Czuliście się kiedyś jakbyście mieli w japie zmielone podkłady kolejowe polane gorącym asfaltem i naftą? Ja też nie, ale jest jedna rzecz z czym mógłbym to chyba porównać. Najśmieszniejsze, że jest to piwo, he, he! ;) Browar Hopkins zasłynął kiedyś z Whisky Porteru o nazwie Biohazard . Piwo waliło torfem (a raczej jego pochodnymi) na kilometr i z miejsca stało się obiektem pożądania fanów zjaranych kabli, smoły, etc. Do tychże entuzjastów zaliczam się i ja! Jarałem się nim jak Rzym za Nerona! Chyba wiecie, że uwielbiam trunki z takimi klimatami? Kilka miechów temu (no może już z pół roku) Hopkins zaskoczył owych maniaków imperialną wersją Biohazardu. O dziwo piwo oficjalnie nosi taką samą nazwę jak pierwowzór, a front etykiety różni się bardzo nieznacznie. No, ale w środku to już nieco inna bajka… Parametry podskoczyły do rozmiarów porządnego i szanującego się RISa :D Skład z grubsza wygląda podobnie, nawet płatki dębowe mocno palone są ponownie na swoim miejscu. Czy ta...