piątek, 31 marca 2017

PORTER 9 z JABŁONOWA



Wiecie co? Jebana rutyna to najgorsza zmora każdego blogera. W ogóle każdego, kto robi coś regularnie. No, a ja publikuję posty bardzo regularnie prawda? W związku z tym dzisiaj zaczniemy od końca. Od dupy strony. Od dupy strony porteru z Jabłonowa ;)
Ludzie chwalo to piwko w internetach i ja też pochwalić muszę. Bo to bardzo dobry porter bałtycki jest. Gęsty jak likier, cholernie pełny w smaku, dość złożony, treściwy jak bigos myśliwski, czy jakieś inne danie naszpikowane dodatkami. Tutaj dodatków żadnych nie ma. Co jedynie cukier dla podbicia ballingu jak mniemam. Co prawda nie napisali ile go jest, ale wtajemniczeni wiedzą, że równe 25°, więc w pytę! To już nie som żarty. To nie jest piwo dla wielbicieli Harnasia, czy innej osiedlowej żulerki. To jest piwo dla prawdziwych smakoszy, co to już z niejednej kadzi piwo pili!
Wery smaczny jest ten Porter 9. Skąd taka nazwa? Ano stąd, że piwo leżkowało, czyli dojrzewało sobie w browarze przez 9 miechów. Sporo. Mają za to u mnie szacun. I w rzeczy samej czuć to leżakowanie. Mimo prawie dziesięciu voltów piwo jest nad wyraz ułożone. Żadnego alkoholu w nim nie czuć. Nic nie znajdziesz. Chłopie nawet świeca ci nie pomoże :)

 
Czarne jak ropa naftowa piwo jest bardzo gładkie w odbiorze. Strasznie jedwabiste, wręcz śliskie. Ślizga się w buzi, ślizga się po podniebieniu, ślizga się też w przełyku. Wszędzie się ślizga. Takie fajne jest to piwo. Pełno w nim mlecznej czekolady i pralinek (powiedzmy, że ze średniej półki cenowej). Dalej mamy od groma prażonych słodów, karmelu i skórki od chleba. Tłem sunie natomiast odrobina cukru brązowego, razowego pieczywa oraz kawy zbożowej. Suszone owoce są jeszcze gdzieś dalej. Jak to się mówi za siódmą rzeką, za siódmą górą, za siódmym lasem. Naprawdę ilości homeopatyczne. I to jest w sumie jedyny mankament jeśli chodzi o smak. Aha. Jabłonowski porter jest dobrze zbalansowany. Palona goryczka jest zauważalna, choć nie jakaś szalenie mocna. Robi co trzeba i szybciutko znika. Podoba mi się taki obrót sprawy. Już po całkowitym ogrzaniu na horyzoncie pojawia się bardzo rzadko spotykana anyżowa nuta! Naprawdę ciekawe doznanie.

środa, 29 marca 2017

WITBIER CIESZYŃSKI



Browar Zamkowy z Cieszyna jak tylko może, próbuje radzić sobie na wciąż rozwijającym się piwnym rynku. Browarów przybywa szybciej niż aut sprowadzanych od Niemców, piw przybywa, konkurencja robi się coraz większa, a podwórko coraz bardziej ciasne. A wiadomo, że z kraftowcami browarom regionalnym ciężko jest walczyć orężem. Można walczyć ceną, ale prawdziwy beer geek zawsze wybierze malutki rzemieślniczy browar niż tylko jego imitację, tudzież namiastkę. Gdzieś w tej walce swoją obecność próbuje zaznaczyć właśnie Browar Zamkowy z Cieszyna. Może nie sypie on z rękawa nowościami na zawołanie, ale raz na jakiś czas wypuści coś nowego.
Mój dzisiejszy gość – Witbier – świeżynką jednak nie jest, ale jakimś dziwnym trafem jak dotąd go nie piłem. Postanowiłem w końcu się nad nim zlitować, zwłaszcza że mam właśnie ochotę na coś lekkiego, pijalnego, niezobowiązującego. 


Piwo nalewa się z syczącą i dość grubo ziarnistą pianą, która szybko się redukuje. Do tego jest ona dość niska jak na piwo pszeniczne przecież. Naprawdę kiesko jest w tym temacie. Ciecz jest prawilnie mętna, chyba bardziej pomarańczowa niźli złota.
W smaku jest przyjemnie kwaskowo, rześko, świeżo, mega cytrusowo. Browar dodał tutaj skórki z cytryny, a nie jak to zazwyczaj bywa z pomarańczy. I w rzeczy samej czuć różnicę. Czuć tutaj tą cytrynkę w formie skórki. Cała ta cytrusowość zahacza także o rejony limonkowe, więc spore propsy. Mistrzem drugiego planu jest lekka pszeniczna podbudowa, kojarząca się z puszystym ciastem biszkoptowym i jasnym pieczywem. W tle majaczy oczywiście kolendra. Dość wyraźna, ale na szczęście nie przegięta. Piwo jest porządnie wysycone. Szkoda tylko, że to wysycenie jest takie grube (coś na kształt coli). Sumarycznie całkiem fajnie się to pije. Wchodzi jak złoto :)

poniedziałek, 27 marca 2017

"O" IMPERIAL PORTER z BYTOWA



Jak sami widzicie ciężko jest mi odkleić się od porterów bałtyckich. Przecież to taki świetny styl, taki bogaty, taki złożony, taki głęboki, ehhhh… można wyliczać bez końca. No co ja kuźwa poradzę, że strasznie lubię te mocarne piwka?
Dobra, do rzeczy. Dziś na wokandzie ląduje drugi już ‘bałtyk’ z Bytowa, będący kooperacją z Browarem Rockmill, gdzie jak wiadomo za mieszanie w garach odpowiedzialny jest nie byle kto, bo sam Andrzej Miler (nie mylić z Leszkiem Millerem). Ten drugi porter oznaczony jest literką „o”. Na pierwszym było „p”.  Łącznie tych porterków będzie, aż sześć, a całość ułoży się oczywiście w słowo „Porter”. Mało tego, wszystkie będą imperialnymi porterami! Nieźle to wykombinowali, zwłaszcza że każdy z nich będzie inny! :D
W wersji drugiej piwo bazowe zostało okraszone kawą oraz solą… Sól w ciemnym piwie, to oczywiście nie żadna nowinka, ale i tak oklaski się należą. Choćby za odwagę, za pomysłowość, za miłość do ‘piwowarskiego skarbu Polski’! Hip, hip, hurra! ;p


Otwieram i przelewam, cykam słit focie. Piwko w Hamburgu jest czarne jak statystyczna mieszkanka Zimbabwe tuż po wyjściu w solarium. Jedynie w tym cycku, znaczy się w przewężeniu jest ciemno brązowe. Piana bardzo wysoka, beżowa, średnio pęcherzykowa, dość szybko się dziurawi. Nie jest zbytnio trwała niestety…
Smakujemy. Uuuu… no jest kawa. Fest kawusia. Bardzo wyrazista, ale wśród kaw nie jakaś strasznie tęga. Nie znam się na kawach, ale obstawiam, że smakuje to jak jakieś latte macchiatto. Kawa z mlekiem i puszystą pianką – naprawdę takie mam wrażenie. Mleczna laktoza, aż mi nosem wyłazi ;) Całość ma niezmiernie miękką fakturę, gładką, aksamitną (płatki owsiane zrobiły co trzeba). Palonych słodów nie ma zbyt wiele, jest za to sporo mlecznej czekolady, a także nieco kakao, karmelu, ciemnego pieczywa i słodkawych pralinek. W tle majaczą dobrze wypieczone ciasteczka, chyba też andruty. Generalnie słodko to smakuje. Goryczka jest naprawdę znikoma. A co z solą spytacie? Mhmm… słuszne pytanie. Sól występuje tutaj wg mnie w ilościach czysto homeopatycznych. Coś tam majaczy krótko po wzięciu piwa do ust, ale bardzo szybko to znika, zostawiając taki subtelny, mineralny cień na języku. That’s all. Troszkę się na tej soli zawiodłem, ale całość i tak smakuje dobrze.

sobota, 25 marca 2017

PALE ALE z NEPOMUCENA



Pora wrzucić na ruszt coś lekkiego, coś chmielowego, coś sesyjnego. Apkę jakąś, w końcu wiosna przyszła. Wiosna wiosną, ale ciężkich kalibrów też mi jeszcze sporo zostało i nie zamierzam ich odkładać do zimy. Stopniowo będą i one pojawiać się na blogu. Nie mam zboczenia odnośnie zależności aury do degustowanych napitków, bo w życiu trza pić to, na ma się akurat ochotę! :)
Rzeczone piwko to jak już mówiłem APA chmielona australijskimi lupulinami. Ciekawym jest to, że mamy tu serię piw (Around The World Edition) różniących się tylko chmieleniem. Mnie trafiła się wersja australijska. Etykieta jak to u Nepomucena szału nie robi, ale jest czytelna i bardzo przejrzysta. Karny kutas natomiast należy się za brak pełnego składu! Nie ma nawet podanych chmieli, które to przecież mają być wyróżnikiem całej serii tych piw.


Piwko w szkle wygląda apetycznie. Jest ciemno złote i bardzo klarowne, choć oczywiście osad z dna został w butelce. Pianka też fajniutka – biała jak świeży śnieżek, bardzo obfita, średnio ziarnista, no i trwała. Opada naprawdę wolno, cudownie brudząc przy tym szkło. No klasyka pełną gębą.
Biorę łyczka i smakuję. Niskie wysycenie, niskie ciało, gładka faktura. Jakoś wyjątkowo to, to nie smakuje. Powiedziałbym raczej, że poprawnie. Podstawą jest biszkoptowo-ciasteczkowa słodowość. W dalszej kolejności na scenę wjeżdżają owoce tropikalne (mango, marakuja, odrobina liczi) i garść cytrusów, głównie skórki z limonki i grejpfruta. Całość spięta jest lekko żywiczno-sosnowym muśnięciem i polana dla kontrastu kapką słodkawego karmelu. Oczywiście piwo słodkawe nie jest ani przez chwilę, bo na posterunku czuwa bardzo sympatyczna goryczka. Nie jest jakoś szalenie mocna, ale i nie musi  być, bo to przecież APA, a nie żadna Ultra DIPA. Ziołowo-grejpfrutowa goryczka jest krótka, szlachetna i gładka. Naprawdę robi co do niej należy. Nieźle to smakuje. Można wypić do grilla, do kiełby, czy innej karkówy. 

środa, 22 marca 2017

MOJA PIWNICZKA: 4-LETNI GRAND IMPERIAL PORTER



Jak obiecywałem, tak zrobiłem. Nie ma srania po krzokach. U mnie słowo drożdże od piniendzy. Przed Wami kolejny wpis z serii Moja Piwniczka. Niestety w tym sezonie już ostatni. Dla mniej rozgarniętych oraz nowych czytelników info: Moja Piwniczka to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (głównie porterów bałtyckich i RISów), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.
Jak widzicie, dziś na tapecie klasyk od Ambera – niezwykle popularny ‘bałtyk’, dość szeroko dostępny i przede wszystkim tani, a przy okazji jest jednym z moich ulubionych. Piłem go wiele, wiele razy. Z pewnością mam za mało palców, by to zliczyć (nawet mimo tego dodatkowego ;) ). Jest to jeden z tych słodszych porterków, co to nie każdemu podchodzą. Ja jednak lubię takie wersje, o czym świadczy szalenie wysoka nota świeżej wersji. Strasznie jestem ciekaw jak to piwo zmieniło się po tych czterech latach pobytu w odmętach mojej chłodnej i ciemnej piwnicy?

Producent
Browar Amber
Termin ważności
19.07.2013
Wiek (miesiące)
50
Zawartość alkoholu (%)
8
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Wiecie co? Chromolić wygląd! Piwko naprawdę wygląda apetycznie, a zwłaszcza ta beżowa pianka, ale nie zamierzam Wam tu dzisiaj przynudzać. To nie debata sejmowa. Będą tylko konkrety ;)


Czteroletni Grand Imperial Porter smakuje bardzo dobrze. Ciało jest okej, ani go nie przybyło, ani ubyło, bo niby jak? Wciąż jest słodko, deserowo, czekoladowo. Są też pralinki, przyjemny karmel, toffi, suszone owoce, ciemne razowe pieczywo, lekko palone słody oraz sporo melasy i cukru brązowego. Rolę tła pełni lekka kawa zbożowa, podszyta subtelnym muśnięciem lukrecji i tostów. Całość bogata, niebywale ułożona, wymuskana, gładziutka jak pupa niemowlęcia. Alkohol zupełnie się rozpłynął, chociaż z drugiej strony przecież Grand nigdy nie słynął z alkoholowości. Kawowa goryczka jest lekka i zupełnie nieinwazyjna. Naprawdę świetnie to smakuje, choć wciąż bardzo podobnie jak świeża wersja. W ciemno chyba bym nie zgadł, że to piwo ma ponad cztery lata.

poniedziałek, 20 marca 2017

BACCHUS z OLIMPU



Pamiętacie Hadesa z Olimpu? Jeden z pierwszych polskich RISów (chyba drugi dokładnie). Ach… kiedy to było? Nie tak strasznie dawno, a jednocześnie wcale nie tak niedawno. W polskim, szybko rozwijającym się krafcie jeden rok to olbrzymi postęp, wielki krok milowy.
Ostatnio zauważyłem, że mocno zaniedbałem Olimpa. Ten browar znaczy się. I wcale nie chodzi tu o zmianę miejsca warzenia, czy wreszcie samego piwowara. Zawsze darzyłem Olimp szacunkiem i będę darzył. Dobre piwa robiom :) Tak więc dziś nadrabiam ułamek procenta moich zaległości. Pora ponownie zajrzeć na „górę Bogów”….
Kurwa wysoko tu! Widzę jakiegoś brodatego gościa z długimi włosami, poprzeplatanymi gałązkami winorośli. Niezły z niego freak ;p To pewnie ten….no… Bóg wina – Bachus, Bacchus, czy jak mu tam było… Właśnie popija coś w kuflu. Ten to ma zawód marzenie skubaniec jeden! Skubnę mu jedną buteleczkę tegoż trunku i czmycham z powrotem na ziemię. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Moim łupem okazał się Wine RIS – miks piwa i wina, a ściślej mówiąc moszczu winogron! Cholernie ciekawy pomysł! Mówiłem, że to skubaniec ;)


Dobra, smakujemy. Piwo jest przyjemnie gładkie, śliskie i naprawdę gęste… No syropik jakiś przypomina normalnie. 25° Plato nie w kij dmuchał! Wysycenie niskie, czyli prawidłowe. Strasznie mi to zalepia buzię. Mnóstwo tu słodko-gorzkiej czekolady, nie mało pralinek i przepysznego kakao. Na drugim planie egzystuje lekka kawusia o umiarkowanej mocy i raczej bez śmietanki. Wtóruje jej subtelny karmel oraz pieczywo razowe. Ciemnych słodów także tu nie brakuje, ale samej paloności nie jest jakoś strasznie dużo. Głęboko w tle czuć niewielkie ilości suszonych owoców, chmielu i soku z winogron, który wnosi taką fajną świeżość. Strasznie to pasuje do RISowego charakteru. Goryczka jest niezbyt mocna, ale wystarczająca. Strasznie przyjemna, krótka i szlachetna, kawowo-czekoladowa. Alkohol chyba gdzieś spierdzielił, bo naprawdę go nie czuję. W życiu bym nie powiedział, że jest tu aż 9,5%! Cholernie smaczne piwo. Ułożone jak ta lala. I like it! :D
Teraz rzut oka na wygląd. Piwo jest prawilnie czarne, nieprzejrzyste. Piana niebywale wysoka, drobna, puszysta i diabelnie trwała. Nosi ładne ciemno beżowe wdzianko. Jednym słowem - gra gitara.

sobota, 18 marca 2017

DWA PORTERY Z BROWARU STAROPOLSKIEGO - Czy ktoś tu przypadkiem nie robi nas w bambuko?



Jest sprawa. Muszę przeprowadzić małe śledztwo, bo nie daje mi to spokoju.
Browar Staropolski po wielu „namowach” ze strony klientów wypuścił w końcu portera bałtyckiego. Jak się szybko okazało, to tak naprawdę poczęstował ‘lud pracujący’ aż dwoma porterami! Jeden jest lany do butli z krachlą i nosi zwyczajną nazwę „Porter Bałtycki”, a drugi to „Porter 180”. Na etykietach obydwu napisane jest, że „piwo leżakowało w piwnicach browaru przez 180 dni”. Więc ja się pytam: po jaką cholerę browar w jednym czasie miałby wypuszczać dwa portery bałtyckiego?! Od razu wydało mi się to podejrzane, zwłaszcza że piwa mają bardzo podobne parametry! Ekstrakt jest identyczny, a różnica polega wyłącznie na zawartości alkoholu i wynosi ona jedyne 0,5%. Czyli tyle co nic, bo jak powszechnie wiadomo w tak mocnych piwach faktyczna zawartość alkoholu może różnić się od wartości podanej na etykiecie, aż o jeden procent! Tak więc bez problemu może to być to samo piwo. Czyżbyśmy więc mieli tu do czynienia z popularnym w niektórych kręgach przeklejaniem etykiet? Czy możliwe jest, aby w środku tych różnych butelek była ta sama zawartość? Takie coś można zaobserwować np. porterach z Witnicy i w Krajanie. Co ciekawe, skład niby identyczny nie jest (choć też bardzo podobny) i w sumie jest to jedyne zaprzeczenie mojej spiskowej teorii. 


Zrobię tak. Wezmę te dwa piwa i zrobię sobie analizę porównawczą. Ale kurwa nie uwierzycie, co spostrzegłem – obydwa egzemplarze mają tą samą datę ważności!!! Identyczną! Zakładając nawet, że to są różne piwa, czy jest możliwe, aby były one rozlewane w tym samym dniu? Pewnie jest, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że pół tanka rozlali do jednej butelki, a później podstawili drugą…
Dobra, koniec tego teoretyzowania. Sprawdźmy to. Może nie mam racji, a wszystko sobie uroiłem?
Gdy tylko przelałem te dwa porterki do szkieł w pokoju rozszedł się iście cudowny zapaszek. Mhmmm.. takie coś to ja rozumiem. No, ale najsampierw kwestia wyglądu. Obydwa piwa mają te samą niemal czarną barwę z niewielkimi burgundowymi przebłyskami, ale widocznymi tylko pod ostre światło. Piana również taka sama. Beżowa, drobna, umiarkowanie trwała i niezwykle apetyczna. W jednym snifterze jest co prawda ciut wyższa, ale to pewnie kwestia nalewania (widocznie jedno piwo trzymałem nieco wyżej).
Piwa maj rok przydatności do spożycia. Rozlew był w sierpniu zeszłego roku, więc mamy tu już dość wyleżakowane egzemplarze (trzeba też pamiętać o półrocznym dojrzewaniu w browarze). I w rzeczy samej czuć to w smaku. Nie będę Wam tu jednak ściemniał – ja już znam werdykt. Powąchałem, posmakowałem i jestem już pewny – to jedno i to samo piwo!!! Miałem kuźwa rację! Instynkt piwnego odkrywcy mnie nie zawiódł. Nie wiem, czy się smucić, czy cieszyć, że odkryłem ten spisek, ale faktem jest, że Browar Staropolski leci w kulki. Robi nas w przysłowiowego konia, ale najgorsze jest to, że nie mam pojęcia dlaczego? Co mu to daje? Po kiego grzyba bawić się w tę grę? Przecież jeden porter by w zupełności wystarczył. Chyba, że tu chodzi o zagrywkę cenową? W sumie to nie wiem, ile kosztuje ten Porter 180, bo w zasadzie, to dostałem go za friko. Zakładam, że ten z krachlą jest droższy (ja płaciłem za niego ponad 9zł), bo oczywiście sama butelka jest dużo droższa…

środa, 15 marca 2017

PO GODZINACH - BARLEY WINE z AMBERA



Wiecie co? Dawno nie piłem żadnego barli łajna, a przecież bardzo lubię ten styl. Zwłaszcza jak jest dobrze wykonany. Naprawdę piwo takie potrafi pozytywnie zaskoczyć, a przy okazji porządnie sczochrać beret ;)
Kilka tygodni temu Browar Amber szeroko otworzył usta wszystkim birgikom, serwując kolejny trunek z serii Po Godzinach – rzeczone Barley Wine o bardzo prawilnych cyferkach (22°Plato i 10% alko). No, wino jęczmienne pełną gębą można rzec. Chmielone po polsku i hamerykańsku. Nic, tylko klaskać z zachwytu.
Niestety piwosze niezbyt chcą klaskać po konsumpcji tegoż napitku, zarzucając mu nadmierną alkoholowość i ogólnie nieułożony charakter. Nie wiem jeszcze, czy mówią prawdę, ale za chwilę się o tym przekonam. Czek dis ałt!


Piwo w szkle prezentuje się naprawdę cudnie. Piękna, klarowna, miedziana barwa pod światło mieni się równie pięknymi rubinowymi refleksami. Całość wieńczy ładna i obfita piana, średnio pęcherzykowa. Długo cieszy zmysł wzroku, do tego nieźle oblepia ścianki.
Przejdźmy jednak do meritum. Piwo jest nisko wysycone, przeciętnie pełne w smaku. Nie jest też tak gęste i lepkie, jak sugerowałby nam to spory przecież ekstrakt. Z drugiej strony po parametrach widać, że ciecz została głęboko odfermentowana, więc mamy już winowajcę. Całość ma półwytrawny charakter i na pewno nie można powiedzieć, że piwo jest słodkie. Mamy tu bardzo dużo opiekanych i słodowych klimatów, różnej maści ciastka i ciasteczka. Tuż za nimi podąża trochę karmelu, opiekanej skórki chleba oraz tostów. Suszone owoce są chyba bardziej w domyśle, niż w stanie faktycznym. Daleko w głębi natomiast czuć niewielki powiew chmielowych akcentów, może nawet są tam jakieś zioła. Co oczywiście ma swoje odzwierciedlenie w całkiem zgrabnej i przyjemnej goryczce. Jej poziom jest niewielka, ale akurat w tym wypadku w zupełności wystarcza. A co z alkoholem? Panie i Panowie, coś tam z lekka smyra podniebienie, ale do krasnej jędzy nie można powiedzieć, że to piwo jest nazbyt alkoholowe! 10 voltów, to całkiem dużo, więc nie może być tak, że alko schowa się jak w Harnasiu. Poważnie etanol jest na stosunkowo niskim i na pewno akceptowalnym poziomie. Nie zmienia to jednak faktu, iż piwo nie oferuje zbyt wiele wrażeń i po prostu jest poniekąd jednowymiarowe.

niedziela, 12 marca 2017

2028 SPACE ODYSSEY z RADUGI



Wiecie co? Walić schematy! Miałem jak zwykle napisać przykrótki wstęp do piwa zanim go wypiję, ale dzisiaj olałem ten układ. Wszystko przez to piwo – 2028 Space Odyssey od Radugi. RIS, który urywa wszystko. Nawet to, co każdy facet nosi w spodniach. Mi urwało, to i Wam też urwie. Wierzcie mi.
Jest to już trzecie podejście Radugi do tematu ruskiego stałtu. Z każdym razem zwiększała się moc piwa oraz ekstrakt. No, ale jakimi cyferkami rządzi się mój dzisiejszy gość to przechodzi niemal ludzkie pojęcie: potężne ciało 28°Blg, do tego aż 12,5% alko! Czapki z głów, klękajcie narody, idźcie na Jasną Górę i módlcie się o takie krafty.
Ależ to piwo jest gęste, jakie lepkie, a zarazem gładkie. Chyba bliżej mu do oleju silnikowego niż do typowego piwa. Czarne jak Twój najczarniejszy koszmar. Okryte drobną, brązową pianą, która może nie jest strasznie wysoka, ale ładnie oblepia ścianki. Pianka jest średnio trwała, ale mam to gdzieś, bo piwo robi robotę czymś innym.


Robi nam dobrze w buzi, robi nam dobrze w nosie, a także w przełyku i żołądku. Gęsta, nieomal zawiesista ciecz to swoista euforia zmysłów. Mocna, tęga kawa zdaje się rozdawać tutaj karty. Nie ma mowy o żadnej śmietance, mleczku, czy cukrze. Kawa jest fest palona, świeża i z pewnością nie bierze jeńców. Tuż za nią podąża prawdziwa gorzka czekolada, taka za dwie dyszki co najmniej. Wedel może o takiej jedynie pomarzyć. Prócz tego nie brakuje tu porządnie palonych słodów, spalenizny i popiołu. Szalenie palone piwo! Szalenie czarne piwo. W posmaku na wierzch wychodzą nawet nieśmiałe akcenty smoły. W tle natomiast chowają się niuanse gorzkiego kakao, suszonych owoców, przypalonego karmelu, chmielu oraz ziół. W to wszystko swoje macki wkłada potężna goryczka o fajnym ziołowo-palonym profilu. Gorycz porządnie gnębi moje kubki smakowe, ale co ważne – wcale długo nie zalega. Powiedziałbym wręcz, że goryczka jest nieźle ułożona. Co w sumie może i nie dziwota, bo piwo leżakowało sobie w browarze aż 10 miesięcy! Z alkoholem jest podobnie. Oczywiście czuć, że coś Cię tam smyra w gardełku, może nawet lekko piecze, ale przy takim woltażu to chyba nie dziwota. Generalnie jak dla mnie alko przyjemnie rozgrzewa i jego intensywność jest jak najbardziej zasadna. Mówiąc inaczej etanol jest w miarę ułożony i mi bynajmniej jakoś strasznie nie przeszkadza.
Dodatkowego klimatu dodaje tutaj świetna moim zdaniem etykieta. Pasuje do tego piwa jak gumowa rękawiczka do dłoni chirurga. Naprawdę świetna robota :) Od razu wiadomo, że w środku czai się coś niezwykłego.

piątek, 10 marca 2017

XIV DEGUSTACJA PIW - RUSSIAN IMPERIAL STOUT



Stosunkowo niewiele czasu minęło od ostatniej Degustacji Porterów Bałtyckich, a Częstochowski Krąg Lokalny Bractwa Piwnego testuje kolejny styl piwa – Russian Imperial Stout! Chyba nikomu nie muszę przedstawiać z czym mamy tutaj do czynienia. Jest to bodajże najbardziej charakterny i najbardziej pożądany przez każdego beer geeka styla piwa na świecie ;) We wszystkich statystykach i zestawieniach na najlepsze piwa globu największą reprezentacją cieszą się właśnie RISy. Bardzo mocne, tęgie, złożone, pełne w smaku, ekstraktywne, palone, esencjonalne, czarne i gęste jak smoła – nie sposób użyć tutaj wszystkich przymiotników opisujących te, jakże arcyciekawe trunki.


Russian Imperial Stout

Na początek trochę historii RISa, a jest ona bezpośrednio powiązana z porterem bałtyckim. Początków tegoż napitku należy szukać w Anglii. To właśnie tam na początku XVIII wieku powstały dość mocne, ciemne i palone piwa zwane porterami. Słowo porter oznacza tragarza, pracującego w porcie przy rozładunku i załadunku statków. To właśnie początkowo wśród tego typu robotników piwo to stało się niezwykle popularne. Stąd też wzięła się jego nazwa. Po pewnym czasie zaczęto warzyć jego mocniejszą wersję – Stout Porter, czyli tłumacząc na polski "mocny, tęgi porter", który pod koniec XVIII wieku cieszył się dużą popularnością nie tylko w Anglii, lecz także w Sankt Petersburgu na dworze carskim, gdzie sprowadziła go caryca Katarzyna Wielka. Niewiele później piwo to zyskało także uznanie wśród mieszczaństwa i tak właśnie narodził się protoplasta dzisiejszego RISa. Oczywiście dość szybko skończył się import tego piwa do Rosji, ale w Anglii nigdy do końca o nim nie zapomniano. Czego dowodem niech będą anglosascy imigranci, który swego czasu osiedlili się po drugiej stronie oceanu. To właśnie za sprawą ich potomków pod koniec XX wieku, w dobie istniejącej już w Stanach piwnej rewolucji, styl ten ponownie się odrodził, a stamtąd rozpanoszył się do innych krajów, chcących nadążać na najnowszymi piwnymi trendami.
Obecnie interpretacja tego stylu jest bardzo szeroka, ograniczona jedynie kreatywnością piwowara, ale dzieli się na dwa główne podejścia – wersje amerykańskie mają mocniejszą goryczkę, wyraźnie palony charakter, jak również są bardziej chmielone. Angielskie odmiany natomiast posiadają bardziej kompleksowy charakter słodów specjalnych oraz bardziej estrowy profil.



Parametry wg BJCP:
 - ekstrakt początkowy 18,2-27% (choć w praktyce nie ma górnej granicy)
 - alkohol objętościowo 8-12%
 - goryczka 50-90 IBU

Aromat
Bogaty i kompleksowy wraz z różnym poziomem aromatów: palonego zboża, słodowości, estrów owocowych, chmielu oraz alkoholu. Aromaty palonego słodu mogą nabrać nut kawowych, gorzkiej czekolady albo delikatnej spalenizny. Aromaty te mogą być na poziomach od lekkich do umiarkowanie mocnych. Aromat słodowy może opcjonalnie nabrać nut słodów specjalnych na przykład karmelowych, ale powinny one nadać kompleksowości aromatu, a nie zdominować go. Estry owocowe (suszone śliwki, rodzynki) mogą być od niskich po umiarkowanie mocne. Aromat chmielowy może być na poziomie od bardzo niskiego po agresywny, przy czym akcenty te mogą pochodzić od różnych odmian chmielu. Klimaty alkoholowe mogą być obecne, ale nie powinny być ostre, gorące albo „rozpuszczalnikowe”. Dojrzałe wersje mogą zawierać delikatne posmaki winne, albo porto, ale nie powinny one być zbyt kwaśne. Balans słodowo-chmielowy może być różny, zawierać może każdy z elementów aromatu, pod warunkiem że będą one wyśrodkowane. Nie wszystkie opisane aromaty muszą występować, każda interpretacja stylu jest dopuszczalna.

Barwa
Przedział kolorystyczny może być od bardzo ciemnego czerwonobrązowego, do totalnie czarnego. Piwo powinno być nieprzezroczyste.

Piana
Jej barwa może być od żółtobrązowego do ciemnobrązowego koloru. Najczęściej piana jest gęsta, ale trwałość piany może być od słabej po umiarkowaną.

Smak
Bogaty, głęboki i kompleksowy. Często bardzo intensywny wraz z różnym natężeniem smaków palonych słodów, zboża palonego, słodowości, estrów owocowych, goryczki albo smaku chmielowego różnych odmian chmielu. Całość może sugerować posmaki ciemnej gorzkiej czekolady, kakao, albo mocnej kawy. W piwie winny być ewidentne posmaki palonego zboża, palonych rodzynek i smoły. Poziom estrów owocowych może być od niskiego do intensywnego i może przyjąć cechy ciemnych owoców (śliwek, śliwek suszonych i rodzynek). Opcjonalnie mogą wystąpić wspierające posmaki karmelowe, prażone oraz chlebowe. Moc alkoholowa powinna być dobrze wyczuwalna, ale nie powinna być gorąca, ostra, czy rozpuszczalnikowa. Smak na podniebieniu i finisz mogą być różne od relatywnie wytrawnych do umiarkowanie słodkich, wraz z utrzymującym się posmakiem, goryczką oraz rozgrzewającym ciepłem.

Goryczka
Jest wyraźna do bardzo intensywnej. Może być chmielowa, alkoholowa jak i palona. Ze względu na zazwyczaj znaczą słodycz nie jest odczuwalna jako strasznie intensywna. Nie mniej jednak powinna być większa niż w porterach bałtyckich.

Odczucie w ustach
Piwo jest bardzo pełne w smaku, treściwe w odbiorze, nie powinno być jednak bardzo mocno odfermentowane albo syropowate. Wysycenie może być od słabego do umiarkowanego. Zauważalne jest delikatne i łagodne rozgrzewanie wynikające ze znacznej zawartości alkoholu.




W naszej Degustacji wzięło udział 10 różnych RISów. Oczywiście to tylko niewielki procent tego, co pojawiło się na rynku w tym temacie, a zwłaszcza mam tu na myśli ostatnie kilka miesięcy, kiedy to browary wprost zalewały nas imperialnymi Stoutami. Osobiście chciałem, żeby walka o najlepsze piwo wieczoru rozgrywała się w jak największym gronie, ale ze względu na splot różnych okoliczności do testu nie stawiło się wiele ostatnich nowości. A szkoda, bo wtedy wyglądałoby to jeszcze ciekawiej. No cóż, wyszło jak wyszło. Czasu się już nie cofnie.

środa, 8 marca 2017

MILK STOUT z BROWARU JAN OLBRACHT



Są na tym świecie piwa różne. Są sztosy, są padaki i cała masa średniaków, co ani nas nie ziębią, ani grzeją. Nie dostarczają pijącemu żadnych emocji, a ich obecność na półce w sklepie kwitujemy jedynie bezwładnym wzruszeniem ramion. Ale dzisiaj nie będzie o średniakach. Będzie o tym lepsiejszych trunkach, a konkretnie o jednym.
Milk Stout z Browaru Jan Olbracht. Od tego Olbrachta z Piotrkowa oczywiście, tego od Kuźni Piwowarów. Mój dzisiejszy gość to zwycięskie piwo rzeczonej kategorii w II (czyli zeszłorocznej) edycji Kuźni Piwowarów. Jego recepturę stworzył Michał Białozór – gratki dla tego pana. Widać, że chłop ma łeb na karku. Strasznie to piwo chwalo w internetach. Nie jest to oczywiście żadna nowość, bo jego premiera była w zeszłym roku, w dodatku było to przedostatnie piwo z Kuźni 2016. No, ale nie ważne. Ważne jest to, że ów specjał tak pozamiatał konkurentów, że został zwycięzcą całej zeszłorocznej edycji!!! Czemu to piwo jest tak wyjątkowe? Zacznijmy od teorii, bowiem już czytając skład można nabawić się sporych rozmiarów ślinotoku. Prócz standardowej dla mlecznych Stoutów laktozy mamy tu jeszcze prażone płatki owsiane oraz jęczmienne, kawę espresso, wiórki kokosowe, a jakby komuś jeszcze było mało wrażeń, to Michał dorzucił tu także wanilię! Niezły z niego wirtuoz ;)


Zazwyczaj chwalę piwa w kwestii wizualnej, tym razem jednak będzie odwrotnie. Piwo jest czarne jak wnętrze grobowca Tutanchamona, ale niestety jest problem z pianą. To znaczy, tuż po przelaniu wcale nie było jej tak mało, ale to co działo się później można chyba porównać do tego jak zachowuje się cola tuż po nalaniu. Beżowy kożuszek natychmiastowo się dziurawił i znikał szybciej niż tegoroczne Imperium Prunum z półek sklepowych.
Pal licho wygląd, ważne jest jak to cudeńko smakuje. A smakuje naprawdę wybornie. Piwo jest bardzo gładkie, aksamitne, wręcz trochę śliskie. Wysycenie praktycznie żadne, znamy zatem już winowajcę znikającej piany. Jest słodko, ale bez żadnych przesadyzmów. Są ciemne, lekko palone słody, jest wyczuwalne espresso, jest także nieco wanilii i karmelu w posmaku. Naprawdę mi to podchodzi. Pojawia się też taka przyjemna kremowość i charakterystyczna mleczność – oczywiście laktoza daje o sobie znać :) No, a co z tymi wiórkami? Kurde bele zaryzykuję chyba stwierdzenie, że ja ich tu nie wyczuwam, a szkoda, bo bardzo lubię kokosowe klimaty. Tłem za to suną lekkie nuty prażonego jęczmienia i opiekanego pieczywa. Goryczka bardzo znikoma, ale chyba mieści się w widełkach stylu. Generalnie bardzo grzeczne jest to piwko i bardzo smaczne. Ułożone i taktowne niczym alumn pierwszego roku Seminarium Duchownego ;p

wtorek, 7 marca 2017

BREAK z NEPOMUCENA



Dobra. Przerywamy na moment serię tęgich mocarzy, by sięgnąć po coś zgoła odmiennego. Po ikonę piwnej rewolucji, po coś nowofalowego, rześkiego i goryczkowego. W sam raz na obecną pogodę, bo jak widać wiosna idzie, wiosna! :)
Wybór padł na jedno z piwek od Nepomucena – Break w stylu Oatmeal IPA. Nie mam pojęcia, czy jest to jakaś nowość, czy piwo ze starej oferty. Zresztą to nie jest ważne. Ważne jest to, że w moich stronach bardzo cienko z napitkami ze Szkaradowa. Stąd na blogu jest to dopiero drugie piwo od „Jacka Domagalskiego i spółki”. Dacie wiarę?! A tak w ogóle to nie miałbym tego napitku, gdyby nie mój serdeczny kolega Paweł z Krotoszyna (dzięki Paweł).
Oatmeal IPA to dość rzadko stosowany zabieg w tym stylu, polegający na wrzuceniu do standardowej ipy płatków owsianych w celu nadania piwu gładkości. Czyli chodzi o to samo, co w czarnych Stoutach owsianych, tyle że tu mamy jasne piwo…


Może na wstępie słowo o strefie wizualnej. Etykiety z Nepomucena są spójne, schludne i konsekwentne, co zawsze bardzo doceniam. Dosyć mi się podobają, choć widać gołym okiem, że nie jest to żaden szczyt wyobraźni grafika. Na kontrze mamy sporo informacji, ale dziwi mnie brak pełnego składu (nie ma nawet podanych odmian chmielu!).
Jedziem z koksem. Smakujemy. Wysokie, drobne i lekko szczypiące wysycenie, niebywała rześkość i ta owocowa świeżość… Tak, to jest to! Cholernie smaczne piwo. Strasznie pijalne, bogate, świetnie zbalansowane. Pełno tu owoców tropikalnych – mango, liczi, marakuja, papaja, jest tego sporo. Do tego dochodzi solidna porcja grejpfruta, limonki i gorzkiej pomarańczy. Owoce rządzą tu i dzielą. Na drugim planie egzystuje lekka słodowość typu herbatników i świeżego pieczywa. Tuż za nią podąża odrobina słodkawego karmelu, płynna żywica i inne akcenty leśne. No i ta grejpfrutowo-ziołowa goryczka – mocna, wyraźna, ale dość krótka, szlachetna i niespotykanie przyjemna. Genialnie równoważny słodową podbudowę. Całość gładka, miękka i zaokrąglona. Płatki zrobiły robotę :) Piwo znika w zastraszającym tempie!
Złociste piwo nalało się z obfitą czapą drobnej i puszystej piany. Niestety piana dość szybko się dziurawi, tworzą się duże pęcherze i wolne przestrzenie. Nie mniej jednak mija sporo czasu zanim całkiem zniknie.

niedziela, 5 marca 2017

SERUM VERITATE z FABRYKI PIWA



„Sztosy, sztosy, sztosy… przetrzebiacie trzosy…”. No kuźwa jest hicior, jest. Bartek z Łukaszem dają radę ;) Od połowy stycznia nie milkną kolejne afery sztosowe. Dziś już pięć dyszek za polskie piwo żadnego birkiga nie dziwi, choć jeszcze dwa lata temu zapewne byłbym bliski zawału. A wczoraj np. wchodzę do sklepu, patrzę, a tam Samiec Alfa w cenie trzycyfrowej! Moja reakcja? Wzruszenie ramionami oraz zapakowanie do siatki kilku (5-6) innych sztosów w zdecydowanie bardziej rozsądnej cenie, choć wciąż nie małej. Rachunek wyszedł podobnie, ale miast jednego napitku mam tyle co w nawiasie :)
Dobra, przejdźmy do meritum. Dziś na blogu nowinka z Fabryki Piwa (jeszcze cieplutka). Chłopaki długo milczeli. Jakieś pół roku snuli plany, przymierzali się, rozkminiali, aż w końcu huknęli jak z armaty. Wypuścili RISa! :D Przyklasnąłem z aprobatą, choć oczywiście RISów ci u nas dostatek. Jednak to nie jest taki zwyczajny ruski Stout. Serum Veritate został przeleżakowany z pewną roślinką o nazwie przytulia wonna. W polskim piwowarstwie jeszcze nikt tego nie stosował. Zielarzem żadnym, czy innym szamanem nie jestem, stąd wiadoma rzecz, że nie mam bladego pojęcia jak to zielsko pachnie, czy smakuje. Mam wrażenie, że nie ja jeden…


Browar w tym przypadku zdecydował się zastosować małą butelkę (rozsądnie) oraz całkowicie inną szatę graficzną, niż używane do tej pory tak charakterystyczne, białe papierowe etykiety z różnymi dziwnymi obrazkami. Oczywiście malowana butelka, to nie to samo, co eleganckie kartonowe pudełko i lak na kapslu, ale i tak zwiastuje nam coś lepszego niż dostajemy w standardzie.
Otwieram i przelewam. Piwo w szkle wygląda genialnie! Ciecz jest czarna jak smoła, ale tak naprawdę to ta śliczna beżowa pianka robi tutaj robotę. Jest tak cholernie drobna i zbita, że aż mi słów brakuje! Zupełnie jakby ją potraktowano azotem. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Rzecz jasna pierzynka jest trwała jak Mercedesy ze swoich najlepszych lat. Panie, a jak to pięknie krążkuje. No naprawdę cudo :D
Nie mogę się doczekać tej przytulii, więc biorę do dzioba. Jest duża gęstość, jest gładkość, aksamit, jest olbrzymia pełnia. Bardzo bogate i złożone piwo. Strasznie czekoladowe, z wyraźną dozą małej czarnej z ekspresu. Czekolada deserowa przyjemnie rozpływa się w ustach, dając wrażenie sączenia czekolady na gorąco. Dalej mamy fajne kakaowe sznyty poprzecinane umiarkowanie palonym słodem z lekką nutką popiołu i spalenizny. Piękna sprawa. Przez tło cały czas przewija się jakaś dziwna ziołowa naleciałość i stawiam kamienie przeciwko orzechom, że jest to ta przytulia wonna. Dziwnie i niespotykanie ona smakuje, ale naprawdę strasznie pasuje mi to do charakteru tegoż RISa. Co ważne, dodatku tego wcale nie trzeba się doszukiwać, on po prostu jest i czeka na nas. Genialnie! Ale to jeszcze nie koniec wrażeń – stawkę zamyka okropelnie przyjemna nutka suszonych owoców ze śliwką węgierką i rodzynkami na czele. Finisz jest delikatnie wytrawny, lekko palony z odpowiednio zaznaczoną goryczką o łagodnym kawowym usposobieniu. Alkohol wyśmienicie ukryty. W zasadzie to nawet zapomniałem, że mam przed sobą ponad 9%.

piątek, 3 marca 2017

55 PORTER BAŁTYCKI WĘDZONY z GOŚCISZEWA



Nie, to nie jest deja vu drodzy czytacze. Nigdy, przenigdy nie oceniam tego samego piwa dwa razy. Mimo łudząco podobnej nazwy mój dzisiejszy gość nigdy nie figurował na łamach blogu Piwa Naszego Powszedniego. O co kaman?
Otóż w maju 2015 roku Browar Gościszewo z okazji 24-lecia istnienia wydał na świat okolicznościowego porterka (55 Porter Bałtycki Wędzony 2015) w pięknym, kartonowym opakowaniu i cudnej „szampańskiej butelce”. Piwo miało 24 ballingi (po jednym na każdy rok działalności) i było horrendalnie drogie jak na „tamte czasy”. Ja piłem je dopiero całkiem niedawno, dając mu sporo czasu na ułożenie, ale zabieg ten niestety chyba okazał się niespecjalnie korzystny dla tegoż akurat napitku.
Natomiast tuż na początku tego roku Browar Gościszewo szeroko otworzył mordki wszystkich birgikom, wypuszczając piwo o bliźniaczo brzmiącej nazwie – 55 Porter Bałtycki Wędzony. Jego nazwa różni się więc tylko brakiem rocznika. Rzeczony trunek to już standardowa półlitrowa butelka idąca w parze z rozsądną ceną. Aha, piwo ma 20°Blg, więc nie jest to już żadna wersja imperialna. Mamy tu po prostu zwykły porter bałtycki, tyle że wędzony. Uwielbia wędzone piwa, więc ślinka ochoczo zwisa mi z pyska ;)


Otwieram i przelewam. Do wyglądu zbytnio doczepić się nie mogę. Piwko w tym szkle wydaje się być czarne, choć pod słońce można doszukać się niewielkich burgundowych refleksów. Piana umiarkowanie wysoka, puszysta, beżowa w barwie o mieszano ziarnistej strukturze. Opada w średnio powolnym tempie. Lacing też niczego sobie.
No, ale jak wiadomo, nie samym wyglądem człowiek żyje. Czas zwilżyć w końcu usta. Oooo, jakiegoś szału to ja tu nie widzę. Mimo to wszystkie podstawowe elementy wydają się być tutaj prawilne – wysycenie niskie, pełnia odpowiednia, niezła gęstość. Dominantą jest czekolada w typie deserowej. Ani nie jest to słodkie, ani jakoś wyraźnie gorzkie. Wspomniana czekolada chwilami przypomina tanie pralinki, co oczywiście musimy wrzucić do pudła z napisem „wady”. Dalej mamy prażone słody, gorzkie kakao, kawę zbożową, nieco karmelu oraz nieśmiałe akcenty lukrecji. Dopiero daleko w tle, tuż nad samym horyzontem majaczy niewyraźna wędzona nuta. Gdy się nie wie czego szukać, to naprawdę można jej nie zauważyć. Nie ukrywam, że spodziewałem się większego powera w tym temacie. Przez cały ten czas towarzyszy nam kawowo-palona goryczka o umiarkowanej mocy, ale nieco mdłym usposobieniu. Nie najgorzej to smakuje, ale naprawdę jestem bardzo daleki od wszelakich piwnych uniesień.

środa, 1 marca 2017

PIWO MIESIĄCA - LUTY 2017




Aby tradycji stało się zadość wraz z początkiem marca muszę podsumować sztosy wypite w zeszłym miesiącu, tj. w lutym. Działo się oczywiście sporo. Przez me gardło przelewały się istne hektolitry porterów bałtyckich oraz RISów. Nie sposób oczywiście nie wspomnieć tutaj o trzech wymrażanych mocarzach…No naprawdę było tego od groma :)

Jednak dość nieoczekiwanie w ziemię wryło mnie piwo, które wcale nie zapowiadało się w roli faworyta. Tym piwem jest Imperialny Nafciarz Dukielski, będący kooperacyjnym dzieckiem Brokreacji i Browaru Dukla, który to tym samym zostaje PIWEM MIESIĄCA – LUTY 2017!!! :D


Z całego serca obu tym browarom gratuluję tak znakomitego dzieła! Dość powiedzieć, że podstawowa wersja tego piwa, czyli Nafciarz Dukielski w zeszłym roku także zgarnął ten zaszczytny tytuł!!! Naprawdę w tych Nafciarzach musi być coś niesamowitego!
Ów Whisky Rye Imperial Brown Porter to szalenie ciekawe piwo. Strasznie wielowątkowe, gęste, totalnie czarne i pełne w smaku. Zadziorne i charakterne do bólu. Jednym słowem torf robi tutaj robotę. Ale co ja będę Wam tu pisał… sami spróbujcie! ;)