środa, 22 marca 2017

MOJA PIWNICZKA: 4-LETNI GRAND IMPERIAL PORTER



Jak obiecywałem, tak zrobiłem. Nie ma srania po krzokach. U mnie słowo drożdże od piniendzy. Przed Wami kolejny wpis z serii Moja Piwniczka. Niestety w tym sezonie już ostatni. Dla mniej rozgarniętych oraz nowych czytelników info: Moja Piwniczka to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (głównie porterów bałtyckich i RISów), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.
Jak widzicie, dziś na tapecie klasyk od Ambera – niezwykle popularny ‘bałtyk’, dość szeroko dostępny i przede wszystkim tani, a przy okazji jest jednym z moich ulubionych. Piłem go wiele, wiele razy. Z pewnością mam za mało palców, by to zliczyć (nawet mimo tego dodatkowego ;) ). Jest to jeden z tych słodszych porterków, co to nie każdemu podchodzą. Ja jednak lubię takie wersje, o czym świadczy szalenie wysoka nota świeżej wersji. Strasznie jestem ciekaw jak to piwo zmieniło się po tych czterech latach pobytu w odmętach mojej chłodnej i ciemnej piwnicy?

Producent
Browar Amber
Termin ważności
19.07.2013
Wiek (miesiące)
50
Zawartość alkoholu (%)
8
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Wiecie co? Chromolić wygląd! Piwko naprawdę wygląda apetycznie, a zwłaszcza ta beżowa pianka, ale nie zamierzam Wam tu dzisiaj przynudzać. To nie debata sejmowa. Będą tylko konkrety ;)


Czteroletni Grand Imperial Porter smakuje bardzo dobrze. Ciało jest okej, ani go nie przybyło, ani ubyło, bo niby jak? Wciąż jest słodko, deserowo, czekoladowo. Są też pralinki, przyjemny karmel, toffi, suszone owoce, ciemne razowe pieczywo, lekko palone słody oraz sporo melasy i cukru brązowego. Rolę tła pełni lekka kawa zbożowa, podszyta subtelnym muśnięciem lukrecji i tostów. Całość bogata, niebywale ułożona, wymuskana, gładziutka jak pupa niemowlęcia. Alkohol zupełnie się rozpłynął, chociaż z drugiej strony przecież Grand nigdy nie słynął z alkoholowości. Kawowa goryczka jest lekka i zupełnie nieinwazyjna. Naprawdę świetnie to smakuje, choć wciąż bardzo podobnie jak świeża wersja. W ciemno chyba bym nie zgadł, że to piwo ma ponad cztery lata.

Czas na małe wąchanko. Zapaszek też niczego sobie. Silny, intensywny i złożony. Śmiało można dawać lajki. Aromat przepełniony jest różnej maści słodkościami. Pełno tu mlecznej czekolady, kakao, pralinek i  tego typu naleciałości (moje dzieciaki byłby zadowolone). Są też przyjemne rodzynki, suszona śliwka, figi i daktyle. Nieco w głębi można doszukać się kawy zbożowej, skórki od chleba, tostów oraz prażonych słodów. A tuż nad horyzontem majaczy odrobina pumperniklu i cukru kandyzowanego. To się dopiero nazywa złożoność. Można wąchać bez końca, takie to fajne!
Piwo -  mimo tylko 18 Ballingów - jest naprawdę pełne w smaku i strasznie treściwe, wręcz słodkie. Nazwijmy to po imieniu, ale tak jak mówiłem mnie #teamslodyczka zbytnio nie przeszkadza w porterkach. Balans oczywiście do najlepszych nie należy, choć w posmaku pozostaje na języku taki niewielki kawowy (a więc i gorzkawy) sznyt. Alko zostało znakomicie skonsumowane przez szmat czasu. Zupełnie nic tutaj nie czuję!
Trunek pije się bardzo szybko. Wchodzi jak złoto ;) Jego wiek objawia się głównie w smaku, bo tak jak mówiłem  - w smaku, aż tak bardzo tego nie czuć.

OCENA: 9/10

Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe artykuły na temat wyleżakowanych piw – już teraz zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>

1 komentarz: