niedziela, 31 lipca 2016

MIŁOSŁAW SOSNOWE APA


W końcu je dopadłem. Miłosław Sosnowe APA z pędami sosny w składzie. Chodziło mi po głowie, odkąd tylko ujrzałem jego zajawkę. Nie chodzi o to, że to jakiś wyjątkowy, czy urywający cokolwiek napitek. Nie. Wręcz przeciwnie. Chodzi tu o jego łatwą dostępność i stosunkowo niską cenę jak na nowofalowy trunek. Piwo to wg mnie stanowi bezpośrednią konkurencję i alternatywę w odniesieniu do Żywca APA, który też jest piwem produkowanym dla mas. Bo nie oszukujmy się – Fortuna nie jest browarem typowo rzemieślniczym. Mimo, że nie jest koncernem produkuje bardzo duże ilości łatwo dostępnego piwa. I to jest właśnie fajne, bo dzięki nowemu Miłosławowi amerykańskie chmiele szybciej trafią pod strzechę. Sosnowe APA może stać się dla wielu osób piwem pierwszej potrzeby, stałym kompanem przy grillu, czy innych okazjach.
Jak głosi etykieta Miłosław warzy śmiało. Bardzo się z tego cieszę, że w końcu odważył się ten Miłosław. Najwyższy czas, bo wiele tzw. browarów regionalnych pierwszy kontakt z nową falą ma już za sobą. Wydaje mi się, iż Sosnowe APA stanowi początek całej serii bardziej ciekawych piw z Fortuny, w dużej mierze opartych na nowofalowych chmielach. 


Śmiało warzący Miłosław nalewa się z bardzo wysoką białą pianą o średniej wielkości pęcherzach. Piana jest dosyć trwała i ładnie oblepia ścianki. Piwo jest klarowne, a jego kolor to intensywne złoto.
W smaku też jest nieźle. Wysycenie jest drobne i przyjemne, oscyluje w górnych wartościach. Piwo jest rześkie i lekkie w odbiorze. Jest Ameryka, są zdawkowe cytrusy, a nawet niewielka żywica, która kojarzy się z lasem rzecz jasna. W opozycji staje słodowa podbudowa, równie przyjemna o delikatnym karmelowo-zbożowym profilu. Tłem suną jakieś zioła, trawa i zwykłe chmielowe niuanse. Akcentów sosny jako takich nie stwierdziłem, ale i bez tego piwo jest dosyć smaczne. Posmak kończy się w miarę wyraźną, ale niezbyt mocną goryczką. Nic tu nie zalega i nie mdli. Żywiczno-cytrusowa goryczka jest krótka i przyjemna.

piątek, 29 lipca 2016

BRETT IPA




Piątek, piąteczek, piątunio. Początek łykendu i szalonych imprez, ale niestety nie dla mnie. Jutro ponownie muszę wstać o piątej rano i zapindalać do roboty. Tak więc picie większych ilości alkoholu zostało odłożone o jeden dzień ;) Ale mniejsze ilości mogę pochłonąć nawet dzisiaj. W sumie to nawet muszę jedno piwko obalić, bo przecież kończy się „Tydzień z Browarem Pinta”.
Na zakończenie całego cyklu zostawiłem sobie jedno z ciekawszych piw w arsenale Pinty – Brett IPA. Co to jest IPA to już nawet dzieci w przedszkolu wiedzą, więc wyjaśnię Wam tylko to pierwsze słowo. Brett to skrót od Brettanomyces - całej rodziny dzikich drożdży. Gdy jakiemuś piwowarowi kompletnie szajba odbije, to czasem doda on tych dzikusów do piwa (zamiast drożdży piwowarskich). Efektem tego są specyficzne nuty  w naszym ulubionym napoju, określane jako funky. Wówczas piwko pachnie np. stajnią, koniem, sianem, starym serem, siodłem, itp. Czasem nawet łajnem. No wiecie, takie wiejskie klimaty. 


Tuż po otwarciu tego Wild IPA nie dostałem z końskiego kopyta w twarz, a szkoda, bo lubię bardzo wyraziste piwa. To znaczy ono jest wyraźne, ale co najwyżej umiarkowanie dzikie. Nic to jednak, bo pintowski specjał smakuje wybornie. Wybitnie rześko i owocowo z dominantą białych owoców (gruszka, morela, mirabelka). Świeżość dodatkowo podbija stosunkowo wysokie wysycenie, co mi się zresztą bardzo podoba. Prócz ww. fruktów mamy tu także lekko ziemiste nuty, przyjemną słodową podbudowę, a także akcenty lasu, przypraw i kwaskowych cytrusów. W posmaku natomiast faktycznie pojawiają się delikatne dzikie niuanse, spod znaku słomy, siana i spoconego konia (teściu miał kiedyś konia, więc Was nie czaruję). Finisz naznaczony krótką i niezbyt mocną goryczką o fajnym chmielowo-owocowym profilu. Piwo posiada taką fajną miękką i kremową fakturę. Podoba mi się taki obrót sprawy. Smaczne to wszystko jest i wielowątkowe.
Z wyglądu jest dość zwyczajnie. Piwo wieńczy przeciętnej wielkości piana, która opada w równie przeciętnym tempie. No może kolor jest trochę dziwny – nie typowo złoty, a bardziej taki żółty. Coś jak mój mocz po czwartym piwie ;>

czwartek, 28 lipca 2016

AMERICAN BARLEY WINE GRAND PRIX




Dziś jest czwartek, a jak czwartek to oczywiście czwarte w tym tygodniu piwo od Pinty. Póki co jest dobrze. Piwa mi smakują. O jakiejkolwiek wpadce nie może być mowy. Żaden trunek mnie jakoś specjalnie nie zawiódł. Oby tak dalej.
Mój dzisiejszy gość to dosyć specyficzny napitek, z którym wiąże się pewna historia. Jest to American Barley Wine (lubię te klimaty), który nie jest autorstwem piwowara Pinty - Ziemka Fałata! Uwarzono go w nagrodę dla zwycięzcy czwartej edycji Warszawskiego Konkursu Piw Domowych. Rzeczony konkurs ma się rozumieć, odbywał się w ramach tegorocznej wiosennej edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa. Autorem mistrzowskiej receptury jest Łukasz Kubicki. Nie znam chłopa, ale z pewnością jest dobry w te klocki. Ponoć robotę w tym piwie mają robić dodane płatki dębowe po burbonie. Hmmm… brzmi bardzo rozsądnie. Zaraz się przekonam, ile w tym jest prawdy. 


Rzeczone Grand Prix zaskoczyło mnie wyglądem. Na szczęście pozytywnie. W szkle widnieje bardzo ładne, rubinowo-miedziane piwo. Dla prostego chłopa ze wsi, niech będzie ciemno czerwone. Nad piwem góruje piękna i niebywale drobna piana o ładnej beżowej barwie. Pierzynka jest dość trwała, opada powoli i niespiesznie, zostawiając spore zacieki na ściankach. Prezencja pierwsza klasa!
Biorę pierwszy łyczek i już wiem, że będzie dobrze. Mi będzie dobrze znaczy się. American Barley Wine Łukasza Kubickiego to niezwykle złożone i zarazem ułożone piwo. Dzieje się w nim co niemiara! Przede wszystkim owoce – to one rozdają tutaj karty. Przeróżnej maści frukty. Te tropikalne (mango, marakuja, granat, liczi), jak również suszone pod postacią rodzynek i śliwek. Tu i ówdzie błąka się odrobina cytrusa, ale na horyzoncie zauważysz też czerwone poziomki, truskawki, czereśnie, dziką różę, a nawet żurawinę. Powaga. Czerwono w tym piwie na maksa i nie chodzi tylko o barwę. Po chwili do gry włącza się słodowość. Tęga, mocna i wyraźna o lekko przypiekanym profilu. Jest także delikatny karmel, żywica, nuty starego drewna i subtelna sugestia słodkiej czekolady. Naprawdę piwo jest słodkie, ale tylko przez chwilę, bowiem po każdym łyku do gry wchodzi goryczka. Potężna, sroga i mocna, ziołowo-chmielowa. Może delikatnie zalega, ale przy deklarowanych 120 IBU jestem w stanie jej to wybaczyć. Brawa, oklaski, pokłony. Amator Piwa jest pod wrażeniem i to wielkim :D

środa, 27 lipca 2016

FARMHOUSE!






Ja pierdzielę. Ledwo żyje. Z trudem łapię oddech. Jestem styrany, zmęczony i do cna zmarnowany. Chce mi się piwa! Najpierw 8 godzin w fabryce pasów bezpieczeństwa, a potem robota w domu, znaczy się na podwórku. Zachciało mi się śmieci palić. W ciul śmieci. Sterta większa niż Rysy w Tatrach (takie góry, nie piwo). Upał taki, że jajka się pocą, a ja stoję ze trzy godziny koło ognia i dorzucam te różne tektury, papiery i inne badziewia, pilnując przy tym, aby ogień nie poszedł w siną dal. To znaczy na pola. Fuck! Jaki ja głupi jestem. Czemu akurat dzisiaj musiałem to robić? No, ale jakoś przeżyłem. Opaliłem sobie łydki i włosy na klacie, ale żyję. Śmieci spalone, pora więc na małą nagrodę, którą sam sobie rzecz jasna ufundowałem.
Farmhouse się zwie. Jedno z nowszych piw od Pinty. Wiecie, że trwa właśnie cykl „Tydzień z Browarem Pinta”? No właśnie. Ten farmhałs to taki styl piwa jest. Trochę podobny do belgijskiego Saisona. Specyfik od Pinty został zaszczepiony specjalnymi szczepami drożdży Wallonian Farmhouse (nie musicie tego znać na pamięć, ja też nie znam). Chmiele oczywiście z hameryki, a jakże. 


Otwieram i przelewam. Spod kapsla buchnęło jankeskimi lupulinami. Cykam kilka mało udanych fotek i przechodzę do rzeczy. Nie będę pierdzielił o jasno złotej barwie i sporej białej pianie. Zwyczajnie mi się dzisiaj nie chce. Pić piwo mi się chce i to strasznie.
No to chlup w ten głupi dziób. Dobry ten Farmhouse, nawet bardzo dobry. Wyraźnie rześki, dobrze nasycony, delikatnie kwaskowy z lekkim cytrusowym muśnięciem. Są też tutaj inne owoce. Mianowicie czuję brzoskwinię, cienie moreli i gruszek, czyli typowe belgijskie klimaty. Tło natomiast wypełnia przyjemna słodowa podbudowa oraz subtelne ziemisto-korzenne naleciałości. Podoba mi się taki układ. Faktycznie piwo przywodzi na myśl nieco wiejskie, farmowe klimaty. Aha, jest jeszcze chmielowo-ziołowa goryczka. Niezbyt mocna, ale obecna. Jest krótka, nie zalega i sprawia bardzo szlachetne wrażenie. Super się to pije :)

wtorek, 26 lipca 2016

HOPUS JUMBO



Hopus Jumbo to drugi trunek spożywany w ramach „Tygodnia z Browarem Pinta”. Ciekawy jestem, czy tylko mnie nazwa ta kojarzy się z latem 96 i nieśmiertelnym hitem Mistera Presidenta. Każdy  kto żyw nucił wówczas ‘jaja je koko dżambo, jaja je’. Kurde tyle lat minęło, a ja wciąż nie wiem po jaką cholerę koko dżambo jadł te jaja? ;>
Dobra, żarty na bok, bo mam tu przecież piwo do wypicia i to nie byle jakie. Hopus Jumbo to mocniejsza (imperialna) wersja popularnego i okrutnie smacznego Black IPA od Pinty, co się zowie Hopus Pokus. Może nie jest to najlepszy napój chłodzący na obecne temperatury, ale szczerze – mam to gdzieś. Uwielbiam czarne ipy, a podwójne/imperialne czarne ipy uwielbiam podwójnie (o ile nie są spartaczone). Zdublowana dawka szczęścia. Dwupak endorfin w płynie. Jaja je koko dżambo, jaja je :D 


Młodszy brat Hopusa Pokusa wygląda zacnie i schludnie. Ze szkła łypie na mnie czarna ciecz okryta obfitą czapą drobnej, beżowej i puszystej piany, która praktycznie nie opada. Stoi w miejscu jak zaczarowana, a w miarę picia zostawia liczne zacieki na ściankach. Piwo w szkle wygląda i zachowują się naprawdę wzorowo.
W smaku też jest dobrze. Trochę martwi mnie bardzo niskie wysycenie, ale dalej jest już tylko lepiej. Piwo doskonale łączy w sobie wpływy nowofalowych chmieli i ciemnych słodów. Nie brakuje tu owoców tropikalnych, odpowiedniej dawki żywicy i ziołowo-cytrusowego podtekstu. Z drugiej strony barykady atakuje nas niebotycznie przyjemna czekolada (taka gorzka, prawdziwa), wspierana przez lekko palone słody, łagodną kawę i nader urodziwe nuty kakao. Jakby się uparł to i orzechy laskowe by tu znalazł, a nawet chleb razowy. Po każdym łyku gardziołko smaga bardzo sympatyczna i krótka goryczka o fajnym ziołowo-kawowym zacięciu. Nie jest ona jakaś bardzo mocna. Sugerowane 83 IBU można sobie włożyć w wiadome miejsce. Oczywiście 19% ekstraktu robi swoje, ale mimo to nie dałbym jej więcej niż 60 jednostek aj-bi-ju. Generalnie smaczne to jak mamusi schabowe. Obie łapki w górę :)

poniedziałek, 25 lipca 2016

KWAS EPSILON




„Tydzień z Browarem Pinta” czas zacząć. Na szczęście ekipy tej nie trzeba nikomu przedstawiać, więc nie muszę na darmo strzępić klawiatury. Pinta warzy od pierwszego dnia piwnej rewolucji w Polsce i niech nam to stwierdzenie wystarczy.
Dziś na wokandzie ich najnowszy kwach – Epsilon się zwie. Do tej pory wszystkie Soury od Pinty były lekkimi, sesyjnymi piwami. Tym razem jest inaczej o czym świadczą dość spore parametry. Piwo zostało zaszczepione blendem, aż trzech szczepów bakterii Lactobacillus. A całość nachmielono oczywiście po amerykańsku. Na zimno też. To tyle teorii, czas na praktykę, czyli konsumpcję :) I to jest właśnie najlepsze w tym fachu!


Kwas Epsilon przywitał mnie ładnym, bursztynowo-pomarańczowym kolorem. Kwachy kojarzą się z raczej z jasną słomkową barwą, a tu proszę jaka niespodzianka. Piana niestety nie jest mocną stroną tego piwa. Mimo agresywnego nalewania nie udało się wymusić więcej niż dwa centymetry białego puchu, który i tak zniknął po kilku minutach, więc moje starania można o dupę potłuc.
Najnowszy pintowski kwasior jest moim zdaniem umiarkowanie kwaśny. Nie wykręca mordy jak niektóre jego poprzedniki. Piwo jest przyjemnie rześkie, cytrusowe, chmielowe zresztą też. Kwaśność także mi się podoba. Jest wyraźnie cytrynowa, może też lekko kefirowa. Słód jest tu tylko dodatkiem, który wnosi trochę ciała, choć piwo wciąż sprawia wrażenie stosunkowo lekkiego. W życiu bym nie powiedział, że jest tu aż 18° Plato. W posmaku przewijają się cienie ziół i niedojrzałych owoców agrestu. Na finiszu natomiast pojawia się niezbyt mocna, ale wyraźna goryczka o fajnym cytrusowym zacięciu.

sobota, 23 lipca 2016

PODWÓJNE


Dziwne to tegoroczne lato. Albo leje deszcz, albo leje deszcz i do tego jeszcze jest zimno (zimno = poniżej 20°). Na szczęście w ostatnim tygodniu pogoda jakby trochę się ożywiła. Tchnęła w nas iskierkę nadziei, że w końcu uda się pojechać nad wodę i opalić blade jak śmierć pośladki.
Im cieplej na zewnątrz, tym bardziej chce się pić. Piwo oczywiście. Lekkie, sesyjne i orzeźwiające. Takie na przykład jak Podwójne z Browaru Spółdzielczego, które powstało w kooperacji z Browarem Hopkins. Obie ekipy pochodzą z Pomorza, więc skumanie się ich było tylko kwestią czasu. Może się nie znam, ale bardzo cenię sobie obydwa browary. Każde piwo, które od nich piłem było co najmniej dobre. Naprawdę podmioty te znajo się na rzeczy.
Rzeczone Podwójne to pszeniczne piwo górnej fermentacji z dodatkiem owoców malin i ananasa. Brzmi nader rozsądnie, a jeśli dodamy do tego słód zakwaszający, to będzie brzmieć wręcz genialnie! Pędzę po śrubokręt (do otwarcia), szkło i toster (do robienia fotek), po pić mi się chce jak jasna cholera. 


Po zrzucenia kapsla powąchałem – kwasior jak diabli. Po przelaniu ukazało mi się mętne, złociste piwo, zwieńczone przepiękną białą pianą o niebywałej trwałości. Wieki musiałem czekać na możliwość dolewki! Piana jest drobna i sztywna. Coś jak bita śmietana, czy inne tałatajstwo.
Pooglądałem, to teraz biorę łyczka do dziuba (aromat oceniam dopiero po ogrzaniu). Piwo jest przyjemnie i wyraźnie kwaśne, ale nie ma tym przesady. Obstawiam, że jest to poziom najmniej kwaśnego kwacha z Pinty, ale nie pamiętam teraz który to był. Są tu owoce – na bank czuję maliny, chyba też nieco kwaskowych wiśni, czerwonych porzeczek. Z ananasem jednak mam pewien problem, nie wyczuwam go. W tle majaczy delikatna słodowość, szczypta chmielu oraz cytrusy, głównie cytryna i limonka. Dodatek słodu pszenicznego robi swoje, bowiem pomimo niecałych 12% ekstraktu piwo jest dosyć pełne w smaku. Pije się lekko i przyjemnie, ale wodniste, to ono nie jest. Wysycenie jest drobne i dość wysokie. O to właśnie chodziło.

środa, 20 lipca 2016

POŻEGNANIE KORPORACJI



Praca w korporacji. Dla mnie raczej nie znana. Nigdy nie pracowałem za biurkiem, bo zakładam, że robota w korpo, to głównie siedzenie za biurkiem. Sam pracuję w bardzo dużej firmie, zatrudniającej ze 4 tysięcy ludzi, ale bądź, co bądź jest to praca bardziej fizyczna.
Na pracę w korpo prawie każdy narzeka. Zauważyliście? Ludzie przez jakieś 80% czasu klikają w klawiaturę i jeszcze im źle. Siedzą na tyłku, mają klimy, firmowe telefony, służbowe samochody i inne gadżety. Przy czym zarabiają nie mało! Ale narzekanie to przecież choroba narodowa Polaków. Trzeba narzekać. Nie ważne, że masz willę z basenem, jeździsz nowym mercem, ale narzekać trzeba.
Pożegnanie Korporacji to RIS, który powstał na cześć wyrwania się założycieli Browaru PiwoWarownia z (a jakże) pracy w korporacji! Dokładnie, to uwarzono je dla uczczenia pierwszej rocznicy istnienia browaru, ale mniejsza o większość. Im się udało wyrwać ze szponów wielkiej korpo. Skoro stamtąd uciekli, to też na pewno narzekali…


Otwieram tego RISa. Tuż po otwarciu zakląłem soczyście. Ale spokojnie, to z euforii nad aromatem. Na początek jednak zacznę nudny opis wyglądu tego mocarza. A więc piwo jest czarne i nieprzejrzyste, bla, bla, bla. Generuje sowitą dawkę cholernie drobno pęcherzykowej piany o pięknej jasno brązowej barwie, bla, bla, bla. Piana jest niezwykle zbita i sztywna (coś jak bita śmietana) i posiada nieziemską trwałość, bla, bla, bla. Opada wolniej niż wynosi erozja Gór Świętokrzyskich. Lacing także niczego sobie, bla, bla, bla. Naprawdę jest na czym oko zawiesić.
Po nieco nudnawym wstępie, przystępuję w końcu do tego, co Gumisie lubią najbardziej, czyli do konsumpcji. Muszę rzec, że piwo jest bardzo gęste i lepkie. Wysycone zostało odpowiednią ilością bąbelków, czyli stosunkowo niewielką (w końcu to nie Witbier Panie). Mamy tu sporo gorzkiej czekolady, bardzo przyjemnej zresztą. Nie brakuje tu również świeżo palonej kawy i palonych słodów. Naprawdę palonych, a nie tylko opiekanych jak w niektórych ciemnych piwach. Z tła wyciąga do mnie rękę odrobina chmielu, spalenizny, popiołu i lukrecji. Gdzieniegdzie pojawia się też jakaś sugestia suszonych owoców, ale trzeba mieć nos jak owczarek niemiecki i wyobraźnię Tomasza Weinerta, by je wyłapać. Ja mam, więc luz ;) Na finiszu majaczy lekka i całkiem sympatyczna, kawowo-palona goryczka. Dosyć prosty w konstrukcji to napitek, ale całkiem smaczny.

niedziela, 17 lipca 2016

CHICKORIOUS



Dziś znowu Fabryka Piwa na piedestale. Ostatnio pisałem o nich, że mają jaja. Tak naprawdę to tylko założyłem, że je mają, bo przecież osobiście nie sprawdzałem. Tak, czy siak chodziło o to, że Wojtek i Marcin odważnie stąpają po rzemieślniczym podwórku. Ich niedawne Gose może nie było jakimś szczytem błyskotliwości piwowarskiej, ale wrzucone do kadzi warzelnej dodatki, wyraźnie pchnęły to piwo w kierunku zajebistości. Niby prosty w konstrukcji trunek, a cieszył niemiłosiernie.
Ich kolejną nowością jest Chickorious – Dry Stout z prażoną cykorią na pokładzie. Też niby nic nadzwyczajnego, ale jakoś nie przypominam sobie zbyt wielu piw z tą przyprawą, która de facto do czarnego i palonego Stoutu pasuje jak BMW do dresiarza. Mało tego – dla większego efektu chłopaki dorzucili tutaj też płatki owsiane i jankeskiego Tomahowka (taki chmiel znaczy się). 


Tak więc American Oatmeal Chicory Dry Stout nalewa się z obfitą i bardzo puszystą czapą drobno ziarnistej piany. Ładna to pierzynka przyznam, barwy cappucino. Opada w średnim tempie, lekko znacząc szkło.
Biorę pierwszy haust. Haust, nie łyk, bo pić mi się chce jak cholera. Cały ten deszczowy dzień czekałem na jakieś piwo. Chickorious jest bardzo nisko wysycony, prawie że bez gazu. Od razu też czuć, że jest to smukły i sesyjny napitek. Wyraźnie kawowy, czekoladowy, a nieco mniej palony. Typowego popiołu tu nie uświadczysz. Są za to umiarkowanie palone słody, przypieczona skórka od chleba, prażony jęczmień i odrobina cykorii w tle. Naprawdę niewiele, ale jednak jest. Daleko w głębi majaczy coś lekko pikantnego, może pieprznego nawet. Nie wiem, co to może być. Finisz został naznaczony dość delikatną i krótką goryczką o przyjemnym czekoladowo-kawowym rodowodzie. Całość jakaś taka mało wytrawna i troszkę przygaszona, ale dosyć smaczna.

piątek, 15 lipca 2016

IMPERIAL WILD BLACK KISS W


Wojtek Frączyk z Browaru Widawa lubi kombinować. Naprawdę. Facet potrafi zrobić pierdyliard wersji tego samego piwa, ani chwili się przy tym nie nudząc. Po prostu bawi się swoją pracą.
Przykładem takiego kombinowania jest właśnie FES Black Kiss, od którego wszystko się zaczęło. Dziś w me ręce, a także gardło trafia jego dzika i imperialna odmiana leżakowana pół roku w beczce po whisky (stąd literka W). Na rynek trafiły też leżaczki po burbonie (B) i rumie (R). W międzyczasie widawski browar opuścił także Wild Black Kiss oraz Imperial Black Kiss w wersji bez leżakowania w drewnie i z leżakowaniem, ale już bez dzikich naleciałości. Być może jeszcze coś umknęło mojej uwadze, nie jestem pewien.
Dzisiaj tak jak wspomniałem mam okazję spróbować jednej z najbardziej wypaśnych wersji tego piwa. Imperial Wild Black Kiss z literką W na etykiecie. Dziki RIS leżakowany w beczce po whisky – przyznacie, że sounds good :D 


Piwo ładnie wygląda w szkle. Jest czarne jak zad konia. Spowija je dość obszerna piana o pięknej beżowej barwie. Piana jest drobna, ale z czasem trochę się rozrzedza i dziurawi. Sumarycznie jednak dość długo się utrzymuje przy życiu. Do tego tworzy niezły lacing.
No, ale przecie ja nie miałem ślinić się na temat wyglądu piwa, tylko jego smaku, a smak jest naprawdę cudowny. Bardzo pełny, lekko kwaskowy, delikatnie dziki. W pierwszym akordzie rządzi cholernie przyjemna czekolada, podrasowana lekkim muśnięciem kakao i pralinek. Takich naprawdę drogich, rasowych. W drugim rzucie na wierzch wypływają owoce (rodzynki, śliwki, wiśnie), palone słody, akcenty drewna i szczątki łagodnej kawy. Tłem sunie wyraźny kwasek, cienie whisky oraz nuty likieru owocowego, delikatnie piekącego w gardziołku. W zasadzie jest to jedyny objaw alkoholu w tym piwie. Palona goryczka nie jest wysoka, ale obecna. Super sprawa! Świetny i złożony trunek. Szczena opada, a papa sama z dachu spada.

wtorek, 12 lipca 2016

JOHN SMOKER


Lubię jak browary się kumają ze sobą. Spotykają się, radzą, myślą, debatują, rozprawiają. Wszystko po to, by uwarzyć razem jakieś ekstra piwo. W kooperacji znaczy się. Wiadomo – co dwie głowy, to nie jedna. Razem zawsze raźniej, łatwiej i przyjemniej. Jakby ludzie nie kumali się ze sobą, to zapewne ludzkość przestała by istnieć, ale ja nie o tym miałem, lecz o piwku przecież.
John Smoker to jest właśnie taki kooperacyjny trunek, co się narodził w Zawierciu w Browarze Jana, we współpracy z Wojtkiem Frączykiem z Browaru Widawa. Efektem tego współdziałania jest rzeczony Smoked Stout. Nie ma w nim żadnych dziwnych i sprowadzanych z Saturna przypraw, czy dodatków, ale chodzą słuchy, że jest to jedno z najlepszych piw dymionych na rynku. Jak wiecie kocham wszelkie piwa wędzone, więc obok takiego piwa nie mogłem przejść obojętnie. Podobnie jak nie przechodzę obojętnie obok monopolki, czy półki z piwami w supermarkecie ;)


Fajną etykietę ma ten Dżon Smołker. Nie chodzi mi tylko o świetny jakościowo papier i masę potrzebnych informacji, ale głównie o szczegóły graficzne ww. postaci. Od razu widać, że John to fajny facet i na bank lubi Stouty. No, ale etykietą to ja nie wyżyję, czas na pierwszy kontakt.
Piwo w smaku jest zajebiście kremowe i gładkie. Uczucie bardzo podobne do picia Guinessa z azotem (Draught). Nie mam pojęcia jak oni to zrobili, ale już na wstępie mają u mnie sporego plusa. Jedźmy dalej. Jest łagodna kawa z mlekiem/śmietanką, dużo mlecznej czekolady, słodkich pralinek i lekko palonych słodów. Znajdzie się też nieco karmelu, opiekanego pieczywa i prażonego ziarna. Czystej wędzonki, czy też dymu jest naprawdę niewiele, a szkoda, bo liczyłem na solidnego buta na twarz. W tle majaczy za to ociupinka cykorii oraz suszonych owoców (rodzynki, śliwki), które nieźle rekompensują nikłą wędzonkę. Goryczka jest słaba i posiada lekki palono-chmielowy profil. Sumarycznie piwo smakuje trochę za słodko, ale może taki był koncept kooperantów. Ciężko mi ocenić.
Do samego wyglądu piwa nie sposób się przyczepić. Ciecz jak czarna jak smoła. Generuje bardzo bujną, drobną i puszystą pianę, która długo cieszy oko. Zupełnie jak nowe BMW M5 ;D

sobota, 9 lipca 2016

KUNA


Schodzę ci ja dzisiaj do piwnicy, patrze, a tam Kuna! Nie zwierzę oczywiście, tylko piwo. Stoi i czeka. Bóg jeden wie, ile by jeszcze czekała (ta Kuna), gdybym się nad nią nie zlitował. Zakupione już jakiś czas temu. Tak dawno, że aż data ważności się skończyła. Piwa z Widawy krótkie te daty mają, cóż począć? Boją się, że skiśnie, czy co?
Kiedyś to się jarałem jak Rzym za Nerona tymi zwierzakami od Kopyra i Wojtka Frączyka. Teraz zwisa mi i powiewa, czy na rynku pojawi się jakiś Morświn, czy inna Pirania. Obok Kuny jednak nie mogłem przejść obojętnie z jednego powodu – Peated American Pale Ale. Jasne piwo potraktowane słodem wędzonym torfem! Zazwyczaj spalone kable, asfalty i bandaże pakuje się do czarnych piw typu Porter, czy Stout. A tu proszę – APA wędzona torfem. Rzadkie to zjawisko, toteż musiałem zaspokoić swoją chorą ciekawość. 


Kuna, wygląda całkiem zwyczajnie, ale w sumie jak ma wyglądać? Przecież to tylko piwo, a nie dziewuszka z rozkładówki. Dość ładny bursztynowo-pomarańczowy odcień zwieńczony został bardzo pokaźną i trwałą czapą bujnej, bialutkiej piany, która opada wolno i nieźle oblepia szkło.
Pierwszy łyk. Gra gitara. Piwo mimo wyraźnej wędzonki jest dosyć  świeże, a przy tym w miarę mocno nasycone. Amerykańskie chmiele, czyli owoce tropikalne i lekkie cytrusy niemal idealnie dogadują się z klimatami torfu, asfaltu, nafty i zjaranych kabli (lubię to!). Nieco z boku przygląda się temu lekka słodowa nuta, kapka żywicy, chmielu w czystej postaci, dymu oraz ziół. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że przeważają tu Na samym końcu do głosu dochodzi bardzo sympatyczna goryczka – nie jakaś strasznie mocna, ale na pewno zauważalna, a przy tym krótka, niezalegająca, ziołowo-sosnowa.

czwartek, 7 lipca 2016

POLIZEI


Przyszła pora na kolejne piwo z kontraktowej Fabryki Piwa, która coraz lepiej sobie radzi na rodzimym, craftowym podwórku. Tym razem częstochowska ekipa za cel postawiła sobie niemieckie Gose. Rzadki to styl. Zarówno w Polsce, jak i na świecie. Nie imają się go nawet takie tuzy jak AleBrowar, czy Pracownia Piwa. Nie wiem, czy się boją, czy co, ale się nie imają. Chwała więc Fabryce Piwa za odwagę, męstwo i jaja. Tak, Marcin i Wojtek mają jaja. Nie boją się, jak co niektórzy. Naprawdę dzielne chłopaki.
W butelce tradycyjnie – jak to w Gose – zostało zamknięte lekkie piwo pszeniczne, okraszone solą i kolendrą, a nawet skórką słodkiej pomarańczy! Są też tu płatki ryżowe i jeden amerykaniec o imieniu Cascade. Ach, ta nowa fala. Wszędzie się wpierda.. Ale to nic. Może dzięki temu piwo będzie jeszcze lepsze. Kończę to ględzenie, bo już mi ślina na pół metra wisi. Lecę po piwo….


Apetycznie wygląda to Gose. Jest mętne i złociste. Jednak nie okrutnie blade, jak moja dupa zimą. Co to, to nie. Jest to pełnowartościowa złota barwa. Piwo pieni się porządnie. Obfita pierzynka jest drobna, bielutka i bardzo puszysta. Dzielnie trzyma się szkła, dzięki czemu opada nader wolno i niespiesznie. Coś jak poranna erekcja, która nie chce zniknąć…
Rzadko piszę coś o opakowaniu, ale w tym wypadku etykieta jest zajebista! Nazwa również. Policyjny trabant robi robotę ;)
Biorę pierwszy łyczek. Ułłaaaa… jest moc, jest kwas, jest zabawa. Odczucie identyczne jakby nabroiły tu Lactobacillusy. Tymczasem w piwie użyto tylko słodu zakwaszającego! Ogromna doza kwachu świetnie koresponduje tutaj z akcentami soli, cytryny i wyraźnej limonki (czyżby Cascade dawał o sobie znać?). W tle baraszkuje odrobina octu, szczawiu i skórki pomarańczy. Serio – jest skórka. Kolendry natomiast to ja tu nie czuję, zapewne przykrył ją kwasior. Piwo fajnie wchodzi. Jest lekkie, okrutnie kwaśne, sesyjne i rześkie, jak niespodziewany plaszczak od małżonki. Ciągle mam ochotę na kolejny łyk. Piłbym wiadrami, a mam tylko jedną butelkę :(

wtorek, 5 lipca 2016

PIWO MIESIĄCA - CZERWIEC 2016




Jestem, żyję, nie umarłem. Ostatnio wpisów było mało, ale bez obaw – nie zawieszam bloga!
Wszystko to było przez brak czasu, który jak wiadomo nie jest z gumy i za cholerę nie chciał się rozciągnąć. W ostatnich kilku dniach byłem zaabsorbowany weselem mojej najmłodszej siostry, więc chyba rozumiecie? Sporo czystej się przez moje gardło przelało. Piwa też się trafiały, ale to bardziej w formie leczenia kaca… A propos piwa – czerwiec zniknął już za horyzontem, pora więc po raz kolejny przyznać komuś tytuł Piwo Miesiąca. Czas docenić jakiś browar, po to by ambicje mu nie opadły, a morale poszybowały w górę.

Na szczęście tym razem wybór był dość prosty i jednoznaczny. Nie musiałem rwać włosów z głowy, trudzić się i debatować z samym sobą, które piwo pite przeze mnie w czerwcu było najlepsze. Dotąd zawsze miałem z tym spory problem. Piw urywających co nieco w każdym miesiącu było pod dostatkiem, ale ja musiałem wyróżnić to jedno jedyne. Po prostu najlepsze. W czerwcu jednak typowo wybitnych trunków, takich co by mnie z nóg zwaliły, nie było. Pech jakiś, czy co myślałem? OK, niektóre piwa były dobre lub nawet bardzo dobre, ale na miszcza świata by się nie nadawały. No, może poza jednym. Trafił się jeden rodzynek, który w czerwcu zamiótł konkurentów pod dywan. Zamiótł i jeszcze mocno przyklepał

Dlatego też wszem i wobec oświadczam, iż tytuł  PIWO MIESIĄCA – CZERWIEC 2016 zdobywa Dudziarz z wrocławskiego Browaru Profesja!!! :D 



Bez dwóch zdań to najlepsza rzecz, jaką miałem w ustach w zeszłym miesiącu (nie licząc rosołku mojej mamusi i nowego smaku Lay’sów). Wee Heavy z Profesji mimo sowitych parametrów okazało się być piwem bardzo przyswajalnych i pijalnym. Jego złożoność, świetnie rozbudowany aromat i ujmujący smak zasługuje na to wyróżnienie. Całość oczywiście zaakcentowana subtelną i przyjemną nutą torfu. Naprawdę świetne pod każdym względem piwo. Świetne, przemyślane i dopracowane.
Gratulacje Profesjo! Widać, że znacie się na swojej profesji. Oby tak dalej :)

Zobacz także: Piwo Miesiąca - Maj 2016

niedziela, 3 lipca 2016

KSIĄŻĘCE GOLDEN ALE


Od dawna już czekałem na jakieś nowe Książęce. Z jęzorem na mordzie przeglądałem sieć i gorączkowo rozglądałem się po sklepach. Po cichu łudziłem się, że może w końcu Kompania Piwowarska ulegnie pokusie nowej fali. Może jakieś łagodne APA śladem Żywca, może American Stout, Summer Ale, może chociaż jakiś Witbier? Niestety całe moje oczekiwania poszły w piz..! KP przygotowała bowiem Golden Ale. Nie liczyłem na cud w postaci barrel ejdżd barli łajn, czy whisky smoked Russian Imperial Stout. No, ale Golden ejl?! Nuuuuda panie, nuda.
Lubiłem kiedyś te Książęce. Kiedyś, to znaczy wtedy, gdy craftowe piwowarstwo dopiero u nas raczkowało. Moim ulubionym było Ciemne Łagodne. Reszta była bez szału, ale zawsze to jakaś odmiana między setnym, a sto pierwszym Żubrem. Niestety obecnie KP dostała mocno po dupie do pozostałych koncernów. Jej oferta jest po prostu najsłabsza z punktu widzenia takiego birgika jak ja na przykład.
No, ale wróćmy może do tej gorącej nowości. Golden Ale to brytyjski styl, którego odpowiednikiem jest właśnie jasny lager! W uproszczeniu można powiedzieć, że różni je tylko rodzaj fermentacji i intensywniejsze chmielenie. KP chwali mi się tutaj, że użyto aż pięciu odmian chmielu aromatycznego i jednego na goryczkę. Czytam ja Ci te chmiele, a tam na samym końcu czai się hamerykański Mosaic!!! Tak, jest! Nowofalowe piwo z Kompanii Piwowarskiej jednak istnieje! Mosaic wymieniony na końcu, więc jest go najmniej. Zapewne nie więcej niż szyszka na hektolitr. Brawo! ;p


Piwo ładnie wygląda w szkle, do czego już koncerny zdążyły nas przyzwyczaić. Łagodna, jasno złota barwa, do tego ta klarowność. Tak idealna, że można się w piwie przejrzeć. Lustro będzie Ci zbędne. Piana również bez zastrzeżeń – śnieżnobiała, obfita, dość drobna i umiarkowanie trwała. Nawet nieźle oblepia ścianki. Pełen szacuneczek.
Gorąco dzisiaj, więc zaczynam od szybkiej konsumpcji. Książęce Golden Ale nie jest mocno wysycone, a w smaku bez dwóch, a nawet trzech zdań rządzi chmiel! Przyjemna nuta chmielu, ziół, trawy i świeżych liści tytoniu nieźle orzeźwia. O ile się nie mylę daleko w głębi majaczy nawet jakiś niewyraźny cytrus (tego to się nie spodziewałem). Słodowe klimaty, mokre zboże oraz chleb pojawiają się dopiero w drugim akordzie. Na finiszu swoją obecność akcentuje lekka i bardzo łagodna goryczka o ziołowo-trawiastym usposobieniu. Nic tu nie zalega i nie zamula, ale jej poziom mógłby być trochę wyższy. Fajnie się to pije, jestem mocno zdziwiony.