konsystencja jest gładka i likierowata. W pierwszym akordzie atakuje mnie sympatyczna gorzka czekolada, która po chwili zostaje zastępowana przez wyraźne nuty świeżo parzonej kawy (takiej mocnej, bez mleka). Nieco dalej pobrzmiewa przyjemna, średnio mocna paloność, którą wnoszą spore pokłady palonych słodów i prażonego jęczmienia. W tle natomiast egzystuje odrobina karmelu, toffi, tostów, chleba razowego i prażonego słonecznika. Posmak został naznaczony niewielkimi niuansami alkoholu, jednakże należy on do szlachetnej rodziny i w ogóle nie przeszkadza. Finisz zakończony jest lekką paloną goryczką, która jest krótka, ale doskonale kontruje słodową bazę. Niezwykle barwny to smak, jednakże brakuje mi tutaj owocowych estrów, które wniosłyby lekki powiew świeżości i dodałyby sporo elegancji.

czwartek, 14 stycznia 2016

PO GODZINACH - CHERRY MILK STOUT


Pomorski Browar Amber idzie całkiem słuszną drogą, kontynuując swoje dzieło pod tytułem Po Godzinach. Jak do tej pory bowiem ów przybytek poza co najwyżej trzema piwami, nie miał nic szczególnego do zaoferowania typowym beer geekom.
Pierwsze trzy piwa z limitowanej serii Po Godzinach zaliczyłem, lecz po drodze podarowałem sobie Marcowe oraz India Pale Lager. Uznałem je po pierwsze za zbyt nudne, a po drugie za mało wnoszące do menu zaprawionego w boju piwosza, który to de facto z niejednego Polmosu wódkę pił... kurde, to nie ten blog... Miało być: z niejednej kadzi piwo pił! ;p
Ostatnim ich wypustem z limitowanej serii Po Godzinach jest nader obiecujący Cherry Milk Stout. Jak sama nazwa wskazuje jest to Stout mleczny z dodatkiem laktozy (a jakże), jęczmienia prażonego i soku z wiśni. Brzmi to bardzo obiecująco, zwłaszcza mając na uwadze, że jak do tej pory żaden rzemieślnik na to nie wpadł (poprawcie mnie jeśli się mylę). 


Wiśniowy mleczny Stout z Browaru Amber pieni się nad wyraz obficie. Gęsta czapa barwy ecru jest niesamowicie puszysta i sztywna niczym bita śmietana! Opada nieprzyzwoicie powoli, zostawiając przy tym sowite i bardzo piękne zacieki na szkle. Wygląd pierwsza klasa.
Piwo jest dość ciemne, jednak nie idealnie czarne. Bliżej mu bowiem chyba do ciemnego brązu, aniżeli do typowej czerni.
Biorę pierwszy łyk. Od razu czuć, że najnowszy nabytek z serii Po Godzinach to lekkie, półpełne w smaku piwo. Dominuje w nim bardzo łagodna czekoladowa nuta, wspomagana przez delikatną laktozę, szczyptę kawy zbożowej i odrobinkę przypieczonej skórki chleba. Na drugim torze podążają opiekane słody oraz rzeczona wiśnia, też dosyć łagodna, ale nie mam żadnego problemu z jej wyodrębnieniem. Sok z wiśni wniósł tu także nieco przyjemnej kwaskowatości. Goryczka jak i nasycenie są niskie, ale w sam raz pasują do charakteru tegoż napitku.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

MANDARIN

Wczoraj rzuciłem pytaniem na fanpejdżu, które piwo powinienem skonsumować w pierwszej kolejności. Do wyboru mieliście sześć pozycji (niektóre nowe, niektóre nie). Najczęściej wymieniane było Quatro od Pinty, choć nie wszyscy byli za jego natychmiastową konsumpcją (ktoś tam zalecał jego leżakowanie). Nie sposób się z tym nie zgodzić, wszak to bardzo mocarne piwo. Wobec tego postanowiłem posłuchać tego „głosu rozsądku”, a zdecydowałem się na specjał, któremu z pewnością dłuższy pobyt w czeluściach mojej piwnicy nie wyjdzie na dobre.
Mandarin z Browaru Kingpin jest na rynku już od jakiegoś czasu i odkąd się pojawił miałem na niego wielką ochotę. AIPA z liśćmi zielonej herbaty sencha brzmi naprawdę interesująco, zwłaszcza że jak do tej pory niewiele browarów było na tyle odważnych, by skrzyżować piwo z herbatą (Olimp, Revolta, Raduga, Fabrica Rara, ktoś jeszcze?). Fabrica Rara de facto się w tym specjalizuje, ale łatwiej w naszym kraju kupić kilogram uranu niż ich piwo...


Rzeczony trunek nalał się z całkiem sympatyczną i dość wysoką czapą białej piany. Cechuje ją średnia ziarnistość i niezła żywotność. Powoli opadając piana zostawi liczne i miłe dla oka zacieki na szkle.
Średnio wysycone piwo posiada bardzo ładny pomarańczowy odcień z lekka domieszką koloru herbacianego (jakże by inaczej?).
W smaku Mandarin jest nader rześkim i lekkim napitkiem ze stosunkowo wątłym ciałem. Z pewnością nie czuć tych 16,5° Plato. Kwaskowych cytrusów jest tu co niemiara, niewiele mniej owoców tropikalnych, które nieźle współgrają z nieco wycofaną słodowością oraz delikatnym karmelem. W drugim akordzie natomiast na wierzch wypływa zielona herbata, okraszona lekką nutką żywicy, igliwia oraz ziół. Jest też chmielowo-łodygowa goryczka – bardzo wyraźna, długa, trochę zalegająca i niestety delikatnie ściągająca. Zapewne na jej ostateczny kształt, oprócz chmieli miała również wpływ sencha, toteż lekkie uczucie cierpkości można wybaczyć.

sobota, 9 stycznia 2016

CIĘŻKI ŻYWOT PIWNEGO BLOGERA


Komuś nie będącemu w temacie, patrzącemu zupełnie z boku, wydaje się, że piwni blogerzy to mają super zajefajne życie, którego może pozazdrościć niejeden człek na tym padole. Łoją piwa od rana do wieczora (bo przecież to ich hobby) w tych swoich koszulkach z napisem: „jestę blogerę”, znają osobiście włodarzy wszystkich browarów, a w miejscowym pubie mają zawsze zaklepaną miejscówkę, spory rabat i do tego obsługiwani są poza kolejnością. Można do tego dołożyć cotygodniowe wyjazdy na piwne festiwale/festyny, tematyczne eventy, czy piwne premiery. Nie można oczywiście zapominać o tysiącach przesyłek piwnych, które podsyłają nam browary, po to by łagodniej ich traktować w naszych bezlitosnych recenzjach.

Źródło: www.love-makeup-fashion.pl

 Powiem Wam jak to jest naprawdę. Oczywiście piwo pić musimy – taki fach, chciałoby się rzec. Ale kurna wyobraźnie sobie ile trzeba mieć czasu, ile trzeba się namęczyć, ile wątroby zniszczyć i ile mamony wydać, by skosztować tych wszystkich premierowych piw z tych wszystkich nowych i starych browarów?! Piwni rzemieślnicy nie mają dla nas serca i z bezwzględną premedytacją co rusz otwierają nowe browary, rzucając nam tym samym, jeszcze większe wyzwanie. Swoje trzy grosze dorzuca także tzw. „biegunka nowości”, która charakteryzuje się wypuszczaniem na rynek nowych piw, co najmniej z częstotliwością roboczą CKMu. W zeszłym roku (2015) to już nawet sam Docent wymiękł, nie dając rady tego wszystkiego ogarnąć.
Teraz scenka z naszego codziennego życia. Gdy wchodzimy do lokalnego baru, potocznie zwanego multitapem, to wpierw musimy przybić piątki ze wszystkimi naszymi fanami (a jest ich niemało), co niektórym trzeba nawet wystawić autograf! Później trzeba uciąć pogawędkę z gościem zza nalewaka (bo przecież to nasz ziomek), a dopiero potem możemy w końcu zamówić coś do picia. Znowu ciężki orzech do zgryzienia, bo lista nowości jest długa, a portfel nie jest przecież z gumy. Koniec końców decydujemy się na jakąś nowinkę, najlepiej zapowiadające się piwo, jakie w życiu opuściło polską warzelnię. Od czego byśmy jednak nie zaczęli i tak zawsze kończymy słowami: „może i niezłe byłoby to piwo, gdyby nie diacetyl/rozpuszczalnik/mokra szmata/DMS/koci mocz....”.
Kolejna rzecz – piwne festiwale. Rok 2015 był tak obfity w tego typu wydarzenia, że niektóre z nich wręcz pokrywały się terminami. No, a taki piwny bloger przecież nie umie się rozdwoić. Teraz tak – jedź sobie, dajmy na to pociągiem przez pół Polski, potem pół dnia przeciskaj się przez tłumy nietrzeźwych festiwalowiczów cały czas popijając przy tym piwo ze swojego nowego rodzaju szkła, które właśnie kupiłeś, uważając przy tym by go nie stłuc. Z umyciem szkła jest ciężko, do klopa niemiłosierne kolejki, czas ucieka, a beczki z piwem szybko schodzą. To jest dopiero sztuka, a raczej szkoła życia. Pomijam już tutaj nieodłączny naszemu życiu dylemat – czego by się tu napić, aby sczochrało mi beret bez zbędnego naruszania domowego budżetu?

czwartek, 7 stycznia 2016

KRASNALE Z BRAM

Browar Piwoteka już nas przyzwyczaił do piwnych nowinek, tudzież wariacji i nieszablonowych pomysłów na piwo. Wystarczy rzucić okiem lub raczej nosem na Stout z dodatkiem śledzia...
Jednym z ostatnich (o ile nie ostatnim) napitków z tego przybytku jest niecodzienne podejście do tematu piwa świątecznego. Piwowar łódzkiej Piwoteki Marcin Chmielarz (nazwisko to se chyba na Allegro zamówił ;p) miast walić szuflę korzennych przypraw, sypnął do Irish Red Ale'a suszonych owoców, znanych skądinąd z wigilijnego kompotu z suszu. Na deser natomiast okrasił ów wywar goździkiem, cynamonem i skórką pomarańczy, by było ciekawiej. Co wyszło z tego eksperymentu możecie przeczytać poniżej. 


Krasnale z Bram powitały mnie bardzo wysoką pierzynką piany o barwie ecru i mieszano ziarnistej strukturze. Jej żywotność jest średnia, podobnie jak lacing, który niby jest obecny, ale żadnego szału nie robi.
Piwo jest dość mętne, a jego kolor to coś na kształt brązu, tudzież ciemnej miedzi.
Biorę pierwszy łyk – jest dziwnie. Już od progu puka do mnie kompot z suszu, który od samego dzieciństwa kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Czuję w nim jabłko i śliwkę, gruszka natomiast zaginęła w akcji. Wyraźniejsze niż suszone owoce są tutaj tylko akcenty dymne, które niemalże dominują wrażenia smakowe. Ale spokojnie – nie zapomniano tu również o piwnych niuansach pod postacią łagodnego słodu, subtelnej chlebowości i przypieczonego spodu od ciasta. W tle natomiast buszuje szczypta goździków i cynamonu, dodająco jeszcze więcej świątecznego uroku. Finisz został naznaczony poprzez dosyć lekką, acz wyraźną i niezalegającą goryczkę.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

SAINT NO MORE 2015

Patrząc na słupki rtęci jakoś nie specjalnie mam ochotę na lekkie i sesyjne napitki. Mój organizm zdecydowanie potrzebuje czegoś większego kalibru. Dzisiaj wybór padł na tegoroczną edycję Saint No More z AleBrowaru, który to od kilku już lat serwuje nam za każdym razem inną wersję tegoż napitku. Mówiąc inaczej – nazwa piwa ta sama, w środku jednak coś zupełnie innego.
Edycja A.D. 2015 kryje w sobie dodatkowo piwną kooperację w postaci Kjetila Jikuna, znanego w Polsce jako głównego piwowara i założyciela słynnego norweskiego browaru rzemieślniczego - Nøgne Ø. Kilka miesięcy temu ów jegomość porzucił swoje ukochane dziecko (które trafiło w ręce koncernu), a sam założył nowy browar na greckiej Krecie o nazwie Σ ολο. 
Temat tego wpisu to Double Black IPA, dodatkowo okraszona słodem żytnim, ciemnym kandyzowanym cukrem i opiekanym jęczmieniem. Aż się prosi, aby go spróbować.

Otwieram i przelewam. Niezbyt agresywne nalewanie poskutkowało całkiem obfitą pianą o jasno beżowej barwie i drobnej strukturze. Jej czas opadania mogę określić jako przeciętny, a lacing nader wyraźny i trwały.
W smaku kooperacyjny specjał jest bardzo gęstym i gładkim zarazem piwem. Za sprawą żyta ciecz lepi się do podniebienia dając przyjemne uczucie aksamitności i niewielkiej oleistości. Berło dzierży tutaj sowita doza gorzkiej, mocnej kawy, wspierana po bokach przez gorzką czekoladę, ciemne słody oraz wyraźną paloność. Akompaniują im jankeskie lupuliny, głównie w postaci mocnej żywicy, igliwia i lekkich tropików. Daleko w głębi egzystuje natomiast niewielka ilość kakao, szczypta karmelu i przypieczonej skórki chleba. Wszystko to jednak szybko milknie pod naporem olbrzymiej i nader wyrazistej goryczy, będącej wypadkową chmielu (świerk, sosna) i paloności. Goryczka nieźle zalega, jest bardzo zadziorna i bezlitośnie kąsa moje kubki smakowe, nie dając im ani chwili wytchnienia. Sumarycznie jest to nad wyraz bogate i złożone piwo, które jak widzę nie znosi kompromisów.

sobota, 2 stycznia 2016

CIECHAN PORTER 22°

Po Sylwestrowych szaleństwach, noworocznym afterku i po wyleczeniu kaca w końcu można wypić coś typowo pod bloga. Jako, że ostatnio chwyciły mrozy, więc postanowiłem się jakoś rozgrzać, bo z natury nie lubię zimy, zimna, śniegu i całego tego badziewia...
Wybór padł na ichniego porterka z Ciechana, który funkcjonuje sobie na rynku już dawna. Aż dziw bierze, że do tej pory jeszcze nie zaliczyłem tego mocarza z Ciechanowa! Zwłaszcza bacząc na moje portero-bałtyckie zboczenie, objawiające się między innymi uporczywym leżakowaniem owych specjałów, a nawet ślinieniem się na sam widok butelki z napisem Baltic Porter ;)
Historia bałtyckich mocarzy z Ciechanowa jest taka, że onegdaj browar ten dysponował lżejszym porterem ‘osiemnastką’. Później do jego grona dołączył większy brat o ballingu 22°. Ostatecznie jednak z tego pierwszego zrezygnowano, a ostał się tylko ten mocniejszy. Ehmm... jest jeszcze leżakowany 2/3/4 lata Porter Grudniowy, ale to jeszcze inna para kaloszy...


Już po raz kolejny trafia mi się piwo o nieskazitelnej prezencji. Ciechanowski smakołyk pieni się nader obficie. Jasno beżowa czapa jest niezwykle drobna, zbita i puszysta (skojarzenia z bitą śmietaną są jak najbardziej na miejscu). Piana opada.... zaraz, zaraz, ona praktycznie nie opada, a jeśli już to z pewnością robi to wolniej niż ustawa przewiduje! Lacing także klasa światowa. Jestem pod olbrzymim wrażeniem!
Piwo jest dość gęste, niewątpliwie treściwe, a przy tym miękkie i fajnie zaokrąglone. Odpowiednich wrażeń dostarczają tutaj ciemne, lekko palone słody wspomagane przez delikatne kawowe muśnięcie oraz całkiem spore pokłady niezwykle przyjemnej gorzkiej czekolady. W rzeczonej czekoladzie zatopione są suszone owoce (śliwki, wiśnie, rodzynki), które wcześniej macerowane były w jakimś drogim alkoholu (żeby nie było – etanol w zasadzie nie przeszkadza i tylko lekko grzeje w przełyku). Tak właśnie smakuje to piwo. Aha, jest też delikatnie palona goryczka na finiszu. Niezbyt wysoka, ale na pewno zauważalna oraz niezwykle szlachetna. W zupełności wystarcza, by skontrować – bądź, co bądź – spore słodowe ciało. Sumarycznie – smakuje mi to jak jasna cholera! :D