środa, 30 stycznia 2019

MOJA PIWNICZKA: 4,5-LETNI PORTER KRAJAN

"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.
 

Czas leci nieubłaganie szybko. Człowiek się starzej i piwa się starzeją. Człowiek wraz z wiekiem tylko traci, a piwa… tu już bywa różnie. W pewnych konkretnych przypadkach zazwyczaj zyskują, ale nie jest to regułą. To zależy od miliona różnych czynników, ale po to właśnie powstał ten cykl, by ów temat badać i zgłębiać. Nie teoretyzować, a uczyć się w praktyce. Bo przecież jak mówi słynne powiedzenie, to praktyka czyni mistrza :)
Dziś bierzemy na warsztat porter bałtycki z Browarów Kujawsko-Pomorskich Krajan. Za dużo o tym piwie powiedzieć nie mogę, bo piłem je raptem dwa razy. Tak gwoli wyjaśnienia – Porter Krajan oraz Kujawskie Porter to jedno i to samo piwo. Z tego co zauważyłem nie należy ono do jakichś wybitnie zapadających w pamięci ‘bałtyków’. Nie mówię oczywiście, że to syf, kiła i mogiła. Ale z drugiej strony jest tyle lepszych polskich piw w tym stylu, że po prostu, najzwyczajniej w świecie nie sięgam po portera z Krajana (mimo, że miałem nie raz okazję). Czas jednak może odegrać tutaj kluczową rolę, dlatego niezmiernie jestem ciekawy jak zmieniło się to akurat piwo. Nie przedłużając przejdźmy już zatem do meritum.

Producent
Browar Krajan
Termin ważności
15.03.2015
Wiek (miesiące)
55
Zawartość alkoholu (%)
9
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Pora przetransportować ciecz do szkła. Trochę to dziwne, ale Krajan Porter wydaje się być zupełnie czarny, jak rasowy imperialny Stout. Nie widzę tutaj nawet najmniejszych przebłysków. Piana niczego sobie – drobna, puszysta, zadowalających rozmiarów, średnio trwała. Delikatnie krążkuje, ale przecież to nie jest super ważne. 


Smakujemy. Z miejsca czuć, że piwo jest szalenie gładkie i mega dobrze ułożone (choć świeża wersja także nie trącała alkoholem). Dominuje wyraźna czekoladowa słodycz wsparta przyjemnym kakaowym zacięciem. Jest słodko, treściwie, wybitnie pralinkowo. W drugim akordzie gra lekko stonowany karmel, wraz z ciemnym pieczywem i ciemnymi słodami. Daleko w tle pojawiają się bardzo, ale to bardzo subtelne akcenty suszonych owoców, co jest trochę dziwne, bo świeży Krajan oferował ich całkiem sporo. Czyżby nierówność warek? Ogólnie cholernie melanoidynowe piwo z tego wyszło. Alkohol gładziutki, praktycznie niezauważalny. Goryczka niska, ledwo odczuwalna. Ilość bąbelków też się zgadza. Niby wszystko fajnie, ale w ciemno chyba bym nie zgadł, że to kilkuletni napitek. Tak, czy siak smakuje całkiem dobrze, choć nieco jednotorowo.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Nowy BOJAN PORTER. Czy jest się czym jarać?


Browar Bojanowo rzutem na taśmę zdążył przed Świętem Porteru Bałtyckiego, zalewając Lidlowskie półki swoim nowym ‘bałtykiem’. Rzecz jasna piwo pojawiło się zapewne nie tylko w tej szwabskiej sieciówce, ale tam po prostu było go najłatwiej dostać. To znaczy można go było dostać dopiero po tym jak się pojawił, czyli jakieś 2-3 dni później niż sugerowała gazetka Lidla…
Zostawmy jednak te bezcelowe dywagacje. Piwo zakupione i to po dobrej cenie, więc koniec końców trza się cieszyć. Chociaż w sumie to okaże się w trakcie degustacji, czy dukaty nie zostały tutaj zwyczajnie zmarnowane. Bowiem już pierwszego dnia w internetach polała się fala hejtu na nowego Bojana. Wśród kilku fatalnych opinii znalazłem tylko jedną w miarę pozytywną. Brzmi to groźnie, choć z drugiej strony wiem, że cebulactwo i trollowanie to nasze cechy narodowe.
Bojan Porter to na papierze całkiem rozsądny porter bałtycki. Z prawilnych 22º Plato wyciągnięto równo 9% alkoholu. Szklanki w dłoń! :)


Styczniowa nowość z Bojanowa kusi wyglądem. Klarowna, ciemno brunatna ciecz pieni się jak szalona. Beżowa piana rośnie do monstrualnych rozmiarów głośno na mnie sycząc. Jest średnio ziarnista, w miarę sztywna i długo można się nią cieszyć. Lacing także niczego sobie.
W smaku jednak już tak kolorowo nie jest. Ale po kolei. Piwo jest dosyć gęste jak na ten ekstrakt, przyjemnie gładkie, zaokrąglone. Ma się wrażenie dodania płatków owsianych. Wysycenie dosyć niskie, więc na plus. Całość jest wybitnie czekoladowa, taka kakaowa wręcz. Zupełnie jakbym pił kiepskiej jakości kakao rozpuszczalne. Jest słodko, ale z kontrą przychodzi pewna doza goryczki. Lekko palonej, lekko chmielowej, ale niestety zostawiającej nieco mdły posmak na języku. Drugi plan to ciemne prażone słody, pieczywo razowe, kawa zbożowa oraz nuty lukrecji, za którymi tak w ogóle nie przepadam. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony, w zasadzie to zupełnie nieobecny. Nienajgorszy to napitek, całkiem nieźle urozmaicony, choć dosyć ciężko się to pije. Piwo posiada taką mdłą końcówkę, co nie jest fajne i przyjemne.

piątek, 25 stycznia 2019

Rye Wine Cieszyńskie - opłacało się czekać :)


Ci co weszli w kraft stosunkowo niedawno nie znają czaru Grand Championa. Tym bardziej nie znają czaru św. pamięci Festiwalu Birofilia (R.I.P.). Człowiek gnał specjalnie pekaesem, czy innym PKP na drugi koniec Polski, by uczestniczyć w prawdziwym święcie piwa. A gnał tak daleko, bo nie miał wyboru jak teraz. Przed rokiem 2010 na palcach jednej ręki można było wyliczyć piwne festiwale z prawdziwego zdarzenia, a tych palców i tak by jeszcze zostało… Wspomnień czar.
Reliktem wspomnianej imprezy jest Grand Champion – najlepsze piwo Konkursu Piw Domowych PSPD. Najnowszym XV Grand Championem była oczywiście Nowa Anglia w stylu NEIPA. Czym więc jest mój dzisiejszy gość, czyli Rye Wine Cieszyńskie? Ano jest to taki wice Grand Champion 2017 – nagroda specjalna Browaru Zamkowego Cieszyn. Piwo było tak dobre, że je także postanowiono uwarzyć w Cieszynie, tyle że rok później niż Nowa Anglia. Autorem receptury jest znany piwowar domowy Mariusz Bystryk.
Przyznam, że najarałem się na to piwo jak cygan na zasiłek, czy jaki poseł na mandat w sejmie. Grudniowa nowość jednak przysporzyła mi nie lada kłopotów z jej zdobyciem. Pół Częstochowy przeszukałem, szperałem w internecie, nawet dzwoniłem do sklepów, aż w końcu się udało :) Sukces!
Co to jest Rye Wine chyba każdy w tych czasach wie, zatem przechodzimy do rzeczy.


Już podczas nalewania każdy Janusz zauważy tę niesamowitą gęstość. Ciecz nie pluska, lecz leje się dystyngowanie, z klasą dobrze wyważonego likieru, czy też miodu pitnego. Samo piwo ma jakiś tam odcień brązu z domieszką burgundu. Piana urosła na trzy palce, jest puszysta, drobna i sztywna. Opada bardzo wolno, ale raczej słabo lepi się do szkła.
Za to piwo bardzo lepi się do wnętrza jamy ustnej. Jest naprawdę bardzo gęste i lepkie, a przy tym gładziutkie jak twarze z kobiecych czasopism. Żyto robi robotę! Już dwa pierwsze hausty dały mi do zrozumienia, że warto było walczyć o tą butelkę. Cóż za pełnia, cóż za gładkość, jakaż treściwość! Ciała nie brakuje, w końcu 25º Plato to nie igraszki. Z początku jest bardzo słodko, wybitnie słodowo, karmelowo i ciasteczkowo z lekką dozą opiekanych klimatów. Jednak po chwili docierają do mnie ślady jankeskich lupulin – mega przyjemne czerwone owoce tropikalne z niewielką domieszką rześkich cytrusów z tyłu. Tuż za nimi drepczą akcenty orzechów, wpadające w rejony toffi i cukru brązowego. Tło wypełnia subtelna przyprawowość, podbita nieco rozgrzewającym, ale bardzo dobrze ułożonym alkoholem. Piwo jest naprawdę dobrze wyleżakowane. Goryczka jest niewielka, ale całkiem przyjemna. Powiedziałbym – wystarczająca. W końcu to nie żadna IPA. Smaczniutkie to i wybitnie degustacyjne. Mordka się cieszy :)

środa, 23 stycznia 2019

WIELKI TEST MUSZTARD ROLESKI


Słowo się rzekło! Trochę musieliście poczekać na ten wpis, ale w końcu udało mi się pocisnąć z tematem. Specjalnie dla Was i niejako na Wasze żądanie zrobiłem Wielki Test Musztard z firmy Roleski! :)

Tytułem wstępu, by nieco wtajemniczyć Was w świat musztard zapraszam (tych co jeszcze nie czytali) do mojego artykułu pt. „Musztarda nie jedno ma imię”. Znajdziecie tam szereg niezbędnych i ciekawych informacji odnoście tej niedocenianej wg mnie przyprawy.
A teraz trochę o samym teście. Na warsztat wziąłem 13 różnych musztard. W zasadzie to wszystkie od Roleskiego z wyjątkiem Stołowej i tych z przedrostkiem bio. Musztardy jadłem razem z chłodną parówką, co by jej temperatura przez cały czas była jednakowa. Po każdej musztardzie robiłem kilkuminutową przerwę i popijałem wodę, aby wypłukać z ust smak poprzedniej. Głownie skupiałem się oczywiście na smaku, jego ostrości i pikantności o ile jakaś była. Rzecz jasna oceniałem też sam zapach oraz konsystencję. Wszystko to oczywiście w odniesieniu do danego rodzaju musztardy. Skalę oceny wyrażałem w procentach, aby jak najdokładniej określić na jakim poziomie jest dana musztarda. Infografika ostrości to jest ostrość jaką deklaruje sam producent. Do tego czy jest słuszna odnoszę się w tekście. Zaczynamy zabawę! :)

    Musztarda Jerozolimska
A to ci wynalazek! Musztarda o smaku cebuli i czosnku jak deklaruje producent. Niebywale jasna, wręcz blado żółta. Posiada gładką, bardzo kremową i strasznie jednorodną fakturę. Jest aksamitna w odczuciu, bardzo łagodna, ale też raczej niezbyt intensywna w smaku. Faktycznie czuć nieco cebuli, choć z tym czosnkiem bym się kłócił. Pachnie tak trochę inaczej niż musztardy jakie jemy na co dzień. Wg mnie sprawdzi się jako marynata do mięs, sos do jajek oraz do szaszłyków z grilla.
Nie smakuje jakoś źle, ale to raczej nie moja bajka.
OCENA: 38%




Musztarda Sarepska
Jedna z najpopularniejszych odmian tej przyprawy. Posiada dosyć ostry, bardzo wyrazisty oraz intensywny smak, ale ostrość 3 na 5 uważam za nieco naciąganą. Owszem, musztarda lekko piecze w taki fajny octowy sposób, ale żadnej krzywdy nam nie zrobi. Jest gęsta i trochę niejednorodna, bo posiada widoczne drobinki zmielonej gorczycy sarepskiej. Pachnie bardzo intensywnie i naprawdę ładnie. Będzie pasować do jajek, parówek z wody oraz białej kiełbasy z grilla. Świetna musztarda, doskonała, jedna z moich ulubionych. Szczerze polecam! Palce lizać :)
OCENA: 88%




Musztarda Dijon
Tu akurat producent poleciał sobie w kulki, bo w składzie tej słynnej francuskiej musztardy powinno być białe wino lub ocet winny, a jest tańszy ocet spirytusowy (szejm Roleski). Dijon to intensywnie żółta musztarda o jednolitej, bardzo gęstej i gładkiej strukturze. Jest to oczywiście jedna z najbardziej ostrych musztard, więc nieźle daje w gaźnik. Jest bardzo pikantna i jednocześnie trochę słona. Trzeba ją jeść ostrożnie, bo potrafi nas „przytkać”. W zapachu też jest moc – pachnie silnie octowo, choć nieco jednorodnie. Musztarda typowa dla fanów mocnych wrażeń. Nada się do marynaty, serów, wędlin i oczywiście dań z grilla. Smakuje i to bardzo, ale dzieciom nie polecam.
OCENA: 81%


Musztarda Staropolska
To jakiś wymysł własny Roleskiego. W składzie są jakieś przyprawy, w tym seler i czosnek. Mamy tu wybitnie musztardowy kolor z bardzo dobrze widocznymi grudkami brązowej gorczycy. W smaku raczej słodkawa, z bardzo subtelną nutką czosnkowej pikanterii na finiszu. Dobrze zbalansowana, grudkowata na języku (gorczyca chrupie między spróchniałymi zębami). Mało skomplikowana, ale dosyć smaczna. Można ją jeść garściami – dałbym jej jedną papryczkę ostrości zamiast dwóch. Zapewne sprawdzi się jako dodatek do kanapek z serem, wędliną lub boczkiem. Naprawdę całkiem niezła, choć faworytem na pewno nie będzie.
OCENA: 54%



poniedziałek, 21 stycznia 2019

SZABROWNIK, czyli nie taki Graff straszny


Wbrew styczniowej aurze sięgam dzisiaj po Szabrownika z Browaru Profesja. Piwo stosunkowo nowe, bo gdzieś z okolic listopada niedawno minionego roku.
Szabrownik to piwo w „stylu” Graff, czyli połączenie brzeczki słodowej oraz soku jabłkowego, tworzące hybrydę piwa i cydru. Tak więc najsampierw ktoś wymyślił Braggota (połączenie piwa i miodu pitnego), a teraz jakiś geniusz wpadł na pomysł zmieszania piwa z cydrem. No dobra, niech tam będzie, choć wiele sobie nie obiecuje. Nie lubię jednak dzielić skóry na niedźwiedziu, więc nie ma co zapeszać. A nuż mnie ten napitek zaskoczy, że kapci będę musiał szukać za drzwiami wejściowymi.
Z ciekawostek dodam jeszcze, że piwo nachmielono dosyć rzadkimi polskimi chmielami – Puławskim i Oktawią. Można? Można. A wszędzie tylko ta Marynka, Sybilla i Lubelski…
Ponadto całość przefermentowano dzikimi drożdżami z rodziny Brettanomyces! Tak więc już nawet w teorii nie jest to jakieś bardzo nudne piwo. Czek dis ałt!


Otwieram i przelewam. Pieni się to to niemiłosiernie. Piana rośnie błyskawicznie, jest ogromna i puszysta, zbudowana ze średniej wielkości pęcherzy. Co ciekawe nie opada jakoś bardzo szybko, do tego tworzy wyraźne zacieki na szkle. Samo piwo natomiast kolorem przypomina nieklarowany sok jabłkowy. Bardziej jest to opalizujące niż mętne.
Skoro bąbelki ochoczo kierują się ku górze, to wysycenie musi być nieliche. I tak też się dzieje. Ilość gazu jest naprawdę duża, porównywalna z cydrami, czy Witbierami. Oczywiście w tym przypadku absolutnie mi to nie przeszkadza. Szabrownik dzięki temu jest piwem wysoce rześkim i świetnie gaszącym pragnienie. Panuje w nim swoista równowaga pomiędzy piwem, a cydrem, tudzież sokiem jabłkowym. Z jednej strony czuć wyraźną słodowość, herbatniki i chlebek, a z drugiej lekką kwaskowość, a nawet subtelną cierpkość soku z jabłek. Drugi plan to niezobowiązująca dawka chmielu, ziół i suszonego tytoniu. Na dokładkę zupełnie w tle odnajdujemy nuty funky, czyli akcenty stajni, końskiej derki oraz siana (Bretty się spisały). Piwo sprawia półwytrawne wrażenie, choć sama goryczka nie jest wysoka. Jej pestkowo-ziołowy sznyt fajnie tutaj pasuje. Naprawdę dobrze, a zarazem niecodziennie to smakuje.

sobota, 19 stycznia 2019

JOLLY ROGER Whisky BA na Baltic Porter Day!!!


Jak co roku, już po raz czwarty z rzędu w trzecią sobotę stycznia wypada Baltic Porter Day – Dzień Porteru Bałtyckiego! Święto coraz bardziej szanowane i poważane wśród piwoszy, piwoszek, piwowarów, piwowarek, beergeeków, hopheadów i innych piwnych świrusów. Z każdym rokiem coraz więcej browarów w tym dniu chce zaspokoić pragnienia „czcicieli” Piwowarskiego Skarbu Polski, jakim bez wątpienia jest porter bałtycki.  W tym roku polskie browary wypuściły z tej okazji ponad 20 premierowych porterów! Oczywiście oprócz nowinek pojawiły się również znane dotąd marki, które nie są warzone na okrągło.
Na świecie wręcz słyniemy z tego stylu piwa. Mimo, że jest on warzony w wielu krajach basenu Morza Bałtyckiego (i nie tylko), to właśnie portery z Polski są najbardziej cienione i pożądane. Naprawdę mamy się czym chwalić :D
Jako wielki miłośnik i fanatyk ‘bałtyków’ w tym dniu musiał pojawić się u mnie na blogu jakiś porterek. Do wyboru miałem kilka opcji, ale dzisiaj postanowiłem akurat zbadać formę trunku od Kraftwerka. Jolly Roger Batlic Porter Whisky BA. Podstawową wersję piłem niemal trzy lata temu i byłem bardzo ukontentowany. Mam nadzieję, że wersja beczkowa sprawdzi się jeszcze lepiej i wgniecie w fotel moje cztery litery ;p


Przelewam i oglądam. W szkle piwo wydaje się być niemal zupełnie czarne i nieprzejrzyste. Zwieńczone jest średnich rozmiarów pianą o mieszanej ziarnistości. Kołderka z czasem robi się coraz bardziej zbita i drobna! Szok, bo zazwyczaj dzieje się odwrotnie. Generalnie żywotność piany, jak na piwo barrel aged jest bardzo dobra. Lacing również daje radę :)
Pierwszy łyk…. i drugie zdziwko. Skąd ta owocowa kwaskowość?! Przecież piwo nie jest stare, nie jest po terminie. Czyżby lekko zdziczało w beczce? Kwasek jest i to dosyć wyraźny, ale sourem bym jeszcze tego nie nazwał (całe szczęście). Ogólnie jest bardzo owocowo, czuć maliny, wiśnie oraz dojrzałe czereśnie. Tegu typu klimaty. Chwilę później do gry włączają się prażone słody w otoczce chleba razowego, lukrecji, kakałka oraz kawy zbożowej. Alkohol tak się schował skubaniec, że nawet ze świecą go nie znajdziesz! Zero etanolu, zero pieczenia, czy swędzenia w gardziołku. Szacun. Stawkę zamykają subtelne nuty przypieczonego spodu od ciasta, czekolady deserowej i jakby dymu, czy dogasającego drewna. Naprawdę mam takie odczucie. Natomiast wanilii oraz whisky to ja to nie czuję. Absolutnie nic, a nic. Trochę szkoda. Piwo jest przyjemnie gładkie, w miarę gęstawe i wyraziste. Słodyczy jest tu niewiele, raczej dominuje gorzko-kwaskowy duet. Przy czym sama goryczka też zbytnio się nie wywyższa. Jest delikatna, ale skuteczna. Jej lekki kawowo-czekoladowy charakter naprawdę tu pasuje. Zapewne nie tak miało wyjść to piwo, ale pije się je całkiem nieźle.

czwartek, 17 stycznia 2019

CHOINKA ZAKŁADOWA 2018. Lepiej późno niż później


Podczas mojej grudniowej wizyty w Browarze Zakładowym, nie mogło oczywiście zabraknąć suwenirów, które dostaliśmy wraz z Pawłem od Bartka Czarnomskiego. W końcu na darmo do browaru się nie jedzie, prawda? ;)
Jednym z podarków jest Choinka Zakładowa. Zakładam, że jeszcze nie wszyscy wynieśli swoje świąteczne drzewka na strych, więc taki trunek wciąż jest na czasie (mimo, że odwilż sugeruje coś innego). Owszem, to piwo pojawiło się już rok wcześniej, ale obecna wersja różni się trochę od pierwowzoru. Tak więc nazwa ta sama, ale piwo inne. To coś na zasadzie Heroda z Artezana, czy Wesołych Świąt od Pinty. Co roku inna wersja.
Choinka Zakładowa 2018 to świąteczny Robust Porter z niedużym, ale całkiem przyjemnym zestawem korzennych przypraw – kandyzowana skórka pomarańczy, wanilia, cynamon. Nie za wiele tego, ale być może wyjdzie lepiej niż w Kolędniku, który był niemiłosiernie nadźgany dodatkami. Co oczywiście nie wyszło mu na dobre. Czasem po prostu mniej znaczy lepiej. 


Mój dzisiejszy gość nalał się z niewielką beżową pianą, a jego kolor to zupełna czerń. Taka wiecie – RISowa i zupełnie nieprzejrzysta.
W zasadzie mamy tu parametry lżejszego porteru bałtyckiego i w rzeczy samej czuć to w smaku. Na podniebieniu z miejsca pojawia się przyjemna gładkość oraz całkiem spora pełnia. Świąteczny charakter został tu fajnie zaznaczony i z pewnością nie przegięty, a to się ceni. Skórka pomarańcza huczy, aż miło. Wtóruje jej lekka doza cynamonu i nieco mniejsza wanilii. Oczywiście całość podbita jest solidnym prażonym słodem, kojarzącym się z mleczną czekoladą i pralinkami. Na dalszym planie egzystuje subtelna nuta przypieczonej skórki chleba, oblanego karmelem i posypanego cukrem kandyzowanym. Owszem jest dosyć słodko, ale w końcu to piwo świąteczne. Słodko, ale nie muląco, a to najważniejsze. Alkohol został tutaj świetnie ukryty. Wiadomo, że 7,4% to nie jakoś bardzo wiele i taki woltaż nie zerwie nam boazerii z poddasza, ale uważam, że i tak brawa się należą. Ogólnie to bardzo smaczne i przemyślane piwo z tego wyszło. Jestem na tak.

wtorek, 15 stycznia 2019

KRASNOLÓD Jack Daniel's BA. Najmocniejsze polskie piwo - 19%!!!


Browar Spółdzielczy idzie do przodu niczym napalony na samicę nosorożec. Jak się czegoś uczepi, to nie odpuści. Jak zaczął się bawić w wymrażanki, tak robi to do tej pory. I bardzo dobrze. I chwała mu za to, bo robi to naprawdę wyśmienicie! :D Jeśli z czegoś słynąć, to z samych najlepszych rzeczy (powiedzenie wymyślone naprędce dwie minuty temu).
Na początku stycznia do sklepów trafił Krasnolód – najnowsza wymrażanka z Pucka. Nie przypomnę sobie z pamięci ile już piw wymrozili w tym Pucku, ale wiem, że gdyby nie #darylosu, to nie spróbowałbym ani jednego. Takie życie na prowincji…
To teraz trochę o samym piwie, bo naprawdę jest o czym. Browar Spółdzielczy zgadał się kiedyś z Browarem Profesja, by nawarzyć razem piwa. Efektem tego „spółkowania” jest Nurek – Doppelbock (recenzja za jakiś czas). Kiedyś, gdy polski kraft jeszcze nie istniał, koźlak podwójny był jednym z moich ulubionych piw. Tym bardziej cieszy mnie fakt, iż postanowiono ten trunek wymrozić i tak oto powstało jedno z czterech najmocniejszych polskich piw! Jebitne 19% alko czyni go cichym zabójcą wśród piwnego rzemiosła! Ekstraktu niestety nie podano, ale zapewne będzie to grubo ponad 30º Plato! Wzywać karetkę? ;p To jednak jeszcze nie koniec dobrych wieści. Otóż piwo wlano do dwóch różnych beczek po whisky! W ten oto sposób otrzymano dwie wersje barrel aged tej wymrażanki. Mnie trafiła się ta bardziej powszechna, czyli po Jack’u Danielsie. Jestem tak podjarany, że zaraz się zesikam w majty. Lecimy z tematem!



Piwo w szkle wygląda na ciemno brązowe. W sumie to takie bardziej brunatne nawet. Nieprzejrzyste i lekko mętne. Piany niestety brak, ale przy wymrażaniu i leżakowaniu w beczce nie można mieć pretensji. Toż to normalna rzecz.
Aż się boję, ale muszę. Piję. Gęste jak syrop. Nie – bardziej jak olej słonecznikowy, czy inny rzepakowy. Albo jak spierdzielony kisiel, kiedy dasz odrobinę za dużo wody. W każdym bądź razie gęste to, jak jasna cholera. Do tego szalenie lepkie. Powoli spływa w dół przełyku, osadzając się na wszystkim, co napotka na swojej drodze. Niesamowite wrażenie! Mamy tu sporo opiekanych słodów, razowe pieczywo, ciemne ciasteczka, przypieczony spód od ciasta, a wszystko to podlane jest sowitą ilością karmelu i cukru kandyzowanego. Tak, jest słodko w pytę. Wręcz zaklejająco, ale przecież tak miało być. Czego innego można się spodziewać po wymrażanym koźlaku dubeltowym? W tle pałętają się nieśmiałe ślady łychy, dębu, suszonych śliwek, suszonych daktyli oraz fig zatopionych w mlecznej czekoladzie. Całość po części przypomina mi rozpuszczoną krówkę (taki cukierek). A co z alkoholem? A nic. Jest obecny, wyczuwalny, grzeje od środka, ale za Chiny Ludowe nie piecze, nie drapie, ani nawet zbytnio nie swędzi w gardełko. Miód-malina można rzec. Piwo jest naprawdę bardzo dobrze ułożone! Jest tu jebuckie 19 voltów, ale w ciemno dałbym góra 10-12%. Powaga. Smak jest tak bogaty, tak wyrazisty, tak esencjonalny, że klękajcie narody. Jedyne z czym mogę to porównać, to Jopejskie, choć oczywiście to inna technologia i inna filozofia robienia piwa. Krasnolód to po prostu miszczostwo!!!! :D

poniedziałek, 14 stycznia 2019

SHORT TEST: Konstancin Cranberry IPA z Browaru Czarnków



Prolog: Cholernie dawno nie było szort testu, a dziś po prostu nie mam czasu, więc voilà!
O co kaman: Mam tu ipę z sokiem żurawinowym, a ten sok zawiera dodatek siedmiu ziół! Taka ci niespodzianka od Andrzeja Kryczki – piwowara Czarnkowa. Uważam zatem, że na papierze jest to najbardziej obiecujące piwo z całej serii limitowanej Konstancinów.
Wdzianko: Pikne! Ze szkła spogląda na mnie klarowna miedziana ciecz z takim lekkim czerwonawym zacięciem. Piana średnia, mieszano ziarnista, niezbyt trwała, ale ładnie zdobi szkło.
Kichawa mówi: Ło jakież to łowocowe! Żurawina aż huczy. Do tego dochodzi mnóstwo innych czerwonych owoców, głównie tropikalnych. To mniej więcej tak, jak pachnie świeżo otwarta paczka landrynek. Nieco dalej mamy nuty kwiatów, żywicy oraz ziół. Całość spina subtelna woń chlebowego słodu. Bardzo przyjemny i rześki to zapaszek :)
Jadaczka mówi: Ciekawe piwo, bo nie wiadomo do końca co pochodzi od chmieli, a co od ziół. Są tropiki, nieśmiałe cytrusy w formie albedo, no i oczywiście w miarę wyraźna żurawina. Dalej mamy konkretną żywicę, kwiaty i lekko opiekaną słodowość z domieszką karmelu. Całość mocno podszyta ziołowym akcentem. Goryczka jest naprawdę wysoka, ziołowo-grejpfrutowa, dosyć szlachetna i gładka, choć trochę zalega. Pełnia wysoka, dobry balans, wytrawny długi finisz. Całkiem niezłe piwo.
Komu mogę polecić: Początkującym amatorom rzemiosła raczej nie. Bardziej fanboy’om mocnej i wyrazistej goryczki. Skopie Wam dupsko jak trzeba ;)
Epilog: Cóż, dosyć oryginalny to napitek o dwóch twarzach. Uroczy i totalnie owocowy aromat, nijak się ma do mocarnej goryczki w smaku. Naprawdę wącha się to miło, ale pije niestety niezbyt szybko. Piwo jest szalenie wytrawne, a goryczka z czasem robi coraz bardziej męcząca. Na szczęście zapach nadrabia te mankamenty, dzięki czemu całościowo Konstancin Cranberry IPA wypada całkiem dobrze. 
OCENA: 7/10
CENA: 4.99ZŁ (Auchan)
ALK: 6,3%
TERMIN WAŻNOŚCI: 03.2019
BROWAR CZARNKÓW//KAMIONKA

piątek, 11 stycznia 2019

Odwiedziny Browaru Zakładowego w Poniatowej


Jak już wiecie z kochanego fejsbuka, w okresie pomiędzy Świętami, a Nowym Rokiem odwiedziłem Browar Zakładowy. Nie zamierzam robić z tego jakiejś obszernej relacji, ale oczywiście nie wypada mi nie skrobnąć kilkunastu zdań na temat tego wydarzenia. 


Jako, że na Święta wracam jak zawsze w rodzinne strony, to nie było chyba lepszej okazji, by „nawiedzić” ów przybytek. Na eksplorację Browaru Zakładowego wybrałem się z moim ciotecznym bratem Pawłem, który akurat przydał mi się w roli fotografa, a także przewodnika po lokalnych drogach ;) Okres „między Świętami” to zazwyczaj w kraftowych browarach zupełny przestój, ale dzięki uprzejmości właściciela browaru Bartka Czarnomskiego jakoś udało mi się umówić na krótką wizytę. BTW, Bartek jest również właścicielem słynnego lubelskiego pubu U Fotografa.


Browar Zakładowy mieści się na obrzeżach małego miasteczka na Lubelszczyźnie, jakim jest Poniatowa. No i już teraz przynajmniej wiem, skąd taka, a nie inna nazwa browaru oraz identyfikacja wizualna, bowiem dokładniej mówiąc to browar znajduje się na terenie dużego kompleksu dawnych zakładów Predom – EDA, produkujących niegdyś sprzęt AGD. Ech, te słynne małe komunistyczne lodóweczki, odkurzacze, czy maszyny do szycia… Browar mieści się jednak dopiero na samym końcu tych wszystkich zabudowań, do tego nie widzieliśmy, by prowadził do niego jakiś szyld, czy znak. Przez co bez GPSa naprawdę ciężko tam trafić. Browar zajmuje jeden średniej wielkości budynek, który przedtem przeszedł generalny remont. W środku czystko, schludnie, w miarę przestronnie. Warzelnia o wybiciu 10 hl, do tego kadź wirowa, unitanki stożkowe oraz około dziesięciu tanków leżakowych pionowych. W sumie zajmuje to wszystko, aż cztery pomieszczenia. Oczywiście jak powszechnie wiadomo, sprzęt do warzenia oraz kilka pierwszych tanków zostało odkupionych na starcie od Pracowni Piwa, która wówczas zwiększała swoje moce produkcyjne.

środa, 9 stycznia 2019

Tenczynek RIS Barrel Aged. Ciekawe doświadczenie


Browar Tenczynek naprawdę nam się postarał! I nie chodzi mi wcale o to, że powysyłał piwnym blogierom swoje najnowsze dzieło. O wiele ciekawszym jest fakt, że browar w ogóle porwał się na takie piwo. Owszem, jeszcze za czasów starego właściciela (Browarów Regionalnych Jakubiak) Tenczynek miał w swojej ofercie Russian Imperial Stouta, ale teraz mamy wersję Barrel Aged, a jak wiadomo to robi różnicę. Tak więc obecnie browar ten posiada w swoim portfolio trzy segmenty piw – linię klasyczną, linię nowofalową, no i obiecaną już rok temu serię tzw. sztosów. Co prawda to dopiero pierwsze piwo aspirujące do grona trunków na literę „sz”, ale liczymy oczywiście na dalsze propozycje. Palikot jak na razie sprawia lepsze wrażenie niż Jakubiak ;) Ot, taka mała dygresja.
Tenczynek RIS to piwo o całkiem rozsądnych parametrach. Oczywiście nie wywołuje ścisku dupy od samego patrzenia na nie, ale każdy widzi, że są to przyjazne dla wzroku cyferki. Dużo większą ciekawostką jest tu leżakowanie w beczce po mało znanej żytniej whiskey Chattanooga. To bardzo młoda amerykańska destylarnia, powstała niecałe cztery lata temu!
Na uwagę zasługuje również świetne wykonane i świetnie zaprojektowane opakowanie ze złotymi motywami na iście czarnym tle. Kartonik pierwsza klasa! Z pewnością jeden z najbardziej sztosowych, eleganckich i wytwornych opakowań od polskich kraftowców. I nie mam tu na myśli tylko kartonika, ale również samą butelkę, która ma malowany nadruk i sprawia pieruńsko szykowne wrażenie (zdjęcie tego nie oddaje). 


Otwieram i przelewam. Nikogo chyba nie zaskoczy czarna jak smoła i zupełnie nie przejrzysta barwa piwa. Pianka też niczego sobie jak na trunek leżakowany w drewnie – wcale nie najniższa, mieszano ziarnista, brązowa w barwie, może nie bardzo obfita, ale na pewno wystarczająca.
Pierwszy kontakt – piwo jest bardzo puszyste w ustach. Takie dość mocno wysycone, ale zarazem gładkie, kremowe, wręcz mleczne. Nieco piecze w język od drobniutkich bąbelków, ale sama konsystencja jest pierwsza klasa. Ciecz jest przyjemnie gęstawa i niezmiernie gładziutka. Można nawet powiedzieć, że nieco śliska. Jest słodko i wybitnie czekoladowo. Mleczna czekolada, pralinki belgijskie oraz akcenty kakao dosłownie walają się pod nogami. Do tego dochodzi dosyć nieźle wyczuwalna nuta toffi, orzechów laskowych oraz wanilii. Poniekąd kojarzy mi się to wszystko z cukierkami typu karmelki. Na dalszym planie dopiero pojawiają się echa łagodnej kawy, gorzkiej czekolady, palonych słodów, whisky oraz starego dębowego drewna. W każdym bądź razie wpływ beczki czuć i to całkiem dobrze. Palono-kawowa goryczka nie zajmuje tu wiele miejsca. Jest bardzo łagodna i stonowana do minimum (nie każdemu to przypadnie do gustu). Za to poziom alkoholu zapewne każdy przyjmie z uśmiechem na gębie. Piwo jest naprawdę bardzo dobrze ułożone. Delikatnie grzeje w rurze i jelitach, ale nie sprawia kłopotów w wyższych partiach ciała. Smaczne to, choć chyba nieco za słodkie.