poniedziałek, 31 grudnia 2018

DIRTY FIRTY. Megaciężkie Barley Wine od Birbanta


To jeszcze nie koniec trunków ze świątecznym zacięciem, bowiem mam jeszcze jeden napitek, który bardzo chciałem skosztować, a z Wami podzielić się opinią na jego temat. Przyzwyczaiłem się jak koń do chomąta, że w okolicach grudnia Browar Birbant wypuszcza jakieś mocne piwerko ze świąteczną etykietą. W poprzednich latach były to: P.I.S. & Love, Sheep Szit oraz El Jaguaris. Nie inaczej jest tym razem. Mniejsza już o świąteczny charakter samego piwa, bowiem nie sądzę, aby American Barley Wine zahaczał w jakikolwiek sposób o świąteczne klimaty. Tu bardziej liczy się prześwietna etykieta oraz zapierające dech w piersiach cyferki :D
Moje krzywe jedynki szczerzą się bowiem na widok takich oto parametrów: 30º Blg oraz 12,5% alko! Nie jest to oczywiście żaden rekord świata, czy nawet Polski, ale przyznajcie, że pięknie się patrzy na takie liczby. Niestety z tak srogimi parametrami wiążą się spore nadzieje konsumentów, oczekujących zrywania papy z dachu, czy innych reakcji sztosowych. 


Piwo ładnie się prezentuje. Piana na jeden palec, drobna, zwarta i puszysta. W miarę trwała. Kolor samego trunku to piękna, szklista i prawie klarowna, miedziana barwa, pod światło mieniąca się czerwonym lub jak kto woli rubinowym odcieniem.
Po takim ekstrakcie można spodziewać istnego syropu i tak jest w rzeczywistości. Dirty Firty jest bezczelnie gęsty, likierowy, oleisty, oblepiający. Do tego niesamowicie gładziutki i bardzo śliski w odczuciu. Olej full syntetyk jak się patrzy! Ciała jest tu tyle, że zrobiłby z tego z karton Harnasi ;) Nie ma tu żadnych dodatków, więc nie dziwi potężna słodowa baza. Ciastka, herbatniki, chlebek, biszkopty, takie klimaty. Jest bardzo słodko, choć jeszcze znośnie i bez przeginki. Nieco z boku próbuje nas kąsać chmielowa mieszanka z niewielką dozą słodkich owoców tropikalnych, nasączonych żywicą, kwiatami, ziołami i przypieczonym karmelem. Generalnie całkiem sporo tu opiekanych naleciałości. W to wszystko miesza się naprawdę sporych rozmiarów goryczka. Chmielowo-ziołowa, delikatnie zalegająca, dla żółtodziobów pewnie będzie nieznośna. Jednak mi osobiście większej krzywdy nie wyrządza. W końcu z niejednej warzelni się piwo piło ;) Wysycenie niskie, takie jak trzeba. Alkohol zauważalny, chwilami może nawet nieco piekący, ale nie ma on jakiejś ordynarnej, spirytusowej wymowy. Sumarycznie nie najgorsze piwo, choć spodziewałem się więcej po Birbancie.

sobota, 29 grudnia 2018

Q&A - Wszystko co musisz wiedzieć o Too Young To Be Herod 2018 od Artezana


Wiecie co? Bardzo mi się spodobała poprzednia wersja wpisu o zeszłorocznym Herodzie. W związku z tym postanowiłem temat pociągnąć dalej. To jest post w formie Q&A. Sam sobie zadaję pytania i sam na nie odpowiadam ;)
Q: Coś Ty znowu wymyślił?
A: Nic. Po prostu w kilku zdaniach chcę napisać o tegorocznym Too Young To Be Herod 2018 od Artezana.
Q: Co tym razem zgotował dla nas Artezan?
A: W tym roku sympatyczni ‘Jeże’ uwarzyli Christmas Stout z dodatkiem prażonych ziaren kakaowca. Jednak zamiast obecnej w poprzednich edycjach skórki pomarańczy, mamy tu wędzone śliwki!!!
Q: Wow! No to nam się Artezan w tym roku postarał. Bo chodzą słuchy, że zeszłoroczna edycja tego piwa, mówiąc delikatnie niczym nie zachwycała.
A: Zdecydowanie mogę się pod tym podpisać.


Q: No dobra. To jak smakuje Too Young To Be Herod 2018?
A: Zdecydowanie lepiej niż ten z zeszłego roku. Wręcz zajebiście! Piwo jest bardzo gęste, cholernie gładkie, aksamitne, takie kremowe na podniebieniu. To już chyba bardziej RIS, aniżeli FES.
Q: A co z tą wędzoną śliwką? Co z dodatkami?
A: Panie! Wędzonka huczy, aż miło! W zasadzie można by pomyśleć, że użyto tu wędzonego słodu. A może i użyto? Ciężko stwierdzić, bo nie podano tu pełnego składu.
Q: Coś jeszcze na temat samego smaku?
A: Tak. Mnóstwo tu czekolady deserowej, dymu z ogniska, łagodnej kawy i ciemnych, lekko palonych słodów. Drugi plan to wędzona śliwka, suszone daktyle i rodzynki zatopione w mlecznej czekoladzie do picia. Stawkę zamyka przyjemna nuta rozpuszczalnego kakao i pumperniklu. Mniam, mniam! Pychotka :)
Q: Co się tak jarasz? Napisz lepiej co czujesz w aromacie?
A: Powtórka z rozrywki. Wędzony słody, dym, a nawet wędzona szynka się tu znajdzie! Szaleństwo!!! :D Toż to druga Schlenkerla! Do tego ciemne, opiekane klimaty, mnóstwo różnej maści czekolady, prażony jęczmień, kawa zbożowa, pieczywo razowe oraz garść suszonych owoców oblanych pysznym, ciepłym kakałkiem.

czwartek, 27 grudnia 2018

MOJA PIWNICZKA: 5-LETNI LWÓWEK PORTER


"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.

Czas leci nieubłagalnie, a wraz nim starzeją się i ludzie i piwa. W pierwszym przypadku rzecz jasna nie jest to powód do radości. W drugim już bardziej. Wszak po to powstała seria Moja Piwniczka :)
Po Argusie przychodzi zatem pora skonsumować portera bałtyckiego z Lwówka, który skończył właśnie pięć latek. Porter, nie browar w Lwówku Śląskim, o którym to zresztą ostatnio było dosyć głośno za sprawą znanych doctorków. Niezmiernie cieszy fakt chęci przejęcia tak dużego browaru przez kraftowych wyjadaczy. Z tego też powodu być może Lwówek Porter niedługo będzie miał znaczenie typowo sentymentalne. Może tak się stać, że już nigdy to piwo nie wyjedzie przez bramę browaru. Tego na pewno nie wiemy, ale póki jest możliwość cieszmy się ze sposobności obcowania z ‘bałtykiem’ z zabytkowego Lwówka Śląskiego. BTW, zwiedzałem ten browar w tym roku. Polecam relację ;)
Strasznie lubię portery, ale tego z Lwówka za bardzo nie znam. Piłem go raptem 2-3 razy. Z tego co mogę wywnioskować stwierdzam, że nie należy on do najlepszych, ani też do najgorszych reprezentantów stylu. Zresztą waga lekka porterów bałtyckich jakoś nigdy za bardzo nie zawładnęła moim sercem. Zazwyczaj po prostu czuć, że ciała nie ma tu za wiele. Leżakowanie w tym akurat przypadku nie ma tu nic do rzeczy, choć nie raz bywa, że odczucie w ustach się zmienia. Odczucie, ale nie ekstrakt.

Producent
Browar Lwówek
Termin ważności
14.06.2014
Wiek (miesiące)
60
Zawartość alkoholu (%)
8,5
Ekstrakt (°Blg)
18,1

Piwo w szkle wygląda na zupełnie czarne, jednak nie jest to prawda. W rzeczywistości jest ciemno brązowe i posiada lekkie prześwity. Wieńczy je całkiem zgrabnych rozmiarów beżowa pianka o drobnej i puszystej strukturze. Piana opada jednak dość szybko, zostawiając obfite ślady na ściankach. 


Tuż po otwarciu butelki mocno zaleciało mi nutami winnymi. Ze szkła jednak aromat się uspokoił i akcenty ciemnych owoców, tudzież wina ustabilizowały się na niewielkim poziomie. Piwo fajnie się utleniło w taki dość przewidywalny sposób. Pachnie słodko, czekoladowo, kakaowo, pralinkowo. Są ciemne słody, nuty opiekane, suszonych owoców, ciemnego pieczywa z lekka muśniętego karmelem. Alkohol jest porządnie schowany w krzakach. W zasadzie to nieobecny. Piwo pachnie naprawdę ładnie. Na pewno lepiej niż świeżak. Czas zrobił swoje :)

niedziela, 23 grudnia 2018

WESOŁYCH ŚWIĄT 2018. Pinta nie zachwyciła


Wśród tegorocznego przeglądu świątecznych piw, nie mogło zabraknąć pozycji od ojców polskiego piwnego rzemiosła. Wesołych Świąt 2018 to Christmas Porter z kakaowcem, a dokładniej z łuską kakaowca. Nie za wiele wspólnego ma to co prawda z samymi Świętami, ale niech tam im będzie.
Myli się jednak ten, kto myśli, że jest to to samo piwo, co zeszłoroczna edycja. Wesołych Świąt 2017 bowiem, to również był Christmas Porter, tyle że wyraźnie mocniejszy oraz okraszony miodem i wanilią. Tak więc akcent świąteczny był tu zdecydowanie bardziej namacalny.
Nie wszyscy zapewne wiedzą, ale Wesołych Świąt od Pinty ma jednak zdecydowanie dłuższą historię. Otóż piwo o tej nazwie powstało już w 2011 roku i było jednym z pierwszych dzieł Ziemka, Marka i Grześka! Co ciekawe – występowało jeszcze w starej, oryginalnej szacie graficznej Pinty! Wbrew świątecznej nazwie był to jednak zwykły Oatmeal Stout. Taka kurde sytuacja. 


Przelewamy. Ciemno brunatne, niemal czarne piwo operuje całkiem zgrabną i ładnie zbudowaną czapą drobnej i beżowej piany. Ta trzyma się dość długo, wyraźnie oblepiając ścianki. Nie jest to mistrzostwo świata w tej materii, ale nie jest też najgorzej.
Pijemy. W smaku mamy umiarkowanych rozmiarów ciało, niezłą gęstość (18º Blg) i odpowiednią do tego wszystkiego gładkość. Jest bardzo czekoladowo z zauważalną nutą kakao i pralinek. Mleczna czekolada, prażone słody, kawa zbożowa, w tle subtelne niuanse pieczywa razowego.  Dosyć proste jest to wszystko w wymowie. Wbrew pozorom nie jest jakoś bardzo słodko. Gorzko zresztą też nie. Goryczka jest łagodna jak świąteczny baranek. Wysycenie również niskie. Alkohol jest dobrze ułożony, szlachetny, niemal niezauważalny. W miarę nieźle to smakuje, ale do zachwytów daleka droga. Porter i owszem, ale taki z tego christmas, jak ze mnie świadek Jehowy.

piątek, 21 grudnia 2018

KOLĘDNIK z Browaru Profesja. Najeżony przyprawami


Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta…
Jak co roku, tak i w obecnym, na blogu Piwa Naszego Powszedniego nie może zabraknąć jakiegoś świątecznego akcentu. Kolęd Wam raczej nie będę śpiewał, ale piwo świąteczne z chęcią wychylę ;) Browary w grudniu dwoją się i troją, by dać satysfakcję miłośnikom piwa i świątecznych/korzennych przypraw. Na rynku w tym czasie pojawiają się znane już wszystkim klasyki, jak również całkiem sporo nowości o mniejszym lub większym zabarwieniu świątecznym. Musicie jednak wiedzieć, że Christmas Ale to nie jest jakiś mój ulubiony styl piwa, choć mam kilku faworytów w tej materii (i nie jest to Harnaś Grzaniec).
Tak się akurat złożyło, że dzięki uprzejmości Browaru Profesja stałem się posiadaczem jednego z wielu tego typu piw na rynku. Kolędnik się zwie ów napitek. Jest to ciemny elj o dosyć podrasowanych parametrach i z solidną garścią przypraw w składzie. Kurza stopa… czego tu nie ma? Kora cynamonu, kardamon, goździk, gwiazdki anyżu, korzeń imbiru, gałka muszkatałowa, ziele angielskie, skórka słodkiej pomarańczy, aframon madagaskarski, kolendra, eeeeeee… makarena! :D
Jedziem z koksem.


Piwo ląduje w szkle. Jest bardzo ciemno brunatne, takie porterowe wręcz. Piana też niczego sobie – taka na dwa palce, zbita, drobna i puszysta. Barwy ecru. Umiarkowanie trwała.
Pierwsze wrażenie smakowe? Raczej przeciętne. Trochę jakby brakowało mi tu pełni. Niby to osiemnastka, ale ciała nie jest jakoś dużo. Czuć ciemną podstawę słodową, lekko opiekane klimaty, łagodną kawę, nijaką czekoladę, sproszkowane kakao oraz prażone ziarno zbóż. Dalej są już tylko przyprawy. Z tej niezmiernie bogatej mieszanki z całą pewnością mogę wskazać na świeży imbir, gałkę muszkatałową, goździk i cynamon. Może gdzieś tam w oddali majaczy jeszcze skórka pomarańczowa, ale to już tak naprawdę na granicy autosugestii. Pomimo niewielkiej wodnistości piwo jest przyjemnie gładkie w odczuciu. Aksamitne, takie kremowe na podniebieniu. Spore pochwały należą się również za doskonale ułożony alkohol, którego w zasadzie nie czuć. Jedyne co, to ciecz delikatnie grzeje od środka, co oczywiście w tym stylu jest tylko i wyłącznie superlatywą. Nie najgorzej to smakuje, jednak brakuje mi tu intensywności. Takiego wiecie, pierdyknięcia, zdecydowania. Wszystko jest takie miałkie, powierzchowne.

środa, 19 grudnia 2018

Experimental Vermont IPA. Doctor Brew zawodzi po całości


Aż musiałem sprawdzić kiedy to było, bo naprawdę baaaardzo dużo oleju „zjadła” moja beemka, odkąd ostatnio gościł na blogu Doctor Brew. Bez mała półtora roku to naprawdę szmat czasu. Święty Mikołaj już dwa razy mnie odwiedził, a doktorki ani razu ;p
Nie to, że ich nie lubię. Po prostu tak jakoś wyszło. W pewnym momencie nieco stracili w moich oczach, ale to naprawdę nic osobistego. Jak mawia klasyk: dobre piwo zawsze obroni się samo.
Podczas tej całej nieobecności na blogasku, doktorki zapewne wypuścili na rynek z pierdyliard wariacji na temat IPA. Po drodze zmieniły się także etykiety. Czy na lepsze? Na pewno na bardziej rzucające się w oczy, na pewno na bardziej infantylne (naklejka? serio?). Wisienką na torcie natomiast jest hasztag #wszyscyjestesmydoctorami. Ja wiem, że film Marka Koterskiego budzi skrajne emocje, ale żeby, aż tak?
OK. Trochę się już wyżyłem, więc pora przyjrzeć się piwu. Experimental Vermont IPA. Nazwa stylu, jak i samego trunku mówi w zasadzie wszystko. Obrazek warty więcej niż tysiąc słów. Przechodzimy do konsumpcji. 


Powiem Wam, że jak na Vermonta, to jest to słabo mętne. Powiedziałbym bardziej, że zaledwie zamglone. Barwa prawilna, pełnozłota. Piana dosyć urodzajna, w miarę drobna, w miarę stabilna. Może być.
Fakturą wcale, a wcale nie przypomina NEIPA. Efektu juicy brak. Efektu pełni, soczkowatości po prostu tutaj nie ma. Jest za to cholernie sroga goryczka jak w łest kołstach. Piwo jest bardzo wytrawne, a pestkowo-ziołowa goryczka robi niezłe manto naszym kubkom smakowych. Jest bardzo mdła, długa i strasznie zalegająca. A co więcej? Przede wszystkim sporo słodowej podstawy. Jest zboże i chlebek. Dalej nieco cytrusowych wstawek, oczywiście w formie tylko i wyłącznie albedo. Żadnego miąższu, czy soku z owoców. Odrobinę dalej pędzi niczym huragan Katrina, sowita żywiczność. Dawno nie czułem w piwie czegoś podobnego. W tle majaczą zwiewne nutki kwiatów i igliwia sosnowego. Kurde, niedobre to jest! Ledwo idzie pić. Ta goryczka to jakieś nieporozumienie.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

BIRBANT Klasyczny Porter. I like it!


Tak wiem, drugie piwo z serii klasycznej od Birbanta miało swoją premierę już blisko rok temu, ale temat ten koniecznie chciałem mieć tu przemaglowany. Ciemniaki z turbodoładowaniem upycham na blogu ile wlezie, bo po prostu uwielbiam takie klimaty. Już sam napis imperial wywołuje u mnie szybsze bicie pikawy. A gdy chodzi tu o porter bałtycki na sterydach, to już nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba (no, chyba, że jeszcze barrel aged).
Jeden z najstarszych polskich rzemieślników swego czasu zdecydował się wprowadzić oddzielną linię piw w klasycznym wydaniu. Bez udziału nowej fali i całego tego blichtru. Szanuję. Ludziom po pewnym czasie naprawdę mogą przejeść się te wszystkie vermonty, czy milkszejki z zestawem dodatków sprowadzanych, aż z sąsiedniej Galaktyki.
Bardzo podoba mi się szata graficzna tego piwa. Etykieta nie jest jakaś wymyślna i nowoczesna. Czerń, białe fonty, do tego te miedziane wstawki. Trąca z niej pewien oldschool, a zarazem klasa, urok, czar, dostojność. Kupuję to.
Tak więc dziś klasycznie, europejsko, porterowo, bez jankeskich naleciałości. Klasycznie, choć imperialnie :)


Birbant Klasyczny Porter w szkle prezentuje się wyśmienicie. Jest zupełnie czarny, jak murzyn po dwóch miesiącach bez kontaktu z wodą. Okryty dosyć obfitą, drobniutką i cholernie puszystą czapą beżowej pianki. Zupełnie jakby ktoś wrzucił blender do cappuccino. Efekt byłby chyba podobny.
Pierwsze łyki zawsze sprawiają najwięcej radości. Nie inaczej jest w tym przypadku. Olbrzymia pełnia, fajna gładkość, treściwość, intensywność doznań. Mniam, mniam! Piwo jest dosyć wyraźnie palone jak na portera bałtyckiego, ale wydaje mi się, że mieści się to w górnych granicach stylu. Gorzka czekolada, lekka kawa bez cukru, palone słody, brownie – to tak w skrócie. W dalszej kolejności na piedestał pchają się subtelne akcenty przypalonego karmelu, pumperniklu i kawy zbożówki. Całość muśnięta jest bardzo subtelnym powiewem palonego jęczmienia i szlachetnego alkoholu, który jest naprawdę genialnie ułożony. Nie ma mowy o żadnym pieczeniu, czy drażnieniu naszego szlachetnego podniebienia. Jest mega szlachetnie, wykwintnie, wytwornie. Ilość bąbelków też się zgadza. Dość wyraźna kawowo-palona goryczka sprawia, że słodyczy jest tu naprawdę niewiele. Piwo finiszuje długo, w fajny półwytrawny sposób. Bardzo smaczny napitek, choć nie często można spotkać ‘bałtyka’ o takim profilu smakowym.

sobota, 15 grudnia 2018

AKCJA AKACJA. Kolejny smakołyk z Zawiercia


„To mocne, kwaśno-gorzkie piwo z nutą słodyczy. Piwo powstało dzięki naszej wiosennej ‘akcji akacja’. Z białych kwiatów akacji przygotowaliśmy esencje, która idealnie komponuje się z goryczką chmieli amerykańskich i kwasowością uzyskaną przez bakterie Lactobacillus Delbruecki”. Koniec cytatu.
Brzmi fajnie, prawda? Piwo ma być zarówno słodkie, gorzkie i jak kwaśne, a to wszystko działające na Ciebie z siłą, aż dziewięciu voltów! Browar Na Jurze już wielokrotnie udowadniał, że umie w kwasy. Kurna, ileż oni już kwasiorów przerobili? Od niemalże bezalkoholowych Berlinerów, poprzez najeżone owocami piwa lekkie, po Belgian Golden Strong Ale, zaszczepione tymi małymi żyjątkami, dającemu sympatyczną kwaśność na podniebieniu. Na piwach z nieoczywistymi dodatkami także się znają jak mało kto. Tam niemalże każde nowe piwo okraszone jest stosowną „wkładką”. Tu na przykład mamy kwiaty akacji. Nie przypominam sobie, abym pił już kiedyś coś takiego. Owszem, gdzieś tam były hibiskusy i płatki wielu innych kwiatów, ale nigdy nie był to Sour z takim woltażem jak tutaj.
Wiem, piwo już sporo odstało czekając na swoją kolej, ale mam nadzieję, że to się na mnie nie zemści. Wy natomiast możecie. Śmiało – wyciągać widły, kosy i siekiery. Zapraszam pod Jasną Górę ;p


Przelewam. W szkle objawiła mi się wyraźnie zmętniona substancja koloru ciemnego złota. Piana skąpa i rachityczna, więc przystępuję do konsumpcji.
Chwilę muszę pomlaskać i już dzielę się z Wami moimi odczuciami. Piwo jest dosyć gładkie i takie dziwnie puszyste, aksamitne na podniebieniu. Kwaśność jest bardzo niska, choć nie sposób jej pominąć. Wnosi ona pewną dozę rześkości i świeżości, co bardzo mi się podoba. Kwiaty akacji są wyraźnie wyczuwalne. To one zapewne razem ze słodem są odpowiedzialne za wspomnianą nutę słodyczy. Sama słodowość sprawia miłe i sympatyczne wrażenie, wywołując konotacje z biszkoptami i świeżym białym pieczywem. Amerykańce natomiast nie tworzą tu żadnego trzonu, jak ma to miejsce we wszelakiej maści piw typu AIPA. Lekkie cytrusowo-tropikalne (głównie grejpfrutowe) wstawki pełnią tu raczej rolę poboczną. Gdzieś tam hen w oddali zamajaczy jeszcze łagodna żywica do spółki z subtelnymi ziołami oraz chmielem. Goryczka jest stosunkowo niska, choć doskonale radzi sobie z balansem. Jej szlachetny grejpfrutowo-ziołowy posmak pasuje tu znakomicie. Wielkie brawa należą się także za genialnie ułożony alkohol. Od pierwszego do ostatniego łyku zapominamy z jakim woltażem mamy tu do czynienia. Szacun.

środa, 12 grudnia 2018

Browar Węgrzce Wielkie - Barley Wine 30º!!!


Patrzcie jakich dożyliśmy czasów – internet mamy w każdym telefonie, po torach „pędzi” Pendolino, niemal każdy ma swój samochód, mamy jakieś tam autostrady, stadiony, wieżowce w stolicy, Energylandię i wiele innych „dóbr”. W świecie piw jest tak samo. Dziś już nikogo nie wzrusza piwo o ballingu 25º. Ba! Już nawet 30º Plato nie wywołuje większego ślinotoku u birgików (no dobra, u mnie wywołuje!).
Skoro tak, to pora wziąć się w końcu za naprawdę tęgi kaliber. Srogi i ekstremalnie mocny. Taki, przy którym Żubr, czy inny Harnaś sika po nogach na sam jego widok. Mowa tu o potężnym Barley Wine 30º z Browaru Węgrzce Wielkie. I tu powinna nastąpić długa cisza, bo dla mnie jest to jeden z browarów-zagadka. Wiem o nim naprawdę niewiele – browar powstał w połowie 2016 roku i mieści się w wiosce o rzeczonej nazwie (rzut krowim plackiem od Wieliczki). Nigdy nie piłem nic z tego browaru i nie potrafię wymienić z pamięci nazwy choćby jednego piwa. Wiem natomiast, że wszystkie produkowane tam trunki są niepasteryzowane, niefiltrowane oraz refermentowane w butelce! Może wiedziałbym nieco więcej, gdyby nie fakt, że ich fejsbuk aktualizowany jest z częstotliwością porównywalną do odkrywania nowych planet w naszych Układzie Słonecznym ;p
No dobra, żarty na bok. Co takiego niezwykłego jest w dzisiejszym piwie? W sumie prócz referementacji i horrendalnie wysokich parametrów, to nic. Zazwyczaj powtórna fermentacja to domena piw belgijskich, a tu proszę – barli łajno kondycjonowane w butelce! Przekonajmy się co z tego wyszło. 


Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy opakowaniu. Półlitrowa flaszka przy takim stylu i takim mocarzu, to naprawdę niezmierna rzadkość. Chylę czoła. Sama etykieta natomiast, to paździerz niemożliwy do zdzierżenia! Jak można było coś takiego odpierdolić?! :o Jakby to były lata 90-te i etykieta z mózgojeba marki „wino”, to jeszcze bym rozumiał, ale tutaj?
Miedziano-burgundowe piwo przelało się praktycznie bez piany. Jest wyraźnie mętne, choć nie wstrząsałem i nie zlewałem osadu z dna. Smakujemy. Pierwsze co mnie uderza, to potężna miodowa słodycz. Wtóruje jej sowita dawka karmelu i potężne złoże opiekanego słodu. Jest cholernie słodko, ale smacznie. A jakie to wszystko jest gęste i lepkie! Ludzie… istny syrop, olej jakiś. Powaga. Top 3 najbardziej gęstych piwa jakie w życiu piłem. W oddali pojawiają się całkiem przyjemne nuty rodzynek, suszonych fig, daktyli, przypieczonej skórki chleba, biszkoptów i innych ciastek i ciasteczek polanych jak wyżej – karmelem. Słodycz wyraźnie góruje, jednak z niewielką odsieczą przybywa subtelna ziołowa goryczka. Może nie jest adekwatna do słodowej podbudowy, ale to zawsze coś. Wysycenie jest niskie, prawilne. Wielkie słowa uznania należą się również za bardzo dobre ułożenie. Skłamałbym pisząc, że nie czuję tu alkoholu, jednakże przy tak olbrzymim woltażu to rzecz zupełnie normalna. Nie ma tu jednak mowy o żadnych spirytusowych, czy bimbrowych nutach. Raczej przypomina to dobrej jakości nalewkę. Jestem pozytywnie zaskoczony. Smaczne to, mimo że chwilami nieco monotonne.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

SHORT TEST: Blackcyl od Trzech Kumpli



Prolog: Pamiętam czasy (a było to raptem kilka lat temu), gdy się człowiek jarał taką np. Black IPĄ. Ząbki mi się szczerzyły, jak głodnemu na myśl o szynce. Oczka błyszczały, jak szyba wystawowa w Aparcie. Dziś już nie ma takich emocji. Szkoda.
O co kaman: Blackcyl to oczywiście Black IPA od Trzech Kumpli. Piwo znane i lubiane. Cenione przez kraftospijaczy. Proste jak na obecne czasy, bez udziwnień, dodatków, bez kartonika, bez wszelakich polepszaczy smaku (bez miąższu z mango też).
Wdzianko: Zupełnie czarne, jak Stout jakiś. Piana dziarska i szalenie obfita! Beżowa w barwie, drobna, puszysta i niewiarygodnie trwała. Większość Weizenów może zawstydzić.
Kichawa mówi: Niezbyt mocno mi to pachnie. Tak jakoś bardzo zwiewnie. Lekka (niskobudżetowa) czekolada, miałkie kakao, ciemne słody, przypieczona skórka chleba. Chmiele natomiast wnoszą dosyć fajną owocowość – garść cytrusów z domieszką słodszych tropików i śladową ilością żywicy. W tle majaczy subtelna woń kwiatów i landrynek. Szału nie ma, ale w tłumie ujdzie.
Jadaczka mówi: Są owoce tropikalne, trochę żywicy, igliwia, ziół i ździebko cytrusowych wtrętów. Do tego dochodzą ciemne, lekko palone słody przy wsparciu gorzkiej czekolady i łagodnej kawusi. Wysycenie o dziwo nie jest wysokie. Goryczka dość mocna i zdecydowana, ale raczej nieźle ułożona. Finisz długi, wytrawny, lekko palony. Balans w porządku, pełnia jednak jest zbyt niska, dzięki czemu piwo wydaje się płaskie i jakby nieco wodniste. Mimo to pijalność nie jest taka zła. Nie najgorszy to napitek, jednakże większych emocji niestety brak.
Co mi nie pasuje: Zbyt niska pełnia smaku, delikatna wodnistość, nikła świeżość, mało intensywny aromat.
Epilog: Coś z tym piwem jest nie tak. Albo zostało zrobione na pół gwizdka, albo już po prostu czas zajrzał mu w oczy. Fakt – do końca ważności tylko dwa miechy, ale żeby aż tak? No nie wiem. W każdym razie z tą datą raczej nie polecam. 

OCENA: 5/10
CENA: 7.50ZŁ (Auchan)
ALK. 7%
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.02.2019
TRZECH KUMPLI BROWAR LOTNY//BROWAR ZAPANBRAT

sobota, 8 grudnia 2018

Czy BELGIJKA NA TRZECIM to udany Tripel?


Lecimy w belgijskie klimaty. Doświadczeni birgicy wiedzą, że to dosyć trudna sztuka. To znaczy doświadczeni piwowarzy wiedzą, że trudno jest dorównać flamandzkim koleżkom, a piwosze wiedzą, że rzadko kiedy nasze krajowe wypusty dotrzymują kroku belgijskim oryginałom. Tak już po prostu jest. Na szczęście Browar Maryensztadt znam już dosyć nieźle. Ten producent niejednokrotnie już udowadniał, że potrafi stanąć na wysokości zadania. Zobaczmy zatem jak poradził sobie z zadaniem pt. belgijski Tripel.
Mocno zastanawia mnie nazwa tego piwa. Belgijka Na Trzecim. Ale co „trzecim”? Na trzecim piętrze? Na trzecim planie? Na trzecim miejscu podium? Na trzecim odwyku? Na trzecim okrążeniu? No kuźwa gdzie jest ta Belgijka?! ;p


W szkle przywitało mnie ciemno złote, wręcz jasno bursztynowe piwo. Lekko mętne, żeby było ciekawiej. Piana dosyć skąpa i żywotna niczym nadciśnieniowiec po trzecim zawale ;)
Po parametrach (10,5% alko i 22º Blg) sądziłem, że piwo będzie w miarę wytrawne (zresztą taki opis widnieje nawet na etykiecie), ale szybko się przekonałem, że jest inaczej. Goryczka jest tu w zasadzie minimalna, a jej miejsce zajmuje całkiem wyraźna słodową słodycz, co daje wrażenie dosyć treściwego piwa. Żadnej kwaskowatości również nie odnotowałem, więc takie z tego wytrawne piwo, jak z Leśnego Dzbana hiszpańskie Sherry. Piwo oczywiście nie zamula, ale po Triplu spodziewałem się dużo niższej słodyczy. Przyprawowy charakter na szczęście został tutaj nieźle zaznaczony – fenole hulają po moim podniebieniu, acz ciężko jest wskazać jakiś konkretny smaczek. Dominuje słodowo-herbatnikowa podstawa. Tuż za nią biegnie lekka chmielowa nuta, uzupełniona subtelnymi akcentami żółtych owoców, niekoniecznie cytrusów. Bardziej stawiałbym na brzoskwinie, morele i tego typu klimaty. Nagazowanie jest niskie, mało przypominające belgijskie piwa. Alkohol jest bardzo dobrze ułożony i szlachetny. Delikatnie rozgrzewa, ale nie ma mowy o jakimś pieczeniu, czy drapaniu w gardło. Mało skomplikowane piwo. Teoretycznie pozbawione wad, ale do prawdziwego Tripla mu daleko.

czwartek, 6 grudnia 2018

PIRAT Whisky BA. Profesja umie w beczki :D


Mrozy na dobre już u nas zagościły. Może to jeszcze nie Syberia, ale szyby w autach skrobać trzeba, a panom wypada zakładać na dupę kalesony. Jak co roku, browary na ten czas zbroją się jak tylko mogą. Czas zimowy to prawdziwy urodzaj tęgich i rozgrzewających napitków. Jest w czym wybierać, tyle że nasz portfel może nie zawsze być z tego zadowolony ;)
Dzisiaj gości u mnie Pirat z Browaru Profesja. Nie jest to może taka zupełna świeżynka, ale chyba warto się nim zainteresować, bo to ichni porter bałtycki. Imperialny i do tego w wersji barrel aged! Profesja nam się tu naprawdę bardzo postarała. Tych Piratów bowiem jest, aż czterech mili Państwo – podstawka oraz trzy wersje leżakowane w beczkach po różnych destylatach. Bardzo lubię takie zagrania, bo wówczas nawet kompletny laik może sobie porównać te wersje i na własnej skórze poczuć różnicę (a zapewniam, że te są ogromne). Jednak tutaj musicie wiedzieć, że podstawka nie występuje w butelce, więc zostaje multitap lub domowa degustacja porównawcza dwóch wersji BA.
Mój Piracik leżakował sobie pół roku w dębowej beczce po Whisky. Zakładam, że po szkockiej lub irlandzkiej, które obok Bourbona są najbardziej popularnym lokum dla naszych krajowych cymesików. 


Bardzo podobają mi się te etykiety Piratów. Są zupełnie inne niż dla piw z serii regularnej. Inne w tym wypadku znaczy o wiele fajniejsze. Takie miłe dla oka, dobrze zaprojektowane, przejrzyste, a jednocześnie wyraźnie zalatujące ‘wyższą półką’. Świetnej jakości czarny, śliski papier idealnie koresponduje tutaj ze srebrną czcionką. Dodatkowo mamy tu wszelakie info, jakie nam do szczęścia potrzeba. Good job!
Pirat przywitał mnie czarną jak smoła barwą. Towarzyszy mu może niewysoka, acz zgrabna beżowa piana o drobnej i puszystej strukturze. Niestety niezbyt długo cieszyłem się z jej obecności.
Może zapach mnie bardziej polubi? Uułaaaa… Jest moc. Jest grubo. Jest Crunchips, jest impreza ;) Ależ to zajebiście pachnie! Jak bogato, jak szlachetnie, jak wyraziście. Mało nosa nie urwie. Przede wszystkim mam przed sobą już dosyć utleniony trunek (nie wiadomo ile czasu spędził w tanku, pół roku był w beczce, ze trzy miechy w butelce). Ach ta suszona śliweczka, rodzyneczki, suszone figi i daktyle na wyciągnięcie ręki. Tuż za nimi morze wszelakiej maści czekolady, rozpuszczalnego kakao, karmelu i kawy zbożówki. Na dalszym planie pobrzmiewa łagodna nutka starego drewna, likieru owocowo-czekoladowego, ciemnego słodu, lukrecji i szlachetnej Whisky. Alkohol jest obecny, ale krzywdy nam nie robi. Jak na taki woltaż jest naprawę dobrze ułożony i świetnie podsyca doznania. Pachnie to naprawdę uwodzicielsko i niepowtarzalnie. Zakochałem się ;p

poniedziałek, 3 grudnia 2018

MANGO TANGO - Juicy IPA pełną gębą!


Vox populi, vox Dei. W fejsbukowej ankiecie wybraliście nowość z Zawiercia!

Jak mawia stare dobre powiedzenie – lepiej późno niż wcale. W zasadzie po roku opóźnienia, w końcu na rynku pojawiło się Mango Tango z Browaru Na Jurze! Pewnie większość z Was już wie co to za piwo, ale dla nie będących w temacie szybkie info. Piwo uwarzono wg receptury Zbyszko (Zbyszka?) Kabzińskiego – zwycięzcy kategorii Juicy IPA VIII Częstochowskiego Konkursu Piw Domowych 2017, jak również zdobywcy tytułu Grand Championa tego konkursu, gdyż piwo to zyskało najwięcej punktów ze wszystkich zgłoszeń! A warzenie w komercyjnym browarze to po prostu taka nagroda (może nie finansowa, ale z pewnością podbudowująca ego każdego piwowara domowego).
Od samego twórcy wiem, że przy warzeniu na „dużych garnkach” receptura była jednak modyfikowana w stosunku do oryginału (w zasadzie to niemal zawsze tak się dzieje w mniejszym lub większym stopniu). Zbyszko do konkursowego piwa użył mieszanki suszu owocowego (rodzaj herbaty) o znanej już wszystkim nazwie, która posłużyła później jako nazwa własna komercyjnego już piwa. Ze świeżych dodatków pojawił się tylko sok i skórka z pomarańczy. W porozumieniu z autorem Browar Na Jurze postanowił dać więcej świeżości i efektu juicy. Co więc znalazło się w składzie? Trzymajcie się. Pure z mango, sok z ananasa, sok z pomarańczy, skórka świeżej pomarańczy, suszona skórka słodkiej pomarańczy, suszony kandyzowany ananas, mango, pomarańcza, jabłko, płatki krokosza, granatu, słonecznika i nagietka. Tańczysz? ;)
Nachmielono to Magnum, Perle oraz Summitem. Ja wiem, że ekipa z Zawiercia słynie z różnej maści dodatków w piwie, ale czy to aby nie jest przegięcie? Można by sądzić, że w zasadzie wrzucili do tanku wszystko co akurat mieli w browarze pod ręką. Ja jestem jednak spokojny. Piłem to piwo na częstochowskiej premierze i zrywało papę z dachu! Zobaczmy teraz jak wypada wersja butelkowa. 


Piwo ląduje w szkle. Jest sakrucko mętne, ale to był pewnik. Jego śliczna, intensywnie pomarańczowa barwa przywodzi na myśl soki owocowe (mi osobiście multiwitaminę). Pianka też niczego sobie – bialutka, średnio ziarnista, dość wysoka, ale nie wiedzieć czemu nie chce lepić się do szkła.
Można przyjąć założenie, że Juicy IPA to po prostu Vermont IPA z owocami/miąższem lub sokiem. Bo oczywiście w klasycznych NEIPA efekt soczkowatości powinien (choć nie zawsze jest) być osiągnięty bez pomocy żadnych dodatków. W Mango Tango efektu juicy jest od cholery i jeszcze trochę. Naprawdę ma się wrażenie picia jakiejś mutliwitaminy. Mętne to i dosyć gładkie, nieco nawet oblepiające. Fajnie szwenda się w buzi, skutecznie wypełniając dziury w zębach. Z owoców najbardziej czuć oczywiście mango, ananasa i słodką pomarańczę, częściowo w formie skórek. Na dalszym planie jawią mi się tu przyjemne cytrusy z różowym grejpfrutem na czele. Wszystko to rzecz jasna smakuje szalenie naturalnie. Słodowość nie może się bidulka przebić spod tej owocowej bomby, ale w sumie jakoś za nią nie tęsknię. Tło wypełniają nieśmiałe kwiatowe oraz lekko ziołowe nuty, fajnie komponując się z otoczeniem. Wysycenie jest średnie w kierunku niskiego (nie dziwi mnie to). Goryczka może i niewielka, ale jej grejpfrutowo-skórkowy profil bardzo tu pasuje. Piwo jest delikatnie gorzkawe i ja to kupuję. Okrutnie smaczne to Mango Tango :)